fbpx

Nie ten mężczyzna (IX)

with 7 komentarzy
krwawa zemsta

Ogólnie uważam, że za mało drastycznie mi wyszło, ale zawsze mogę to poprawić. Może dlatego, że słucham właśnie pierwszego wokalnego występu córci, który znalazłam przypadkiem na youtubie 🙂

 

Aby uniknąć spotkania przy śniadaniu, wstał o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Normalnie dzień zacząłby od wyczerpującego biegu, ale postanowił, że dziś sobie odpuści. To nie naruszało jego zasad, bo postępował tak często przy wyjątkowo trudnym zleceniu. To akurat plasowało się gdzieś w środku skali, lecz pojawiło się coś innego. Niewygodne pytania, których wolał uniknąć.

Na obserwowaniu głównego celu zszedł mu cały dzień. Problem polegał na tym, że aby wszystko dobrze zorganizować, potrzebowałby kilku tygodniu. A on miał dzień, góra dwa, zanim szanowny biznesmen dowie się o jego obecności. To mogło popsuć mu plany.

Trudno – mruknął Jacob, śledząc wzrokiem samochód, który właśnie opuścił posesję potencjalnej ofiary. – Będę musiał to zrobić jutro.

Słowa „pójść na żywioł” nie przeszły mu przez usta, chociaż właśnie takie miał wrażenie. Nie chciał też niczyjej pomocy, chociaż teoretycznie mógł ją uzyskać. To też było jakieś wyjście. Odpalił i ruszył powoli za czarnym mercedesem. Nie musiał się martwić, że go zgubi, bo już wcześniej udało mu się umieścić maleńki nadajnik. Pan Jagodziński miał wyjątkowo mało rozgarniętych ochroniarzy, stwierdził z rozbawieniem Jacob.

Zatrzymali się dopiero w pobliskim miasteczku, a w zasadzie na jego peryferiach. Z mercedesa wysiadł wysoki, przystojny mężczyzna oraz dwóch ochraniających go goryli. Jacob spojrzał z zaciekawieniem na szyld restauracji, potem na znikających we wnętrzu budynku gości, po czym przyszedł mu do głowy znakomity pomysł. Co prawda nie zgarnie całej szóstki, ale trójka i to z samym szefem, na razie mu wystarczy.

Trzy godziny później zadowolony z siebie Jacob zatrzasnął bagażnik, w którym upchnął dwa bezwładne ciała. Na tylnym siedzeniu leżało trzecie. Zawiózł ich wszystkich do opuszczonego domu, w którym przeprowadził poprzednią akcję i tam zostawił związanych. Wiedział, że środek nasenny, który zastosował puści dopiero za kilkanaście godzin. Mógł więc ze spokojem wrócić, przespać się i od samego rana przystąpić do części zasadniczej.

– Gdzie byłeś? – przywitał go surowy głos, gdy po cichutku wszedł do środka domu.

– Zwiedzałem.

– Jacob! Nie chcę więcej kłopotów, odpuść. Już ja dobrze wiem, co ci chodzi po głowie!

– Nic nie wiesz – mruknął, kierując się do swego pokoju. Potem nagle zmienił zdanie i poszedł do kuchni. Lecz Zuzka nie zamierzała się poddać.

– Siadaj! – rozkazała, a on posłusznie zajął miejsce przy stole. – Zrobię ci kolację i herbatę. A później porozmawiamy.

– Dziękuję.

Zmarszczyła tylko brwi, otwierając lodówkę. Jacob śledził każdy jej ruch, po czym jego spojrzenie ześlizgnęło się z twarzy na dłonie, następnie na piersi, a na końcu na rozłożyste biodra. A że Zuzka miała na sobie obcisłe leginsy i zwykłą kraciastą koszulę, bez skrępowania mógł podziwiać tę część jej ciała, która budziła w nim największe emocje.

A kiedy jeszcze pochyliła się, by wyjąć coś z dolnej szafki…

Nie miał w zwyczaju fantazjować o kobietach czy o seksie. Lecz tym razem wyobraźnia splatała mu figla i w głowie pojawił się obraz nagiej Zuzki, klęczącej przed nim z wypiętą ku górze pupą, z rudymi puklami rozsypanymi na plecach. Ze świstem wciągnął powietrze, zaciskając pięści. I bardzo szybko się opanował, chociaż nie do końca.

– Dziś tylko kanapki i sałatka – postawiła przed nim dwa talerze. – Zjedz i porozmawiamy.

– Chcę pójść wcześniej spać.

– Nie. Porozmawiamy – powtórzyła z uporem.

– Nie ma o czym.

– Jacob! – położyła mu dłoń na ramieniu, lekko ściskając. – Oboje wiemy, że jest. Zostaw to, proszę!

– Jedzenie?

Wymierzyła mu lekkie uderzenie, mierzwiąc włosy.

– Zemstę za moje krzywdy wariacie. Podpisze mu tę umowę i zaliżę rany. Lepiej to niż rozpętywać nową wojnę.

– Niczego nie rozpętuję.

– Nie? – Tym razem głos miała pełen goryczy. – Pobawisz się w rycerzyka, potem wyjedziesz, a ja tu zostanę. Sama, może nie do końca bezbronna, ale bądźmy szczerzy – temu palantowi i jego gorylom nie dam rady.

– Nie będziesz musiała.

– Tak? A co? Zabijesz ich? – spytała z przekąsem.

– Tak – zerknął na nią z odrobiną rozbawienia. – Nawet ślady zatrę. Nie będzie czego szukać.

– Uparty smarkacz!

– Ja? – zaskoczyła go. – Może i uparty, ale smarkacz?

– Z tym zabójstwem to żartowałeś, prawda?

– Nie, dlaczego?

– Ale jak to tak… – Zuzka zdecydowanie pobladła. I chociaż na początku sądziła, że Jacob żartuje, to nagle zaczęła w to powątpiewać. – Zabić ludzi? Za co?

– Za to – ze spokojem podwinął skraj jej koszuli.

– Przeżyłam.

– To raczej nie ich zasługa.

– No nie – potwierdziła i nagle zapragnęła czegoś więcej niż rozmowy. Usiadła na jego kolanach, wtulając nos w miękka tkaninę swetra. – Jestem zmęczona. Nie mam siły na kolejną walkę.

– Nie musisz walczyć. – Marszcząc brwi, spojrzał w dół, na czubek potarganej głowy. Potem z niejakim wahaniem objął ją w pasie.

– A odpuścisz?

– Trochę ich postraszę.

– Jak duże trochę? – opierając głowę na jego ramieniu, spojrzała w górę. Na ustach błąkał jej się uśmiech, chociaż w oczach wciąż dostrzegał strach. Jak zawsze, gdy w rozmowie był poruszany temat napadu.

– Spore.

– Ale dlaczego? Z jakiego powodu chcesz się mścić?

– Z twojego.

– Jesteś mistrzem lakonicznych odpowiedzi, mówiłam już to?

– Tak.

– Dlaczego z mojego powodu chcesz się mścić?

– Sam nie wiem. – Dotknął palcami piegowatego policzka. Był ciepły i aksamitnie gładki.

Wystarczyło odrobinę się pochylić, aby ją pocałować. Miał na tą ogromną ochotę, ale bał się jednego. Jak już zacznie, nie będzie potrafił skończyć. To było całkiem obce jego duszy przeczucie, bo dotychczas pocałunki nie były czymś znaczącym. Nie był nim seks, pieniądze, inni ludzie, przeszłość czy przyszłość. Liczyła się praca, to co robił i jak robił. Każde zlecenie, każde dobrze zaplanowana akcja, każdy sukces.

Położyła swoją dłoń na jego dłoni. Spoważniała, bo od dawna rozmyślała już nad postępowaniem Jacoba. Dobrze, wrócił, miał do tego prawo. Lecz cała reszta była co najmniej zdumiewająca. Nie złościł się na nią, przestał być tak niedostępny, tak wyniosły. Był obcym mężczyzną, który nagle zaczął się zachowywać jak przyjaciel. Więcej, czasami jak kochanek.

– Panie Sopelek, skąd u pana taka troska? – zażartowała.

– Coś mnie nadtopiło – podchwycił żart, a Zuzka o mało co nie zemdlała z wrażenia. Już dawno dostrzegła, że uśmiechający się Jacob, to był widok za milion dolarów.

– Ale dasz słowo honoru, że odpuścisz sobie zemstę?

– Tak – skłamał gładko. Nie miał żadnych skrupułów, aby to zrobić. Chociaż kiedy potencjalny kupiec nie zgłosi się z umową, Zuzka i tak zacznie coś podejrzewać. Tylko że wtedy to już nie będzie jego zmartwienie.

– Idę spać.

– Ja też.

– Nie znikniesz jutro z samego rana?

– Nie. – Znów ją okłamał i chociaż nigdy wcześniej nie miał wyrzutów sumienia z powodu tak błahych spraw, to teraz pojawiło się poczucie wstydu. Oczywiście że zniknie, bo musiał przecież wykonać zaplanowane zadanie.

– To dobrze – westchnęła, wyplątując się z jego objęć. Obserwował ją bacznie, jak poprawiała włosy, jak przygładzała zadarty skraj koszuli. Tak subtelnie, z takim wdziękiem, że jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Coraz słabiej nad sobą panował, coraz częściej dopuszczał myśl o kapitulacji. W końcu każdą zasadę można złamać…

– Dobranoc Jacobie. – Znów to zrobiła, znów z czułością pocałowała go w policzek. I znów zostawiła go samego, z głowa pełną obcych myśli.

***

Jacob siedział nieruchomo na nieco już wysłużonym krześle. Twarz miał kamienną, nieruchomą, oczy zimne, beznamiętne spojrzenie. Czekał, czekał cierpliwie jak trzech mężczyzn dojdzie do siebie. Na kolanach położył ak–40 , w ręku trzymał swojego glocka.

Miał też plan i to nie byle jaki. Normalnie zakończyłby całą akcję trzema celnymi strzałami, ale kiedy tylko przypomniał sobie rozległe siniaki na jasnej, piegowatej skórze, rany, zadrapania, ślady po papierosach, kiedy przypominał sobie spojrzenie Zuzki, gdy mówiła o tamtym poranku, to z miejsca czuł, jak wszystko zaczyna w nim wrzeć, kotłować się.

Zabić i tak ich zabije, ale przed niech zakosztują podobnych „przyjemności”, postanowił mściwie.

– Co do kurwy! – rozległo się pierwsze, trochę niemrawe przekleństwo. Później posypały się kolejne, ale Jacob tylko czekał. Obserwował ich w milczeniu, przypominając sobie każdy punkt scenariusza, który ułożył ubiegłej nocy.

Punkt pierwszy. Gdy zrozumieją swoje położenie, dać im nadzieję.

Punkt drugi. Gdy będą sądzili, że zdołają go przekupić, określić warunki umowy.

Punkt trzeci… Jacob lekko się uśmiechnął. Punkt trzeci będzie samą przyjemnością. On co prawda już od dawna nie stosował tak krwawych i brutalnych metod, ale w końcu doskonale pamiętał nauki, jakie pobierał.

– Cisza! – odezwał się w końcu, przykuwając spojrzenie trzech par oczu. – A teraz ja mówię, wy słuchacie, a na końcu przypieczętujemy naszą umowę.

– Nie ważne ile ci zapłaciła, dam więcej – oświadczył buńczucznie Jagodziński. Jacob przyjrzał mu się z namysłem. Coś około czterdziestu lat. Zadbane ciało, markowe ciuchy. Widać było też, że ostro ćwiczył. Do tego owalna, niewątpliwie przystojna twarz.

– Nie dasz – odparł cicho. – Ale mam dla was propozycję. Zabawimy się.

– Zabawimy? Pojebało cię człowieku? – prychnął biznesmen, szamocząc się w więzach. – Jak cię kurwa dorwiemy…

– Zabawimy – potwierdził Jacob. Wydźwięk tego słowa, w połączeniu z beznamiętnym tonem głosu, wywołał dziwny niepokój. Lecz on nie zwracał uwagi, jakie wrażenie na nich wywrze. Wstał, po czym uniósł broń i wystrzelił w kierunku jednego z osiłków. Pocisk minął tamtego zaledwie o kilka centymetrów i przypomniał, że już trzech jego kolegów miało wątpliwą przyjemność bliższego kontaktu z właścicielem tej broni.

– Zaczniemy od ciebie. Zaraz cię rozwiążę. – To mówiąc Jacob podszedł bliżej i zręcznie przeciął gruby sznur. – Masz dwa wyjścia. Albo kulka pomiędzy oczy i koniec, do zabawy biorę twojego kolegę, albo weźmiesz tę butelkę, zdejmiesz szefowi spodnie i… jak to byłoby po polsku? – zamyślił się. – Chyba przecwelowanie. Rozumiesz o co chodzi?

– Pojebało cię…

Strzał w kolano był jedyną odpowiedzią. Ogłuszający ryk rozniósł się pod okolicy.

– Skoro nie ty, to może kolega? A tobą zajmę się później, bo na szybką śmierć trzeba sobie zasłużyć.

Drugi z mężczyzn okazał się znacznie bardziej chętny, chociaż jego szef bluzgał przekleństwami i wywrzaskiwał coraz to gorsze groźby. Niestety, zimny, opanowany Jacob nie tylko sprawiał wrażenie nieugiętego. On był nieugięty.

– Zabiję cię! Zabiję cię skur… Kurwa! Boli! Przestań debilu, bo ciebie też zabiję!

Potem było coraz gorzej, bo podwładny z nieoczekiwanym zapałem spełnił swoją powinność.

– Całkiem nieźle. Teraz zajmij się kolegą. – Wskazał na leżący na bok zestaw narzędzi. – Obetniesz mu nogę. Nad kolanem, żeby nie było śladu po kuli.

– Jezu, nie! Kurwa jego mać! Ocipiałeś debilu!

W akompaniamencie jęków, błagań, przekleństw i skowytu, z lufą broni przystawioną do skroni, mężczyzna zaczął mozolnie piłować nogę niedawnego kolegi. Niestety, ku niezadowoleniu Jacoba, tamten szybko stracił przytomność.

– Teraz kolej na twoją.

– Że co? Przecież…

– Bez nogi można żyć. Z kulką w głowie już nie. Bierz się za piłowanie.

Płacząc i jęcząc udało się mu przeciąć skórę. Lecz to wszystko i wtedy Jacob zmienił taktykę. Strzelił mu prosto w krocze, masakrując genitalia.

– Dwóch z głowy – mruknął z niesmakiem obserwując ofiary. To naprawdę nie było w jego stylu, chociaż na torturach znał się jak mało kto. W końcu jego nauczycielem był prawdziwy wariat, który osobiście wyekspediował na tamten świat ponad sto osób. Tylko że Jacob już dawno podjął decyzje, że bezmyślne zabijanie nie przynosi żadnego pożytku. O wiele lepiej było robić to za pieniądze, konkretne pieniądze, które zapewniały mu luksusowe życie. – Panie Jagodziński, na pana pora.

– Zaaapłacę! Ile chcesz! Weź wszystko, dużo, błagam!

– Moja przyjaciółka też pewnie błagała.

– Dobra, pomyliłem się, popełniłem błąd – stękał, bo wciąż czuł straszliwy ból w okolicach odbytu. – Nawet ją kurwa przeproszę jak chcesz!

– Powiedzmy, że tak. – Jacob płynnym ruchem wyprostował ramię i strzelił uciszając łkającego i jęczącego mężczyznę, któremu kolega przed chwilą odciął nogę. Z podziwem pomyślał, że facet był twardy, bo nie zemdlał na długo. Potem to samo zrobił z drugim mężczyzną. – Powiedzmy, że się zgodzę. Co mi dasz?

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    Anna
    | Odpowiedz

    Tyle czekałam. Kiedy nast część? Doczekać się nie mogę. To jest tak wciągające. Ten kawałek i detale całej tortury uff. Groźny ten nasz chłopak. Subany ma coś w sobie… Ach te bad boy. Jestem ciekawa kiedy akcja potoczy się w łóżku tego to już wgl nie mogę się doczekać 😍

  2. A
    Ags
    | Odpowiedz

    Przysięgam, że czekam na każdy rozdział jak narkoman na głodzie. Uzależniłam się od tej serii.

    • K
      Karolina
      | Odpowiedz

      Pojechałaś z tą piłą🤣🤣🤣 nie wiem dlaczego, ale śmiać mi się chciało przy tych ich dialogach😄😄😄 ciekawe co Jacob wymyślił dla Pana Jagodzinskiego🤔🤔🤔

  3. R
    Runo
    | Odpowiedz

    Mała nieścisłość, na początku Zuzia ma ubraną kraciastą koszulę, a później dwa razy poprawia sweterek 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dzięki, od razu poprawiam 🙂

  4. M
    Magda
    | Odpowiedz

    Co za emocje!

  5. G
    Gabriela
    | Odpowiedz

    No i pan Jagodziński inaczej zaczął gadać. Fakt tortury na tych gogusiach nie były zbyt mocne, ale nie przesadzajmy . Ale fajnie to wymyśliłaś, bo nie tknął ich palcem 🙂

Napisz nam też coś :-)