Nie to miejsce (II)

with 8 komentarzy

nie to miejsceNadal niewiele zmian, chociaż już zaczynamy iść w nowym kierunku 😉
 

W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się kilku mężczyzn. Tylko jeden z nich stał, obserwując tablicę, na której przypięto najważniejsze informacje zdobyte w trwającym od czterech miesięcy śledztwie, podczas gdy reszta siedziała przy owalnym stole.

No dobrze, chyba zaczniemy – odezwał się w końcu ten stojący, odrywając wzrok od fotografii ofiar. – Gdzie ten cholerny Dębski?

Na dziś miał umówioną wizytę w burdelu – odezwał się z ironią, milczący dotąd Robert.

Nehrebecki, zamknij mordę i nie denerwuj mnie. Miałem wcześniej pójść do domu.

Może zaczniemy bez niego?

Jestem! – Rozległ się odrobinę rozbawiony głos. – I wbrew temu, co powiedział mój ulubiony kolega, nie byłem na dziwkach – dodał Marcin, zajmując wolne miejsce.

Ulubiony! – prychnął Robert, ale na tym poprzestał. Sytuacja była bardziej niż napięta i wolał nie narażać się przełożonemu.

Marcin wygodnie rozsiadł się na krześle, omiatając spojrzeniem zgromadzone towarzystwo. Oho! Widać wścibska prasa zrobiła swoje, bo sam pan nadkomisarz postanowił wtrącić swoje trzy grosze. Poza nim był jeszcze równy mu stopniem Paweł Gawroń, podkomisarz Aleks Bodzyński i Marek Wierciński oraz chyba najmłodszy i najmniej doświadczony w tym towarzystwie, jego świeżo co upieczony partner.

Zaczniemy od tego, co wiemy, a później uruchomimy szare komórki i zaczniemy myśleć. Wy, kurwa, zaczniecie myśleć! – warknął nadkomisarz. – Dębski, ani słowa!

Kawy bym się napił.

Gówno, nie kawy dostaniesz. Gawroń, zaczynaj!

Dużo materiałów, sporo ofiar i mało śladów, o dowodach nie wspominając. – Mężczyzna z uwagą studiował trzymane w ręku dokumenty. – Mamy cztery trupy. Każdą z kobiet zamordowano dokładnie w noc podczas pełni księżyca, w miesięcznych odstępach. Wcześniej zgwałcono i to grupowo, bo sperma pochodziła od różnych sprawców. W dwóch przypadkach w grę wchodzą tortury, w jednym pastwienie się nad ciałem już po śmierci. Ofiar nic nie łączyło, przynajmniej Marcin nic nie znalazł. – Spojrzał uważnie na milczącego kolegę. – Nie znały się, nie pracowały razem, nie mieszkały w pobliżu. Były w różnym wieku i pochodziły z różnych środowisk. Pierwsza była studentką, która właśnie rozpoczęła naukę w mieście. Druga to nauczycielka w przedszkolu, świeżo po rozwodzie. Trzecia mieszkała razem z dziewczyną na obrzeżach miasta. Czwarta to ćpunka po odwyku. Więc w zasadzie nic…

Były piękne – odezwał się lakonicznie Marcin. – Wszystkie były pięknymi, seksownymi kobietami, nawet ta po odwyku.

Tylko tyle odkryłeś? – Robert nie omieszkał wtrącić swego zdania. Niestety, jego kolega nie dał się wyprowadzić z równowagi. Siedział i milczał, przysłuchując się momentami burzliwej rozmowie.

Zastanawiał się, co powinien zrobić.

Kiedy przydzielono mu tę sprawę, podszedł do tego bez zbytniego entuzjazmu. Ale wtedy pojawił się ktoś i zaproponował mu układ. A Marcin po raz pierwszy, z premedytacją, złamał własne zasady. Życie było do dupy, więc postanowił, że wyciśnie z niego jak najwięcej. Dobrze płacili, nawet bardzo dobrze, a na dodatek ta cała gra na dwa fronty podniecała go, dostarczała adrenaliny. Upchnął więc popiskujące wyrzuty sumienia w kąt i zajął się śledztwem, które prowadził z zaangażowaniem, torpedując co lepsze ślady i tropy. Niestety, chłopcy nieco się rozzuchwalili. Najpierw pojawił się wścibski Jacek, którego szybko trzeba było usunąć z tego padołu, później cholerny Nehrebecki, a teraz cała ekipa.

No i Mariel… Marcin zasępił się. Ciągnęło go do tej dziewczyny z niepohamowaną siłą. Wmawiał sobie, że chodzi tylko o seks, ale…

Dębski, nie śpij do cholery!

Nie śpię. Słucham.

Spotkanie się skończyło, a Marcin od razu wymknął na zewnątrz. Zapalił papierosa, później wyjął z kieszeni telefon i napisał krótką wiadomość. To była pierwsza rzecz, jaką musiał załatwić. A później będzie musiał pomyśleć, jak wyjść z tego bez szwanku, bo właśnie do niego dotarło, że za chwilę zacznie się polowanie.

Także na niego.

I chociaż ten fakt powinien go zmartwić, Marcin jedynie się roześmiał. Widać zanim uda się na zasłużoną emeryturę, czeka go jeszcze trochę rozrywki.

***

Jak zwykle musiała odespać kolejny napad. Nie miała pojęcia, skąd się to bierze i dlaczego nie zawsze reaguje tak samo, ale nauczyła się z tym żyć. Trzy lata temu, ponad miesiąc spędziła w szpitalu, gdzie szacowne grono lekarzy usiłowało dociec przyczyny. Niestety, nie udało się im. Po szeregu bardziej lub mniej skomplikowanych badań orzekli, że po prostu taka jej uroda. Dostała tabletki na wyciszenie i to wszystko. Zresztą, nie zawsze wpadała w taki stan. Tylko przy bardzo silnym, długotrwałym stresie.

Chociaż nigdy napad nie był tak mocny jak wczoraj.

A Marcin…

Jak do cholery mogła przyjąć jego pomoc, pozwolić aby ją objął? Kurwa! klęła w duchu. Przecież ona sama, z własnej nieprzymuszonej woli, tuliła się do tego łajdaka.

To dopiero było żenujące.

Potrzebowała informacji i tym razem los okazał się łaskawy. Zadzwoniła Paula, tajemniczym, pełnym ekscytacji głosem oznajmiając, że jej ciotka przyjaźni się z taką jedną, co pracuje w policyjnej stołówce, dokładnie tej komendy, w której pracował też Marcin.

Okazja! – oznajmiła radośnie. – Poznasz wroga! Pakuj cztery litery, weź od babci dwie butelki malinówki i przyjeżdżaj. Zrobimy sobie babskie party i pociągniemy panią Marlenkę za język.

Pani Marlenki wcale nie trzeba było przekonywać do zwierzeń. Razem z Zosią, ciotką Pauliny, szybko opróżniły pierwszą przywiezioną flaszkę, po czym dyskusja zeszła na tematy damsko-męskie.

U nas tego towaru sporo. – Informatorka czknęła i przegryzła malinówkę ciasteczkiem. – Większość po rozwodach, bo kto by z takimi chłopami wytrzymał?

Ostatnio poznałam jednego młodego policjanta, rude włosy, zielone oczy – napomknęła nieśmiało Mariel, z biciem serca czekając na reakcję.

Rudy? A, wiem. Nehrebecki. Robert. Od niedawna aspirant, świetnie rokuje na przyszłość. Z jednej strony dobrze trafiłaś, aktualnie samotny, ale to pies na baby. Co chwilę inna pod komendę zajeżdża. On ich wszystkich już nawet nie liczy, bo pewnie stracił rachubę. Wredny służbista, ja bym gada kijem nie tknęła – dodała mściwie, a rozbawiona Mariel zastanowiła się, czym młody policjant naraził się krewkiej niewieście. Krewka niewiasta miała jednak o wiele więcej do powiedzenia, schodząc bardzo szybko na temat Marcina.

Teraz pracuje z takim jednym, co bym go w łyżce wody utopiła.

Faktycznie, napomknął coś – potwierdziła ze spokojem. – Podobno komisarz?

Sromisarz. Bydlę bez duszy i sumienia – wyrwało się z ust rozgoryczonej kobiety.

Marlenka, napij się! – Pani Zosia szczodrze napełniła kieliszek. – I mów! Jak się człowiek wygada, to mu lżej! A my tu wszystkie jak grób będziemy milczeć, nikomu nie zdradzimy twoich słów.

Boże! Moje biedne serce! Wy go nie znacie, nie rozumiecie! – szeptała dramatycznie, a Mariel uśmiechnęła się z przekąsem. Ona rozumiała i to bardzo dobrze. – Z tego to dopiero kawał skurwysyna! Różne plotki o nim krążą…

Jakie? – spytały jednocześnie obie dziewczyny.

Raz dziwki zgarnęli z ulicy i on jedną… No wiecie, u siebie na biurku… Wiadomo. Co prawda czwarta nad ranem była, ale darła się tak, że pół komendy się zleciało. Otworzył po wszystkim drzwi i kazał spierdalać. Naczelnik strasznie się wkurzył, ale draniowi się upiekło. – Pani Marlenka dostała krwistych wypieków. – Panienka łkała nam w rękaw, bo chyba nawet ona do takiego traktowania nie przywykła. Ponoć on słynny w tym światku, znaczy się, stały klient.

Marcin? – wyrwało się zdumionej Mariel. Serio? Potrzebował usług prostytutek?

No Marcin, Marcin. Lubi na ostro. Podobno tak ją… no wiecie co, to tak mocno, że wyciem błagała o litość. I lubi podduszać. Zboczeniec jeden, nawet się z tym nie kryje. Dla nas nigdy dobrego słowa nie ma, tylko tak patrzy, jakby od razu chciał zabić. Bydlak! Nikt go nie lubi, chociaż zasługi to on ma. Ostatnio przydzielono go do tej ważnej sprawy, tych morderców kobiet. I na przesłuchania to go biorą, bo na sam jego widok ofiara zaczyna sypać. A jak się buntuje, to dostaje przyjacielskiego kuksańca, gubi zęby i od razu składa zeznania. Przysięgam, on w poprzedni życiu to był gestapowcem chyba, takie ma metody!

Przecież tak nie można! – powiedziała zaszokowana Mariel.

Można dziecko, można. Wam się wydaje, że nie, ale można, ręczę głową.

To policjant!

To jest kawał gnoja i tyle. Nic dziwnego, że z dziwek korzysta, bo jaka by z nim chciała być? Skończona idiotka chyba? – Z pani Marlenki najwyraźniej uszło powietrze. Widać że nie tylko nie lubiła Marcina, ale wręcz ziała do niego nienawiścią. – Co z niego za policjant? Dziwki, wóda i prochy! Już jedno ostrzeżenie dostał, ale ja tam dam głowę, że robi dalej to, co robił, tylko lepiej się ukrywa. Aż mu kompletnie odbije, zastrzeli kogoś i wtedy w końcu go zamkną – dodała z satysfakcją. – A były policjant w więzieniu nie ma lekko.

Nie ma? – Mariel nagle pobladła. Oskarżyła funkcjonariusza o morderstwo. A co, jeśli go zamkną? Boże! – Co rozumie pani pod pojęciem „nie ma lekko”? – spytała łamiącym się głosem.

Mam nadzieję, że potraktują go tak, jak on traktuje te nieszczęsne kurewki.

Musiała jutro pojechać na komendę, złapać młodego aspiranta i wszystko mu powiedzieć. Koniec z tchórzostwem. Nie mogła pozwolić, aby przez jej kłamstwa cierpiał niewinny człowiek. Wyzna wszystko, każdy szczegół. Chwyciła Paulę pod ramię i zaciągnęła do kuchni, zostawiając obie panie z drugą połówką domowej roboty malinówki.

Słyszałaś?

Słyszałam. Dam głowę, że powie nam o nim jeszcze sporo ciekawych rzeczy. – Przyjaciółka też nie żałowała sobie nalewki i teraz na jej policzkach wykwitły silne rumieńce. – Facet ma chyba kryzys wieku średniego, że zwyczajne kobiety mu nie wystarczają.

Ja bym raczej zakwalifikowała go do kategorii brutalny, bezlitosny dupek.

To co? Którą opcję wybierasz? Idziesz i sypiesz, czy podrywasz?

Pierwszą – oświadczyła twardo Mariel. – Oskarżyłam niewinnego funkcjonariusza o morderstwo. Co prawda mają tylko jego portret pamięciowy i moje zeznania, ale jeśli wpadnie, nie daruję sobie tego, co zrobiłam. Pojadę tam, sprawdzę czy Marcin jest w pracy, a jeśli go nie będzie, dorwę tego Roberta i wszystko mu opowiem.

Szkoda – odparła Paula, posyłając jej przeciągłe spojrzenie. – Seks mógłby być zajebisty.

A sumienie ciemniejsze niż bezgwiezdna noc. Pożegnaj ode mnie obie panie, jadę.

Teraz? Późno jest.

Teraz. Nie wierzę, że trafię przy pierwszym podejściu. – Ten dziwny rodzaj zmęczenia, zmęczenia strachem, sprawił, iż w końcu zdecydowała się działać.

Jednak trafiła. Ledwo co zaczaiła się za bujnym krzakiem, dostrzegła Marcina, który właśnie skończył z kimś rozmawiać, a potem wsiadł na motor i odjechał. Wpadła jak burza do wnętrza komendy i tam nastąpiła druga część cudu, bo pan aspirant zgodził się z nią porozmawiać.

– Dzień dobry – przywitała się, odgarniając włosy opadające na twarz. Najwyraźniej była zmieszana, ale i pełna determinacji. Bo jeśli ona tego nie zakończy, to kto?

– Dzień dobry – odpowiedział oschle.

– Mar… Komisarza Dębskiego nie ma?

– Nie ma.

– To dobrze. – Usiadła po drugiej stronie biurka, nerwowo splatając ręce. – Ja do cie… Ja do pana.

– Do mnie? Mój szanowny kolega ci nie wystarcza? – zadrwił. Nie ułatwiał już i tak trudnego zadania.

– Nie o to chodzi. Przyszłam coś wyznać.

Wyznać? Za plecami Marcina? – zaczął się śmiać. – Chciałbym widzieć jego minę, jak się dowie.

Skłamałam.

– Skłamałaś?

On kazał mi kłamać.

Nie rozumiem. – Robert zmrużył oczy. – W czym? Że byłaś świadkiem morderstwa?

Nie, to akurat prawda. Chodzi o to – ze świstem wciągnęła powietrze – chodzi o człowieka, którego oskarżyłam.

Ty? Przecież w papierach jest, że nic nie zauważyłaś, bo byłaś zbyt przerażona.

Tak, to była pierwsza wersja. Potem złożyłam kolejne zeznania.

Potwierdzając swoje własne słowa.

Nie, zaczekaj! – Teraz to Mariel poczuła się zdezorientowana. – A ten policjant, którego oskarżyłam? Co z nim?

Jaki policjant? Co ty bredzisz do kurwy nędzy? – warknął poirytowany, a później się zamyślił.

– Niech zgadnę. Zjawiłaś się na komisariacie, aby zgłosić, że byłaś świadkiem morderstwa. Marcin wykorzystał okazję i namówił cię do złożenie fałszywych zeznań? – spytał, starając się wyprać swój głos z wszelkich emocji.

– Mniej więcej.

– Mniej więcej? Zapłacił ci? Jesteś jego kochanką? – Nie uszło jego uwagi, że przy ostatnim słowie, zarumieniła się, a w niebieskich oczach pojawił się gniew.

– Nie jestem jego kochanką!

– Mam to w dupie. Widziałaś to morderstwo czy nie?

Widziałam nawet mordercę. Jego – dodała cichym głosem, a Robert od razu wbił w nią czujne spojrzenie. – Dlatego tak bardzo się boję powiedzieć prawdę. – Tym razem dostrzegł, jak drżały jej ręce, którymi bezwiednie przesuwała po gładkim, wytartym blacie biurka.

To dosyć poważne zarzuty. Z jednej strony wydają się nieprawdopodobne, z drugiej, oszalałbym z radości, gdybym w końcu mógł usadzić tego drania.

Potrzebuję pomocy. Zapewnienia że…

– Pomocy? Ty? – roześmiał się drwiąco. – Niby w czym?

– Mógłbyś mi nie przerywać, tylko mnie wysłuchać? – Z pozornym spokojem spojrzała mu prosto w oczy, znów czując tamto znajome ukłucie. W sumie sama nie wiedziała, na co liczyła? Może na odrobinę sympatii? Do diaska! Podobał jej się. Chmurna, zacięta twarz i ten dołeczek w brodzie, łagodzący rys stanowczości. Oczy w kolorze dojrzałego agrestu, proste brwi, surowo zaciśnięte usta. Trochę podobny do Marcina, ale pozbawiony chłodu uczuciowego, tak charakterystycznego dla pana komisarza. Może ten miał rację, mówiąc, że życie zweryfikuje zapał i nauczy pokory? Stworzy kolejnego cynika. Kolejnego łajdaka. Kolejnego mordercę.

Z żalem pomyślała, że nie życzy mu tego.

– Mów – rozkazał niechętnie.

Wyznanie prawdy już nie wydawało się takie łatwe. Teraz już nie. Może dlatego, że patrzył na nią z taką niechęcią, wręcz obrzydzeniem?

– Potrzebuję pomocy, bo on groził, że mnie zabije. I tak, uprzedzam pytanie, wierzę w tę groźbę.

– Zabije? – Zaczął się śmiać. – I co z tego?

No właśnie? Co z tego? Uśmiechnęła się ze smutkiem.

– Przysięgam, to Marcina widziałam – wyszeptała, skubiąc nerwowym gestem rąbek bluzki. – Nie miałam tylko pojęcia, że jest policjantem. Zgłosiłam się na najbliższy posterunek i wpadłam prosto w łapy mordercy, na którego złożyłam donos. Nie sądzisz, że to ironia losu?

Już w połowie przestał się śmiać. Spoważniał.

– Tak, to akurat jest ironia losu.

– Chciałam zrobić super zdjęcie na konkurs fotograficzny. Padało, ukryłam się w gęstych krzakach, a kiedy nadjechali, byłam tak przerażona, że nie potrafiłam wykonać nawet najmniejszego ruchu.

– Dlaczego teraz i dlaczego ja?

– Sądziłam, że jeśli zgodzę się na warunki postawione przez Marcina, da mi spokój. Myliłam się – wyjaśniła krótko. – Jest coraz gorzej. Nie mogę spać, podskakuję słysząc szelest za plecami, bo boję się, że to może być on. Zjawia się i znika, pozostawiając po sobie tylko strach.

– A on i ty… – Mężczyzna wykonał wiele mówiący gest. Zarumieniona, pokręciła głową.

– Nie, nic. Próbował siłą, ale bez odzewu z mojej strony zrezygnował – skłamała gładko, uporczywie starając się zapomnieć o tym jednym incydencie, gdy mu uległa.

– I mam uwierzyć w twoją historię? Tak po prostu zdecydowałaś się przyjechać i wyznać, co leży ci na wątrobie?

– Tak, chcę to zakończyć.

Umilkła. On również milczał, marszcząc czoło. Bez problemu dostrzegła, że rozmyśla nad tym, co mu przed chwilą powiedziała.

Czy poczuła ulgę? Nikłą. Ale kilka dni temu zrozumiała, że ma szansę na pomoc. I nade wszystko, miała dosyć Marcina. Wszystko był lepsze niż stagnacja, oczekiwanie na jego ruch. Dlatego zdecydowała się uczynić własny.

– Pomożesz mi? – spytała cicho.

– Nie wiem jak. Na razie siedź cicho.

– Przyjechałam tutaj właśnie po to, aby nie siedzieć cicho.

– I co mam według ciebie zrobić? Zastrzelić go, jak tylko pokaże się w drzwiach?

– Nie wiem – odparła bezradnie, zaciskając pięści. – To ty jesteś policjantem, wymyśl coś. Skłamałam i nie chcę…

Już mówiłem, nie ma innych zeznań niż te, które potwierdzały twoją pierwsza wersję.

Może jeszcze ich nie ujawnił czy co się tam robi w takich sprawach.

I nie ujawni, ręczę głową. Wkręcił cię, chociaż nie wiem po co.

Wkręcił? – Mariel na zmianę bladła i czerwieniała. Nagle zrozumiała. – To drań! Skurwiel! By…

Gorsze jest, że nawet jeśli go widziałaś, on z pewnością ma znakomite alibi, które zaprzeczy twoim słowom. I wciąż może cię zabić. Na razie przychodzi mi do głowy tylko jeden pomysł. – Pochylił się ku niej, opierając łokcie na biurku. – Ale nie lubię działać w pośpiechu. Wolę sobie wszystko przemyśleć. Wracaj do domu, a kiedy będę wiedział coś więcej, skontaktuję się z tobą.

– On może zjawić się przed tobą.

– Skoro do teraz nic ci nie zrobił, to widać ma inne plany względem twej skromnej osoby.

– Inne? – Pobladła. Chyba spodziewała się czegoś więcej niż słowa, które przed chwilą usłyszała. Zamyślił się, bacznie przyglądając siedzącej po drugiej stronie biurka, dziewczynie. Ładna, chociaż żadna piękność. A jednak musiała mieć w sobie coś, co zauroczyło tego gnojka. Inaczej nie darowałby jej życia, nie wymyślał pokręconych umów, nie wikłał się w dziwne układy, choćby nie wiadomo jak były dla niego korzystne. Być może nie zdawała sobie z tego sprawy. Dla niej był psychopatycznym szaleńcem, który bawił się jej kosztem. Lecz Robert wiedział, więcej, był pewien, że sam plan wrobienia kogokolwiek, to lipa. I bardzo go zaskoczyła decyzja zostawienia takiego świadka przy życiu.

– Daję słowo, że coś wymyślę.

Powoli skinęła głową. Czuła potężne rozczarowanie, chociaż z drugiej strony, czego się niby spodziewała? Entuzjastycznej oferty pomocy?

Wyszła bez pożegnania. Po drodze odwiedziła łazienkę. Usiadła w ciasnej kabinie, z trudem powstrzymując łzy.

Nie miała pojęcia, co teraz. W końcu wyznała komuś swoją tajemnicę i nic. Nic się nie wydarzyło, świat istniał nadal, a ona nadal żyła.

Pomysł Pauli z poderwaniem odrzuciła na samym początku. Została jej jeszcze ucieczka. Tylko że musiałby wtedy porzucić całe swoje życie, rodzinę, przyjaciół, studia… Wszystko! To był znacznie trudniejszy krok niż rozmowa z Robertem.

– Oszaleję przez tego drania – mruknęła, przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. Lekko przypudrowała czerwony nos, niestety, nic nie mogła zrobić z oczyma, po których wyraźnie dawało się zauważyć, że płakała. Postanowiła, że po powrocie do domku babci, spakuje się i wróci do rodziców. Nie miała własnego lokum, nie miała nawet szans na coś w tym stylu. Ale nie narzekała. Leżący na obrzeżach miasta dom rodziców był dużym, przestronnym budynkiem, z ogromnym ogrodem. Może tam Marcin nie będzie jej nachodził? Podniesiona na duchu tą myślą, wyszła z komendy, kierując się w stronę najbliższego przystanku autobusowego. Ale kiedy stanęła pod wiatą, z uwagą studiując rozkład jazdy, usłyszała ciche syknięcie.

– Hej wiewióreczko! – Silnym gestem ujął zaskoczoną dziewczynę pod ramię. – Wpadłaś na kawę? No, popatrz – zmartwił się obłudnie. – A ja wyszedłem z pracy wyjątkowo punktualnie.

– Ja…

– Wsiadaj! – Błyskawicznie zmienił ton głosu, wpychając ją na przednie siedzenie stojącego nieopodal auta. – I bez głupich numerów, bo będę zmuszony za pomocą siły pokazać ci, kto tu rządzi! – warknął, wymierzając lekkie uderzenie w jej policzek.

– Zrozumiałaś?

– Ale…

Zatrzasnął drzwi. Sam zajął miejsce kierowcy i ruszył z wizgiem opon.

– Gdzie jedziemy?

– W miejsce, w którym nikt cię nie usłyszy.

– Aha – odpowiedziała tylko, odwracając głowę i gapiąc się na uciekający za oknem świat. Nie przestraszyły jej te słowa, chociaż chyba powinny. Zmęczona, oparła czoło o chłodną szybę, podczas gdy Marcin zaciskając kurczowo zęby, lawirował pomiędzy innymi samochodami na dwupasmowej drodze. Lekko drgnęła, gdy pierwsze krople zabębniły na rozgrzanej karoserii. Potem już tylko w ciszy zakłócanej szumem deszczu, było słychać miarowy dźwięk poruszających się wycieraczek.

Nie zastanawiała się dokąd jadą i co on zamierza zrobić.

Ocknęła się dopiero, gdy poznała okolicę, w jakiej się znaleźli. Przestało już padać, kiedy samochód zatrzymał się na odludziu, dokładnie w miejscu, gdzie ujrzała Marcina po raz pierwszy.

– Nie boisz się, że znów ktoś będzie cię podglądał z krzaków? – zakpiła.

– Nie. – Nie gasząc silnika, wykonał półobrót, tak, że siedział teraz przodem, opierając ramię na kierownicy. – Za to ty powinnaś się bać.

– Wiem.

Zmarszczył brwi. W co ta dziewczyna pogrywała?

– I?

– I nic. Jestem zmęczona, chociaż nie jest to stricte fizyczne zmęczenie – westchnęła, odgarniając natrętny kosmyk włosów, opadający na twarz. – Poza tym wyznałam mu prawdę.

– Wiem.

– I nic nie zyskałam prócz wiedzy, że zeznania, które złożyłam, były lipne.

– Były, a ja cię ostrzegałem – uśmiechnął się asymetrycznie, wyciągając rękę i wodząc opuszkiem po miękkim policzku. – Gdyby nie było to głupie, powiedziałbym, że mnie prowokujesz.

– Do czego? – Spojrzała na niego zaskoczona.

– Do tego. – Pocałował ją bez ostrzeżenia, brutalnie miażdżąc delikatne usta. Nie zaprotestowała, ale też nie okazała najmniejszego entuzjazmu. Pozostała bierna, podczas gdy on pastwił się nad delikatnymi wargami, zaciskając dłoń na smukłym karku. Wbrew wszystkiemu zapragnął zmusić ją do współpracy. Nie chciał, aby pozostała niemym świadkiem wybuchu jego własnych żądz. Chciał, aby znów straciła nad sobą panowanie, aby wiła się w jego objęciach, pojękując z rozkoszy. To pragnienie było tak silne, że nie potrafił go zdusić, odepchnąć. Oczywiście mógł zrobić tak, jak zwykle. Ostrym słowem i brutalnym zachowaniem podporządkować sobie jej ciało. Gniewało go to, że tym razem chciał czegoś innego. Gniewało, a zarazem podniecało.

– Chodź tu do mnie! – warknął, odsuwając fotel do tyłu i zmuszając Mariel, aby usiadła na jego kolanach. Potem ujął szczupłą twarz w obie dłonie i znów pocałował. Prowokował, kusił, czubkiem języka badając wilgotne wnętrze pomiędzy pełnymi wargami. Z wisielczym humorem pomyślał, że od brutalnego rżnięcia miał dziwki. Od tej dziewczyny chciał dostać coś innego, mimo że było to dla niego tak zaskakujące. I dlatego w równym stopniu złościły go własne pragnienia, co jej obojętność i bierność. Więc kiedy poczuł delikatny dotyk kobiecej dłoni, nieśmiały, pełen wahania, wpadł w euforię.

Lecz zaraz potem wszystko się zmieniło, bo Mariel położywszy rękę na jego twarzy, z całej siły ją odepchnęła.

– Nie! – krzyknęła i skuliła się, widząc uniesione do uderzenia ramię. Zamknęła oczy, czekając na przeszywający ból, ale nic się nie wydarzyło. Bardzo powoli uchyliła powieki i dopiero wtedy poczuła przerażenie.

Nigdy wcześniej nie widziała spojrzenia, w którym czysta żądza splatałaby się w tak przedziwny sposób z gniewem. Twarz wykrzywiona w paroksyzmie wściekłości, pociemniałe z podniecenia oczy, kurczowo zaciśnięte usta, wypukłe żyłki pulsujące na skroni. To był potworny, ale i fascynujący widok, bo na obliczu Marcina odzwierciedlała się teraz każda jego myśl, każdy szczegół pokręconej psychiki.

– Czego ty ode mnie chcesz? – spytała cicho.

Lekko drgnął, aby nagle rozluźnić mięśnie twarzy i asymetrycznie się uśmiechnąć.

– Przecież wiesz. Nie czujesz tego?

Czuła i to bardzo wyraźnie.

– Ale skoro ty nie chcesz… – zmrużył oczy. – Pozostaje mi zrobić to tak, jak ci obiecałem. Wysiadaj! – Sprawnie otworzył drzwi i wypchnął na zewnątrz zaskoczoną dziewczynę. A kiedy sięgnął po broń zrozumiała, co zamierzał. I chociaż to było głupie, to zerwała się na równe nogi i zaczęła uciekać.

Niedaleko odbiegła. Silne szarpnięcie zatrzymało ją w miejscu, powaliło na mokre od deszczu poszycie lasu. Oplótł jej włosy wokół własnej dłoni, a potem do skroni przystawił lufę pistoletu.

– Rozepnij moje spodnie – rozkazał, patrząc z góry na pobladłą, przerażoną twarz dziewczyny.

– Nie! – zaprotestowała słabo.

– Są gorsze rzeczy, jakie mogą cię spotkać – roześmiał się drwiąco, lekko uderzając bronią w jej policzek. – Dalej wiewióreczko, przecież wiesz, że nie lubię się powtarzać?

Wciąż miała wolne dłonie i teraz z całej siły próbowała go odepchnąć. Cmoknął z niezadowoleniem, wyciągając kajdanki.

– Trudno – powiedział nieco filozoficznym tonem i sprawnie unieruchomił jej ramiona z tyłu pleców.

– Odgryzę ci go! – warknęła ze złością.

– Nie odgryziesz – odparł ze spokojem. – Jak tam babunia Mariel? Zdrowa? Słyszałem, że szykuje się nieliche weselicho w rodzinie? Siostra, prawda?

Pobladła, bo te kilka słów niezwykle skutecznie pozbawiło ją możliwości obrony.

Siostra – potwierdziła szeptem. Klęczała na nierównym podłożu, czując jak drobne patyczki ranią delikatną skórę kolan, nieprzyjemny chłód bijący od mokrej ziemi. Zadrżała, kiedy Marcin szybkim ruchem rozpiął spodnie. Ale nie tylko. Poczuła też smak własnych łez.

Czegokolwiek by nie zrobiła, przegrywała.

Przełamała się, przerwała milczenie, zdradziła ich umowę, a on nawet się nie rozzłościł.

– Bydlę! – syknęła, podnosząc głowę i łapiąc jego spojrzenie. – Rób, co musisz, skurwielu, bo jak widać tylko na to cię stać!

Znieruchomiał.

Dotąd nie zdarzyło mu się zmuszać kobiety do seksu. Owszem, lubił być brutalny, lubił też kilka innych nietypowych rzeczy. Poza tym kupował i to mu odpowiadało. Dziwki czasami protestowały, lecz nie były w tym autentyczne. Ona była. W niebieskich oczach wyczytał prawdziwą nienawiść, w głosie słyszał gniew i obrzydzenie.

I nagle zdał sobie sprawę, że chcąc to pokonać, dopuszczał się nie tylko przemocy. Chciał ją siłą zmusić do uległości, do współpracy. Nie chodziło mu nawet o zwykły gwałt fizyczny, a raczej o psychiczne zniewolenie duszy, stłamszenie oporu.

Cholernie nie spodobało mu się, do jakich wniosków właśnie doszedł.

Tresura? Zgoda. Tylko że w którymś momencie przesadził i tama pękła pod napływem wezbranej rzeki. Robert już wiedział i kwestią czasu pozostawało, czy wykorzysta tę wiedzę.

– Wstawaj! – warknął gniewnie, tym razem zmuszając ją, aby stanęła na drżących nogach. – Jeszcze zobaczymy kto kogo będzie błagał o seks.

– Błagał? – Oczy jej się zaokrągliły z zaskoczenia. – Chyba sobie żartujesz? Przecież nie ja!

– Czas pokaże – podsumował krótko i pchnął ją w kierunku samochodu. – Wsiadaj!

Tylko przez moment się zawahała. Potem zajęła miejsce, niezgrabnie, bo nie potrafiła inaczej ze względu na ramiona skrępowane za plecami.

– Mógłbyś to zdjąć – poprosiła nieśmiało. Spojrzał na nią znad opuszczonej głowy, a później połowicznie spełnił to życzenie. Skuł jej nadgarstki z przodu.

– Będzie wygodniej i bezpieczniej, jakby przyszedł ci do głowy jakiś głupi pomysł.

– Gdzie jedziemy? Do domu?

– Nie.

O więcej nie odważyła się spytać. Siedziała apatyczna, kiwając się, gdy auto podskakiwało na wertepach. Potem wyjechali na asfaltową drogę i znów zaczęło padać. Z góry leciały prawdziwe potoki deszczu, wycieraczki szumiały miarowo, a radio grało jakiś nostalgiczny, nieco smutny kawałek.

Teraz mnie zabijesz? – W końcu przerwała ciszę.

Nie gadaj głupot – sarknął. – Zaproszę cię na randkę.

Co?! – Najpierw osłupiała, potem wybuchnęła śmiechem. – W tych kajdankach? – Uniosła do góry obie dłonie, nadal rozbawiona, nie zwracając na chmurne oblicze Marcina.

Kajdanki zostawimy sobie na inną okazję. Za to, że odważyłaś się mnie zdradzić, też policzę się z tobą później.

Na twoim miejscu bym się pospieszyła – odpowiedziała, z premedytacją nie kryjąc złośliwości w głosie.

Bo?

Bo stary pryk z ciebie. – Nigdy nie zwracała się tak wulgarnie do żadnego człowieka, ale tym razem ani odrobinę jej to nie przeszkadzało.

Wiewióreczko, nie igraj ze mną.

Nie igram. Stwierdzam oczywistą oczywistość. – Dostrzegła jak konwulsyjnie zacisnął palce na kierownicy, jak zmrużył oczy i zasznurował usta. Musiał być wściekły, a jej się to nieoczekiwanie spodobało. Chociaż wolała poprzestać na tym, co już powiedziała. Tak na wszelki wypadek.

Gdzie jedziemy? – ponowiła pytania.

– Mam coś do załatwienia – odezwał się w końcu. – Najpierw to, a potem się tobą zajmę. Nie dziś, ale pojutrze.

Wzdrygnęła ramionami. Po co jej to mówił?

Żadnych randek, a już na pewno nie z tobą.

Jeszcze zobaczymy.

Odwieziesz mnie do domu?

– Tak

Nie odpowiedziała, w żaden sposób nie reagując na tę obietnicę. Jednak Marcin mówił prawdę i kilka minut później znaleźli się na miejscu. Deszcz rozpadał się z jeszcze większą siłą, zasłaniając cały świat grubą kurtyną.

– Wiesz, że jesteś zdrowo szurnięty? – spytała, wyciągając ku niemu skrępowane ręce. – Rozkujesz mnie czy mam sobie radzić bez tego?

– No pewnie, że rozkuję. Ale najpierw… – Znów odsunął siedzenie, po czym uniósł lekko biodra, rozpinając spodnie. Mariel aż zatchnęło z oburzenia.

Co ty… – umilkła, gdy tylko zsunął bokserki.

Jej doświadczenie nie należało do bogatych, ale to co ujrzała, przyprawiło ją o rumieńce. I to nie tylko wstydu. Gruby, nabrzmiały, purpurowy członek, świadczył o tym, jak bardzo Marcin był podniecony.

Obejmij go – rozkazał schrypniętym głosem.

Nie ma… mowy – wykrztusiła.

Mariel, poszedłem na ustępstwa, ty też musisz.

Nic nie muszę.

Możemy to zrobić tak, albo tradycyjnie. Zresztą, uwielbiam od tyłu – dodał ze śmiechem.

Najpierw randka – oświadczyła zdecydowanie.

Aha! Czyli przyjmujesz moją propozycję?

Przyjdę z siekierą – zapewniła, usiłując nie zezować w kierunku jego krocza. Chyba to zauważył, bo znów się roześmiał, po czym schował nabrzmiałą męskość i zapiął spodnie.

Daj, zdejmę kajdanki. Jesteśmy umówieni? – spytał, sięgając po kluczyk.

– Wyląduję przez ciebie w pokoju bez klamek – mruknęła, po czym wysiadła bez pożegnania. Ani razu nie spojrzała za siebie. Odetchnęła dopiero, gdy oparła się plecami o zamknięte drzwi.

I nagle poczuła zmęczenie. Chaos wkradający się do myśli, rozpychający się łokciami, pomimo tylu ważnych pytań.

Kurwa! zaklęła w duchu. Może on cierpi na zaburzenia dwubiegunowe czy jak to się tam nazywało? Przecież ten facet jest niespełna rozumu! Na początku wydał jej się cynicznym draniem, opanowanym i zimnym. Zresztą, nadal nim był. Tylko że… Zimne dranie nie całują tak jak on godzinę temu, gdy siedziała na męskich kolanach. Chyba. Mało wiedziała na ten temat, bo dotychczasowi mężczyźni w jej życiu byli najzupełniej normalni.

No właśnie. Normalni. Tacy zwyczajni, nudni. Aż roześmiała się, gdy zrozumiała swoje myśli. Bo o panu komisarzu mogła powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie był nudny.

No i… Znów poczuła, jak żar oblewa jej policzki.

Żeby tak bez jakiegokolwiek wstydu obnażyć się przed nią! Chociaż z drugiej strony powstrzymał się i nie skrzywdził jej, kiedy mógł. To było dopiero dziwne, bo Mariel miała pewność, że nie poradziłaby sobie z silnym mężczyzną i byłym komandosem. Zrobiłby co chciał i jak chciał.

I nagle, chyba po raz pierwszy w trakcie ich krótkiej, pokręconej znajomości, pomyślała, że to wszystko może się skończyć w bardzo zaskakujący sposób.

***

Zgasił silnik i wysiadł, wsłuchując się w panującą dookoła ciszę. Był pewien, że przybył punktualnie, a jednak dookoła nie zauważył śladu czyjejkolwiek obecności. Zapalił papierosa i oparłszy się o rozgrzaną maskę samochodu, czekał.

Niezbyt długo.

Na polanę wtoczył się z drapieżnym pomrukiem sportowy wóz w kolorze intensywnej czerwieni. Marcin pomyślał z pogardą, że to nie było auto na leśne trakty, ale jak widać mężczyźnie, który wysiadł, ani trochę to nie przeszkadzało.

O co chodzi? – zapytał, nie siląc się nawet na pozory uprzejmości. Był wysoki, doskonale zbudowany, o pociągłej twarzy, która bardziej przypominała kamienną maskę niż oblicze żywego człowieka. Oczy miał ciemne, prawie czarne, włosy przyprószone siwizną, usta wąskie, surowo zaciśnięte.

Koniec zabawy – oświadczył Marcin, od razu przechodząc do sedna.. – Teraz cała grupa prowadzi śledztwo. Nie będę w stanie sabotować wszystkich ich ruchów.

Koniec?

Tak, koniec. Poza tym mam dość, chcę odejść na emeryturę.

Ty? – Tym razem nieznajomy się uśmiechnął. Szyderczo, z niedowierzaniem. – Nie uwierzę, póki nie zobaczę.

To zobaczysz. Maciej, ja mówię serio. Czekam na uregulowanie ostatniej płatności i rezygnuję.

Nie da się tak po prostu zrezygnować z naszego układu.

Nie? A co mi zrobisz? Zerżniesz analnie i udusisz? – zakpił.

Mogę sprawić, że twoja emerytura nie będzie aż tak wymarzona. Daj papierosa.

Częstuj się, tego świństwa nie będę ci żałować.

Pomimo jawnie okazywanej niechęci, a nawet wrogości, dało się wyczuć pomiędzy nimi wzajemny respekt. Nieznajomy też oparł się o maskę, zaciągając gryzącym dymem.

Co ty do kurwy nędzy palisz? Straszne paskudztwo.

Cienkich mentolowych nie mam, nie poczęstuję cię.

Wiesz, że nie lubię, jak się ze mnie drwi.

A ja, jak mi się grozi. Moja emerytura to jedno, znacznie większym problemem jest, że tym razem uda im się trafić na wasz trop. Więc grzecznie zwiniecie interes i tyle.

Nie mam zamiaru. To uzależnia.

Jak chcesz.

Siedzisz w tym po uszy razem z nami.

Siedzę – potaknął Marcin z ponurym spokojem.

Więc masz interes w tym, aby nas nie złapano. Jeśli potrzebujesz więcej forsy na opłacenie kogoś, mów.

Potrzebuję odrobiny zdrowego rozsądku z waszej strony. Nie mają żadnych dowodów, nawet żadnych poszlak. Znikniecie i ujdzie wam to bezkarnie.

Nam ujdzie.

Odpierdol się! – warknął Marcin. – Powiedziałem, że z tego wychodzę? To uwierz w moje słowa, bo ja nie mam zamiaru dłużej się w to bawić. – Rzucił niedopałek papierosa na ziemię.

Ja nie zrezygnuję. – W czarnych oczach ukazał się błysk szaleństwa. – Mówiłem już, że to uzależnia. Złapią nas? Dobrze, ale wtedy za pewne przywileje, szczerze sobie z nimi porozmawiam.

Przywileje? – Marcin spojrzał na niego z niezwykłą przenikliwością. – Masz rację, za pewne przywileje można sobie szczerze porozmawiać.

Co masz na myśli? – Przeciwnik uniósł nieznacznie brwi. Zachował spokój, chociaż jego głos stwardniał, nabierając niezwykłej ostrości.

To, że od dziś każdą kolejną akcję uzgadniacie ze mną. I jeszcze jedno. Nie będzie trupów, nie będzie sprawy. Zrozumiałeś? Koniec zabawy pod publikę.

Chciałeś się kiedyś przyłączyć. Dlaczego zrezygnowałeś?

Mówiłem już. Lubię perwersje, ale bez przesady. Masz, łap! – Rzucił na wpół opróżnioną paczką papierosów w kierunku Macieja. – Na zdrowie! – dodał złośliwie, po czym odwrócił się, wsiadł do samochodu i odjechał.

Na polanie został tylko ciemnooki mężczyzna. W zamyśleniu przyglądał się wyjętemu papierosowi, obracając go w palcach. Później uniósł głowę, patrząc w kierunku, gdzie zniknął wóz policjanta.

Coś się zmieniło. W ich relacje wdał się jakiś fałsz, którego wcześniej nie było. Przez ostatnie pół roku Marcin przyjmował ich poczynania z pobłażliwym rozbawieniem. Teraz wyglądał na poirytowanego. Dlaczego tak nagle zdecydował się wycofać?

To było dobre pytanie, a on jak najszybciej musiał znaleźć na nie odpowiedź. Inaczej, tego był pewien, wszystko skończy się szybciej niż to sobie zaplanował.

***

Światła pulsowały w rytm muzyki. Nieco ogłuszona hałasem Mariel siedziała w przepastnej loży, sącząc piwo z sokiem i usiłując prowadzić konwersację z znajomymi, którzy prawie siłą zmusili ją do udziału w imprezie. Niestety, wykrzykiwanie czegoś do ucha swego rozmówcy, było kiepskim sposobem na rozmowę. W końcu pięcioro z ośmioosobowej grupy ruszyło na parkiet i została w towarzystwie migdalącej się pary. Kiedy dostrzegła jak dziewczyna energicznie masuje krocze swego partnera, zmieszała się. Zerwała z miejsca, bez słowa tłumaczenia podążając w kierunku baru. Tam wybrała jedno z wysokich krzeseł i łagodnym rykiem poprosiła o jeszcze jedno piwo z sokiem. Na szczęście był to chyba lokal, gdzie ten napój szczodrze okraszano wodą, więc czuła jedynie szum w tle i dziwną, trudną do opanowania wesołość.

Ze względu na słodycz soku, cała szklanka weszła niezwykle łatwo. Mariel opuściła swe stanowisko przy barze i w pośpiechu udała się do łazienki. Tym razem szum przestał być tylko tłem, a ona obiecała sobie, że po powrocie zamówi wodę albo colę.

Do damskiej toalety jak zwykle była kolejka. Po drodze, trochę z nudów, a trochę dla zaspokojenia własnej próżności, przypudrowała twarz, poprawiła rozpuszczone włosy, opadające na plecy miękkim falami, przeciągnęła błyszczykiem po wyschniętych wargach. Na końcu z uznaniem oceniła własne oblicze oraz po raz nie wiadomo który, fason nowej sukienki.

Kiedy wróciła do baru, chcąc poprosić o szklankę wody, na jej miejscu ktoś siedział. Mariel zmrużyła oczy, bo dobrze go znała. Siedział tyłem do wypełnionej tłumem sali, opierając łokcie na blacie i w ponurej zadumie sącząc ze szklaneczki złocisty trunek. Trochę się zmieszała, ale nagle poczuła determinację. Położyła dłoń na jego ramieniu i nic więcej, bo błyskawicznie wykonał półobrót, chwytając jej nadgarstek.

– Cześć – powiedziała, chociaż mógł to odczytać jedynie z ruchu ust. Zmrużył oczy, jednym haustem dopił zawartość szklanki, po czym nie luzując uchwytu, pociągnął zaskoczoną dziewczynę za sobą. Znaleźli się na tyłach, gdzie wciąż było głośno, ale można było też w miarę normalnie prowadzić rozmowę. Pchnął ją na fotel znajdujący się przy okrągłym stoliku, po czym pochylił się i zaciskając palce na oparciach, wwiercił w Mariel ostre spojrzenie.

– Co tu robisz?

– Przyszłam z przyjaciółmi. To klub gdzie studenci z akademików chętnie bywają – tłumaczyła zmieszana, chociaż mówiła najszczerszą prawdę.

– Tak? – Znów zmrużył oczy. Gdy to robił, zyskiwał wygląd drapieżnika szykującego się do skoku na bezbronną ofiarę, którą była oczywiście ona.

– A ty? – ośmieliła się spytać. – Relaks po pracy?

– Dużo chętnych dup. – Wzruszył ramionami, prostując się i siadając na drugim z fotelów.

– Na co?

– No nie bądź głupia! – prychnął drwiąco. – Dużo chętnych, pijanych lub naćpanych dup. A ty? Piłaś? Jarałaś coś?

– Nie umiem palić i dwa małe z sokiem.

– Szkoda. Mógłbym zakończyć połów – zakpił, obserwując rumieniec wypełzający na jej policzki.

– Nie nadaję się do takich spraw.

– Niemożliwe.

– Dlaczego? Mam wypisane na czole: przeleć mnie? – Tym razem to ona była uszczypliwa.

– Nie, ale zadajesz się z moim drogim kolegą, a ja dokładnie wiem, jaki typ kobiet preferuje.

– Nie zadaję się z nim… w tym sensie – wyjaśniła niechętnie.

– Nie? Dostrzegłem coś zupełnie przeciwnego.

– Jaki typ kobiet preferuje? – Nie potrafiła powstrzymać pytania cisnącego się na usta.

– Uległe suki, gustujące w ostrym seksie. I ciche, podobno muszą być ciche. – Obserwował z uwagą cały wachlarz emocji na jej twarzy. – Ciche na początku, ciche w trakcie, ciche na końcu. A jak nie są, to dusi je poduszką.

– Że co? – Mariel gwałtownie zmieniła kolor z intensywnej czerwieni na szarawą bladość. – Skąd możesz wiedzieć takie rzeczy?

– Wiem o nim całkiem sporo. Z każdym dniem coraz więcej. Aż w końcu coś na niego znajdę.

Mógłbyś wykorzystać moje zeznania.

Ma alibi. Tak dobre alibi, że zacząłem się zastanawiać, czy nie kłamałaś.

No wiesz! – Aż poczerwieniała ze złości. – Cham! Liczyłam na twoją pomoc, a ty zarzucasz mi kłamstwo – dodała z goryczą.

– Skoro widziałaś, jak popełnił morderstwo, dlaczego cię nie zabił?

Mariel milczała, myśląc, że z Roberta też był kawał sukinsyna.

Przez głupi zbieg okoliczności wpakowałam się w kłopoty. Sądziłam, że jeśli wszystko ci powiem, to w czymś pomoże. Ale nie pomogło. Ani ty się nie przejąłeś, ani on – wyjaśniła w końcu z niechęcią. – Męczy mnie ta cała sytuacja.

– Trzeba było powiedzieć prawdę, kiedy miałaś okazję.

– Prawdę? – spojrzała na niego z ironią. – Dzień dobry. Chciałam zgłosić, że byłam świadkiem morderstwa, które pan popełnił. Tak miałam zrobić?

– Nie jest jedynym policjantem, z którym mogłaś rozmawiać na ten temat.

– Ale jedynym, który celował do mnie z broni.

Robert nie odpowiedział. Zapalił papierosa, przyglądając się Mariel nieodgadnionym spojrzeniem.

Postaw się na moim miejscu – odezwał się w końcu. – Zjawiłaś się u mnie, twierdząc, że widziałaś jak zamordował tamtego gliniarza. To akurat nic zaskakującego, ten skurczysyn byłby zdolny i do gorszych rzeczy. Już od dawna podejrzewam, że ma sporo za uszami. Lecz twoje późniejsze słowa były wręcz niewiarygodne. Zamiast zastrzelić cię jako niewygodnego świadka, on nie tylko pozostawił przy życiu, ale zawarł z tobą układ. Lipny układ, bo oficjalnie żadnych zeznań nie było.

Bawi się.

Nie tylko Mariel.

Westchnęła, bo nie dostrzegła najmniejszego sensu, aby kontynuować tę rozmowę.

– Pójdę, zanim znajomi zaczną mnie szukać – wstała, ale Robert zaskoczył ją, bo również się podniósł, wrzucając niedopałek do porzuconej przez kogoś pustej butelki po piwie. I podążył dokładnie za nią, na samym końcu zajmując miejsce na niskiej kanapie, na której rozsiadło się całe towarzystwo. Nieco zmieszana i odrobinę rozgniewana, przedstawiła go w trzech słowach, zresztą, w takich warunkach to i tak okazało się wystarczające. Robert zapalił kolejnego papierosa i bez skrępowania, przyglądał się całemu towarzystwu. Długo i z namysłem, chociaż tak naprawdę Mariel było to całkowicie obojętne. Zamiast o kolejne piwo poprosiła o wodę, ale wtedy uniósł kpiąco brwi i zamówił drinki dla wszystkich.

– Za naszą owocną współpracę – szepnął jej drwiąco na ucho, podnosząc smukłą szklaneczkę i wypił całość jednym haustem. Mariel była znacznie wolniejsza i sączyła swojego przez prawie kwadrans. Przez ten czas pan aspirant zdążył zamówić jeszcze całą butelkę Johnny Walkera i pokazać, że ma sporą tolerancję na alkohol.

Zamyślona piła przez słomkę sok jabłkowy, starając się nie myśleć o siedzącym obok mężczyźnie, który przyglądał się jej z coraz większą zachłannością i z coraz mniejszym skrępowaniem.

W końcu pochylił się i prawie dotykając wargami płatka jej ucha, spytał szeptem:

– Co on w tobie widzi?

Odwróciła głowę, tak, że patrzyła teraz prosto w zmrużone oczy Roberta.

– Ofiarę.

– Nie, nie tylko – zaprzeczył. – Już na samym początku przekonał się, że jesteś dla niego zagrożeniem, a jednak cię nie zabił. Jeszcze.

– Pocieszając. – Nastroszyła się, bo męska dłoń ukradkiem zaczęła przesuwać się po jej udzie. – Przestań mnie obmacywać!

– Bo? – Odparł ze śmiechem, chociaż wycofał rękę.

– Bo nie mam ochoty.

– Szkoda, nie musiałbym dalej szukać. – Dopił drinka po czym wstał. Zgrabnie, zwinnie i ani trochę nie było po nim widać, że przed chwilą wypił pół butelki mocnego alkoholu. – Jeszcze się zobaczymy – dodał, po czym mrugnął okiem i zniknął w gęstym tłumie.

Do pełni szczęścia, brakuje mi jeszcze wściekłego pana komisarza, pomyślała Mariel z wisielczym poczuciem humoru. Ale złośliwy los chyba postanowił jej odpuścić, bo do domu wróciła sama, taksówką, bez jakichkolwiek przygód.

Nie chciało jej się spać. Wykąpała się, pozbywając nieprzyjemnych aromatów, przebrała w lekką koszulkę i przygotowała sobie rumiankową herbatę. Wypiła ją, siedząc na szerokim parapecie okna sypialni i patrząc na lśniącą zimnym srebrem tarczę księżyca. Z jednej strony czuła ekscytację, bo w jej monotonnym życiu w końcu zaczęło się coś dziać. Z drugiej strony, tego czegoś czasami stanowczo było zbyt dużo. Co on w tobie widzi? spytał Robert. No właśnie? Co ten pokręcony bydlak upodobał sobie w jej skromnej osobie? Dlaczego nie chciał zostawić w spokoju? Przecież nie chodziło o miłość… Roześmiała się w głos. Miłość? To dopiero doskonały dowcip.

Odstawiła kubek i skuliła się na łóżku. Jednak nie mogła zasnąć. Wsłuchiwała się w miarowe tykanie zegara, liczyła urojone owce, ale nie mogła zasnąć. Niebo na horyzoncie poróżowiało i wtedy Mariel wstała. Po cichutku, aby nie obudzić babci, ubrała kalosze, narzuciła na siebie gruby sweter i wymknęła się do ogrodu. Srebrzysta tarcza księżyca poszarzała; była teraz czymś niewyraźnym, podczas gdy złocisto brzoskwiniowy blask przeganiał mrok, rozlewając się barwną plamą i nadając światu nieuchwytną aurę. Aurę, którą ciężko opisać słowami, ale bardzo łatwo wyczuć. Na trawie migotała tysiącami kropelek poranna rosa, a ptaki już rozpoczęły koncert na powitanie kolejnego dnia.

Mariel weszła do sadu, aż w końcu dotarła na jego skraj i oparła się plecami o szorstki pień jabłoni. Podziwiała wielobarwny wschód słońca nad polami, chociaż jej myśli krążyły wokół czegoś innego. Kogoś innego.

Może powinna wrócić do miasta, wtedy się od niego uwolni? Zamknęła oczy, lekko drżąc w chłodzie poranka. Bez problemu przywołała obraz szczupłej twarzy o zimnych jak lód oczach. Analizowała każdą sekundę, jaką spędziła w jego towarzystwie, każde zapamiętane słowo. Dotyk, pocałunek… Zagryzła wargi. Wtedy, w samochodzie chciał czegoś więcej niż seksu. Chciał akceptacji. Pragnął, aby i ona poczuła pożądanie.

Tak, to akurat było dziwne.

A może nie, może nie powinna się dziwić?

Ten układ to lipa, twierdził Robert. Skoro tak, to czego naprawdę chciał od niej ten policyjny psychol? Czego?!

I nagle pomyślała, że powinna go sprowokować. Rzucić wezwanie. Sobie, jemu, życiu. Tylko otwarta konfrontacja może w końcu pomóc wyplątać się z tej matni. Stała i chociaż patrzyła przed siebie, tak naprawdę przed oczyma widziała zupełnie coś innego.

Chciał się zabawić jej kosztem? A może tym razem ona zabawi się jego kosztem? Perfidnie i z premedytacją doprowadzi do konfrontacji, do czegokolwiek, bo cokolwiek było lepsze od pełnego napięcia oczekiwania.

***

Trzymając w ręku opasłą teczkę, wszedł do pokoju, który współdzielił z Marcinem. I od razu się skrzywił, bo rozleniwiony kolega pił kawę, oglądając pornosy.

– Przesadzasz! – warknął, wkurwiony Robert. – Weź załóż słuchawki, albo wycisz dźwięk.

– No co ty? – Marcin uśmiechnął się, ironicznie wykrzywiając usta. – Taki samiec alfa i nie lubi pornoli?

– Na pewno nie w pracy.

– Przecież nie pracujemy.

– Ty nie pracujesz, ja mam co robić.

– No tak, zapomniałem. Będziesz ratował świat.

– Nie, robię plany, jakby ci strzelić w ten głupi łeb podczas spontanicznej akcji! – warknął poirytowany partner.

– Słyszałem że uciąłeś sobie długą, szczerą rozmowę z naczelnikiem? Czyżbym to ja był wdzięcznym tematem?

– Kiedyś cię dopadnę i żadne alibi ci nie pomoże! – wycedził przez zaciśnięte zęby Robert. – Wtedy zobaczymy, czy będzie ci dopisywał dobry humor.

– To było zachować tajemnicę i pozory przyjaznej współpracy, głupku – podsumował z politowaniem Marcin. Potem głośno westchnął i wyłączył telefon, odkładając aparat na biurko. Przeczesał palcami włosy i zamyślił się.

– Mam dla ciebie propozycję – odezwał się po dłuższej chwili milczenia.

– Wsadź ją sobie w dupę.

Coś ty taki nerwowy od rana? Nie podupczyłeś?

A ty co taki zadowolony? Udało ci się w końcu udusić którąś z dziwek?

Nie byłem na dziwkach, mam kogoś innego na oku.

Mariel? Już widzę, jak pada ci w ramiona i podaje poduszkę – podsumował z sarkazmem Robert. – Zostaw dziewczynę w spokoju. Jest dla ciebie za młoda i za dobra.

Miewałem młodsze – mruknął nieco zniecierpliwiony Marcin. – Chociaż co do tego drugiego, to masz rację. I właśnie dlatego mam dla ciebie propozycję. Chcę się wycofać.

Wycofać? – Robert zakrztusił się kawą. – Ty chcesz się wycofać?

– Pora się ożenić – odparł filozoficznie Marcin. – Poświęcić rodzinie, ustatkować.

– Ty?! Weź kurwa bez takich!

– Za długo robię w tym fachu. Mam prawo do emerytury. Dwadzieścia sześć lat służby ojczyźnie – zadrwił. – Przepisy się zmieniły, więc skorzystam. Póki znów się nie zmienią i to in minus.

Robert zmrużył oczy, przyglądając się z uwagą siedzącemu naprzeciwko mężczyźnie. Nie uwierzył w jego chęć ustatkowania się czy zmęczenie pracą. Skoro Marcin chciał odejść, to oznaczało, że zaczął palić mu się grunt pod nogami. Łatwiej było przejść na emeryturę, zaszyć się gdzieś, może nawet uciec za granicę. Cholera wie, co planował ten skurwiel?

Najpierw mówisz "wycofać", potem wspominasz o emeryturze. Masz na myśli dwie różne rzeczy, prawda?

Bystry chłopiec.

Mów, o co chodzi.

Mówiłem. O emeryturę w szeroko rozumianym znaczeniu tego słowa. Będą potrzebować kogoś na moje miejsce.

Oni?

Oni. – Marcin rytmicznie bębnił palcami o blat biurka. – To bardzo opłacalny biznes.

Pojebało cię? – Robert nie dowierzał temu, co słyszał. – Tak po prostu proponujesz mi, żebym grał na dwa fronty?

Ta, na dwa fronty – Marcin uśmiechnął się z przekąsem i zaraz potem spoważniał. – A teraz zamknij się durniu i słuchaj! Bo będziesz miał wyjątkową okazję pobawić się w obrońcę tego popieprzonego świata.

Pół godziny później Marcin wsiadał na motor, pogwizdując coś z zadowoleniem, podczas gdy osłupiały Robert wciąż siedział przy swoim biurku, przetrawiając informacje, jakie przekazał mu starszy kolega.

Miał tylko jedno, jedyne pytanie. Co było powodem tych wszystkich zmian? Wydawało się nieprawdopodobne, aby była nimi ta całkiem zwyczajna dziewczyna.

A jednak...

Ja pierdolę! – Robert przesunął obiema dłońmi po twarzy. – Muszę z nią porozmawiać.

Wstał i w milczeniu przyglądał się, jak z parkingu wyjeżdża lśniący, czarny motocykl. Potem sięgnął po telefon i wybrał numer Mariel. Niestety, ta nie odbierała i Robert za trzecim razem się poddał. Zostawił jedynie wiadomość, a później wrócił do spraw, którymi zajmował się wcześniej.

Mariel akurat tego dnia postanowiła wybrać się na długą, wyczerpującą wycieczkę. Telefon wyciszyła, wrzuciła do plecaka i szybko o nim zapomniała. W samo południe zatrzymała się w tłocznym kąpielisku, potem zjadła coś w jednym z licznych barów, a na koniec odwiedziła budkę z lodami. Później znów wyruszyła leśnym szlakiem.

Lubiła las i lubiła takie wycieczki. Miała wtedy czas, aby rozmyślać o wszystkich problemach, o planach na przyszłość, o relacjach z mężczyznami. Tak jak dziś, kiedy w głowie siedziało tyle pytań i wątpliwości.

Zmęczona, zatrzymała się nad brzegiem małego jeziorka. Jednego z wielu w tej okolicy, ale położonego na uboczu, w głębi lasu. Zdjęła plecak, zsunęła buty i rozkoszowała się samotnością odludnego zakątka. W końcu usiadła na podniszczonym pomoście, stopą przeczesując nieruchomą taflę wody. Z obawą spojrzała na niebo, ale pomyślała, że burza, o ile w ogóle trafi w te strony, była jeszcze bardzo daleko. Jej obecność zwiastował jedynie cichy pomruk; można było ją wyczuć w ciężkim, nieruchomym powietrzu, w zastygłych w bezruchu drzewach.

Mariel głęboko odetchnęła, a później pomyślała, że jednak zdąży się wykąpać. Szybko wyszła na brzeg, zrzuciła z siebie przepoconą odzież i w samej tylko bieliźnie, zanurzyła się aż po szyję w aksamitnie miękkiej wodzie, delikatnie chłodzącej rozgrzane ciało. Nie ośmieliła się wejść głębiej, bo chociaż od biedy potrafiła utrzymać się na powierzchni czy przepłynąć kilkanaście metrów, to stary uraz z dzieciństwa sprawiał, iż panikowała, gdy tylko traciła grunt pod nogami. Już dawno przestała z tym walczyć, korzystając z tego kawałka jeziora, gdzie czuła pod stopami piasek. Teraz również zatoczyła kilka kółek, po czym stanęła nieruchomo, delektując się ciszą, samotności i nieuchwytnymi emocjami, towarzyszącymi tej wyjątkowej chwili. Rozłożyła ramiona, muskając palcami taflę jeziora i zamknęła oczy. To było więcej niż przyjemne.

I nagle zamieniło się w koszmar. Ktoś chwycił ją od tyłu i pociągnął za sobą, w kierunku środka jeziora. Pisnęła, w panice usiłując się wyrwać, ale kiedy zorientowała się, że pod nogami nie ma już gruntu, strach przybrał na sile.

– Ej, wiewióreczko, bez obaw. Nie chcę cię utopić. – Nad jej uchem dał się słyszeć pełen rozbawienia głos.

– Puść mnie skurwielu! – Krzyknęła, aby chwile później zrozumieć swój błąd. – Nie! Chcę na brzeg! – Tym razem wykorzystała okazję i wczepiła się w zaskoczonego Marcina niczym drapieżnik w swą ofiarę.

– Co jest? – dopytywał nieco zdezorientowany.

– Nie umiem… Znaczy się umiem, ale się boję – wyznała, szczękając zębami tuż przy jego uchu. – Chcę na brzeg, proszę!

– Czyli jak cię puszczę, pójdziesz na dno? – Wydawał się być tym zaintrygowany.

– Tak. Nie! Może…

– Ładnie poproś, to się zastanowię – obiecał wspaniałomyślnie.

– Ładnie proszę!

– Nieźle, ale musisz się postarać.

– Bydlę! – jęknęła i zaraz potem głośno krzyknęła, bo Marcin udał, że chce ją odepchnąć.

– Dobrze, ładnie proszę! Błagam! Chcę na brzeg! – rozpłakała się nieoczekiwanie. Drżała, a oczy miała ogromne, przerażone. Pomyślał, że nie udawała i to go zaciekawiło.

– Trauma z przeszłości? – spytał domyślnie.

– Tak. Z dzieciństwa. – Smukłe ramiona wręcz brutalnie zacisnęły się na jego szyi.

– Ktoś utonął?

– Nie. To ja się topiłam.

– Ale umiesz pływać?

– I co z tego?

– Faktycznie, beznadziejny przypadek – zażartował. Spodobało mu się, że tak kurczowo do niego przylgnęła. I że prosiła. To było coś nowego, co z miejsca go podnieciło. Oczywiście mógłby się jeszcze pobawić, ale jakoś nie miał na to ochoty.

Mariel poczuła w końcu upragnione dno i ze zdławionym okrzykiem, rzuciła się w kierunku brzegu. Po czym padła na miękką trawę i głośno dysząc, przyglądała się wynurzającemu mężczyźnie. A ten przetarł dłońmi twarz i usiadł tuż obok.

– Czeeegooo chceeesz? – wyjąkała, siadając i obejmując ramionami kolana.

– Na pewno nie przestraszyć cię na śmierć – mruknął. Lekko się wygiął, sięgając po leżący nieopodal ręcznik. Po czym zarzucił go na szczupłe ramiona. – Miałem nadzieję na seks w jeziorze, ale chyba nici z moich planów.

– Burza idzie – odparła niechętnie Mariel, unikając jego wzroku. – A ja chcę uciec przed nią do domu.

– Jesteś pieszo?

– Tak.

– To trzy kilometry. Nie zdążysz – dodał, fachowym spojrzeniem obrzucając pociemniałe niebo.

– Z tobą na pewno nigdzie nie pojadę! – zdenerwowała się dziewczyna. Potem wstała, rzucając w siedzącego mężczyznę ręcznikiem i w pośpiechu zaczęła się ubierać. Nie przejęła się nawet tym, że zakłada suchą odzież na wilgotne ciało i mokrą bieliznę.

– Nie bądź głupia. – Również wstał, chociaż on ubrał jedynie koszulkę oraz wsunął stopy w podniszczone adidasy. – Tutaj niedaleko jest opuszczony budynek. Przeczekamy.

Mariel chciała zaprotestować, ale gdy niebo przeciął jasny zygzak błyskawicy, a powietrze wypełnił ogłuszający łoskot, zrozumiała, że miał rację. I dobrze wiedziała, że chodziło mu o opuszczoną leśniczówkę, pusty dom bez okien, drzwi, ale za to z dachem nad głową. Zresztą, sama planowała się tam schronić, gdyby nie udało jej się uciec przed burzą.

– Dobrze. – W pośpiechu zapięła sandały i ruszyła w prawo, gdzie za zakrętem wąskiej ścieżki, ukazały się nagie mury. Gdy z nieba spadły pierwsze krople deszczu, zaczęła biec. Do środka wpadła przed Marcinem, ale ona była zdyszana, on nie. Krzywo się uśmiechnął, gdy napotkał pełne wrogości spojrzenie, a potem wygrzebał z kieszeni papierosa.

– Jak mnie znalazłeś i co tu robisz? – Starała się przekrzyczeć łoskot deszczu i chyba jej się to udało, bo mężczyzna pochylił się i odpowiedział, dotykając ustami płatka jej ucha.

– Mam swoje sposoby, poza tym lubię twoje towarzystwo.

– A ja twojego nie lubię.

– Wiem, też mi nowość – wzruszył ramionami. – Zdajesz sobie sprawę, że kiedyś polubisz?

Nie odpowiedziała, odsuwając się na bezpieczną odległość. Jedyne o czym w tej chwili marzyła, to aby burza szybko się skończyła, a wtedy będzie mogła uwolnić się od niechcianego towarzystwa.

Niestety, on miał ochotę na coś zupełnie przeciwnego.

Z głuchym pomrukiem chwycił ją, przyciskając do ściany. Unieruchomił własnym ciałem i zmierzył się z wściekłym spojrzeniem niebieskich oczu.

– Puść mnie!

– Nie.

– Ponoć to ja miałam błagać o seks? – spytała, nie kryjąc złośliwości.

– I będziesz – odparł ze spokojem. – Muszę cię tylko pchnąć we właściwym kierunku. Zmotywować, rozumiesz?

– Tak, dobrze znam te motywujące argumenty. Co dziś w planach? Bicie? Obelgi? Broń wbita w podbródek? Zaraz, zapomniałam o gwałcie. Tego też użyjesz do zmotywowania mnie?

– Nieznośna dziewczyno – mruknął. – Nie mam broni. Zostawiłem w samochodzie.

– Jestem niepocieszona! – warknęła, a wtedy Marcin się roześmiał. Śliczna była, kiedy tak się złościła. Najbardziej zdumiewała go jej nieświadomość, że znalazła się w prawdziwych opałach. Brutalnie rzecz ujmując, gdyby nie jego chęć zabawy w kotka i myszkę oraz gdyby nie jego fiut, mający własne zdanie co do wyboru odpowiedniej dziurki, to już dawno użyłby wcześniej wspomnianej broni, posyłając niedoszłą panią fotograf na tamten świat.

– A nie widać po tobie.

Puść mnie!

Nie puszczę. No właśnie, jak tam plany pokonania zła snute do spółki z moim szanownym kolegą?

Nijak! Nawet jeśli cokolwiek razem planujemy, co ci do tego? Nie wolno mi? Poza tym jest młodszy, przystojniejszy i uczciwszy – dokończyła z triumfem, obserwując jak zmienia się wyraz jego twarzy.

– Też jestem stosunkowo uczciwy – odparł jakby w zamyśleniu. – I w tym co trzeba, także jestem sprawny. Może nawet bardziej od niego – zakpił, zaciskając palce na jędrnej piersi. Podnieciło go to. Jednocześnie miękka i twarda, tak doskonale wpasowała się z zagłębienie dłoni.

– Ale on nie traktuje mnie jak rzecz, po którą można sięgnąć, gdy ma się ochotę – syknęła, usiłując go odepchnąć.

– A ja traktuję? – Wyglądał na szczerze zdumionego jej słowami.

– A nie? – sapnęła z wysiłku, bo skubaniec był wyjątkowo silny. – Poniżyłeś mnie, uderzyłeś, nazywasz kurwą, dziwką i co tam jeszcze przyjdzie ci do głowy. Obmacujesz niczym pryszczaty nastolatek swoją pierwszą dziewczynę…

– Czepiasz się o głupstwa. – Pochylił się i złapał sutek sterczący przez materiał bluzki. – Przecież zaprosiłem cię na randkę.

– To nie są głupstwa! – krzyknęła, całkiem wyprowadzona z równowagi. Na szczęście udało jej się wyswobodzić jedno ramię i teraz zacisnęła palce na krótkich włosach Marcina, podrywając jego głowę do góry.

Oczy miał tak samo zimne, jak zawsze. Lecz ku swemu zaskoczeniu dostrzegła w ich głębi ogień stapiający ten lód. Znieruchomiała, czując jak jej serce trzepocze ze strachu.

– To nie są głupstwa – wyszeptała. – Nie dla mnie. Ja… ja tęsknię za czymś innym – dodała odrobinę niepewnym głosem, a drżąca dłoń zsunęła się w dół, dotykając szczupłego policzka, potem wąskich, wykrzywionych sardonicznie ust. Opuszek palca obrysował ich kontur, musnął zaciśnięte zęby i znów powędrował w kierunku linii włosów.

– Nie możesz i chyba nie potrafisz mi tego dać – dokończyła ze smutkiem.

– A chciałabyś?

– Nie rozumiem?

– Chciałabyś to ode mnie dostać? – Delikatnie ujął jej podbródek, a potem dotknął ustami rozchylonych warg. Nie był już brutalny, uwolnił drugi nadgarstek, przestał z taką siłą przyciskać do muru. Zachowywał się raczej jak namiętny kochanek i to chyba było jeszcze gorsze. Bo jak miała się temu oprzeć?

– Przestań, proszę! – wzdychała, podczas gdy on wgryzał się namiętnie w jej szyję, dłońmi docierając do najwrażliwszych punktów kobiecego ciała.

– Chciałabyś to dostać? – wymruczał, przygryzając płatek zaróżowionego uszka.

– Marcin! – jęknęła, bo jednocześnie gibki i zwinny palec zanurzył się w gorącym i wilgotnym wnętrzu.

– Chciałabyś dostać? – szeptał dalej, ugniatając jej piersi, pieszcząc łechtaczkę i z nieziemską satysfakcją przyglądając się tak szybkiej kapitulacji.

– Puść mnie! – zażądała, ale on w zamian uniósł ją w górę, zmusił, aby opasała go nogami i poczuła także i jego podniecenie. Gardłowy jęk świadczył o tym, że właśnie tak się stało.

– Jak ładnie poprosisz, to zedrę z ciebie te szmaty i dam ci zasmakować takiego orgazmu, o jakim nawet nie marzyłaś – szeptał, w przerwach pomiędzy pocałunkami.

– Nie!

– Poproś!

– Niedoczekanie twoje! – sapnęła, ocierają się o jego twardą, nabrzmiałą męskość. Kręciła biodrami, gładziła rękoma barczyste ramiona, nogę przerzuciła przez jego udo. I z pasją odpowiadała na każdy pocałunek, na każde zetknięci warg. Miała wrażenie, że za chwilę eksploduje, zresztą już i tak świat wirował jej przed oczyma.

– Poproś Mariel – wychrypiał, bo nie tylko ona znalazła się nagle na krawędzi. Nie spodziewał się, że tak intensywnie zareaguje na jego dotyk i pieszczoty. Wciąż tlił się w niej bunt, lecz jednocześnie pożądanie pokonało każdą barierę. Miał ochotę zedrzeć z niej ubranie, wbić się w końcu w kobiece wnętrze, poczuć jak lepka wilgoć oblepia jego członka. Więcej. Pojawiło się przemożne pragnienie, aby patrzeć na jej twarz, podczas gdy będzie spuszczał się do środka. Byłoby to swoistym zaznaczeniem, byłoby niczym podpis i dlatego ten pomysł cholernie mu się spodobał.

– Nie! – krzyknęła, prężąc się i wyginając niczym cień tańczący w blasku ognia. Zresztą ona także płonęła, a jednocześnie pozostała nieugięta.

Nad ich głowami przetoczył się ogłuszający huk gromu. Marcin naparł na drobne ciało z taką siłą, że poczuła ból. Ten ból splótł się w niesamowity sposób z pełnym głodu pocałunkiem i z rozkoszą, w której utonęła, aby sekundę później wystrzelić w górę i znaleźć się w raju. Co więcej, nie trafiła tam sama, bo on podążył tuż za nią. Ona krzyczała, on milczał, wykrzywiając twarz w nieludzkim grymasie. Lecz nie do końca zdołał się opanować. Spomiędzy zaciśniętych warg wydobył się głuchy, przeciągły jęk.

Nie odsunął się, a ona go nie odepchnęła. Zamknęła oczy i łapczywie łapiąc oddech, wtuliła się w jego pierś, ramionami opasując szyję. W pełni zdawała sobie sprawę, co między nimi zaszło, a jednocześnie była pewna, że to nie koniec.

Wręcz przeciwnie. Choćby nie wiadomo jak protestowała, to był zaledwie początek.

***

Zauważył ją siedzącą przy jednym ze stolików. Przed sobą miała rozłożone kartki, w ręku ołówek, ale nic nie robiła, tylko zamyślona wpatrywała się w widok za oknem.

– Koniec wakacji? – spytał, siadając naprzeciwko. Powoli odwróciła głowę i spojrzała na niego, lekko się uśmiechając.

– Jeszcze nie, ale miałam coś do załatwienia. Przerwa w pracy?

– Powiedzmy – odparł lakonicznie. – Powiedzmy, że przerwa. Wpadłem coś zjeść.

– Umówiłam się z koleżanką. Mieszka niedaleko, ale musiała już pójść. Ja zostałam żeby dopić kawę. – Słowa były gładkie, obojętne, błahe. A mimo to patrzył na nią odrobinę podejrzliwie.

– Czyżby? Akurat w pobliżu komendy?

– Tak, akurat w pobliżu komendy. Mam się tłumaczyć za każdym razem, gdy cię spotkam, że to tylko przypadek, a nie moje niecne zamiary? – dodała ironicznie. Nie tyle słowa go przekonały, co ton głosu. Mariel w duchu pogratulowała sobie opanowania, bo przecież tak naprawdę miał rację. Wybrała ten lokal, bo przez kilka ostatnich dni, obserwowała jak przychodził tutaj na obiad. Miała plan, ale ten plan wymagał sojusznika.

– Nie obchodzi mnie to – wzruszył ramionami. – Co robisz?

– Sama nie wiem. Coś. Z fotografią dałam sobie spokój i chyba poprzestanę na wybranym kierunku.

Nie zapytał o szczegóły, bo dawno je znał. Podeszła kelnerka, złożył zamówienie, wymieniając z dziewczyną kilka luźnych uwag, a potem umilkł i utkwił wzrok w pochylonej Mariel. Tak, była ładna, miała też w sobie dużo wdzięku, ognia i uporu. Chociaż jej urok nie powalał na kolana, to Marcin wyraźnie zbzikował na punkcie tej panienki.

To, co mu zaproponował... To było dziwne, zwłaszcza w odniesieniu do tego popapranego zboczeńca, ale całkiem możliwe. Nie zabił jej. Nawet gdy go zdradziła. Była cała, nienaruszona i niezastraszona. Kurwa! To dopiero było zaskakujące. Robert niechętnie przyznał, że komisarz musiał coś do niej czuć, chociaż w żadnym wypadku nie nazwałby tego miłością. Zresztą, on także nie wierzył w takie rzeczy. Gra hormonów, chemia, chwilowy stan zidiocenia. Tylko tyle.

– Chce przejść na emeryturę – powiedział, przerywając panujące pomiędzy nimi milczenie.

– Ty? – Uniosła w górę brwi, w geście zaskoczenia. – Nie za wcześnie?

– Nie ja chcę, tylko on chce.

Zawahała się.

– Nie wygląda na sześćdziesiąt lat.

– Ma czterdzieści sześć. I ponad ćwierć wieku służby. Mógł odejść już rok temu.

– Sporo. – Z trudem przełknęła ślinę. Cholera! Więcej niż sporo. Był tylko pięć lat młodszy od jej ojca. Zresztą, Mariel poczuła nagłą irytację, co ją to obchodziło? – Naprawdę służył w misjach pokojowych ONZ?

– Tak. Szczerze mówiąc, to właśnie jego bogate doświadczenie daje do myślenia. Tacy jak Marcin powinni być na szczycie, a on wciąż siedzi w tym samym miejscu. Ma zasługi jeśli chodzi o liczbę rozwiązanych spraw, a raczej miał, bo od kilku lat jedzie raczej na nieco zwietrzałej renomie. Ta stagnacja jest niepokojąca, tym bardziej, że nie ma w papierach nic, co by tłumaczyło taki stan rzeczy. Wiesz, dlaczego zastrzelił tamtego policjanta? Bo go sypnął. Jacek miał trójkę dzieci, w tym jedno dwuletnie. Żonę chorą na stwardnienie rozsiane. Potrzebował forsy, ale pewnie gdy w końcu zrozumiał, jak ryzykowną grę podjął, postanowił się wycofać.

– Po co mi to wszystko mówisz? – Twarz miała bladą, oczy przygaszone. Cholera, cholera i jeszcze raz cholera!

– Zależy mu na tobie – przyznał niechętnie Robert. – Diabli wiedzą dlaczego, ale zależy. Gdyby nie to, już byłabyś martwa.

– Na mnie? Nie żartuj – parsknęła z niedowierzaniem. – On się jedynie bawi. Gdy przestanie, gdy mu się to znudzi, będzie po mnie. Dlaczego nie chcesz wykorzystać moich zeznań?

– Ma alibi, Cholera wie, jak to zrobił, ale ma. Niepodważalne. Twoje słowo przeciwko jego. Zwłaszcza po tym wszystkim, co już powiedziałaś. Jak sądzisz, na ile byłabyś wiarygodna?

– A mikroślady, dna czy coś? Przecież jesteś policjantem, nie możesz czegoś wymyślić? – spytała poirytowana.

– Za dużo amerykańskich kryminałów Mariel! – wybuchnął śmiechem, podczas gdy zaskoczona kelnerka, postawiła przed nim talerz z apetyczną zawartością.

– Za mało wiary w siebie – odparowała nieco urażona dziewczyna, gdy już zostali sami, a Robert zabrał się z zapałem do jedzenia.

– Wiary? – Przełknął, po czym sięgnął po butelkę z colą. – Szczerze mówiąc, to mam nadzieję, że faktycznie pójdzie na emeryturę. To najpewniejsze i najszybsze rozwiązanie.

– No wiesz!

– Wiem więcej niż ty. Weź pod uwagę, że odnośnie morderstwa Jacka, Marcin ciebie trzyma w szachu, a ze mnie drwi w żywe oczy. Dlaczego? Bo moja wiedza jest gówno warta bez dowodów, a tych nie mam i prawdopodobnie nie będę mieć. Jest sprytny i doskonale nad sobą panuje.

– Doskonale? – zmarszczyła czoło, jakby właśnie nad czymś usilnie rozmyślała. – A gdyby tak wytrącić go z tego opanowania, sprawić, aby popełnił błąd?

– Prędzej ożywisz kamień – mruknął.

– No nie wiem… Twierdzisz, że mu na mnie zależy. Olejmy motywy i pokrzyżujmy mu plany.

– Niby jak? – Przerwał jedzenie, wpatrując się w nią nieufnie.

– Bardzo prosto. Musisz mnie tylko zaprosić na randkę – oświadczyła, szeroko się uśmiechając. – Albo się uda, albo po prostu przyjemnie spędzimy czas. I co pan na to panie aspirancie?

– Myślę, że się przeceniasz, ale nie zaszkodzi spróbować. – Wzruszył ramionami. – Tylko pamiętaj, moje randki to nie trzymanie się za rączki – dodał z przekąsem.

– I na to liczę! – Nie rozgniewała się, ale poweselała. – Na to liczę Robercie!

***

Pan aspirant nie okazał nadmiernego entuzjazmu, wyglądając raczej na zamyślonego. Pożegnał się chłodno i obiecał, że wszystko sobie przemyśli, a potem się z nią skontaktuje. Mariel pozornie przyjęła ze spokojem jego słowa, ale w jej wnętrzu kotłowało się kilka przeciwstawnych uczuć. Wstyd, bo to ona zaproponowała randkę. Nadzieja, bo może w końcu uda się rozsupłać węzeł gordyjski, jakim była ta cała sytuacja. I złość, bo nie spodziewała się, że będzie się zastanawiał. Miała wrażenie, że Robert po prostu zrezygnował, uznając, iż emerytura Marcina zdejmie mu problem z głowy. Nie miała pojęcia o tym, że obaj mężczyźni zamierzali zawrzeć zupełnie nietypowy układ.

Wróciła do domu babci, bo teraz musiała czekać na jego ruch. Obiecał, że wszystko tak zorganizuje, żeby Marcin był przypadkowym świadkiem ich spotkania. Nie pytała o szczegóły, bo szczerze mówiąc, mało ją to interesowało. Za to postanowiła, że musi zaskoczyć ich obu wyglądem za milion dolarów. Na szczęście Paula przełożyła swoją datę wakacyjnego wyjazdu i mogła służyć jako wsparcie duchowe.

Dobrze, pokaż się. – Posadziwszy Mariel na taborecie, krążyła dookoła, w skupieniu marszcząc brwi. – Fryzjer się przyda. Umówię koleżankę, ale to przed samym spotkaniem. Przyciemnimy lekko brwi, może sztuczne rzęsy?

Zwariowałaś? – Mariel aż się wzdrygnęła. – Znając moje szczęście, któraś się odklei...

Zacofana jesteś. Zrobimy takie, które się nie odkleją.

Sądzisz, że od ich długości będzie zależała jakość tego spotkania?

Sądzę, że to detale tworzą całość. Nie marudź. Chciałaś pomocy, to teraz musisz się słuchać.

Oby kreacja nie pochodziła z sexshopu – mruknęła Mariel.

Pomysł niezły, ale nie, znajdziemy coś skromniejszego, pobudzającego wyobraźnię. Jesteś ładnie opalona, więc proponuję biel lub błękit. Wysoki obcas wysmukli nogi. Włosy rozpuszczone, makijaż subtelny. Masz być dziewczęca, delikatna, niewinna, bo coś mi się wydaje, że właśnie to go kręci. Jutro robimy maraton po sklepach, jak znajdziemy odpowiednią kreację, dopasujemy resztę – zarządziła Paula. – Wiesz już kiedy ta randka?

Robert dzwonił, zanim się zjawiłaś. Pojutrze.

Mało czasu, ale damy radę.

Tylko te zakupy...

Wiem, nie lubisz, ale nie ma innego wyjścia.

Mam kilka sukienek – broniła się Mariel.

Te szmaty nie zasługują na to miano. Dobrze, przyjadę po ciebie po dziesiątej. Czeka nas wyczerpujący dzień.

Dzień wcale nie okazał się wyczerpujący, bo odpowiednią kreację znalazły już w drugim sklepie. Paula była bezlitosna, chociaż sukienka również podobała się Mariel. Miała tylko zastrzeżenia co do jej długości.

W końcu nadeszła godzina zero i mogła podziwiać się w lustrze.

Sukienka miała koronkową górę, krótki rękawek i głęboki dekolt. Ale wcale nie wylewały się z niego piersi. Paula umiejętnie je podkleiła, instruowana przez koleżankę, do której zadzwoniła po radę. Uzyskała efekt dwóch zgrabnych półkuli, skrytych pod grubą tkaniną. Mariel w duchu przyznała, że tak, działały na wyobraźnię. Do tego krótki, zwiewny rozkloszowany dół i seksowne beżowe szpilki. Kopertówka w tych samych kolorach, złota bransoletka na przegubie dłoni i naszyjnik w tym samy stylu, ze śnieżnymi perełkami. Całości dopełniły rozpuszczone, opadające miękkimi falami na ramiona i plecy włosy, dyskretny makijaż i soczysty błyszczyk na ustach.

Wyglądasz cudownie! – wzruszyła się Paula. – Jakby co, pamiętaj, żeby odkleić co trzeba. Dobrze chociaż, że majtki masz seksowne.

Czuję się, jakbym wcale ich nie miała.

Mariel, jakaś ty marudna! Pierś do przodu i do boju dziewczyno! Czas zauroczyć obu samców!

Jakoś na żadnym mi nie zależy.

Nie kłam. Pan komisarz zaszedł ci za skórę – zachichotała Paula. – Nie rób takiej groźnej miny, taksówka podjechała.

Na miejsce dotarła przed czasem, a Roberta jeszcze nie było. Zmieniła słowo z obsługą i została zaprowadzona do stolika stojącego nieco na uboczu. Usiadła, czując ulgę, bo od dobrych pięciu minut miała kolana jak z waty.

Randka zapowiadała się ciekawie, ale Mariel nie pozbyła się strachu. Lecz była również niesłychanie zdeterminowana. Zastanawiała się, jaka będzie reakcja Marcina? Powinien nieźle się wkurzyć. Robert był młodszy, przystojniejszy i…

Witaj wiewióreczko – usłyszała tuż obok i podnosząc głowę, napotkała rozbawione, pełne kpiny, spojrzenie jasnych oczu.

***

Pomimo iż był to schyłek lata, dzień należał do wyjątkowo upalnych.

Marcin leżał nago na kanapie, paląc papierosa za papierosem, obojętnie patrząc na szklany ekran, po którym przesuwały się informacje, cykliczna parada identycznych nieszczęść, chorób, klęsk żywiołowych, wojen i politycznych kłótni. W końcu znudzonym ruchem sięgnął po pilota i przełączył na któryś z kanałów z pornosami. Wykupiony pakiet obejmował przynajmniej kilkanaście, ale Marcin przeglądał ich zawartość z takim samym znużeniem, jakie czuł przy zwykłych wiadomościach.

Nuda, nuda, wszystko nuda. Ani odrobinę się nie podniecił. Z irytacją zgasił kolejnego papierosa, dopił piwo, a potem zamknął oczy i przywołał w głowie wspomnienie sprzed kilku dni.

Zrujnowany dom, burza szalejąca nad głową i ona. Uparta, a jednocześnie namiętna.

Nie może i nie potrafi jej tego dać? Cokolwiek miała na myśli, on nie tylko był draniem, był przede wszystkim zawziętym i upartym draniem. Uśmiechnął się drapieżnie, bo dobrego samopoczucia nie zepsuło nawet jedno, niezbyt przyjemne wspomnienie. Pozwolił jej krzyczeć. Sam również nie mógł się powstrzymać. Zazwyczaj kontrola nad ciszą, która powinna towarzyszyć ekstazie, była dla niego priorytetem, a jej utrata doprowadzała do szału.

Tym razem niczego nie żałował.

Ani jednej sekundy.

Niespokojnie poruszył się na kanapie. Nie musiał otwierać oczu, aby wiedzieć, że jego penis stwardniał i sterczy teraz dumnie ku górze. Jedno wspomnienie potrafiło podniecić bardziej niż wyuzdany seks na szklanym ekranie.

Zresztą, coś jeszcze sprawiło, że Marcin był w wyjątkowo dobrym humorze.

Jego mała, słodka wiewióreczka nie miała pojęcia, w co się wpakowała. Pewnie gdy się dowie, nie dość, że świat znów ją rozczaruje, to wpadnie we wściekłość. Świetnie, znakomicie, takie emocje trzeba rozładować, a co mogłoby być lepszym sposobem niż seks? Oczywiście z nim, bo Robert w ramach owocnej współpracy obiecał trzymać łapy przy sobie.

Marcin wstał, przeciągnął się i zerknął na zegar, wiszący nad kominkiem. Cóż, do spotkania zostały jeszcze dwie godziny. Zdąży wziąć długi prysznic, rozładować napięcie, a nawet zjeść kolację. Chociaż nie, to drugie sobie podaruje. W stanie podniecenia seksualnego czuł się o wiele lepiej. No i co tu dużo mówić, nie przepadał za zaspokajaniem własną ręką. Wolał kobiecą.

Pół godziny później dopinał jasnoniebieską koszulę i wesoło pogwizdywał. Wypił kolejne piwo, ani trochę nie przejmując się promilami we krwi, a potem zjadł kawałek zimnej pizzy. Na samym końcu zgarnął ze stołu telefon, kluczyki, napoczętą paczkę papierosów i oczywiście broń. Miał w dupie, że zatykając ją za pasek spodni, będzie straszył tym widokiem przypadkowo spotkanych ludzi. To był ich problem, nie jego. Resztę poupychał w kieszeniach i po raz ostatni zerknął na zegar.

Na miejscu był przed czasem. Zadowolony, skrył się w cieniu kamiennego wykuszu, w miejscu, skąd miał znakomity widok na wejście. Restauracja należała do znanych i lubianych w mieście, ale trochę zirytował go panujący tutaj tłok. Trudno, to akurat był wybór Roberta. Marcin wolałby kompletne pustkowie, żeby zaraz po jednej konsumpcji, przystąpić do kolejnej. Randka z bonusem, pomyślał rozbawiony i w tym momencie dostrzegł Mariel.

Jej widok go oszołomił. Jeszcze nigdy nie wyglądała tak ślicznie, tak ponętnie. Dało się też zauważyć lekkie stremowanie w każdym jej ruchu, w odrobinę niepewnym uśmiechu. Miała na sobie błękitną sukienkę, której kolor pięknie podkreślał opaleniznę i każde zaokrąglenie jej ciała. Rozpuszczone włosy, opadające na ramiona w zamierzonym nieładzie. Na resztę szczegółów nie zwrócił uwagi. Przyglądał się tylko zachłannie, zastanawiając się, jak da radę zapanować nad podnieceniem. Jedyne, na co miał ochotę, to... Nie, bez takich myśli, bo już mu twardniał.

– Witaj wiewióreczko! – Powiedział, podając zaskoczonej dziewczynie czerwoną, rozkwitłą róże. – Proszę, dla ciebie.

Dla mnie? – wyszeptała zdumiona.

– Tak.

Położył kwiatka na stole, po czym usiadł naprzeciwko znieruchomiałej dziewczyny.

– Co…? – zdołała w końcu z siebie wykrztusić. – Co tu robisz?

– Ja? Przyszedłem na randkę z tobą.

– A… Robert? – Zdumienie zastąpił strach. Czyżby zabił partnera? A teraz to samo zamierza zrobić z nią? Zresztą, czy można wyglądać na tak rozluźnionego tuż po jednym morderstwie, a przed drugim?

– Robert wspaniałomyślnie odstąpił mi udział w dzisiejszej imprezie. – Marcin z aprobatą patrzył na emocje, które przesuwały się po twarzy dziewczyny. Nawet nie musiał pytać, o czym myślała. Wszystko widać było jak na dłoni. – Nie, nie zabiłem go wiewióreczko. Przecież wiesz, że postanowiłem przejść na emeryturę? No więc wcześniej musiałem znaleźć zastępcę. Zawarliśmy układ i chociaż nie był zadowolony, to dał się przekonać na zastępstwo.

– Boże! – wyjąkała, konwulsyjnie zaciskając palce w pięści. – Powinnam kupić sobie broń, zastrzelić was obu i wyemigrować do Argentyny.

– Dlaczego do Argentyny? – zdumiał się łagodnie.

– Bo stamtąd chyba nie ma ekstradycji?

– Chyba nie. Sądziłem, że ucieszy cię zamiana?

– Jak cholera – odparła z goryczą, sięgając po wodę, którą właśnie przyniósł kelner. Ręka jej drżała i nawet nie próbowała tego ukryć. Wypiła wszystko, odetchnęła i spojrzała na rozluźnionego, wyjątkowo zadowolonego Marcina.

– Jego przekupiłeś. A mnie?

– Ciebie zaliczę – uśmiechnął się szeroko.

Mało brakowało, a Mariel zerwałaby się z miejsca i uciekła. Lecz to zdecydowanie był zły pomysł. Skoro ten skurwiel był w tak znakomitym humorze, to nie powinna tego zmieniać. Tylko co innego może zrobić? Jeśli pan komisarz powiedział prawdę, to miała za przeproszeniem, przechlapane.

Zresztą, nie tylko z tego powodu.

Było coś jeszcze. On, ona i ich pragnienia. Tak, ich, bo nie tylko Marcin czerpał przyjemność z tej zabawy, z niepełnych zbliżeń, z pieszczot i pocałunków.

– Zrozum… Nie mogę! – Splotła palce, nawet nie sięgając po menu, które położył przed nią kelner. – Widziałam jak zbiłeś człowieka. On miał żonę, dzieci…

– Kto? Jacek? – Brwi Marcina drgnęły w geście zaskoczenia. – Kto ci naopowiadał takich bzdur? Jacek był pieprzonym gejem.

– Ale Robert…

– Aha! – Wskazał na nią palcem. – Mariel, błagam, nie wierz we wszystko, co mówią ci ludzie. Zwłaszcza tacy jak my.

– To w co mam wierzyć?

– W co? – Pochylił się, opierając łokcie na stole i poważniejąc. – Czy ostatnio udawałem, kłamałem?

– Nie.

– Więc możesz w to wierzyć.

– W seks? – jęknęła, przykładając dłonie na gorących policzków.

– Żyjesz dzięki temu, że mam ochotę cię przelecieć.

– Cudownie! Nie posiadam się z radości!

– Nie marudź. Zjemy coś, napijemy się wina i pojedziemy do mnie.

– Nie ma mowy! – Zaprotestowała ogniście. – Tylko zjemy i napijemy.

– To ty tak twierdzisz – zadrwił, sięgając po menu. – W sumie to możemy jeszcze zatańczyć.

– Żebym umarła ze zdziwienia – mruknęła, mimowolnie zerkając w stronę niewielkiego parkietu. Na razie było na nim pusto, ale goście dopiero się schodzili. Przeniosła spojrzenie na Marcina i pomyślała, że ostatnie czego by się spodziewała, to wspólny taniec.

To spotkanie było błędem, a ona była idiotką. Powinna zdusić kiełkującą nadzieję, posyłając ją do diabła. Ten mężczyzna się nie zmieni. On jedynie umiejętnie udaje, gra, próbując zwabić ofiarę w starannie zaplanowaną pułapkę. To morderca, który już dwukrotnie ją uderzył i jeśli będzie musiał, nie zawaha się zabić. Zauroczony? Nie, tutaj akurat był szczery. Chciał seksu. I absolutnie nigdy, przenigdy nie powinna roić sobie jakichkolwiek myśli o jakimkolwiek związku z tym człowiekiem.

Dzieliło ich dosłownie wszystko.

Wiek. Doświadczenie. Podejście do życia. Plany na przyszłość. I wydarzenia z przeszłości.

Więcej niż wszystko.

– Marcin – odezwała się cicho, zwracając na siebie czujną uwagę zimnych jak lód oczu. – To się nie uda. Pojadę dziś z tobą, dostaniesz czego pragniesz i to będzie koniec. Ja nie dam rady… Nie zniosę więcej napięcia, nocnych koszmarów, niepewności i dławiącego strachu.

Zmrużył oczy.

– Jeśli pojedziesz dziś ze mną, nie dostanę tego, czego pragnę.

– Jesteś zdrowo szurnięty, mówił ci to ktoś? – roześmiała się, pomimo tego, że w kącikach oczu zebrały się łzy.

– A ty tak śliczna i pociągająca, że można dla ciebie zwariować. – Przykrył swoimi dłońmi jej ręce leżące nieruchomo na stole. – Mówił ci to ktoś?

Gdyby nie znajdowali się w miejscu publicznym, to pewnie nie dałaby rady powstrzymać płaczu. A tak odetchnęła głęboko i pozwoliła aby delikatnie starł tę łzę, której udało się uciec i wytyczyć szlak na zarumienionym policzku.

– Mariel… – zamyślił się. – Może masz rację, ale przy tobie dodatkowo wariuję. Na początku to była jedynie zabawa. Teraz sam nie wiem. Odwiozę cię po kolacji do domu. Do twojego domu.

– Wybrałeś już coś? – zręcznie zmieniła temat.

– Tak. A ty?

– Zdam się na ciebie. Przecież lubisz mnie zaskakiwać. – Przygryzła dolną wargę, czując dziwny przypływ straceńczej odwagi. Nie może się wycofać, nie może wybrać innej drogi, więc podąży tą, na której się znajduje. Prosto w paszczę lwa, prosto w nieznane. Sprawdzi, co czeka ją za zakrętem, bo znajomość z Marcinem mogła właśnie porównać do takiej pełnej zakrętów drogi.

Porcje nie grzeszyły rozmiarami, ale Mariel i tak nie czuła się głodna. Za to wino, o niezwykle wyraźniej nucie i głębokiej, rubinowej barwie, nieco uderzyło jej do głowy. A może to decyzja, jaką podjęła była przyczyną takiego stanu rzeczy? Czuła się niezwykle lekko, tak lekko, jak lekka była ich rozmowa. O banalnych rzeczach, o nieistotnych drobiazgach, rozmowa, która nagle uświadomiła zaskoczonej dziewczynie, że ma do czynienia z całkiem interesującym, zabawnym facetem. I który w końcu zaprosił ją do tańca.

Wbrew swoim własnym słowom, nie umarła ze zdziwienia. Roześmiała się tylko perliście, gdy objął ją w pasie, gdy przycisnął do swego ciała, gdy ustami dotknął skroni, tak subtelnie pieszcząc ten skrawek skóry.

Jeśli tylko grał, aby zdobyć to, czego pragnął, to należał mu się nie jeden, ale kilka oskarów za tę rolę. Ale jeśli był autentyczny w tym co robił i co mówił, to oznaczało, że miała do czynienia z prawdziwym wariatem, cierpiącym na rozdwojenie jaźni. W tle Rihanna śpiewała o niewierności, o tym że nie chce więcej tego robić, a Mariel mętnie pomyślała, iż te kilka słów wyjątkowo pasuje do tego, co czuła ona sama. Nie chciała pogłębiać znajomości z Marcinem, ale zarzuciła ramiona na jego szyję, przytuliła się, pozwalając, aby jego dłonie dyskretnie pieściły jej ciało. Pisała swą własną historię życia, nie mając pojęcia, jakie będzie zakończenie.

Przy tym psycholu chyba nie powinna liczyć na happy end?

Uśmiechnęła się ze smutkiem, bo to właśnie w ramionach tego psychola, było jej wyjątkowo dobrze. Cudownie, niepowtarzalnie. Jak nigdy wcześniej w objęciach jakiegokolwiek innego mężczyzny.

– Marcin – zaczęła z wahaniem, podnosząc głowę i opierając podbródek o jego tors. – Może starczy na dziś?

– Ciebie? Nigdy – mruknął, pochylając się i całując ją delikatnie. – To dopiero początek wiewióreczko. Ja dopiero zacząłem.

– A co będzie, gdy skończysz?

Tym razem w pociemniałych z pożądania oczach, pojawił się dziwnie nieprzyjemny błysk.

– Nie wiem i wolę o tym nie myśleć.

– Przynajmniej jesteś szczery.

– Gdybym powiedział, że cię zastrzelę, to pewnie nie miałbym większych szans na kolejne spotkanie. – Tym razem z niej żartował. A potem zaskoczył ją kolejnym pytaniem.

– Żałujesz że już na samym początku nie poszedłem na całość? Martwa lub żywa, pewnie miałabyś już spokój.

– Tak, zwłaszcza martwa – zakpiła, ze zdumieniem przyjmując fakt, iż z taką lekkością mogła żartować na ten temat. I nagle dotarło do niej coś jeszcze. Nagle zyskała pewność, że Marcin jej nie skrzywdzi. Już nie.

Nie dlatego, że przestał być skorumpowanym gliną, mordercą czy bydlakiem.

Powodem było to, że ona dziś miała okazję spotkać innego mężczyznę, kogoś, kto utonął pod ciężarem swych własnych doświadczeń i win.

Tym razem to ona go pocałowała. Zacisnęła palce na jego karku i bez odrobiny wstydu wgryzła się w suche, gorące wargi. Tak namiętnie, że zaskoczony Marcin chyba po raz pierwszy zastygł w bezruchu. Stał tak przez kilka długich jak wieczność sekund, pośród innych wpatrzonych w siebie par, w otulających tańczących dyskretnym półmroku.

I to nie odwaga Mariel go oszołomiła, lecz własna uległość.

Bo nie miał ochoty ani tego przerwać, ani przejąć nad tym kontroli. Smakowała wypitym winem i pachniała pożądaniem, gdy tak cudownie jej ciało dopasowało się do jego ciała. Drgnął, a później odwzajemnił pocałunek. Leniwie, powoli, degustował się lepkością jej warg, wilgocią wyczuwalną na czubku języka. To była czysta namiętność, pulsująca w rytm bicia ich serc, wpisana w pełną erotyzmu melodię, otulającą zmysłowością. Tak inna, od tego co znał, od tego, czego chciał od niej na samym początku. Nie potrafił powiedzieć kiedy i dlaczego to się zmieniło, ale prócz czystego pożądania, pojawiło się znacznie więcej.

I nagle zyskał pewność, że zawarł doskonały układ z Robertem. Pierwszy krok na drodze, która w końcu mogła go zaprowadzić tam, gdzie chciał się znaleźć kilkanaście lat temu. Nie sam, ale z nią.

Przejdziemy się? – zaproponował zmienionym głosem, bo tuż przy restauracji rozpościerał się ogromny park.

Zły pomysł – odpowiedziała szeptem, a czubek zwinnego języczka delikatnie podrażnił płatek jego ucha. – Tam jest dużo ciemnych zakamarków. A ty, co doskonale wyczuwam, już jesteś podniecony. Poza tym obiecałeś mnie zawieść do domu.

Obiecałem.

Obiecałeś. – Tym razem się roześmiała. – Marcinie, chcę ci powiedzieć, że to niesamowite, ale to była najlepsza randka w moim życiu.

Nie odpowiedział. Nadal czuł się oszołomiony, a przede wszystkim coraz bardziej miał ochotę na realizację swego pierwszego planu. Zabrać ją ze sobą i kochać się całą, calutką noc.

Kochać? Zawsze używał słowa rżnąć, posuwać, albo co tam innego, wulgarnego przyszło mu do głowy. Więc co się u diabła zmieniło, że nawet jego myśli zaczęły podążać innym torem?

Zapłacił rachunek i zgodnie z obietnicą, odwiózł ją do domu. Podczas jazdy milczeli, oboje pogrążeni we własnych myślach.

Dziękuję. – Zanim wysiadła, spojrzała na niego, lekko się uśmiechając.

Za co?

Za cudownie spędzony wieczór.

Proszę.

Pierwszy raz odzywał się tak zdawkowo, unikając jej wzroku. Wolała nie dociekać, co było tego przyczyną. Wysiadła, ale zdołała dojść zaledwie do ganku, gdy poczuła jego obecność za swoimi plecami. Chwycił ja za ramię, odwrócił brutalnym szarpnięciem i pocałował. Inaczej niż wtedy, gdy tańczyli. Tym razem poczuła jego siłę, determinację i pożądanie.

Następnym razem – wychrypiał, gdy już oderwał się od jej ust – następnym razem nie skończy się tylko na pocałunkach. Pamiętaj o tym!

Po czym puścił ją, odwrócił się i odjechał. A ona stała przed domem, czując jak dziwna gorączka ogarnia jej ciało, jak wprawia w rezonans każdą jego nawet najmniejszą cząstkę. Była też rozbawiona, bo postępowanie Marcina było zaskakujące.

– Może powinnam wcześniej go pocałować? – zażartowała Mariel, patrząc na swoje odbicie w lustrze. To właśnie chwilę po tym zaczął się zachowywać z rezerwą. Oszczędnie w słowach, skąpo w gestach. Ale nie dostrzegła w nim gniewu, raczej wyglądał na zamyślonego.

Zabawne, ale od tylu tygodni tkwiła w tym samym miejscu. Zagubiona, oszołomiona, niepewna i przerażona. Nie ruszyła do przodu ani na krok, a teraz nagle wykonała wręcz kangurzy skok. Jednego wieczoru, podczas jednego tańca.

Cholera, dlaczego akurat jej trafił się taki skomplikowany drań? Uśmiechnęła się pod nosem. To właśnie ten drań od tak długiego czasu zajmował jej myśli, pojawiał się w snach. I nie wyglądało na to, że w niedalekiej przyszłości ulegnie to zmianie.

Udało jej się przespać noc, ale o poranku znów była dziwnie pobudzona i niespokojna. Odpuściła sobie kawę, za to napiła się herbaty z melisy, w złudnej nadziei, że to mogłoby pomóc. Śniadania nie tknęła i ukradkiem wymknęła się z domu. Wolała nie narażać się na pełne troski spojrzenia babci, bo ta już i tak wyglądała na zmartwioną jej zachowaniem. Poza tym chciała się pożegnać z każdym znajomym kątem, każdą ścieżką. Nadchodziła jesień i dzień powrotu do obowiązków. Jednak nie wierzyła, że ucieknie od kłopotów. One podążą za nią, niczym psia sfora, aby w końcu dopaść ją w najmniej spodziewanym momencie.

W kaloszach, bo ziemię pokrywała srebrząca się w promieniach wschodzącego słońca rosa, w zbyt obszernym swetrze zarzuconym na krótką koszulkę, z rozpuszczonymi włosami i zmęczoną twarzą, błądziła po sadzie, po okolicznych polach i lasach. Czasami trwożnie oglądała się przez ramię, zwłaszcza wtedy, gdy podejrzanie trzasnęła gałązka, ale szybko z ulgą przekonywała się, iż nikt jej nie śledzi.

W końcu zdecydowała się na powrót. Była pewna, że babcia się nie martwi, bo Mariel przyzwyczaiła ją do swych samotnych wycieczek, ale musiała jeszcze spakować się, wpaść do znajomych na pożegnalną kawę, wykąpać w pobliskim jeziorze. Szła wzdłuż nieco krzywego płotu, znajdującego się tuż za domem, zamyślona, przygnębiona, gdy nagle usłyszała znajomy głos. Pełen rozbawienia głos, wzbudzający tak wiele różnorakich uczuć. Zarumieniła się, lecz nie wycofała. I kiedy znalazła się na werandzie, dostrzegła Marcina bawiącego rozmową starszą panią, która rozpływała się w uśmiechach. Nic dziwnego, pomyślała z przekąsem Mariel. Ten sukinsyn potrafił być milutki, gdy chciał. Akurat ona wiedziała o tym najlepiej.

– Kochanie! – Babcia rozpromieniła się. – Pan policjant przyjechał aby osobiście przekazać ci wspaniałą wiadomość.

– Jaką? – spytała ostrożnie, udając, że nie dostrzega lekko kpiącego spojrzenia niebieskich oczu.

– Złapali tego mordercę, co go widziałaś. I mają przeciwko niemu niepodważalne dowody!

– Skąd wiesz?

– Wszystko mi powiedział. A ja tak się martwiłam, bo marniałaś z dnia na dzień. Niepotrzebnie trzymałaś to w tajemnicy. – Pokręciła z dezaprobatą głową.

– Tak wyszło – mruknęła Mariel i przycupnęła na niskim taborecie, starannie wygładzając fałdy koszulki. Wolała nie odsłaniać za wiele. Po co kusić licho?

Przysłuchiwała się ich rozmowie, popijając kawę z wyszczerbionego kubka. Beznamiętnie, chociaż w środku wrzała. Bulgotała, czując, że za chwilę rozbije trzymane naczynie na zakutej łepetynie tego palanta. A ten palant chyba zdawał sobie sprawę z tego, w jakim znalazła się stanie, bo posyłał jej coraz bardziej kpiące spojrzenia.

– Ubierz się. Zabieram cię i złożysz finalne zeznania – rozkazał w końcu.

– Czyżby? – odparowała uszczypliwie. Ale nie sprzeciwiła się. Pół godziny później wyszła przed dom, gdzie oparty o maskę samochodu, czekał na nią Marcin.

– Wrócę? – spytała, patrząc znacząco na broń zatkniętą za jego paskiem.

– Tak. – Zdusił niedopałek i gestem nakazał jej zajęcie miejsca pasażera. – Powinnaś już być pewna tego, że nie chcę cię skrzywdzić – dodał łagodnie, ruszając potężnym zrywem i wzniecając tumany kurzu.

– A czego chcesz?

– Zatęskniłem.

– Nie masz pod ręką innej baby, którą mógłbyś pobić?

– Wiewióreczko, nie prowokuj mnie. Wiesz dobrze, że kiepsko na tym wychodzisz.

– Jak wczoraj? – Spojrzała na niego z dziwnym napięciem.

– Dlaczego wczoraj?

– Zaraz po naszym pocałunku zacząłeś dziwnie się zachowywać.

– Aha, o to chodzi.

Nie mogła dostrzec błysku w jego oczach, ale zamiast tego zauważyła, jak zacisnął palce na kierownicy. Oj, niedobrze. Chyba go zdenerwowała, chociaż naprawdę nie miała pojęcia czym. Wygodnie rozsiadła się na fotelu i nie zadawała więcej pytań. Mimo strachu czuła coś jeszcze. Była podekscytowana, jak nigdy wcześniej w jego towarzystwie.

– Naprawdę to ma związek z tym morderstwem, które popełniłeś? – Gdy zwolnił, ośmieliła się zadać nurtujące ją pytanie.

– Nie.

– Czyli kłamałeś?

– Tak. Lubię kłamać. Wy, kobiety jesteście takie naiwne – parsknął z pogardą. – I to bez względu na wiek.

– Tak, jesteśmy naiwne bez względu na wiek – potwierdziła, uśmiechając się ze smutkiem. – To zdradzisz mi, gdzie jedziemy?

– Kochać się.

Tym razem na niego spojrzała. Z tak ogromnym niedowierzaniem, że mimo wszystko roześmiał się w głos.

– No co? Nie masz ochoty?

– Nie wiem…

– O! Jakaż korzystna dla mnie zmiana! – zakpił. – Wcześniej było: niedoczekanie twoje, teraz jest: nie wiem.

– Wcześniej mówiłeś, że chcesz mnie zerżnąć.

– Przecież to żadna różnica? Słowa inne, ale znaczenie to samo.

– Nie, to ogromna różnica. To gdzie mnie wieziesz? – dopytywała zaintrygowana. Marcin wykrzywił pogardliwie usta, po czym zwolnił, aż w końcu zatrzymał się na poboczu. Nie zgasił silnika, a jedynie odwrócił się w jej kierunku, brutalnie łapiąc za smukły kark i zaciskając na nim palce.

– To żadna różnica, przekonasz się! – syknął. – Gdzie? Daleko, aby nikt nie usłyszał twoich błagalnych jęków. Abym mógł zrobić wszystko o czym marzę! I nikt ci nie pomoże wiewióreczko, absolutnie nikt! Wierz mi, wiele moich fantazji spełni się dzisiejszego dnia.

Wyraz oczu i twarzy miał odpychający, głos zimny, prawie całkiem pozbawiony uczuć, ale ona nagle zyskała pewność, że skłamał. Nie po to, aby ją oszukać, ale aby samemu uwierzyć w te kłamstwa. Więc zamiast strachu, poczuła podniecenie.

Droga robiła się coraz gorsza, w końcu przeszła z asfaltowej w gruntową. Samochód podskakiwał na dziurach, trzeszcząc przerażająco, ale nie wyglądało na to, żeby Marcin się tym przejął. Z zaciętą twarzą parł przed siebie, aż w końcu dotarli do celu. Na wpół zrujnowany budynek stał nad szemrzącym strumykiem, w otoczeniu wysokich drzew i zapuszczonego ogrodu. Nie wyglądał na zamieszkany, ale Mariel nie spodziewała się pięciogwiazdkowego hotelu.

Mężczyzna gwałtownie zahamował, po czym energicznie wysiadł i okrążył pojazd. Potem szarpnął drzwiami od strony pasażera i prawie siłą wywlekł stamtąd stawiającą znikomy opór dziewczynę. Lecz nie chodziło bynajmniej o zademonstrowanie swojej siły.

Miał dość. Argumentów za, argumentów przeciw, zabawy i podchodów, których sam przecież był inicjatorem. Całą noc o niej marzył i kiedy tylko wzeszło słońce, wziął szybki prysznic, wygrzebał z zakamarków szafy dawno nie używany komplet kluczy, po czym udał się pod dobrze znany adres. Wziął też ze sobą kilka innych rzeczy, które mogłyby mu się przydać, chociaż akurat o tym myślał z niechęcią. Podniecony do granic wytrzymałości, układał dziesiątki scenariuszy, ale w żadnym, co było dziwne, jej nie krzywdził.

Teraz również zatrzymał się w pół drogi i przyciągnąwszy ją ku sobie, zaczął całować. Z takim głodem i tak namiętnie, że Mariel już od pierwszych sekund nie zdołała się temu oprzeć.

Ciszę zakłóciło głośne, pełne dezaprobaty chrząknięcie.

– Kurwa! – syknął Marcin, odrywając się od miękkich kobiecych ust. A kiedy spostrzegł stojącego obok gościa, spochmurniał jeszcze bardziej.

– Czego chcesz?

– Ładnie to tak? Dzwoniłem, a ty nie odbierasz. Ignorujesz mnie. – Maciej podszedł do nich, drwiąco się uśmiechając.

– To zwróć się do mojego następcy. Dałem wam namiary?

– Niby tak. Ale pewne sprawy wolałbym dokończyć w twoim towarzystwie. Ty chyba też. – W tych słowach czaiła się starannie skrywana groźba. Mariel odruchowo wtuliła się w ramiona Marcina, bo obcy wydał się jej odrażającym indywiduum. Wyglądał jak najgorętsze marzenie z kobiecych snów, ale nie spodobał jej się ten lubieżny wzrok, brutalność widoczna w ciemnych oczach, wykrzywiająca grymasem przystojną twarz.

– Skąd widziałeś, że tu będę?

– Kazałem namierzyć twoją komórkę.

– Dobra. – Komisarz przetarł dłonią spoconą twarz. – Dawaj co masz, ogarniemy to i wyniesiesz się w diabły. Resztę załatwisz z Robertem.

– Ładniutka. Podzieliłbyś się.

– Kulką z mojej broni dużo chętniej.

– Daj spokój. Takich jak ta, możesz mieć na pęczki.

– Wolę tę jedną – mruknął policjant. – Mariel! – Ujął jej podbródek, zmuszając, aby spojrzała mu w oczy. – Marsz do środka i żebyś nie robiła głupstw. My tu sobie porozmawiamy, załatwimy co trzeba i jak tylko pozbędę się tego bubka, to skończę, co obiecałem.

– A jak ucieknę?

– Nie radzę. – Tym razem jego głos miał iście arktyczną temperaturę. – Wystarczy że on zmienił moje plany. Tobie ze szczerego serca nie radzę. Bo będę musiał cię ukarać – dodał, pochylając się nad lekko drżącą dziewczyną.

– Uderzysz mnie? – spytała nie wiadomo po co. Marcin posłał jej szeroki, wyjątkowo nieprzyjemny uśmiech.

– Nie. Dam mu fory – wskazał na Macieja, w którego oczach ukazała się dziwna zachłanność.

– Będę grzeczna – obiecała, czując, jak jej głos się załamuje. Diabli go wiedzą, może spełni swoją groźbę? Był na tyle szalony, że mogła się spodziewać po nim absolutnie wszystkiego.

– To marsz do środka! – rozkazał i klepnąwszy w pośladek, pchnął w kierunku zrujnowanego domu. Mariel posłusznie skryła się w cieniu przedsionka, potem weszła głębiej. Kuchnia, nie całkiem zdewastowana, chyba ze sprawnym piecem. Dalej przejście do salonu. Kominek, w który leżał nie wybrany popiół. Na wprost zabite dechami wyjście na taras, z prawej chyba sypialnia. Zajrzała tam z ciekawością i zastygła w bezruchu.

Tym razem strach ścisnął ją za gardło, chociaż w tym pomieszczeniu panował lekki półmrok, nie pozwalający na dokładne ujrzenie wszystkich szczegółów. Wystarczyło jej jednak to, co zobaczyła. Ogromne łóżko z metalowym wezgłowiem, do którego przyczepiono dwie pary kajdanek. I duża plama o nieregularnych kształtach w rdzawym kolorze.

To nie mogło być nic innego jak krew.

W takim razie… Przypomniała sobie słowa Roberta o dziwnych upodobaniach pana komisarza. Powiązała je z tym, na co właśnie patrzyła i strach zamienił się w przerażenie.

Ależ z niej idiotka, skończona idiotka! Dała się nabrać na kilka pięknych słówek, na pełen namiętności pocałunek, na prymitywne kłamstwa. Jak mogła w ogóle pomyśleć, że ktoś taki jak on, kryje w sobie coś więcej niż brutalność i egoizm. Gdyby nie ten niespodziewany gość, już pewnie leżałaby przykuta do łóżka, zdana na łaskę tego psychola.

Musiała uciekać. Las był duży, nie da rady jej złapać, jeśli sprytnie skryje się w gęstym zagajniku, jakich pełno zauważyła po drodze. Musi uciekać już teraz, dopóki był zajęty. Co dziwne, nie wpadła w panikę. Mimo nadziei, że między nimi wydarzy się coś wyjątkowego, podświadomie przez cały czas spodziewała się przykrej niespodzianki. Więc ją dostała. Wycofała się do pokoju z kominkiem, potem rozejrzała dookoła. W końcu podeszła do drzwi zabitych dechami, wychodzących na tyły domu. Na próbę pociągnęła je i chwilę potem dziękowała w duchu swej szczęśliwej gwieździe, bo wyskoczyła prosto w gęste, wysokie zarośla.

Wyprostowała się, odetchnęła, a później rozejrzała. Wybrała prawą stronę, bo wydawało jej się, że tam las jest bardziej gęsty. Po cichutku, aby przypadkiem nie narobić hałasu, przedarła się przez krzaki i skręciła na tyły zrujnowanej szopy.

Wpadła prosto na Marcina. Szczerze mówiąc wyrżnęła nawet nosem w jego pierś.

– No wiewióreczko – zaczął złowróżbnym tonem. – I co mi powiesz?

Nie miała ochoty na rozmowę. Odskoczyła od niego, chcąc ruszyć biegiem w drugą stronę, ale nie zdążyła. Marcin okazał się szybszy. Brutalnie chwycił ją za włosy, a wtedy z ust Mariel wyrwał się skowyt bólu.

– Puść! – Mimo woli rozpłakała się. – Ty popaprany psycholu!

– Dlaczego psycholu? – zdziwił się uprzejmie, ciągnąc opierającą się dziewczynę w kierunku miejsca, gdzie stały dwa samochody i nieznajomy.

– Słabo ją wyszkoliłeś – rzucił z pogardą Maciej.

– Dopiero zaczynam – uciął krótko Marcin.

– Może pokazać ci, jak to się robi?

– Nie trzeba.

– Nie? – Mężczyzna najwyraźniej miał ochotę na odrobinę zabawy. – Jaja ci usychają przy tej panience, nawet ja to widzę! I co, pogrozisz jej paluszkiem? – zadrwił, oblizując zaschnięte wargi.

– Odpierdol się! To moja sprawa.

– Ładna suczka, ale krnąbrna, a ja mam wprawę w oswajaniu takich. Pomogę ci po przyjacielsku w podziękowaniu za naszą współpracę, zgoda?

Marcin zauważalnie sposępniał. W zasadzie to coś obiecał swojej wiewióreczce i powinien dotrzymać słowa. Chociaż był na sto procent pewien, że dziewczyna go posłucha. Po jaką cholerę uciekała?

– Po przyjacielsku? – powtórzył szyderczo, zerkając na pobladłą twarz Mariel. Cóż, trudno. Musi ją nauczyć, że on nie rzuca słów na wiatr. – Napaliłeś się popieprzony zboczeńcu – zakpił. – Dobra, bierz i używaj!

– Marcin! – jęknęła dziewczyna z niedowierzaniem.

– Sorry wiewióreczko, trzeba było nie kombinować – oświadczył zimno, w duchu zastanawiając się, czy da radę na to patrzeć. Niestety, musiał się wziąć w garść i dotrzymać słowa. Miał wiele powodów, aby tak zrobić.

– Nie, proszę! – zawyła, dostrzegając w jego oczach zdecydowanie. – Tam była krew, dlatego uciekłam! Nie chciałam…

– Bierz, tylko jej nie uszkodź! – Pchnął szamoczącą się dziewczynę w kierunku Macieja, a ten z ochotą ją przejął. – Masz pół godziny. Żadnego bicia czy duszenia, bo jaja ci utnę. Ja idę zobaczyć, co za świnia nabrudziła w mojej sypialni.

Już nie błagała o pomoc. Walczyła w milczeniu, wiedząc, że jeśli przegra, tym razem przeciwnik nie okaże litości. W przeciągu kilku sekund zrozumiała czym nieznajomy różni się od wyrachowanego policjanta. I nie chodziło bynajmniej o wygląd, bo żadnemu z nich nie brakowało nic, prócz uczuć. Kątem oka dostrzegła, że Marcin odsunął się na kilka kroków, ale nie odszedł. Za to zapalił papierosa i patrzył na nich z coraz bardziej zaciętym wyrazem twarzy.

Rzucona plecami na maskę samochodu, skupiła się i momentalnie znalazła dogodną sposobność nie tylko do obrony, ale i do ataku. Podczas gdy napastnik przyciskał ją całym ciałem, wpychając jedną rękę pod bluzkę, a drugą ściskając szyję, wykorzystała fakt, że miała wolne ręce.

– Szkoda, że bez bicia, ale… – zaczął, a wtedy dziewczyna wpiła palce w jego dolną wargę i z całej siły szarpnęła, jednocześnie ją wykręcając. Mężczyzna zawył z bólu, odruchowo luzując uścisk, a wtedy zwinęła dłoń w pięść i z całej dostępnej sobie siły, uderzyła w środek jego twarzy.

Dostała swoją szansę. Wyrwała się, ale nie szukała ratunku u oniemiałego ze zdumienia Marcina.

Ruszyła przed siebie ostrym sprintem. Wiedziała, że nie ma szans na ucieczkę, ale wielotygodniowe napięcie dało o sobie w końcu znać i Mariel po prostu spanikowała. Las wydawał się tak blisko. Wystarczyło tylko skryć pomiędzy drzewami.

– Dziwka! – syknął Maciej, sięgając po broń i ocierając krew z nosa. – Ja ci kurwo pokażę!

Zaskoczony Marcin stał z boku, uważnie się mu przypatrując. Tylko na moment oderwał wzrok, kierując go ku biegnącej dziewczynie. Też zaklął, ale zupełnie z innego powodu. Nie miała szans na ucieczkę. A to oznaczało, że albo pozwoli ją zabić, albo temu zapobiegnie. Problem leżał w tym, że nie chciał, aby zginęła i nie miał też czasu na inne działanie.

– Nie pokażesz – mruknął, sprawnie ogłuszając swojego towarzysza. Rozległ się huk wystrzału, ale kula poszybowała w niebo. Przerażona Mariel rzuciła się na ziemię, kuląc głowę w ramionach. Trwała w tym bezruchu kilka sekund, potem ostrożnie się poruszyła. Nic więcej nie zdążyła zrobić, bo silne szarpnięcie postawiło ją na nogi.

– Czy ja zawsze muszę mieć przez ciebie kłopoty? – warknął, potrząsając nią brutalnie. – Po cholerę zachciało ci się uciekać?

Był tak wściekły, że przez chwilę miała wrażenie, że ją uderzy. Mogła jedynie osłonić się ramionami, bo trzymał ją za kark z taką siłą, że nie zdołała nawet drgnąć.

– Głupia! – Przyciągnął ją ku sobie tak, że zaryła nosem w jego piersi. – Obiecałem, że nic złego cię nie spotka jak będziesz grzeczna, prawda? A ty co? Po raz kolejny wystawiasz moją cierpliwość na próbę. Czy nie możesz kurwa zagrać roli życia i udawać posłusznej?

– Nie – wymsknęło się jej zgodnie z prawdą.

– Fakt, na posłuszną to ty się nie nadajesz – mruknął. – I ładnie się broniłaś.

– Co teraz? – Odważyła się spojrzeć w górę. Nie był już rozgniewany. Jasne oczy na powrót błyszczały rozbawieniem. Nie po raz pierwszy zauważyła w nich coś jeszcze, co z trudem ośmieliłaby się nazwać czułością. To było dziwne, bo pozornie nie kojarzyła Marcina z takimi uczuciami.

– Teraz zrobisz mi loda i pojedziemy w inne miejsce. To jest spalone.

Prychnęła poirytowana, a potem jej wzrok zahaczył o leżącego w bezruchu mężczyznę.

– Co z nim?

– Jemu nie musisz robić loda.

– Marcin! – Odważnie chwyciła go za koszulkę i potrząsnęła. – Proszę! Chcę do domu! Mam tego dosyć! Przecież wiesz, że nikomu nic nie powiem. Jestem niegroźna.

– Nie powiesz? – spojrzał na nią przenikliwie. – Dlaczego? Dlaczego mam być tego pewien? A Robert?

– Bo ja… ja… – plątała się, pod wpływem jego bacznego wzroku. Miał rację. Nie było żadnych powodów, aby mógł bezgranicznie jej wierzyć.

– Dałabym ci słowo – odparła z determinacją.

– Słowo? Wybacz wiewióreczko, ale co ty chrzanisz? Słowo? Jakie słowo?

– Nie mów do mnie wiewióreczko!

– Będę mówił to, na co mam ochotę. – Chwycił ją za ramię, wykręcają je brutalnie. – Nie myśl sobie, że skoro mam ochotę cię przelecieć, to dalej będę pobłażał twoim wybrykom.

Zacisnęła zęby, zastanawiając się czy warto próbować wyrwać się z jego uścisku. Bardzo szybko doszła do wniosku, że nie warto. Był silniejszy, zwinniejszy i jak się o tym przekonała, nie lubił rzucać słów na wiatr. Takie sztuczki, gdzie słaba kobietka pokonywała olbrzyma za pomocą kilku tajemniczych ruchów, w akompaniamencie różnych iiiaaa, to były jedynie filmowe triki. Z nieznajomym jej się udało, bo był nieostrożny. A Marcin nie żartował. Przełknęła ślinę. Nie, nie chciała go rozjuszyć.

– Boję się – powiedziała tylko, podczas gdy on prowadził ją z powrotem w stronę domu.

– I słusznie – skwitował krótko. – Jeszcze jeden taki wybryk, a inaczej porozmawiamy. Zrozumiałaś? – Przystanął gwałtownie i przycisnąwszy do pnia drzewa, brutalnie zacisnął palce na jej krtani.

– Pytałem czy zrozumiałaś? – Pochylił się nad nią. Oczy miał szalone, niebezpieczne. Tym razem nie było w nich ani rozbawienia, ani tym bardziej czułości.

– Zrozumiałam – wyszeptała. Nie zdołała zapanować nad kilkoma zdradzieckimi łzami, które wymknęły się spod opuszczonych powiek i spłynęły po policzkach. Nigdy w życiu nie czuła się taka słaba, taka bezbronna. I taka zagubiona. To nie było miłe uczucie.

– No już dobrze – powiedział uspokajająco. Silna dłoń zsunęła się z jej szyi niżej, dużo niżej. Dotarła do biodra i tam pozostała. – Nie płacz Mariel. Naprawdę nie chcę cię skrzywdzić. – Delikatnie ucałował jej mokry policzek.

– Przecież wiesz, że gdybym chciał, to już byś nie żyła.

Gorące wargi dotarły do ust. I chociaż nie powinna, zatraciła się w tym pocałunku, zapominając o wszystkim, co złe. Oszołomiona, zarzuciła ramiona na jego szyję, przywierając całym ciałem. On również nie pozostał obojętny. Ocierał się o nią biodrami, pieścił dłońmi, odwzajemniał pocałunki. Bardzo szybko erekcja zaczęła rozsadzać mu spodnie. Z zaskoczeniem pomyślał, że z każdym spotkaniem z tą dziewczyną, coraz mniej nad sobą panuje. I coraz bardziej pragnie ją chronić, chociaż tak właściwie, to największym zagrożeniem dla niej był on sam.

– Będziesz grzeczna? – spytał szeptem, wodząc czubkiem języka wzdłuż linii jej żuchwy.

– Nie będę! – zaprotestowała z jękiem, wbijając palce w jego ramiona. Omdlewała. Był tak blisko, taki cudowny, silny, niebezpieczny, tajemniczy. I podniecony. Jego twarda, nabrzmiała męskość, ocierała się o jej podbrzusze, tak jak w snach na jawie, podczas których musiała sama się zaspokajać.

– To cię ukarzę…

– Tak! – krzyknęła, gdy jego dłonie wkradły się za pasek spodni, wsunęły za gumkę szortów. – Tak! – wydyszała, podczas gdy zwinne palce dotarły do tego najbardziej intymnego miejsca. Do tego najbardziej wrażliwego.

– Nie przestawaj! – Wygięła ciało w łuk, zamykając oczy. Za to usta miała otwarte, dysząc jak ryba, którą wyjęto z wody. Miejsce i czas przestały być ważne.

– Nie przestanę – obiecał całkowicie zmienionym głosem. W pośpiechu rozpiął jej spodnie, zsunął je w dół, ale ona jakby w ogóle tego nie zauważyła. Przekroczyła granicę zdrowego rozsądku, wkraczając do świata, gdzie liczyły się tylko doznania fizyczne. Pożądanie, które czuła od dłuższego czasu, tym razem opanowało jej zmysły, pozbawiło racjonalnego myślenia. I nie tylko ją.

Rozpiął jedynie spodnie, wydobywając na wierzch purpurowego, sterczącego w górę olbrzyma. Wszedł w nią jednym, silnym ruchem. Krzyknęła po raz kolejny, lecz tym razem ten krzyk rozniósł się echem po lesie. Przykrył dłonią jej usta, a potem zaczął się poruszać. Czuł, jak obejmuje go nogami, krzyżując je na jego pośladkach. Jak zachłannie zakleszcza w objęciach ramion. Jak odpowiada na każdy, pełen pasji, namiętności i niesamowitego głodu, pocałunek. Aż do momentu, gdy nadeszło spełnienie, pochłonęło ich i pogrążyło. Krzyczeli oboje, lecz tym razem nie miał siły nad tym zapanować. Drżał, podczas gdy jego męskość wyrzuciła z siebie ostatnią porcję nasienia.

Wydarzyło się to, co od samego początku było nieuniknione.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    AR
    | Odpowiedz

    Robi się ciekawie 😁

  2. J
    Julcia552
    | Odpowiedz

    Kocham, kocham, kocham ❤

  3. A
    Anigna
    | Odpowiedz

    Marcinek 😠😠😠 ten to potrafi wq…..
    😎😎😎😎😎😎😎😎😎😎

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Oj, tak! To akurat racja! 🙂

  4. G
    Gabriela
    | Odpowiedz

    Mariel go fascynuje, nie może o niej przestać mysleć. Marcin jest totalnym dupkiem, rajcuje się gdy jego kobiety się go boją ,ale tym razem trafił na godnego przeciwnika, tylko jeszcze o tym nie wie:)

  5. E
    EroticBooksLover
    | Odpowiedz

    Bardzo mi się podoba ten facet 😈 sam sex i zło 👌

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Fakt, na razie tak to oto się prezentuje 🙂

    • K
      Karolina
      | Odpowiedz

      Czekanie na kolejną część to istne tortury😁😁😁 ale na Marcinka to warto poczekać😍😍😍

Napisz nam też coś :-)