fbpx

Nie to miejsce (VII)

with 15 komentarzy

nie to miejsce
 

– Rozepnij moje spodnie – rozkazał, patrząc z góry na pobladłą, przerażoną twarz dziewczyny.

– Nie! – zaprotestowała słabo.

– Są gorsze rzeczy, jakie mogą cię spotkać – roześmiał się drwiąco, lekko uderzając bronią w jej policzek. – Dalej wiewióreczko, przecież wiesz, że nie lubię się powtarzać?

Wciąż miała wolne dłonie i teraz z całej siły próbowała go odepchnąć. Cmoknął z niezadowoleniem, wyciągając kajdanki.

– Trudno – powiedział nieco filozoficznym tonem i sprawnie unieruchomił jej ramiona z tyłu pleców.

– Odgryzę ci go! – warknęła ze złością.

– Nie odgryziesz – odparł ze spokojem. – Jak tam babunia Mariel? Zdrowa? Słyszałem, że szykuje się nieliche weselicho w rodzinie? Siostra, prawda?

Pobladła, bo te kilka słów niezwykle skutecznie pozbawiło ją możliwości obrony.

Siostra – potwierdziła szeptem. Klęczała na nierównym podłożu, czując jak drobne patyczki ranią delikatną skórę kolan, nieprzyjemny chłód bijący od mokrej ziemi. Zadrżała, kiedy Marcin szybki ruchem rozpiął spodnie. Ale nie tylko. Poczuła też smak własnych łez.

Czegokolwiek by nie zrobiła, przegrywała.

Przełamała się, przerwała milczenie, zdradziła ich umowę, a on nawet się nie rozzłościł.

– Bydlę! – syknęła, podnosząc głowę i łapiąc jego spojrzenie. – Rób co musisz skurwielu, bo jak widać tylko na to cię stać!

Znieruchomiał.

Dotąd nie zdarzyło mu się zmuszać kobiety do seksu. Owszem, lubił być brutalny, lubił też kilka innych nietypowych rzeczy, ale nigdy nie brał niczego siłą. Kupował i to mu odpowiadało. Dziwki czasami protestowały, lecz nie były w tym autentyczne. Ona była. W niebieskich oczach wyczytał prawdziwą nienawiść, w głosie słyszał gniew i obrzydzenie.

I nagle zdał sobie sprawę, że chcąc to pokonać, dopuszczał się nie tylko przemocy. Chciał ją zmusić siłą do uległości, do współpracy. Nie chodziło mu nawet o zwykły gwałt fizyczny, a raczej o psychiczne zniewolenie duszy, stłamszenie oporu.

Cholernie nie spodobało mu się, do jakich wniosków właśnie doszedł.

Tresura? Zgoda. Tylko że w którymś momencie przesadził i tama pękła pod napływem wezbranej rzeki. Robert już wiedział i kwestią czasu pozostawało, czy wykorzysta tę wiedzę.

– Wstawaj! – warknął gniewnie, tym razem zmuszając aby stanęła na drżących nogach. – Jeszcze zobaczymy kto kogo będzie błagał o seks.

– Błagał? – Oczy jej się zaokrągliły z zaskoczenia. – Chyba sobie żartujesz? Przecież nie ja!

– Czas pokaże – podsumował krótko i pchnął ją w kierunku samochodu. – Wsiadaj!

Tylko przez moment się zawahała. Potem zajęła miejsce, niezgrabnie, bo nie potrafiła inaczej ze względu na ramiona skrępowane za plecami.

– Mógłbyś to zdjąć – poprosiła nieśmiało. Spojrzał na nią znad opuszczonej głowy, a później połowicznie spełnił to życzenie. Skuł jej nadgarstki z przodu.

– Będzie wygodniej i bezpieczniej, jakby przyszedł ci do głowy jakiś głupi pomysł.

– Gdzie jedziemy? Do domu?

– Nie.

O więcej nie odważyła się spytać. Siedziała apatyczna, kiwając się, gdy auto podskakiwało na wertepach. Potem wyjechali na asfaltową drogę i znów zaczęło padać. Z góry leciały prawdziwe potoki deszczu, wycieraczki szumiały miarowo, a radio grało jakiś nostalgiczny, nieco smutny kawałek.

Teraz mnie zabijesz? – W końcu przerwała ciszę.

Nie gadaj głupot – sarknął. – Zaproszę cię na randkę.

Co?! – najpierw osłupiała, potem wybuchnęła śmiechem. – W tych kajdankach? – uniosła do góry obie dłonie, nadal rozbawiona, nie zwracając na chmurne oblicze Marcina.

Kajdanki zostawimy sobie na inną okazję. Za to, że odważyłaś się mnie zdradzić, też policzę się z tobą później.

Na twoim miejscu bym się pospieszyła – odpowiedziała, z premedytacją nie kryjąc złośliwości w głosie.

Bo?

Bo stary pryk z ciebie. – Nigdy nie zwracała się tak wulgarnie do żadnego człowieka, ale tym razem ani odrobinę jej to nie przeszkadzało.

Wiewióreczko, nie igraj ze mną.

Nie igram. Stwierdzam oczywistą oczywistość. – Dostrzegła jak konwulsyjnie zacisnął palce na kierownicy, jak zmrużył oczy i zasznurował usta. Musiał być wściekły, a jej się nieoczekiwanie spodobało. Chociaż wolała poprzestać na tym, co już powiedziała. Tak na wszelki wypadek.

Gdzie jedziemy? – ponowiła pytania.

– Mam coś do załatwienia – odezwał się w końcu. – Najpierw to, a potem się tobą zajmę. Nie dziś, ale pojutrze.

Wzdrygnęła ramionami. Po co jej to mówił?

Żadnych randek, a już na pewno nie z tobą.

Jeszcze zobaczymy.

Odwieziesz mnie do domu?

– Tak

Nie odpowiedziała, w żaden sposób nie reagując na tę obietnicę. Jednak Marcin mówił prawdę i kilka minut później znaleźli się na miejscu. Deszcz rozpadał się z jeszcze większą siłą, zasłaniając cały świat grubą kurtyną.

– Wiesz, że jesteś zdrowo szurnięty? – spytała, wyciągając ku niemu skrępowane ręce. – Rozkujesz mnie czy mam sobie radzić bez tego?

– No pewnie, że rozkuję. Ale najpierw… – znów odsunął siedzenie, po czym uniósł lekko biodra, rozpinając spodnie. Mariel aż zatchnęło z oburzenia.

Co ty… – umilkła, gdy tylko zsunął bokserki.

Jej doświadczenie nie należało do bogatych, ale to co ujrzała, przyprawiło ją o rumieńce. I to nie tylko wstydu. Gruby, nabrzmiały, purpurowy członek, świadczył o tym, jak bardzo Marcin był podniecony.

Obejmij go – rozkazał schrypniętym głosem.

Nie ma… mowy – wykrztusiła.

Mariel, poszedłem na ustępstwa, ty też musisz.

Nic nie muszę.

Możemy to zrobić tak, albo tradycyjnie. Zresztą, uwielbiam od tyłu – dodał ze śmiechem.

Najpierw randka – oświadczyła zdecydowanie.

Aha! Czyli przyjmujesz moją propozycję?

Przyjdę z siekierą – zapewniła, usiłując nie zezować w kierunku jego krocza. Chyba to zauważył, bo znów się roześmiał, po czym schował nabrzmiałą męskość i zapiął spodnie.

Daj, zdejmę kajdanki. Jesteśmy umówieni? – spytał, sięgając po kluczyk.

– Wyląduję przez ciebie w pokoju bez klamek – mruknęła, po czym wysiadła bez pożegnania. Ani razu nie spojrzała za siebie. Odetchnęła dopiero, gdy oparła się plecami o zamknięte drzwi.

I nagle poczuła zmęczenie. Chaos wkradający się do myśli, rozpychający się łokciami, pomimo tylu ważnych pytań.

Kurwa! zaklęła w duchu. Może on cierpi na zaburzenia dwubiegunowe czy jak to się tam nazywało? Przecież ten facet jest niespełna rozumu! Na początku wydał jej się cynicznym draniem, opanowanym i zimnym. Zresztą, nadal nim był. Tylko że… Zimne dranie nie całują tak jak on godzinę temu, gdy siedziała na męskich kolanach. Chyba. Mało wiedziała na ten temat, bo dotychczasowi mężczyźni w jej życiu byli najzupełniej normalni.

No właśnie. Normalni. Tacy zwyczajni, nudni. Aż roześmiała się, gdy zrozumiała swoje myśli. Bo o panu komisarzu mogła powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie był nudny.

No i… Znów poczuła, jak żar oblewa jej policzki.

Żeby tak bez jakiegokolwiek wstydu obnażyć się przed nią! Chociaż z drugiej strony powstrzymał się i nie skrzywdził jej, kiedy mógł. To był dopiero dziwne, bo Mariel miała pewność, że nie poradziłaby sobie z silnym mężczyzną i byłym komandosem. Zrobiłby co chciał i jak chciał.

I nagle, chyba po raz pierwszy w trakcie ich krótkiej, pokręconej znajomości, pomyślała, że to wszystko może się skończyć w bardzo zaskakujący sposób.

***

Światła pulsowały w rytm muzyki. Nieco ogłuszona hałasem Mariel siedziała w przepastnej loży, sącząc piwo z sokiem i usiłując prowadzić konwersację z znajomymi, którzy prawie siłą zmusili ją do udziału w imprezie. Niestety, wykrzykiwanie czegoś do ucha swego rozmówcy, było kiepskim sposobem na rozmowę. W końcu pięcioro z ośmioosobowej grupy ruszyło na parkiet i została w towarzystwie migdalącej się pary. Kiedy dostrzegła jak dziewczyna energicznie masuje krocze swego partnera, zmieszała się. Zerwała z miejsca, bez słowa tłumaczenia podążając w kierunku baru. Tam wybrała jedno z wysokich krzeseł i łagodnym rykiem poprosiła o jeszcze jedno piwo z sokiem. Na szczęście był to chyba lokal, gdzie ten napój szczodrze okraszano wodą, więc czuła jedynie szum w tle i dziwną, trudną do opanowania wesołość.

Ze względu na słodycz soku, cała szklanka weszła niezwykle łatwo. Mariel opuściła swe stanowisko przy barze i w pośpiechu udała się do łazienki. Tym razem szum przestał być tylko tłem, a ona obiecała sobie, że po powrocie zamówi wodę albo colę.

Do damskiej toalety jak zwykle była kolejka. Po drodze, trochę z nudów, a trochę dla zaspokojenia własnej próżności, przypudrowała twarz, poprawiła rozpuszczone włosy, opadające na plecy miękkim falami, przeciągnęła błyszczykiem po wyschniętych wargach. Na końcu z uznaniem oceniła własne oblicze oraz po raz nie wiadomo który, fason nowej sukienki.

Kiedy wróciła do baru, chcą poprosić o szklankę wody, na jej miejscu ktoś siedział. Mariel zmrużyła oczy, bo dobrze go znała. Siedział tyłem do wypełnionej tłumem sali, opierając łokcie na blacie i w ponurej zadumie sącząc ze szklaneczki złocisty trunek. Trochę się zmieszała, ale nagle poczuła determinację. Położyła dłoń na jego ramieniu i nic więcej, bo błyskawicznie wykonał półobrót, chwytając jej nadgarstek.

– Cześć – powiedziała, chociaż mógł to odczytać jedynie z ruchu ust. Zmrużył oczy, jednym haustem dopił zawartość szklanki, po czym nie luzując uchwytu, pociągnął zaskoczoną dziewczynę za sobą. Znaleźli się na tyłach, gdzie wciąż było głośno, ale można było też w miarę normalnie prowadzić rozmowę. Pchnął ją na fotel znajdujący się przy okrągłym stoliku, po czym pochylił się i zaciskając palce na oparciach, wwiercił w Mariel ostre spojrzenie.

– Co tu robisz?

– Przyszłam z przyjaciółmi. To klub gdzie studenci z akademików chętnie bywają – tłumaczyła zmieszana, chociaż mówiła najszczerszą prawdę.

– Tak. – Znów zmrużył oczy. Gdy to robił, zyskiwał wygląd drapieżnika szykującego się do skoku na bezbronną ofiarę, którą była oczywiście ona.

– A ty? – ośmieliła się spytać. – Relaks po pracy?

– Dużo chętnych dup – wzruszył ramionami, prostując się i siadając na drugim z fotelów.

– Na co?

– No nie bądź głupia! – prychnął drwiąco. – Dużo chętnych, pijanych lub naćpanych dup. A ty? Piłaś? Jarałaś coś?

– Nie umiem palić i dwa małe z sokiem.

– Szkoda. Mógłbym zakończyć połów – zakpił, obserwując rumieniec wypełzający na jej policzki.

– Nie nadaję się do takich spraw.

– Niemożliwe.

– Dlaczego? Mam wypisane na czole: przeleć mnie? – Tym razem to ona była uszczypliwa.

– Nie, ale zadajesz się z moim drogim kolegą, a ja dokładnie wiem, jaki typ kobiet preferuje.

– Nie zadaję się z nim… w tym sensie – wyjaśniła niechętnie.

– Nie? Dostrzegłem coś zupełnie przeciwnego.

– Jaki typ kobiet preferuje? – Nie potrafiła powstrzymać pytania cisnącego się na usta.

– Uległe suki, gustujące w ostrym seksie. I ciche, podobno muszą być ciche. – Obserwował z uwagą cały wachlarz emocji na jej twarzy. – Ciche na początku, ciche w trakcie, ciche na końcu. A jak nie są, to dusi je poduszką.

– Że co? – Mariel gwałtownie zmieniła kolor z intensywnej czerwieni na szarawą bladość. – Skąd możesz wiedzieć takie rzeczy?

– Wiem o nim całkiem sporo. Z każdym dniem coraz więcej. Aż w końcu coś na niego znajdę.

Mógłbyś wykorzystać moje zeznania.

Ma alibi. Tak dobre alibi, że zacząłem się zastanawiać, czy nie kłamałaś.

No wiesz! – Aż poczerwieniał ze złości. – Cham! Liczyłam na twoją pomoc, a ty zarzucasz kłamstwo – dodała z goryczą.

– Skoro widziałaś, jak popełnił morderstwo, dlaczego cię nie zabił?

Mariel milczała, myśląc, że z Roberta też był kawał sukinsyna.

Przez głupi zbieg okoliczności wpakowałam się w kłopoty. Sądziłam, że jeśli wszystko ci powiem, to w czymś pomoże. Ale nie pomogło. Ani ty się nie przejąłeś, ani on – wyjaśniła w końcu z niechęcią. – Męczy mnie ta cała sytuacja.

– Trzeba było powiedzieć prawdę, kiedy miałaś okazję.

– Prawdę? – spojrzała na niego z ironią. – Dzień dobry. Chciałam zgłosić, że byłam świadkiem morderstwa, które pan popełnił. Tak miałam zrobić?

– Nie jest jedynym policjantem, z którym mogłaś rozmawiać na ten temat.

– Ale jedynym, który celował do mnie z broni.

Robert nie odpowiedział. Usiadł w fotelu obok i zapalił papierosa, przeglądając się Mariel nieodgadnionym spojrzeniem.

Postaw się na moim miejscu – odezwał się w końcu. – Zjawiłaś się u mnie, twierdząc, że widziałaś jak zamordował tamtego gliniarza. To akurat nic zaskakującego, ten skurczysyn byłby zdolny i do gorszych rzeczy. Już od dawna podejrzewałem, że działa na dwa fronty. Lecz twoje późniejsze słowa były wręcz niewiarygodne. Zamiast zastrzelić cię jako niewygodnego świadka, on nie tylko pozostawił przy życiu, ale zawarł z tobą układ. Lipny układ, bo oficjalnie żadnych zeznań nie było.

Bawi się.

Nie tylko Mariel.

Westchnęła, bo nie dostrzegła najmniejszego sensu, aby kontynuować tę rozmowę.

– Pójdę, zanim znajomi zaczną mnie szukać – wstała, ale Robert zaskoczył ją, bo również się podniósł, wrzucając niedopałek do porzuconej przez kogoś pustej butelki po piwie. I podążył dokładnie za nią, na samym końcu bez skrępowania zajmując miejsce na niskiej kanapie, na której rozsiadło się całe towarzystwo. Nieco zmieszana i odrobinę rozgniewana, przedstawiła go w trzech słowach, zresztą, w takich warunkach to i tak okazało się wystarczające. Robert zapalił kolejnego papierosa i bez skrępowania, przyglądał się całemu towarzystwu. Długo i z namysłem, chociaż tak naprawdę Mariel było to całkowicie obojętne. Zamiast o kolejne piwo poprosiła o wodę, ale wtedy uniósł kpiąco brwi i zamówił drinki dla wszystkich.

– Za naszą owocną współpracę – szepnął jej drwiąco na ucho, podnosząc smukłą szklaneczkę i wypił całość jednym haustem. Mariel była znacznie wolniejsza i sączyła swojego przez prawie kwadrans. Przez ten czas pan aspirant zdążył zamówić jeszcze całą butelkę Johnny Walkera i pokazać, że ma sporą tolerancję na alkohol.

Zamyślona piła przez słomkę sok jabłkowy, starając się nie myśleć o siedzącym obok mężczyźnie, który przyglądał się jej z coraz większą zachłannością i z coraz mniejszym skrępowaniem.

W końcu pochylił się i prawie dotykając wargami płatka jej ucha, spytał szeptem:

– Co on w tobie widzi?

Odwróciła głowę, tak, że patrzyła teraz prosto w zmrużone oczy Roberta.

– Ofiarę.

– Nie, nie tylko – zaprzeczył. – Już na samym początku przekonał się, że jesteś dla niego zagrożeniem, a jednak cię nie zabił. Jeszcze.

– Pocieszając. – Nastroszyła się, bo męska dłoń ukradkiem zaczęła przesuwać się po jej udzie. – Przestań mnie obmacywać!

– Bo? – Odparł ze śmiechem, chociaż wycofał rękę.

– Bo nie mam ochoty.

– Szkoda, nie musiałbym dalej szukać. – Dopił drinka po czym wstał. Zgrabnie, zwinnie i ani trochę nie było po nim widać, że przed chwilą wypił pół butelki mocnego alkoholu. – Jeszcze się zobaczymy – dodał, po czym mrugnął okiem i zniknął w gęstym tłumie.

Do pełni szczęścia, brakuje mi jeszcze wściekłego pana komisarza, pomyślała Mariel z wisielczym poczuciem humoru. Ale złośliwy los chyba postanowił jej odpuścić, bo do domu wróciła sama, taksówką, bez jakichkolwiek przygód.

Nie chciało jej się spać. Wykąpała się, pozbywając nieprzyjemnych aromatów, przebrała w lekką koszulkę i przygotowała sobie rumiankową herbatę. Wypiła ją, siedząc na szerokim parapecie okna sypialni i patrząc na lśniącą zimnym srebrem tarczę księżyca. Z jednej strony czuła ekscytację, bo w jej monotonnym życiu w końcu zaczęło się coś dziać. Z drugiej strony, tego czegoś czasami stanowczo było zbyt dużo. Co on w tobie widzi? spytał Robert. No właśnie? Co ten pokręcony bydlak upodobał sobie w jej skromnej osobie? Dlaczego nie chciał zostawić w spokoju? Przecież nie chodziło o miłość… Roześmiała się w głos. Miłość? To dopiero doskonały dowcip.

Odstawiła kubek i skuliła się na łóżku. Jednak nie mogła zasnąć. Wsłuchiwała się w miarowe tykanie zegara, liczyła urojone owce, ale nie mogła zasnąć. Niebo na horyzoncie poróżowiało i wtedy Mariel wstała. Po cichutku, aby nie obudzić babci, ubrała kalosze, narzuciła na siebie gruby sweter i wymknęła się do ogrodu. Srebrzysta tarcza księżyca poszarzała; była teraz czymś niewyraźnym, podczas gdy złocisto brzoskwiniowy blask przeganiał mrok, rozlewając się barwną plamą i nadając światu nieuchwytną aurę. Aurę, którą ciężko opisać słowami, ale bardzo łatwo wyczuć. Na trawie migotała tysiącami kropelek poranna rosa, a ptaki już rozpoczęły koncert na powitanie kolejnego dnia.

Mariel weszła do sadu, aż w końcu dotarła na jego skraj i oparła się plecami o szorstki pień jabłoni. Podziwiała wielobarwny wschód słońca nad polami, chociaż jej myśli krążyły wokół czegoś innego. Kogoś innego.

Może powinna wrócić do miasta, wtedy się od niego uwolni? Zamknęła oczy, lekko drżąc w chłodzie poranka. Bez problemu przywołała obraz szczupłej twarzy o zimnych jak lód oczach. Analizowała każdą sekundę, jaką spędziła w jego towarzystwie, każde zapamiętane słowo. Dotyk, pocałunek… Zagryzła wargi. Wtedy, w samochodzie chciał czegoś więcej niż seksu. Chciał akceptacji. Pragnął, aby i ona poczuła pożądanie.

Tak, to akurat było dziwne.

A może nie, może nie powinna się dziwić?

Ten układ to lipa, twierdził Robert. Skoro tak, to czego naprawdę chciał od niej ten policyjny psychol? Czego?!

I nagle pomyślała, że powinna go sprowokować. Rzucić wezwanie. Sobie, jemu, życiu. Tylko otwarta konfrontacja może w końcu pomóc wyplątać się z tej matni. Stała i chociaż patrzyła przed siebie, tak naprawdę przed oczyma widziała zupełnie coś innego.

Chciał się zabawić jej kosztem? A może tym razem ona zabawi się jego kosztem? Perfidnie i z premedytacją doprowadzi do konfrontacji, do czegokolwiek, bo cokolwiek był lepsze od pełnego napięcia oczekiwania.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    Aleksandra
    | Odpowiedz

    No no, on sam jeszcze nie wie w co się wpakował. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. 🙂

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Postaram się dać jutro… O! Sorry, spojrzałam na zegar. Dziś znaczy się 😀

  2. D
    Domi
    | Odpowiedz

    Ptaszek ze złamanym skrzydłem i nawet morderca wymięka 😁

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Czekaj, czekaj! Za dwie części będzie kotki z drzew ściągał ;-)))

  3. A
    Aricca
    | Odpowiedz

    Oj głupi ….już przepadł dla Mariel. Kwestia czasu mi iedy sobie to uświadomi ❤️❤️❤️

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Uświadomienie może wywołać nieco odwrotną reakcję od oczekiwanej 🙂

  4. A
    AR
    | Odpowiedz

    Ciekawe czy choć trochę zmięknie…
    I co będzie z drugim młodszym przystojniakiem

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Na razie jest na etapie sztywnienia 😉

  5. k
    kikiska
    | Odpowiedz

    O kurcze! ależ mnie kręci to opowiadanie 🙂

  6. G
    Gabriela
    | Odpowiedz

    Uwielbiam Mariel, umie postawić się i to coraz bardziej rajcuje Marcina. Mariel chce się zabawić jego kosztem, tak jak on nią, a na końcu oboje przepadną w tej grze.Ten Rober nie jest lepszy od Marcina, nie jest uczciwym gliną, Marcin mu blokuje jego brudne interesy, tak mi się wydaje i dlatego chce się go pozbyć

  7. M
    Martyna
    | Odpowiedz

    Babeczko! Najpierw technicznie.
    Daty w komentarzach nie zgadzają się z stanem faktycznym .
    Potem w odczuciach. Nie zdecydowałam jeszcze czy go lubię 🤣😅 ale na pewno czekam na kolejną część. Prowokacja zawsze budzi moja ciekawość .

    • M
      Martyna
      | Odpowiedz

      A nie popatrz. Moja jest okej.
      Czy ta część była już wstawiana w zeszłym roku ?
      Pamiętałam tylko krzaki z późniejszym przesłuchaniem, ale może coś więcej było już publikowane…

  8. A
    Anonim
    | Odpowiedz

    Ależ nie mogę się doczekać co Mariel wymyśli😁

  9. A
    Anika
    | Odpowiedz

    Jak dla mnie ta część wysuwa się na prowadzenie z całej serii, ale chciałabym już przeczytać całą książkę, bo czekanie na nowy fragment jest frustrujące 😃

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Tak naprawdę to powinna być część 1, bo w sumie jako pierwsza powstała 😉

Napisz nam też coś :-)