Nie umiem stąpać tak cicho (VI)

with 5 komentarzy

horror o lekkim zabarwieniu erotycznym

 

Wszystkim kobietkom, zamiast kwiatka, porcja tajemnicy, okraszonej odrobiną grozy 😉

Obyśmy zawsze gościły Was na motylowej stronie!

 

Co za dupek! – mruczała Laura, z trudem brnąc przez wysoki dywan śniegu. W duchu lżyła go znacznie gorszymi słowami, jednocześnie uświadamiając sobie, że jest skazana na to towarzystwo jeszcze przez pięć miesięcy i trzy dni. Na pobyt w tym przerażającym, pełnym mroku domu także. Zadrżała, bynajmniej nie z zimna. Pięć miesięcy i trzy dni? Oby tylko najbliżsi nie wyjeżdżali zbyt często. Z nimi łatwiej będzie wypełnić warunki testamentu.

Przystanęła raptownie. Przed nią rozciągał się dziwny widok. Przysypana śniegiem polana i kamienne głazy, zatopione w białym puchu, niczym rurki z kremem wetknięte w bitą śmietanę.

Cmentarz, którego szukała.

Z wahaniem ruszyła do przodu. Co innego planować coś w zaciszu własnej sypialni, a co innego znaleźć się tutaj samemu, gdy słońce zakryły ołowiane chmury, a wokół panowała przytłaczająca cisza.

Jednak nie miała zamiaru się wycofać.

Wyciągnęła przed siebie rękę i policzyła kamienne płyty.

Sześć.

Z ociąganiem podeszła do pierwszej, wkładając dygoczące ręce w kieszenie kurtki. Wmawiała sobie, że to z zimna, ale nie była w stanie oszukać samej siebie.

Bała się.

Przerażenie ściskało ją za gardło, sprawiało, że poczuła wilgoć spływającą po kręgosłupie, słabość w kolanach i tępy ból z tyłu głowy. Odchrząknęła. Przecież to zwykły cmentarz, strofowała się w duchu. To nie martwych powinna się obawiać, a żywych.

Iza...bela – sylabizowała, bo napis był mocno zniszczony. – Urodzona w tysiąc dziewięćset trzydziestym piątym roku… Boże! – Laura zakryła dłonią usta. – Przecież ona była w wieku jego córek!

Pamiętała tę kobietę ze zdjęć w starym albumie. Ładna, ale dziwnie nijaka, bezbarwna. A może po prostu przerażona, zagubiona? Co skłoniło młodą dziewczynę do zostania żoną mężczyzny dwukrotnie starszego? Zadumana Laura podeszła do kolejnego nagrobka. Tutaj napis był bardziej widoczny, chociaż sam grób starszy o ponad dekadę. Pochowano tu jej prababkę, Konstancję. Też niewiele o niej wiedziała, bo babcia Helena została sierotą w wieku dziesięciu lat. Pożałowała, że nie przyniosła jakiś kwiatów. Chociażby symbolicznej różyczki. Dobrze pamiętała smutną, poszarzałą twarz kobiety piastującej w objęciach pulchnego aniołka. Zresztą Konstancja była jedyną osobą, o której Greta wyrażała się z zauważalnym szacunkiem. To wiele mówiło o panujących w rodzinie nastrojach.

Anna Maria i Jean Piere. – Laura przystanęła przed kolejnym grobem. Dobrze pamiętała plotki krążące na temat śmierci tych dwojga. Nieprzyjemne, budzące niepokój historie, o szalonym mężu, który zabił swoją żonę, popełniając samobójstwo. Oficjalnie zginęli w wypadku, ale szczerze mówiąc, Laura mocno w to wątpiła. Tak, ten mężczyzna nawet na starych fotografiach wyglądał jakby był opętany.

Moi prapradziadkowie – mruknęła, podchodząc do następnego grobu. Adelajda, matka ciotki Grety. W zasadzie o tej kobiecie wiedziała najmniej. Zaraz obok przekrzywiona płyta z napisem Stanisław.

Laura wykrzywiła usta, jakby posmakowała czegoś niezwykle gorzkiego. Tutaj z pewnością nie zostawiłaby kwiatka. Nie tylko ze względu na słowa z dziennika Heleny. Ten człowiek…

Czuła do niego instynktowną niechęć, wręcz obrzydzenie. A przecież widziała go jedynie na pożółkłych fotografiach rodzinnych, wyprostowanego, dystyngowanego dżentelmena.

Rozmyślając nad tym, stanęła przed ostatnim grobem.

Jeremiasz, odczytała, czując jak wszystkie włoski na jej ciele stają dęba.

Sparaliżował ją strach.

Obezwładniło przerażenie.

Była jak małe zwierzątko, złapane w pułapkę, ukrytą wśród grubej warstwy śniegu. Zamarła w bezruchu, a serce biło jej jak oszalałe, tłukło się w piersi. W głowie wirowało tysiące myśli, lecz nie układały się one w żadną logiczną całość. Z chaosu wyłoniła się w końcu jedna.

Uciekaj!

Laura z trudem pokonała odrętwienie, dając krok w tył. W ustach jej zaschło, nie wiadomo dlaczego czuła też metaliczny posmak krwi. Pięści zacisnęła z taką siłą, że paznokcie wbiły się w miękką skórę, wywołując ból. I ten ból pozwolił jej w końcu się ocknąć.

Drugi, trzeci krok. Czwarty z większą łatwością, a przy siódmym odwróciła się i pędem ruszyła w kierunku domu. Potykała się, zataczała jak pijana. Na śnieżnym dywanie zostawiała nie tylko ślady stóp, ale i czerwone kropki. Uciekała jakby całkiem postradała zmysły, chociaż jednocześnie była pewna, że nikt jej nie goni.

Upadła przed samym wejściem.

Zrozumiała skąd pochodzi metaliczny posmak. Z nosa leciała jej krew. Oczy łzawiły. Oddychała urywanie, z trudem napełniając płuca powietrzem.

Nie miała siły wejść do środka.

Skuliła się na ziemi, cicho łkając. Była bezbronna niczym dziecko, tak głęboko rozstrojona, jak nigdy wcześniej w swoim życiu. Nie wiadomo jak długo leżałaby tak w pozycji embrionalnej na progu własnego domu, gdyby nie silne dłonie, które uniosły ją w górę. Zamknęła oczy, mając wrażenie, że płynie w powietrzu. Czuła ciepło drugiego ciała, słyszała bicie innego serca. Ktoś zaniósł ją do łóżka, otulił kołdrą, szeptał uspakajające słowa. Laura miała wrażenie, że wpadła w letarg. Jednak nie protestowała, bo to wszystko było niezwykle przyjemne. Kojące, usypiające.

Aż w końcu się ocknęła.

Była sama pośrodku wielkiego łóżka.

Na białej pościeli widać było chaotyczny wzór z czerwonych kropek.

Dotknęła ust, potem nosa. Skrzywiła się, gdy poczuła cieniutką skorupę. Jeszcze bardziej zdenerwowało ją to, że leżała całkowicie ubrana. Drżąc, zrzuciła z siebie mokrą odzież, po czym szybko wyjęła z szafy świeżą. Potem udała się do łazienki i o mało nie krzyknęła, widząc własne odbicie w lustrze.

Jak wampir po posiłku – zażartowała ponuro. Umyła się, włosy związała w niedbały węzeł na karku. I ruszyła na poszukiwania Edwarda. Gbur czy nie, ale jej pomógł. Chciała za to podziękować, nawet jeśli nie przyjmie dobrze jej wyrazów wdzięczności. Chociaż… Co on tam szeptał? Nie pamiętała słów, ale doskonale pamiętała ton głosu.

Pierwszy raz zapukała do drzwi jego pokoju.

Zanim otworzył, zdenerwowana przestępowała z nogi na nogę. Może nie powinna? Może wcale jej nie wpuści, nie wysłucha. Wzruszy jedynie ramionami, zatrzaskując drzwi przed nosem. Do niego wszystko było podobne, chociaż Laura nie umiała znaleźć ani jednego powodu, dla którego żywił do niej niechęć.

Jedynym wytłumaczeniem mógł być fakt, że on również miał prawo do spadku. Nie wiadomo jakie, bo nie wiadomo co łączył go z rodziną Laury, ale to był logiczny wniosek.

No chyba że po prostu był dupkiem.

Cześć – odezwała się łamiącym głosem, gdy drzwi uchyliły się, ukazując ściągniętą w grymasie niezadowolenia twarz mężczyzny. – Chciałam podziękować…

Za co u diabła? – burknął.

Zasłabłam i dobrze…

W niczym ci nie pomagałem. Pięć minut temu wróciłem z miasta.

Nie? – Lekko pobladła. – Zasłabłam przed wejściem i ktoś mnie zaniósł do sypialni.

To byłem ja? – zmrużył oczy, nieoczekiwanie gestem zapraszając ją do środka. – Widziałaś że to byłem ja?

No nie – zakłopotała się. Edward w swojej sypialni utrzymywał wzorowy porządek. Nawet książki były równo ułożone przy krawędzi stolika nocnego. – Ale jak nie ty, to kto?

Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Nie interesuje mnie to.

Głos miał jak zwykle chłodny, wyprany z emocji. Lecz oczy patrzyły na nią niezwykle czujnie, jakby zaprzeczając wypowiadanym słowom.

Byłam na cmentarzu – dodała, nie wiadomo dlaczego pragnąc wyrwać go z objęć tego nadnaturalnego spokoju.

Zanieść ciotce kwiaty? – zadrwił, podchodząc do stołu i sięgając po kieliszek oraz butelkę wina.

Nie na tym cmentarzu.

Nawet nie skończyła mówić, gdy rozległ się brzdęk tłuczonego szkła. Edward gwałtownie pobladł.

Zwariowałaś?! – wysyczał, dopadając ją jednym susem. Palce zacisnął na ramionach dziewczyny, z całej siły nią potrząsając.

Ale dlaczego? – spytała, zbyt zaskoczona, aby energiczniej zaprotestować przeciwko takiemu traktowaniu. – To zwykły cmentarz. Sześć nagrobków…

Siedem.

Widziałam sześć. A w pobliżu ostatniego…

– Za grobem Jeremiasza jest jeszcze jeden – wyjaśnił sucho, puszczając ją i odzyskując panowanie nad sobą. Znów zmienił się w niedostępnego, opanowanego Edwarda. – Nie powinnaś się do nich zbliżać, bo te groby zapadają się i możesz zrobić sobie krzywdę.

Nie zauważyłam, aby się zapadały – zmarszczyła czoło.

Pod grubą warstwą śniegu trudno jest to dostrzec.

– Bardzo trudno – teraz ona pozwoliła sobie na odrobinę sarkazmu. – Ale masz rację. Nie powinnam się do nich zbliżać.

No właśnie – burknął, tracąc zainteresowanie ich rozmową.

Pozornie.

Bo gdy napełniał winem kolejny kieliszek, zauważyła, jak drżą mu ręce. Smukłe, a jednak silne dłonie, o starannie wypielęgnowanych paznokciach.

Może dlatego Laura nie odwróciła się, nie wyszła.

Usiadła w fotelu stojącym po jej prawej stronie.

Nie zauważyłam fizycznego niebezpieczeństwa – powiedziała, podczas gdy Edward z beznamiętną miną popijał krwiste wino. – Lecz dziwnie się poczułam.

Nie interesują mnie twoje uczucia.

Kłamiesz. – Teraz to ona była stanowcza. – Czyj jest ten siódmy grób?

– Jakiegoś służącego. Nie pamiętam już dokładnie, wspomniała o nim twoja ciotka – wzruszył ramionami.

Cóż… Poczekam na roztopy, a potem poproszę siostrę, aby mi towarzyszyła.

Głupia! – syknął Edward. Znów udało jej się wytrącić go z równowagi. – Poda ci pomocną dłoń, jak wpadniesz do jakiejś dziury?

Chociażby.

Spojrzał na nią z nieukrywana pogardą. Lecz zauważyła coś jeszcze w jego oczach.

Strach.

Bał się i to bynajmniej nie o nią.

A więc bał się tego, kto został pochowany w siódmym grobie. Laura wcale mu się nie dziwiła. Zbyt dobrze pamiętała własne przerażenie.

Skłamała.

Żadna siła nie zmusiłaby jej do powrotu w tamto miejsce.

Nawet cały ten spadek.

Na moment zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, krzyknęła cicho, zaskoczona.

Tuż obok kucał Edward. Minę miał poważną, usta surowo zaciśnięte, w oczach całe morze determinacji.

Tam pochowano twojego pradziadka – powiedział w końcu.

Ale…

– Nie, napis na wspólnym nagrobku to fikcja. Rozdzielono ich, aby po śmierci nic nie zakłócało spokoju tej nieszczęsnej kobiety. Źle wybrała, bardzo źle.

Sporo wiesz o mojej rodzinie – odparła z przekąsem. – Nie jesteśmy przypadkiem krewnymi?

Nie jesteśmy. – Coś na kształt bladego uśmiechu pojawił się na jego twarzy. – Sporo wiem, bo kancelaria, w której pracuję, zajmuje się waszymi sprawami od ponad stu lat.

Czyli wiesz więcej ode mnie. Nie mógłbyś się podzielić tą wiedzą? – spytała, impulsywnie kładąc rękę na jego ramieniu. A wtedy Edward zrobił coś zaskakującego. Chwycił ją, podniósł do ust i pocałował.

Nie. – Głos miał schrypnięty, całkiem obcy. – Lauro, ja wiem, że zależy ci na pieniądzach, ale lepiej by było, gdybyś się spakowała i jak najszybciej opuściła to miejsce. Niektóre rzeczy… – odetchnął głęboko. – Nie są warte naszego poświęcenia.

Patrzyła na niego w milczeniu, zarumieniona, z gniewem w oczach.

Jaki masz interes w tym, abym zrezygnowała ze spadku? – wyrzuciła z siebie wzburzona. Wstała, on również. Taki nienaganny w swym idealnym garniturze, z idealną fryzurą i kamienną twarzą. Taki nierzeczywisty.

Nie mam żadnego interesu. I to nie ja zaniosłem cię do łóżka.

Tak? Przelewitowałam przez cały dom? – zadrwiła.

Nie wiem. Lecz to nie byłem ja.

– Kłamiesz! – krzyknęła, całkiem wytrącona z równowagi. Mało brakowało, a by się rozpłakała. – Ale ja dowiem się dlaczego chcesz, aby zrezygnowała ze spadku! Dowiem się, słyszałeś?!

Milczał. Tylko w ciemnych, prawie czarnych oczach widać było ogrom wściekłości.

A czego się spodziewał?

Wyjdź! – rozkazał.

Z przyjemnością!

Odwróciła się na pięcie, z hukiem zatrzasnęła drzwi i popędziła do swojej sypialni.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Tony Porter
    | Odpowiedz

    Czyżby jakieś siły nieczyste maczały w tym palce? I co wie Edward? I czego się boi? Co czuje do Laury? Raz jest odpychający i wrogi, a za chwilę sprawia wrażenie, że o to nią się boi, że chce ją przed czymś uchronić. Czym tak naprawdę jest naszyjnik? Jaka siła w nim tkwi i czym się karmi? Kto wniósł Laurę do domu? Tyle pytań. Tyle możliwości. Edward, zamiast patrzeć z pogardą, mógłby wyjaśnić co nieco. Tyle, że pewnie nie może. Musi tkwić w tym cholernym, przeklętym domu, obserwować Laurę… ha! Może on wie, że to coś w domu zniszczy Laurę, zmieni ją w złego człowieka, albo zabije, ale nie może temu przeszkodzić – może tylko bezczynnie się przyglądać. Próbuje ją namówić, żeby opuściła dom, ale Laura widzi w tym jedynie chęć wyślizgania jej ze spadku. Naprawdę super, że wróciłaś do tej opowieści. Szkoda by było takiego pomysłu.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Troszkę odkryję karty w następnej części. Taką ociupinkę 😉
      Ostatnio, jak sobie szlifowałam jeden z kawałków, akurat pełen grozy i przerażający, pierwsza w nocy była i któryś z domowników zaczął krzyczeć przez sen… Efekt taki, że po wszystkim siedziałam na schodach z pięć minut, takie miałam miękkie kolana :-)))

      • Tony Porter
        |

        Nie, żebym była bezduszna, ale Twe przerażenie dobrze rokuje grozie w tekście:) Odkrywanie kart po ociupinku jest super i o to właśnie chodzi, żeby nam czytelnikom emocje podkręcać.

  2. Kinga
    | Odpowiedz

    Babeczko z niecierpliwością czekam na Niekompletnych. Pokochałam to opowiedanie całym sercem, a nie mogę go przeczytać, bo jest niedostępne. 🙁

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Obiecuję że wrócę do niego, jak skończę z powyższym 🙂

Napisz nam też coś :-)