
***
Rozdział 9
Jaskółka uwięziona
– Jak się czujesz? – zapytała z niepokojem Sara, patrząc na bladą twarz przyjaciółki. – Słabo spałaś, prawda? Coś się wydarzyło podczas wczorajszej misji?
– Musiałam komuś pomóc i niechcący wystawiłam się na niebezpieczeństwo.
– Niechcący? Za dobrze cię znam. Weszłaś w to z determinacją i pełną świadomością, prawda? Widocznie nie było innego wyjścia.
– Mamy nowe zlecenie?
– Tak, chociaż wahałam się, czy je przyjąć.
– Dlaczego?
– Inkub – wyjaśniła niechętnie Sara jednym słowem, a Selene odruchowo zmarszczyła brwi. Miały za sobą tylko jedną taką przygodę i nie wspominały jej dobrze.
– Kto ma z nim problemy?
– Znany biznesmen. – Sara położyła na stole elegancką wizytówkę. – Chociaż zlecenie mamy od jego żony. Podejrzewa, że jej mąż, nie jest jej mężem, a ponieważ nie miała się do kogo zwrócić, znalazła nasze ogłoszenie.
– Pewnie biorą ją za wariatkę – westchnęła Selene. – Dobrze, pojedziemy tam jutro, póki jeszcze moja moc zapewni nam ochronę. Co to za dziwny adres?
– Mieszkają w odrestaurowanym zamku, a posiadłość ma kilkanaście hektarów. Są koszmarnie bogaci. Czy to może być motyw?
– Dla inkuba? – Selene pokręciła przecząco głową. – W żadnym wypadku, chyba, że sprowadził go ktoś, kto życzy im źle. Myślę, że ze względu na majątek i władzę, jaką posiada jej mąż, takich ludzi znajdzie się całkiem sporo grupa.
– Jutro jest sobota.
– Proszę, zrób wyjątek. Po południu będziesz wolna, bo nasza wizyta będzie krótka i o charakterze informacyjnym. Poproś, aby zaprosili nas na niezobowiązującą kawę, niech wymyśli jakiś powód.
– Dobrze. Chcesz go zobaczyć?
– Przede wszystkim chcę go zobaczyć. Może to inkub, może to kryzys wieku średniego.
– Oby – zachichotała nerwowo Sara. – Poprzednia córka rodu Lilith dała mi do wiwatu, pamiętasz?
– Pamiętam. – Selene poklepała ją pocieszająco po dłoni. – Ale wtedy zbliżał się nów. Dlatego nie chcę zwlekać i zabieram ci wolne przedpołudnie z dziećmi.
– Może weźmy Davida? Strasznie narzeka na brak zajęcia.
– Nie… A w zasadzie tak. Musi na nas jednak zaczekać w aucie. Mimo wszystko jest nietypowy.
– Powinien zapracować na tego kurczaka, którego pożera całymi tonami. Wiesz, tak się zastanawiam – zamyśliła się Sara. – On to je i nic. My wydalamy, a on?
– Przestań! Nie idźmy w te klimaty, bo zwariuję. Wystarczy mi świadomość mieszkającego w piwnicy zombie.
– No bo właśnie tak sobie ostatnio rozmyślałam nad tym układem trawiennym różnych stworów. U ludzi wiadomo, wejdzie, wyjdzie. A u nich? Trochę ciężko wyobrazić sobie tego twojego Siergieja siedzącego na toalecie…
– Saro!
– Myślisz, że miewa zatwardzenia, jak wypije krew wielbiciela gorzkiej czekolady?
– Wariatka! – Selene zaczęła się śmiać, bo i temat był absurdalny. – Dzwoń. Powiedz, że nic nie liczymy przy zapoznaniu się ze sprawą.
– Szkoda, mają kasy jak lodu, mogliby chociaż zwrócić za paliwo – gderała Sara, ale tylko dla zasady.
Dzień był słoneczny, a niebo tak intensywnie niebieskie, że wydawało się być obrazem AI. Niewielki dysonans do tego rajskiego obrazu wprowadził David, ubrany cały na czarno, na dodatek w długi skórzany czarny płaszcz i równie czarny kapelusz z szerokim rondem.
– Skąd wytrzasnąłeś takie ciuchy? – zapytała zdumiona Sara, gapiąc się na niego zachłannie.
– Danika mi dała – odparł zgodnie z prawdą.
– W ten upał wyglądasz nieco dziwnie.
– Jaki upał?
Obie wzruszyły ramionami, no bo faktycznie, zombie nie mógł odczuwać ani gorąca, ani zimna, więc po co z nim dyskutować. Prowadziła Sara, obok niej siedziała zamyślona Selene, a tyły zajmował zombiak. Droga upłynęła im w milczeniu, bo jakoś nikt nie był skory do rozmowy. Tylko radio grało smętne przeboje ubiegłego lata, a chłodny powiew z klimatyzacji przynosił sporą ulgą.
– Ja pierdolę! – wyrwało się Sarze, gdy stanęli przed bramą. – Widzicie to, co ja? Jakby mieszkał tutaj król, a nie zwykły prezes.
– Taki zwykły też nie jest – mruknęła Selene.
– Są tutaj kurczaki?
Pytanie Davida było tak absurdalnie bezsensowne w tej sytuacji, że obie spojrzały na niego z niesmakiem. Nie było jednak czasu na sprzeczki czy tłumaczenie mu, że kurczaki zostały w domowej lodówce, bo brama zaczęła się majestatycznie otwierać.
Posiadłość porażała ogromem i onieśmielała luksusem. Żadna z nich wcześniej nie była w takim miejscu, więc teraz rozglądały się z fascynacją. Rozległy podjazd, fontanna przed frontowym wejściem, szara bryła budynku ze strzelistymi wieżyczkami, dwóch lokajów w eleganckich strojach służbowych, to wszystko robiło wrażenie, chociaż największe na Sarze, dużo mniejsze na jej szefowej i w zasadzie żadne na Davidzie.
– Zostań tutaj i ani na krok nie ruszaj się z samochodu – przykazała Selene, a zombiak posłusznie pokiwał głową. Nie miała pojęcia, czy posłucha, ale w końcu był dorosły. Jak narozrabia, to będzie musiał odpowiedzieć za swoje czyny.
– Tu jest jak w filmie o miliarderach – zdążyła wyszeptać Sara, zanim zaprowadzono je na taras. Siedziała tam kobieta, która może nie należała do oszałamiająco pięknych, ale za to całym swoim wyglądem mówiła, jak wiele pieniędzy w siebie zainwestowała. Obok niej siedział mężczyzna, już nie tak dobrze zrobiony, pod siedemdziesiątkę, łysawy, mocno czerwony na twarzy i widać, że wrażliwy na upał, bo na jego czole perliły się kropelki potu.
– Witam. Jestem Selene. – Podała rękę kobiecie, a ta ujęła ją delikatnie, jakby obawiała się, że zrobi sobie krzywdę tym dotykiem.
– Veronica. A to – wskazała na swojego towarzysza – Samuel.
– Mąż? – Selene zmarszczyła brwi, bo coś się tutaj nie zgadzało.
– Nie, mężem tej pięknej kobiety jestem ja – rozległ się za jej plecami rozbawiony głos. Powoli się odwróciła i napotkała badawczy wzrok ciemnych oczu.
– Michael – przedstawił się mężczyzna, ale nie podał im ręki na powitanie. Stał tylko przy pustym fotelu, w nonszalanckiej pozie, ubrany w błękitną koszulę i jasne spodnie, znakomicie podkreślające ciemną karnację i umięśnione ciało. Jedną dłoń włożył do kieszeni, w drugiej trzymał szklankę ze złocistym płynem. On był jeszcze bardziej idealny niż jego żona, ale Selene od razu wyczuła, że coś jest nie tak.
Nie, nie miał złej aury. Dobrej również. Nie miał niczego, co można byłby nazwać aurą, jakby umiejętnie wszystko tłumił, nie pozwalając na odczytanie jego prawdziwej natury. Wyglądało to tak, jakby miała do czynienia z duchem.
– Samuel to nasz lekarz rodzinny – wyjaśniła Veronica. – Czego się napijecie?
Oni siedzieli, gospodarz stał. Kątem oka obserwowała jego czysty profil, czując chłód, chociaż panował wściekły upał. Było w nim coś, co wywołało w Selene niepokój, czego nie mogła wyjaśnić i z czym nigdy wcześniej nie miała do czynienia.
Powinnam odesłać Sarę, pomyślała, sięgając po szklankę z wodą. To mógł być wyjątkowo niebezpieczny egzemplarz, a starcie z takim nie należało do łatwych.
Niezobowiązującą rozmowę na tematy zdrowotne – umówiły się z Veronicą, że będzie udawać zielarkę – przerwał telefon. Dokładnie tak, jak zaplanowały. Pani domu zniknęła, lekarz już wcześniej uprzejmie się pożegnał, a Selene poprosiła Sarę, aby sprawdziła, co z Davidem. Złapała jeszcze zaskoczone spojrzenie przyjaciółki, ale na szczęście ta nie dyskutowała, lecz wstała i bez słowa wyszła.
Selene została sam na sam z gospodarzem, chociaż wcale nie musiała już niczego sprawdzać. Była pewna, że nie jest tym, za kogo się podaje.
– Zielarka? – zapytał z przekąsem, w końcu siadając na jednym z foteli.
– Tak. – Nie bała się, że ją zdemaskuje, bo wiedzę na temat ziół i ich właściwości ochronnych miała ogromną.
– A nie kolejna kochanka dla mnie?
– Nie. – Nadal była spokojna, chociaż czuła coraz większy chłód. Gęsia skórka świadczyła o tym, że nie był to jedynie wytwór umysłu. – To było niegrzeczne.
– Stać mnie na to, aby być niegrzecznym. – Zmierzył ją od góry do dołu, na kilka sekund zatrzymując spojrzenie na dekolcie bluzki. Później powędrowało na twarz Selene i dopiero wtedy dostrzegła, jak znika bezczelny uśmiech z męskiej twarzy.
– Znak księżyca – wymamrotał. – Zielarka, co?
– Znak księżyca? – udała, że nie ma pojęcia, o co mu chodzi, jednak serce niebezpiecznie przyśpieszyło, a żołądek zwinął się w supełek. Nawet Siergiej czy Kristofer nie powiązali jej z magią księżycową, a ten tutaj zrobił to jakby od niechcenia.
Nie był inkubem, ale nie miała najmniejszego pojęcia do jakiej grupy go zakwalifikować. I po raz pierwszy czuła prawdziwy strach, obezwładniające przerażenie.
Był obcy i znał jej tajemnicę.
Leave a Reply