
Ja…
Zamykam oczy, aby patrzeć
Zasłaniam uszy, aby słyszeć
Zaciskam zęby, aby krzyczeć
Płynność każdego ruchu przywodziła na myśl leniwe wody rzeki. Była w nich siła kontrolowana przez subtelność, pulsująca w tle brutalność zamaskowana delikatnością. Sekwencja powtarzających się gestów, każde uniesienie miecza i każdy krok hipnotyzowały, przykuwając wzrok i pobudzając wyobraźnię. Ten swoisty taniec śmierci odbywał się w ciszy, ale przepełniony był dźwiękami. Szumem wiatru, hukiem błyskawic, głośnym oddechem wojownika toczącego walkę na śmierć i życie. Był jedynym w swoim rodzaju przedstawieniem, lecz nikt go nie podziwiał, nikt nie oklaskiwał. Nikt nie zachwycił się perwersyjną wręcz doskonałością.
Mężczyzna był sam.
Ubrany w tradycyjne kimono, bez zdobień czy haftów, jednolicie czarne, bosy, z dłońmi zaciśniętymi na rękojeści miecza, w skupieniu toczył walkę z niewidzialnym przeciwnikiem. Ciemne, posiwiałe już nieco włosy spiął na czubku głowy, a surowa, pociągła twarz nie wyrażała żadnych emocji.
W końcu zamarł, unosząc miecz nad głową. Przez chwilę trwał w bezruchu, później głośno odetchnął i opuścił broń.
Gdzie ten cholerny smarkacz się podziewa?
Spojrzał w stronę domu, potem bramy. Powróciła wściekłość, której zdołał się pozbyć, powróciła i przejęła nad nim kontrolę. Wstydził się tego, ale zdarzało się, że nie potrafił nad tym zapanować.
Życie Izuko Ternosuke od wielu lat toczyło się według ustalonego rytmu. Tak samo żył jego ojciec, dziadek i cała plejada przodków. Ich klan należał do najstarszych klanów shinobi, których współczesna popkultura nazwała ninja. Techniki walki przekazywano wyłącznie z pokolenia na pokolenie, tylko wewnątrz tej samej rodziny. Nie dopuszczano obcych, nie tolerowano związków z ludźmi poza ich świata, a każde złamanie reguł surowo karano śmiercią. On sam nie zdecydował się na małżeństwo, ale poszedł inną drogą. Spłodził syna i porwał go, aby samotnie wychować. Szybko pojawiły się problemy, bo smarkacz wykazywał się niezwykłą dla ośmiolatka niesubordynacją. Najpierw zaczął się buntować, później zadawał pytania, a teraz coraz częściej znikał, nie mówiąc, dokąd idzie.
Czasami Izuko zadawał sobie pytanie, czy na pewno jego syn, krew z jego krwi.
Starego shinobi nic nie było w stanie zmienić, bo rutyna pomagała zapanować mu nad utratą kontroli. Rutyna surowa, obdarta z wszystkiego, co ludzkie, skupiająca się na doskonaleniu umiejętności walki i wykonywaniu podstawowych obowiązków, przestrzeganiu niezwykle rygorystycznych praw.
Noriaki przyszedł na świat pewnej deszczowej nocy. Nie zaznał matczynego ciepła, bo Izuko zabił kobietę zaraz po tym, jak noworodek wydał pierwszy krzyk. Udusił ją, a ciało zepchnął z klifu, we wzburzone odmęty morza. Zabrał ze sobą dziecko, na drugi kraniec kraju, do starej siedziby przodków. Chłopiec wbrew zapowiedziom wiejskiego lekarza oraz ponurym przepowiedniom pobliskiego szamana, nie umarł, pomimo iż był słabego zdrowia.
Nie tylko nie umarł, ale przejawiał nieposłuszeństwo zagrażające rutynie życia ojca.
Przestrzegał surowego kodeksu, lecz w skośnych oczach dawał się dostrzec niemy sprzeciw. Trenował z zapałem, wykazując w tym kierunku nadzwyczajne umiejętności, jednak nie odpowiadał mu przymus pozostania w ukryciu. Shinobi byli bardziej szpiegami, nieuchwytnymi cieniami niż morderczymi wojownikami. Tylko że Noriaki pragnął, aby cały świat był świadkiem jego zwycięstw.
- Gdzie byłeś? - zapytał cicho Izuko, chociaż w pobliżu drzwi, znajdujących się za jego plecami, pojawił się zaledwie blady cień niskiej postaci.
- Biegałem – wyjaśnił niechętnie chłopiec.
- Złamałeś zasady. Zdejmij koszulę i połóż się na ziemi.
- Ojcze…
- Na ziemię. - Ani odrobinę nie podniósł głosu. Był tak samo jak zawsze beznamiętny, obojętny. Nigdy nie darował ani jednego uderzenia, chociaż chłopiec czasami całymi tygodniami dochodził do siebie po takiej karze. Raz nawet złamał mu żebro, ale Izuko uważał, że to wszystko kształtuje doskonałego wojownika. Posłusznego, bezwzględnego i niepokonanego.
- Dzisiaj pięćdziesiąt.
Przerażone dziecko odważyło się podnieść głowę. Górną granicę wyznaczało trzydzieści batów, a teraz miał dostać dwa razy tyle. Mimo wszystko był to zaledwie wystraszony ośmiolatek, nie rozumiejący, co złego zrobił. Wymykał się z domu, aby z daleka przyglądać bawiącym się rówieśnikom. Z głodem w oczach pożerał wzrokiem ich rozjaśnione twarze, wsłuchiwał się w pełne śmiechu głosy, nieśmiało marząc o tym, aby mógł do nich dołączyć. Jednak nigdy nie odważył się podejść bliżej. Wystarczyło tego, jak traktowano go w szkole. Szepty, znaczące spojrzenia, często przemoc, chociaż przed nią szybko nauczył się bronić. Tak skutecznie, że teraz już nikt nie ośmielał się go zaczepiać.
Samotność. To była samotność, wymykająca się pustym ramionom, przenikająca chłodem bezbronną duszę. Samotność będąca niemym krzykiem, którego nikt nie słyszał, bo nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć. Samotność ciemnych nocy, zimowych wieczorów, burzowych dni. Przeplatająca się z łzami, z bólem szarpiącym drobne ciało, z tęsknotą, której bezmiar niknął na horyzoncie dnia codziennego.
Samotność, która pewnego ciepłego popołudnia zastąpiona została ostrożną nadzieją.
Trzy miesiące temu ojciec przyniósł mu szczeniaka, puszystą kulkę, stworzonko o ufnym spojrzeniu, szorstkim języczku i miękkim futerku. Na początku chłopiec z wrodzoną sobie nieufnością przyglądał się pieskowi, ale wystarczyło kilka dni, aby zrozumiał, że w końcu ma przyjaciela. Przyjaciela na dobre i na złe, takiego, który nigdy się od niego nie odwróci, nie będzie z niego szydził, zawsze pocieszy.
Noce przestały być zimne, ciemność przerażająca. Tęsknota odpuściła, łzy wyschły.
Był pewien, że na zawsze. Nigdy nie zastanawiał się, jakimi powodami kierował się ojciec, nawet przez chwilę o tym nie pomyślał.
Noriaki bez słowa zdjął sweter, ale wtedy Izuko zmrużył oczy, przyglądając się z namysłem wychudzonemu ciału. Miał wrażenie, że baty to za mało, bo smarkacz po każdym laniu, patrzył na niego coraz bardziej buntowniczo, coraz częściej sprzeciwiał się surowej dyscyplinie. Przyszła więc pora na coś bardziej radykalnego, coś, co w końcu pozwoli mu uzyskać nad nim całkowitą kontrolę.
- Zostań tu – rozkazał beznamiętnie, po czym zniknął w głębi domu. Chłopiec przyglądał się temu, drżąc ze strachu przed zapowiedzianą karą. Był pewien, że ojciec poszedł po narzędzie, jakim wymierzy mu baty. Nie spodziewał się, że Izuko wróci ze szczeniakiem w ramionach. Piesek wiercił się i lekko popiskiwał, ale żelazny uścisk na jego karku, nie dał mu się wyrwać.
- Nie mam wyboru. Twoje nieposłuszeństwo mnie do tego zmusza.
Przycisnął wątłe ciałko pieska do ziemi, po czym wyjął nóż i bez wahania odciął jedną z łapek.
Powietrze przeszył skowyt pełen bólu i krzyk rozpaczy, bo Noriaki dopiero teraz zrozumiał, co zamierzał zrobić jego ojciec.
- Nie! - Rzucił się, chcąc obronić przyjaciela, ale wtedy potężny cios powalił go na ziemię.
- Masz wybór. - Izuko położył przed nim zakrwawiony nóż. - Albo go zabijesz, albo postaram się, aby umierał w cierpieniu, a ty przez wiele, wiele godzin, będziesz na to patrzył.
- Ojcze… - Głos chłopca był nabrzmiały od łez, w ciemnych oczach widać było ogrom cierpienia, jakiego nie powinno doświadczyć żadne dziecko. - Proszę! Będę posłuszny! Nie będę uciekał, nie zrobię nic…
- Tak, z pewnością będziesz. Pamiętaj, masz wybór.
- Ojcze…
Noriaki niezdarnie podniósł się z ziemi. Wolałby dostać nawet dwie setki batów, gdyby to miało ochronić jego przyjaciela, ale wiedział już, że żadne błagania, żaden układ nie skłonią mężczyzny przed nim do ustępstw. Był jeszcze zbyt mały, aby zrozumieć, że to wszystko było częścią planu, bezlitosnego szkolenia, które miało zrobić z niego idealnego wojownika, marionetkę w rękach twórcy.
Powoli sięgnął po leżący na ziemi nóż. Patrzył prosto w oczy pieska, w oczy jedynego przyjaciela, w ślepia pełne niezrozumienia, a w jego głowie pojawiło się wspomnienie szorstkiego, ciepłego języczka liżącego jego dłoń, uczucie szczęście wyrażanego przez każdy ruch puchatego ciałka, każde machnięcie wszędobylskiego ogona.
- Musisz się nauczyć, że czasami tracimy to, co cenne.
- Ojcze, błagam!
Skamlał o litość, ale wiedział, że nadaremnie. Miał tylko jedno wyjście, aby jego mały przyjaciel nie cierpiał, aby uciszyć ten przejmujący skowyt bólu. Mógł zrobić tylko jedno, chociaż wszystko w nim się buntowało. Mógł podarować mu szybką śmierć, zamiast przedłużać jego agonię.
- Twoja decyzja? - zapytał beznamiętnie Izuko. - Mam kontynuować?
- Nie. - Dusił się łzami, własną bezsilnością. Dygotał tak mocno, że z ledwością utrzymał nóż w dłoni.
- Zrób to szybko, aby nie cierpiał.
Słowa, będące niczym splunięcie w twarz, słowa drwiące z jego słabości, przywołały w końcu gniew i pozwoliły z większą pewnością zacisnąć palce na drewnianej rękojeści noża. Wzór, który wyrzeźbił na niej nieznany artysta, miał na długo pozostać w pamięci Noriakiego. Wzór ten kiedyś będzie zdobił prostym tatuażem jego ciało, a bolesną raną poharataną duszę. Będzie wspomnieniem cierpienia o wymiarze wykraczającym poza skalę normalności, chociaż tak naprawdę żadne cierpienie nie jest czymś normalnym.
Chłopiec uniósł powoli głowę. Już nie płakał, bo łzy stały się zbędnym balastem. Nie krzyczał, bo i tak jego krzyk był niemym dźwiękiem. Jedną ręką pogładził zmierzwioną sierść skomlącego psiaka, drugą wziął zamach i wbił nóż w serduszko, które biło tylko dla niego. Patrzył w ciemne ślepia, te same, które wpatrywały się w niego z taką ufnością, z tak bezwarunkową miłością. Patrzył, jak zamiera w nich życie, jak znika ta nieuchwytna iskra, będąca granicą, poza którą nie było już nic.
Samotność wróciła.
Wraz z nią pojawiła się świadomość, że przywiązanie i miłość, to uczucia zawodne, przynoszące cierpienie. Bezsensowne, bo będące źródłem bólu.
Samotność stała się nagle pożądaną towarzyszką. Nie zamierzała go opuścić, oplotła zimnymi ramionami, do ucha sączyła słodko-jadowite słowa. Pokazała mu świat bez uczuć, bez bliskości, tak idealny i tak wybrakowany, bo namalowany tysiącem odcieni szarości. Pejzaż bez barw, kuszący spokojem i pełen ukojenia.
Izuko porzucił truchło psa na środku podwórka. Nie wymierzył kary cielesnej, uznając, że dzisiejsza lekcja była wystarczająca. Nawet nie odwrócił się, aby sprawdzić, co zrobi Noriaki. Było mu to obojętne.
Burzowe chmury na niebie przecięła jasna wstęga błyskawicy. Była niczym nóż, który rozorał skłębione obłoki, niczym nabrzmiałe trzewia trupa, tylko zamiast krwi, runęło w dół tysiące kropli deszczu. Niektóre z nich zmieszały się z krwią, tworząc czerwone, wąskie strużki i płytkie kałuże.
Noriaki stał nieruchomo, wciąż ściskając w małej dłoni zakrwawiony nóż. Ze zwieszoną głową, z rozdartym jak to niebo nad nim, sercem, z zasychającymi na policzkach łzami, patrzył na swojego martwego przyjaciela, na jedyną bliską mu duszę. Na zasnute bielmem śmierci ciemne koraliki oczu, na bezwładne ciało, na ogon, którym tak energicznie machał, gdy chłopiec wołał jego imię.
Te noce, gdy tulili się do siebie, oboje jednakowo złaknieni ciepła. Te słoneczne dni, gdy biegali po łące. Te wszystkie chwile, gdy to małe, kudłate ciałko było jedyną kotwicą bezpieczeństwa. Towarzysz, który nigdy mu nie odpowiadał, ale z którym rozumiał się bez słów, któremu mógł powiedzieć wszystko, przy którym nie wstydził się płakać aż do utraty tchu.
Każde dziecko chce być kochane.
Każde chce mieć kogoś do kochania.
Bez miłości, bezwarunkowej miłości, otulającej duszę niczym ciepły kocyk w chłodne wieczory, podążało się drogą prowadzącą w otchłań szaleństwa.
Noriaki uniósł w końcu głowę. Wrzasnął głośno, a potem zaciskając zęby, na lewym przedramieniu wyrzeźbił nożem pierwsze nacięcie. Pierwsze z wielu, jakie w przyszłości będą znaczyć jego ciało. Pierwsze nacięcie, pierwsze zabójstwo, pierwsza ofiara. Najgłębsze i najdłuższe, jakby chciał się nim odciąć od własnych uczuć i rozpaczy.
Pierwszy krok na drodze prowadzącej prosto w ciemność.
Leave a Reply