Obcy (III)

with 4 komentarze

Obcy

– Rozumiem. A teraz pozwolisz…

– Oczywiście – szeroko się uśmiechnął, odsuwając na bok. – Proszę bardzo.

Wpadła do środka jak burza, z hukiem zatrzaskując drzwi. Oparła się o nie i kilka razy głęboko odetchnęła. Nie chodziło o samą sytuację, lecz o myśli, które pojawiły się w jej głowie.

– Żadne takie! Jeszcze kwadrans temu czułaś do niego wyłącznie niechęć i niech tak pozostanie – upomniała samą siebie surowo. – Pod prysznic głupia babo!

Zadowolony z siebie Kaleb zamknął się w pokoju, mokry ręcznik wieszając na oparciu krzesła. Spojrzał w dół, na męskość, która tak szybko ożyła. Nic dziwnego, gdy dotykał te cudowne usta… A gdy koniuszek jego palca znalazł się pomiędzy rozchylonymi wargami, mało brakowało, a nie umiałby się wycofać. I te oczy! Niby pochmurne, ale pełne żaru, tajemnicze. Pokręcił głową, a potem usiadł na łóżku. Miał dwa wyjścia, w zależności od tego, jak rozwinie się sytuacja. Jeśli będzie stuprocentowo pewien, że to nie ona była osobą, której szukał, po zakończeniu sprawy będzie mógł się zabawić. Bez względu na chęć współpracy z jej strony. Gdyby to jednak była ona, to może to zrobić już w trakcie prowadzenia dochodzenia. Może i była nieufna, ale nie z takimi kobietami miał do czynienia.

Uśmiechnął się drapieżnie, czując mrowienie w całym ciele. Tak czy inaczej będzie ją miał i świadomość tego, wprawiała go w euforię. Większą nawet niż ta, której doświadczał po zakończeniu każdej misji, każdego zadania. Gdzieś tam pojawił się związany z tym niepokój, lecz Kaleb szybko się go pozbył. Pozostało tylko pełne napięcia oczekiwanie.

***

Nie było trudno zostać samemu w mieszkaniu, gdy już wszyscy się rozeszli. Jako pierwszy do przeszukania wybrał pokój Ani. Oprócz starannie schowanej trawki i kilku paczek prezerwatyw, o dość egzotycznych smakach, nie znalazł nic ciekawego. Zdążył jeszcze przeszukać pokój Kamila i Martyny, ale tam z kolei jedyną ciekawostką był zestaw akcesoriów erotycznych. Widać, nie byli aż tak skromni, na jakich wyglądali. Potem wróciła Marta i usiłowała za wszelką cenę wciągnąć go w konwersację. Uprzejmie potakiwał, a w pewnym momencie równie uprzejmie przeprosił i wyszedł, tłumacząc, że skoro przyjechał zwiedzać, to właśnie idzie to robić. Całe szczęście, że nie zaoferowała mu swego towarzystwa. Była zbyt gadatliwa i strasznie go irytowała. Wrócił późnym wieczorem, prosto na kolację, którą przygotowała rozgadana Marta i posyłająca mu zalotne spojrzenia Ania. Przy stole zgromadzili się wszyscy oprócz Amelii. Mimochodem spytał o jej nieobecność.

– Bo ja wiem? – wzruszyła ramionami Ania. – Ona tak ma. Jest jak kot, co chadza własnymi ścieżkami. Zostawimy jej tylko trochę tego risotto, bo nam nie daruje.

Wróciła, gdy on był w łazience. Nie spotkał jej więc ani tego wieczora, ani o poranku, kolejnego dnia. Trzeba przyznać, że czuł się tym poirytowany. Nie był przyzwyczajony do tego, że kobieta, której okazał jawne zainteresowanie, tak ostentacyjnie go unikała. Więcej, był rozgniewany.

Udał, że znów idzie zwiedzać, podczas gdy tak naprawdę z pewnego oddalenia obserwował, jak po kolei wszyscy opuszczają mieszkanie. Szybko wrócił na górę i znów zaczął przeszukiwać pokoje. Mateusz nie miał nic do ukrycia, poza pokaźną kolekcją filmów porno. Jego siostra za to mogła się poszczycić całkiem niezłą biblioteczką pełną erotycznych książek. Przeszukał również szafę w korytarzu, kuchnię, łazienkę i małą spiżarkę. Nic nie znalazł.

W końcu stanął przed drzwiami pokoju Amelii. Z premedytacją zostawił je sobie na koniec. Bynajmniej nie dlatego, że to właśnie tam spodziewał się coś znaleźć. To był jego deser. Uśmiechnął się szeroko, po czym otworzył drzwi.

Pokoik był niewielki, niezwykle przytulny, w formie prostokąta. Na nieco podniszczonym parkiecie, leżał jasny, puszysty dywan. Okno nie miało firanki, lecz na parapecie stało mnóstwo kwiatów w doniczkach. Po prawej stornie wąskie łóżko było nakryte patchworkową kapą w pastelowych kolorach, po lewej stał stół z krzesłem, zapewne służący jako biurko. Na nim w ceramicznym kubku z ukruszonym uchwytem, garść długopisów i innych przyborów. Tuż przy wejściu znajdowała się szafa, a na drugim krańcu pokoju wygodny, wyraźnie wysłużony fotel i bardzo oryginalna lampa na jednej nodze. I niski stolik, na którym stała pusta szklanka i leżała otwarta książka. Pomimo iż panował tu lekki rozgardiasz, to ogólnie było o wiele lepiej niż w poprzednich pomieszczeniach.

Wszedł do środka, nie zamykając za sobą drzwi. Zaciągnął się zapachem. Tak, dzięki temu mógł wyczuć jej obecność. Przymknął oczy i chwilę delektował się tą czynnością. Później z westchnieniem przystąpił do metodycznego przeszukiwania. Najpierw biurko. Łóżko. Popukał w ściany, przyjrzał się podłodze, obmacał materac. Nic. Na samym końcu podszedł do szafy i energicznym ruchem otworzył ją na oścież.

Na ziemię spadło coś w kolorze czerwonego wina. Pochylił się, sięgając po koronkowe majtki. Bezwiednie przyłożył je do twarzy i zamarł. Pomijając kwestie, dlaczego brudną bieliznę upchnęła do szafy, zaciągnął się zapachem, którym przesiąkł materiał. Zawirowało mu w głowie, a spodnie napięły się pod naciskiem twardniejącego penisa. Podniecenie znokautowało go jednym ciosem, sprawiając, że kompletnie zapomniał, po co naprawdę się tutaj zjawił. Niczym robot, podszedł do fotela, usiadł w nim i przymknął oczy, nadal zaciągając się intymnym zapachem jej cipki. Jedną ręką przyciskał skrawek materiału do twarzy, drugą rozpiął zamek spodni.

I to wszystko.

– Co ty tutaj robisz?! – W progu stała Amelia. Zbyt zdumiona, aby odczuwać również oburzenie. – Czy to…? Boże! – zasłoniła drżącą dłonią usta, podczas gdy on patrzył na nią zamglonym wzrokiem. – Popaprany zboczeniec! Wynoś się stąd! – wrzasnęła, przytupując nogą.

Bardzo powoli wstał. Lecz gdy zbliżył się do niej, mimowolnie cofnęła się, uderzając plecami w ścianę. Oczy miała ogromne, przerażone i pełne gniewu.

– Zboczeniec? – spytał rozbawiony. – Przepraszam, ale to bardzo nieodpowiednie słowo.

– Wyjdź! Natychmiast!

– Znalazłem je na korytarzu i chciałem przynieść.

– Pewnie! Człowieku, wracam i co widzę? Ciebie w moim pokoju, na moim fotelu, wąchającego moją wczorajszą bieliznę! – mówiła wzburzona. – Nie powiesz mi, że to normalne! A teraz wynocha!

– Dobrze, rozumiem – uniósł w przepraszającym geście obie ręce do góry. – Może trochę mnie poniosło i postąpiłem głupio, ale sama przyznaj, nigdy nie popełniłaś żadnego szaleństwa?

– Jeśli pytasz czy kiedykolwiek robiłam sobie dobrze wąchając męskie gacie, to nie – odparła zjadliwym tonem.

– A często to robisz?

– Niby co?

– Często się masturbujesz? – spytał cichym, pełnym napięcia głosem, opierając dłonie o ścianę po obu stronach jej głowy. Wpatrywał się przy tym przenikliwie w ogromne, ciemne oczy. – Bo ja nie. Wolę to robić z prawdziwą kobietą, a nie własną ręką.

– Nie twoja sprawa! – bąknęła, coraz bardziej się czerwieniąc.

– Wiem że nie moja – pochylił się nad nią, czując coraz bardziej dokuczliwe pulsowanie w głowie. – Tylko grzecznie pytam – dodał szeptem i zawisł nad jej ustami. Dzieliły ich teraz zaledwie centymetry.

Zdezorientowana i oszołomiona Amalia opuściła wzrok, lecz nie okazało się to najlepszym rozwiązaniem, bo patrzyła teraz na rozpięte spodnie i doskonale widoczną erekcję, słabo maskowaną materiałem bawełnianych bokserek. Z przerażeniem uświadomiła sobie, że są w mieszkaniu całkiem sami. Lecz nie wpadła w panikę. Tylko zimna krew mogła ją uratować.

– W takim razie grzecznie ci odpowiem, że często – oświadczyła ze spokojem, podnosząc wzrok. – A teraz możesz wyjść? Mam coś do zrobienia.

– Mogę – powiedział przeciągle, lekko przekrzywiając głowę i szeroko się uśmiechając. – Ale gdybyś chciała, to w tych sprawach służę pomocą.

– Zrozumiałam – odparła suchym tonem, z całej siły chcąc okazać obojętność.

Kaleb wyprostował się, ze spokojem zapiął spodnie, po czym odłożył na biurko nieszczęsne majtki. Na początek wystarczy, bo uwielbiał się bawić. Dziewczyna nie była łatwym przeciwnikiem, lecz kiedy już mu się uda… Zmrużył oczy, zerkając na znieruchomiałą Amelię.

– Jeszcze raz przepraszam – powiedział, a potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

A ona osunęła się na podłogę. Kolana miała jak z waty, serce galopowało jak oszalałe, a dłonie drżały jak po całonocnej libacji. Nie tylko strach był tego powodem. Ciężko znosiła wymuszoną bliskość, zwłaszcza tego człowieka. Pochyliła głowę, wplatając palce we włosy i cichutko zajęczała. Przecież on… on robił… To było jednocześnie okropne, obrzydliwe, jak i fascynujące, podniecające. Jak to możliwe, by doświadczać tak skrajnych uczuć? Rozdygotana wstała, z całej siły opanowując targające nią emocje. Pięć minut później była na powrót sobą, chłodną, skrytą osóbką.

– Powinnam się spakować i wyprowadzić do Wiktora na najbliższy tydzień – mruknęła, lecz zaraz potem pomyślała o tym z niechęcią. Między nimi ostatnio nie bardzo się układało. W końcu zdecydowali się na seks, ale to nie polepszyło sytuacji. On chciał więcej, ona nie, bo i pierwszy raz nie bardzo się jej podobał.

Nagle pobladła, uświadamiając sobie pewną rzecz. Gdy Wiktor całował ją lub pieścił, nie czuła takich emocji, jak te w towarzystwie Kaleba. A przecież przed chwilą nawet jej nie dotknął. Wczoraj na rano ledwo musnął palcem. Tylko że to wystarczyło, aby jej zmysły oszalały.

– Będziesz miała babo kłopoty – mruknęła posępnym tonem, poprawiając włosy. A potem pomyślała, że w zasadzie już je ma.

***

Zamyślona Amelia weszła do swego pokoju i zdębiała. Kwiaty, wszędzie stały kwiaty. Dominowały róże, lecz nie brak było również innych gatunków.

Błyskawicznie obróciła się na pięcie i pomaszerowała do kuchni.

– Ania! – odezwała się groźnie. – Czy ty przypadkiem nie wiesz, co ma oznaczać ten ogród botaniczny w mojej sypialni?

– Ech – westchnęła jej koleżanka z rozrzewnieniem. – Kaleb powiedział, że niechcący cię obraził i w ramach przeprosin zamówił kwiaty. Wyglądał przy tym na strasznie skruszonego. Co wywinął, uchyl rąbka tajemnicy? – dodała zaciekawiona.

– Aż tak mnie nie obraził.

– No Mała, powiedz. Pocałował cię? Ośmielił zaprosić na kolację? Może na randkę? – spytała z doskonale zauważalną ironią, patrząc z zazdrością na milczącą Amelię.

– Chyba wiem, o co mu chodziło. Lecz wolałbym to zachować dla siebie.

– Ależ ty jesteś tajemnicza! – Anka wyglądała na urażoną.

– Chcesz trochę tego dobra? Chętnie się podzielę – odezwała się pojednawczo Amelia.

– Kalebem?

– Głupia. Kwiatami. Kaleba możesz sobie wziąć w całości.

– Chyba nie jest zainteresowany – westchnęła Ania, a zaraz potem zmieniła temat. – Dzwoniła Gosia. Za tydzień będzie mogła lecieć do Nowego Jorku. Okazuje się, że Igor na razie nie nadaje się na żadne podróże, więc Kaleb postara się o wizę dla niej i matki. O bilety lotnicze również. Poza tym ma wrócić razem z nimi.

– Kiedy? – spytała obojętnie Amelia.

– Zaraz… Dziś mamy czwartek, więc… Nie w ten, a w przyszły poniedziałek.

– To więcej niż tydzień.

– Nie bądź drobiazgowa. Grunt, że polecą. Biedak, wciąż jest utrzymywany w stanie śpiączki farmakologicznej.

Amelia spojrzała na nią dziwnie smutnym wzrokiem. Przez chwilę widać było w jej oczach wahanie, jakby chciała coś powiedzieć, lecz w końcu zasznurowała usta i obróciła się, sięgając po kubek. To, co przed chwilą usłyszała, zaniepokoiło ją. Wręcz przeraziło. Chociaż nie lubiła Gosi, to powinna ją ostrzec. Tylko czy ta wysłucha jej słów, uwierzy w nie? Wątpliwe. Przypomniała sobie Kaleba. W zasadzie to miała całe mnóstwo powodów, aby się go wystrzegać. Aby mu nie ufać. Szkoda że Igor nigdy o nim nie wspomniał, chociaż doskonale pamiętała, że pojawił się na kilku zdjęciach z firmowej imprezy. W przeciwieństwie do większości widocznych na nich osób, był ubrany nie jak laborant, ale jak biznesmen. Albo ochroniarz. Biała koszula, garnitur, badawcze, świdrujące spojrzenie.

Zamyślona, z kubkiem w dłoni, wróciła do swojego pokoju. Ponieważ zapach kwiatów był zbyt intensywny, od razu przystąpiła do podziału niechcianego prezentu. Sobie zostawiła jeden wazon z ogromnym bukietem purpurowych róż. Uwielbiała te kwiaty. W końcu gdy zasiadła przed komputerem, włączyła przeglądarkę i wpisała nazwę instytutu, w którym pracował Igor. Chociaż doskonale znała język angielski, to nie znalazła tam nic ciekawego. Nic niepokojącego. Potem zadumała się, podpierając brodę dłonią.

Nikomu nie powiedziała, że przed wylotem Igor z nią rozmawiał. Był bardzo poważny i odrobinę przestraszony. Oraz zdeterminowany. Wtedy sądziła, że to z powodu wyjazdu. Powiedział, że jego firma ma wiele tajemnic, o których wie niewiele osób. Wspomniał również, że wcale nie chce, aby Gosia leciała razem z nim. Lepiej, żeby została tutaj, w kraju. Na samym końcu spytał, jakie książki ma jej kupić i wysłać. Nieco zdumiona Amelia dała mu kartkę z tytułami, jeszcze długo po wyjściu kolegi zastanawiając się nad przebiegiem ich rozmowy. Jakby chciał i nie chciał czegoś zdradzić. W końcu wzruszyła ramionami. Igor zdążył przysłać obiecane tytuły, a zaraz potem przestał odpowiadać na telefony i maile. Zaginął. I równie niespodziewanie się odnalazł. Zmarszczyła brwi. Czyżby? Jedynym dowodem na to były słowa Kaleba, ponoć współpracownika, któremu nagle zamarzyły się wakacje w ojczyźnie przodków. Owszem, dzwonił też ktoś z firmy, potwierdzając tę wiadomość, lecz namacalnych dowodów brakowało. Igor był w śpiączce, więc nie mógł z nikim porozmawiać. Jakoś dziwnie się to wszystko ze sobą zazębiało…

Ocknęła się, później energicznie puknęła w głowę. Za dużo kryminałów, pomyślała z irytacją. Zerknęła na równo ułożony stosik książek. Są wszystkie? Chyba jednej brakuje. Zmarszczyła brwi, ale zaraz potem się rozpogodziła. Ten ostatni tytuł nosiła ze sobą, czytając w każdej wolnej chwili. To akurat nie była nowa książka, lecz stara, podniszczona, z pozaginanymi rogami, chociaż w twardej oprawie. Szczerze mówiąc dziwiła się, że Igorowi tak szybko udało się ją kupić. Może nie nazwałaby jej białym krukiem, lecz z pewnością nie była też ogólno dostępna. No i ostatnie wznowienie tego tytułu było jakieś pół wieku temu.

Wstała i po cichu udała się na korytarz, gdzie beztrosko rzuciła swą torebkę. W zasadzie to torbę, wręcz torbisko. Wyjęła stamtąd książkę i na paluszkach wróciła do pokoju. Nie miała ochoty nikogo spotykać, a zwłaszcza obawiała się towarzystwa Kaleba. Nie po tym jak zastała go w tak dziwnej, niesmacznej sytuacji. Przekręciła klucz w drzwiach, po czym zajęła miejsce w fotelu, podwijając nogi pod siebie i ze smakiem przystępując do lektury. Z niektórymi słowami miała trochę problemu, bo było to jednak dzieło naukowe. Nie zostało jej zbyt wiele stron do końca. Gdy zaczął zapadać zmierzch, Amelia z westchnieniem zamknęła książkę i zamarła w bezruchu. Bezwiednie pogładziła tylną okładkę. Jej palce napotkały na dziwne zgrubienie. Spuściła wzrok. Wyglądało to tak, jakby coś przykleiło się w dolnym, prawym rogu. Na próbę podważyła to paznokciem. Zero efektu. W końcu wstała, podeszła do biurka i spróbowała to samo zrobić nożyczkami.

Odpadło. Pochyliła się, z nieufnością przyglądając się czemuś, co wyglądało jak maleńka bateryjka. Tylko kwadratowa. Wcześniej zlewało się z kolorami na okładce, teraz po stronie, gdzie było przylepione, połyskiwało srebrzyście. Widać było też resztki kleju. Przypomniała sobie zdenerwowanego Igora, swoje przeczucia związane z Kalebem, potem pomyślała, że całkiem ją pokręciło, bo pewnie jest to nic nieznaczący śmieć, a ona dorabia do tego całą ideologię. A na sam koniec schowała to coś do głębokiej kieszeni zimowej kurtki, która wisiała w szafie. Głupota czy nie, lepiej chuchać na zimne. Jak porozmawia w końcu z Igorem, to będzie mogła to wywalić. Jeśli porozmawia…

Przetarła oczy wierzchem dłoni. Powinna dać spokój wydumanym problemom. Wystarczą jej te, które miała naprawdę.

***

– Czy przyjęłaś przeprosiny? – spytał, dosiadając się do stołu, przy którym jadła śniadanie.

– Tak – odparła krótko. – Chociaż jeden bukiet by wystarczył.

– Ten z czerwonych róż?

– Tak.

– Więc się nie gniewasz? – drążył temat, jednocześnie częstując się kawą.

– W zasadzie to nie czuję gniewu – w końcu podniosła wzrok znad książki, którą czytała. – Raczej niechęć i niesmak. To było… – wykrzywiła twarz, jakby pewne słowa nie chciały jej przejść przez usta.

– Dla mnie podniecające – powiedział ze spokojem, bacznie ją obserwując.

– Dla mnie krępujące.

Zamilkli, bo do kuchni weszła zaspana Marta, a tuż za nią równie nieprzytomny brat. Zaraz potem Amelia wstała, rzucając w przestrzeń, że idzie na uczelnię.

– Obiad zostawcie mi na kolację – powiedziała jeszcze, otulając się połami kurtki. – Mam dziś część doświadczalną i diabli wiedzą, kiedy skończę. Pewnie bardzo późnym wieczorem.

Marta tylko machnęła ręką, a Mateusz wyglądał, jakby w ogóle nie dosłyszał tych słów. Kaleb milczał, odrobinę zły, że przerwano im rozmowę. A gdy w kuchni pojawili się kolejni lokatorzy, wziął kubek z kawą, uprzejmie przeprosił i udał się do swego pokoju. Tam usiadł na skraju łóżka i zamyślił się.

Przeszukał wszystko, co tylko mógł przeszukać. Dziś w nocy sprawdził także torebkę Amelii, beztrosko pozostawioną w przedpokoju. Jej telefon, laptopa. Nic nie znalazł. Teraz podejrzenia skierował na dziewczynę Igora, która niestety, mieszkała w innym miejscu. Energicznie wstał, sięgając po broń, schowaną pod poduszką. Już wiedział, czym dziś się zajmie. Gorzej, jeśli dalej nic nie znajdzie. Z drugiej strony żaden trop nie wiódł do Polski. Oprócz jednego. Paczki z książkami. Tylko że Igor wysłał ją przed wykradzeniem danych, sprawdzili to bardzo dokładnie. Czyżby jednak się mylili? Czyżby coś przeoczyli?

Kilka godzin później złożył swoim przełożonym szczegółowy raport. Nie byli nim specjalnie uszczęśliwieni.

– Co teraz mam zrobić? – spytał suchym tonem na zakończenie.

– Szukać dalej – usłyszał równie beznamiętną odpowiedź. – Masz na wszystko jeszcze pięć dni. Jeśli nadal nic nie znajdziesz, posprzątaj, zatrzyj za sobą ślady i wróć.

– Dobrze.

Zadowolony zakończył rozmowę. Pięć dni? Dla jego planów wystarczy. Wrócił do mieszkania, zaszył się w pokoju i zaczął zastanawiać, co teraz powinien zrobić. Po kilku minutach był już pewien, że tym razem jego poczucie obowiązku przegra. Misja przestała być priorytetem, stało się nim coś zupełnie innego. Nieznacznie się wykrzywił, wyglądając za okno.

Ktoś energicznie zapukał do drzwi.

– Proszę. – Ton jego głosu przeczył temu, co pojawiło się w oczach.

– Nareszcie wróciłeś – Marta posłała mu szeroki uśmiech. – Zapraszamy na kolację. Mieliśmy zaczekać na Amelię, ale jej wciąż nie ma, a wszyscy są głodni. Przyjdziesz?

– Oczywiście. Dziękuję.

Przy stole było wesoło i gwarno. Zajął miejsce, w milczeniu przyglądając się całemu towarzystwu. Jadł, uprzejmie odpowiadając na pytania, chociaż narastała w nim irytacja. Dlaczego jej jeszcze nie ma? Unikała go? Celowo?

– O! – Anka chwyciła brzęczący telefon. – Dzwoni Mała. Halo? Tak. Dobrze, rozumiem, ale błagam, nie siedź tam całą noc, zgoda?

– Często tak robi? – spytał obojętnie Kaleb, gdy już zakończyła rozmowę.

– No właśnie nie. – Ania zakłopotała się. – Miała dziwny głos. Gdybym jej nie znała, to pomyślałabym, że się czegoś przestraszyła.

Skinął głową, lecz nic nie powiedział. W spokoju popijał herbatę, chociaż wewnątrz z trudem tłumił niecierpliwość.

Amelia skończyła pomiary, zanotowała wyniki i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, usiadła przy filiżance herbaty. Dopiero wtedy poczuła, że jest głodna. Żołądek zwinął się w supełek, a uporczywe ssanie nie pozwalało zebrać myśli. Z nadzieją zajrzała do przepastnej torby i znalazła tam niewielką paczkę herbatników. Lecz to nie zaspokoiło głodu, a wręcz go zaostrzyło. Szybko posprzątała, pogasiła światła i pognała do wyjścia. Oddała klucz i zastopowało ją dopiero na zewnątrz. Patrzyła na zasnutą mgłą drogę, na rozproszone światło nielicznych latarni i poczuła się nieswojo. A przecież nie należała do bojaźliwych osób. Dlaczego więc teraz ogarnął ją wręcz irracjonalny sprzeciw wobec tego, aby wrócić do domu? Aby opuścić bezpieczne mury uczelni?

Mam zbyt bujną wyobraźnię, pomyślała z przekąsem, dając pierwszy krok. I od razu się wycofała. Świat, zatopiony w mlecznej mgle, wyglądał niesamowicie. Jakby nagle znalazła się w innej rzeczywistości.

– To tylko mgła – powiedziała na głos, mając nadzieję, że to pozwoli przezwyciężyć obawy. Lecz na próżno. Nadal sterczała w miejscu, z tęsknotą zerkając za ramię, na drzwi główne do budynku. Cholera! Przecież nie mogła tu spędzić całej nocy! Wygrzebała z torebki telefon i wybrała numer Anki. Jednak nie potrafiła przyznać się do tego, co czuła. Rozgniewana, wrzuciła komórkę z powrotem do torby, a potem pełnym determinacji krokiem, ruszyła naprzód. Zbiegła po schodach, zanurzając się w gęstej mgle. Naprawdę gęstej, bo widoczność ograniczała się do pięciu, a może i mniej, metrów. Minęła budynki uczelni i znalazła się na drodze prowadzącej przez niewielki park. Przyspieszyła. Nie chciała biec, bo to by oznaczało, że całkowicie poddała się panice. Poprawiła torbę na ramieniu i wtedy coś ją podkusiło, aby spojrzeć za siebie. Gdzieś tam majaczyła ludzka sylwetka, raczej mężczyzny niż kobiety. Majaczyła, bo chociaż ów człowiek zbliżał się w jej kierunku miarowym krokiem, bo pomimo światła latarni, nie dawało się dostrzec zbyt wielu szczegółów.

Amelia zamarła tylko na kilka sekund. A potem ruszyła biegiem przed siebie. Strach dławił ją w gardle, serce biło jak oszalałe. Już nie myślała o tym, że postępuje nieracjonalnie, że jej obawy są śmieszne. Po prostu biegła, ogarnięta paniką. Chociaż droga przez park to było zaledwie dwieście, trzysta metrów, teraz wydawało się to wiecznością. Miała też wrażenie, że z tyłu słychać głośny oddech prześladowcy i wtedy gwałtownie wpadła w czyjeś ramiona. Szarpnęła się, otwierając usta do krzyku i zamarła.

– Kaleb? – spytała z niedowierzaniem. – A kto?… – zerknęła za ramię. Nikogo za nią nie było.

Odpowiedzi

  1. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    babeczko czy do końca wakacji będzie wygrana ? Życzy udanego urlopu pozdrawiam Aśka

  2. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    "Wrócił uśmiechnięty, taszcząc pod pachą jej walizkę. Bez słowa wrzucił ją do bagażnika, po czym sam usiadł obok."

    Zabrzmiało, jakby usiadł obok walizki. Albo bagażnika 😀

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Wyrwane z kontekstu faktycznie tak brzmi 😉 Ale z całości… Spojrzę na to za kilka dni, niech poleży i wtedy zobaczę. I dzięki 😀

Napisz nam też coś :-)