Obcy (IV)

with 4 komentarze

Obcy

 

– Wyszedłem na spacer – powiedział ze spokojem.

– Na spacer? Nie żartuj!

– Dlaczego? Jest przyjemnie. Cicho, tajemniczo.

– Aż za bardzo – mruknęła, wyplątując się z jego objęć. Poprawiła torbę na ramieniu i jeszcze raz spojrzała za siebie.

– Biegłaś?

– Tak. Przepraszam, ale sądziłam, że ktoś za mną idzie.

– Faktycznie – zmarszczył brwi. – Ale ten ktoś raptownie zawrócił.

– Serio? – Zauważył jak pobladła. – Czy tylko chcesz mnie nastraszyć?

– Mówię prawdę. Zauważyłem jedynie zarys sylwetki w głęboko naciągniętym na głowie kapturze.

Chociaż przed chwilą z premedytacją zwiększyła dystans pomiędzy nimi, to teraz mimowolnie przysunęła się w jego stronę.

– Odprowadzisz mnie do domu? – poprosiła niechętnie.

– Dobrze – podał jej ramię, które skwapliwie przyjęła. – Nie sądzę, że ktoś cię gonił. To przypadek.

Nie odpowiedziała, spoglądając na niego z namysłem. Powinna się bać? Nie, nie Kaleba, ale tej nieznajomej osoby, która ją śledziła. Czy byłby w stanie ją obronić? Nie wyglądał na słabeusza. Przypomniała sobie spotkanie pod drzwiami łazienki i przeciągle westchnęła. Powróciło to dziwne uczucie, którego zawsze doświadczała w jego towarzystwie.

– Może masz rację – odezwała się w końcu, gdy dotarli do pasa drzew, odgradzającego park od osiedla. – Nie myśl, że jestem strachliwą idiotką. Po prostu… Czasami tak mam. Nazywam to intuicją. Przeczuciem. Jakbym za chwilę miała wyjrzeć zza rogu budynku i przekonać się jaka będzie przyszłość. Niedorzeczne, prawda? – roześmiała się zmieszana własną otwartością. – Zwłaszcza w ustach kogoś takiego, jak ja.

– Nie, dlaczego? – wzruszył ramionami. – Często wracasz o tej porze?

– Na szczęście nie. Ale…

Gdzieś obok coś huknęło. Dopiero teraz zorientowała się, jak napięte miała nerwy. Przylgnęła do Kaleba niczym przerażone dziecko, wtuliła się w jego ramiona, chowając głowę na piersi i zamykając oczy.

– Spokojnie – roześmiał się, obejmując ją w pasie. Spodobało mu się to. Zawsze taka chłodna, niechętna, samodzielna. A teraz? Teraz było inaczej.

– Przepraszam – wymamrotała, usiłując się odsunąć. – Moja wyobraźnia sprowadziła mnie na manowce do tego stopnia, że za chwilę wskoczę ci na głowę. Lepiej już idźmy.

– Nie – powiedział przyciszonym głosem, wodząc wierzchem dłoni po szczupłym policzku dziewczyny. – Zauważyłaś jak tu pięknie? Ty, ja i cisza. A od całego świata odgradza nas mur zbudowany z mgły. Tłumi każdy hałas, zakrywa całą brzydotę.

– Zazwyczaj zauważam takie rzeczy – wyszeptała, nie mogąc oderwać wzroku od jego hipnotyzującego spojrzenia. – Ale teraz się boję. Proszę, wracajmy.

– Kogo się boisz? Mnie? – To mówiąc przycisnął ją do najbliższego drzewa i objął w pasie, lekko się pochylając. – A może siebie?

– Raczej to pierwsze. – Czuła się sparaliżowana, niezdolna do żadnego ruchu czy sprzeciwu. Zauważyła, że jego oczy pociemniały, stały się prawie całkiem czarne, jak dwie studnie bez dna.

– Co zrobiłem złego?

– Ty… Wtedy w pokoju…

– Nie, przestań! – Po raz pierwszy zniecierpliwił się. – Dlaczego nie chcesz zrozumieć, że tak cudownie pachniały twoją cipką, sokami z twego wnętrza, że nie potrafiłem się powstrzymać?

– Kaleb, idźmy już! Proszę! – Chciała wyrwać się z jego uścisku, chwycić leżącą a ziemi torbę i po prostu uciec. Ale nie zdążyła. Przycisnął jej drobne ciało do drzewa, z trudem powstrzymując się od tego, aby nie rzucić się na nią, aby nie zmiażdżyć pocałunkiem tych kuszących warg. Jego męskość twardniała, napierając na mało elastyczny materiał spodni. Domagała się wolności, pulsowała w rytm uderzeń serca. Tym bardziej, że w ciemnych oczach dziewczyny było widać całą gamę różnorakich odczuć, od odrazy, poprzez niechęć i ciekawość, aż po fascynację. To podniecało jeszcze bardziej niż kontakt fizyczny. Jego ciało ogarnęły trudne do pokonania pragnienia. Zawsze panował nad swymi emocjami, umiejętnie je tłumiąc lub ukrywając, lecz tym razem nie potrafił tego zrobić. Mógł uczynić tylko jedno.

Pocałował ją.

I to był koniec, bo całkowicie stracił kontrolę nad tym co robił i co czuł. Przestał być ostrożny czy delikatny. Kolanem rozchylił jej uda, potem uniósł dziewczynę w górę, a ona objęła nogami jego biodra. Ocierał się o ich wnętrze, obie dłonie zaciskając na jędrnych pośladkach, a jednocześnie całował ją namiętnie, łapczywie wgryzając się w te cudowne usta, które od samego początku go podniecały. Powiedzieć, że oszalał, to za mało. Zresztą nie tylko on. Amelia, chociaż na początku była bardziej przestraszona niż podniecona, teraz także przestała protestować. Gładziła szerokie ramiona, przeczesywała palcami krótkie włosy, wiła się, wysuwając biodra do przodu, jakby chciała sprowokować go do czegoś więcej. Jej język splatał się z jego językiem, wirował w szalonym tańcu, penetrował każdy zakamarek. Przymknęła oczy, dając się ponieść fali namiętności. Poddała się. Nie rozumiała tego, lecz i nie potrafiła z tym walczyć. Zresztą, co w tym było dziwnego? Już od samego początku reagowała na jego obecność w pewien niepokojący sposób. Jak nigdy wcześniej, na żadnego mężczyznę, którego dane było jej poznać. Ten był wyjątkowy. I dlatego chłodna, racjonalnie myśląca Amelia, całkowicie straciła nad sobą panowanie.

– Nie, zaczekaj! – wydyszała, gdy poczuła jak rozrywa jej rajstopy i majtki. Wciąż była zamroczona pożądaniem, lecz przez to wszystko przebiła się w końcu jedna, stanowcza myśl. Przecież on za chwilę… Nie! Wszystko w niej zaprotestowało, krzyczało, aby wyrwała się spod wpływu własnych pragnień. Lecz Kaleb nie odpowiedział. Nie potrafił. Zachowywał się jak zwierzę, jak ktoś, kto kieruje się tylko jednym. Instynktem. Potężny wzwód i niecierpliwe ruchy wyraźnie sygnalizowały, do czego dąży.

– Puść mnie gnoju! – Tym razem krzyknęła, paznokciami drapiąc jego twarz na oślep. Bez rezultatu, bo po prostu uniósł jej ramiona w górę, a potem uwięził jedną ręką nadgarstki w żelaznym uścisku. Oddychał ciężko, z trudem, jak ktoś po intensywnym wysiłku fizycznym. Wyglądał przy tym na kompletnie zamroczonego, jakby sam do końca nie rozumiał tego, co robi. Druga ręka zjechała w dół, zacisnęła się na szyi dziewczyny.

– Kaleb – wyszeptała, jak zahipnotyzowana wpatrując się w jego oczy. – Proszę, puść mnie. Proszę! – jęknęła, gdy mocniej naprał na nią całym ciałem. Błagała o łaskę nie tylko słowami, ale i spojrzeniem. Nic innego nie mogła zrobić. Ten drań miał mięśnie ze stali. Podniecenie zniknęło, za to powrócił strach. Może właśnie tego dotyczyło jej przeczucie? Nie ulotnego cienia za jej plecami, ale człowieka z krwi i kości, człowieka, o którym tak naprawdę nic nie wiedziała.

Zamknął oczy, ani odrobinę nie luzując uchwytu. Przez chwilę słyszała jedynie jego świszczący oddech, potem powoli pochylił się i wyszeptał całkowicie zmienionym głosem:

– Jesteś cholernie pociągająca. Nawet nie wiesz jak bardzo.

– Puścisz mnie? – spytała również szeptem.

– Tak. Ale nie ruszaj się. Ani drgnij! – Otworzył oczy. Teraz z kolei wyglądał na rozbawionego. – Zdajesz sobie sprawę, że i tak to w końcu zrobimy?

– A ty zdajesz sobie sprawę, że chciałeś mnie zgwałcić?

– Zgwałcić? – zaprzeczył ruchem głowy, a potem ją uwolnił, dając jednocześnie krok do tyłu. – Gdybym tego chciał, to bym to zrobił. No i wątpię, aby jakakolwiek ofiara całowała swego oprawcę w taki sposób jak ty. – Teraz dosłownie się śmiał.

– Poniosło mnie! – warknęła ze złością. W pośpiechu poprawiała ubranie, podczas gdy on nie spuszczał z niej roziskrzonego wzroku.

– Mnie też.

– Palant! – Chciała odwrócić się na pięcie i odejść, ale wtedy Kaleb pocałował ją po raz drugi. Po prostu pochylił się i przylgnął ustami do jej warg. Ze złością szarpnęła się do tyłu.

– Zrób to jeszcze raz, a wydrapię ci oczy! – zagroziła. Z trudem ukryła, że ten pocałunek znów ją podniecił. Pędząc w kierunku mieszkania, myślała z rozpaczą, że cholernie płytka z niej baba. A przecież miała chłopaka. I co z tego? W obecności Wiktora nigdy do tego stopnia nie straciła nad sobą panowania. Nigdy nie czuła tego, co teraz. Takiego natłoku różnorakich emocji, poplątanych uczuć, skrajnych pragnień. I nagle Amelia uświadomiła sobie jedno – Kaleb miał rację. W końcu to zrobią. Obojętnie jak pragnęłaby się przeciwstawić, wystarczy sama jego obecność. Była bezbronna, ale nagle zrozumiała, że on również. Bo następnym razem nie będzie w stanie się wycofać.

Wpadła do mieszkania, potem do swojego pokoju. Spod łóżka wyciągnęła ogromną walizkę i w pospiechu zaczęła do niej wrzucać rzeczy. Mogła zrobić tylko jedno. Wyprowadzić się. Gdziekolwiek. Może do Wiktora? Amelia zamarła, a potem powoli usiadła na łóżku. Najpierw powinna zadzwonić. Wygrzebała telefon z torby, lecz nikt nie odbierał. Spojrzała na zegarek. Kwadrans po dwudziestej pierwszej. Późno, lecz on chodził spać grubo po północy. Zerwała się z łóżka i po chwili taszczyła korytarzem wielką walizkę. Nikogo nie spotkała, lecz to nawet i lepiej, bo nie miała zamiaru się tłumaczyć. Wyśle później do Ani wiadomość z wyjaśnieniami, to wystarczy. W końcu stanęła przed bramą, na pustej, skąpanej we mgle ulicy. Rozejrzała się z obawą, lecz zaraz potem odetchnęła. Kaleb z pewnością już wrócił i szykuje się do snu. Kto wie, może już nawet spał? Z lewej strony nadjechała taksówka, którą zawezwała. Uprzejmy kierowca pomógł jej zapakować walizkę do bagażnika i dziesięć minut później równie uprzejmie ją wyjął.

Amelia spojrzała na wysoki, strzelisty budynek. Poszukała wzrokiem okien mieszkania, które Wiktor wynajmował z kolegami. Prawie wszystkie rozświetlał jasny blask. Wszystkie oprócz sypialni należącej do Wiktora. Tam panował półmrok. Czyżby spał? Wzruszyła ramionami. Wątpliwe, ale nawet jeśli, to po prostu każe go obudzić. Wjechała na ósme piętro, wydobyła klucze z kieszeni, lecz tuż przed jej nosem otworzyły się drzwi, ukazując uśmiechniętą twarz jakiejś dziewczyny. Za jej plecami widać było rozbawiony tłum, słychać było muzykę i gwar rozmów.

Impreza. Po prostu cudownie! Amelia skrzywiła się nieznacznie, bo nienawidziła takich rzeczy, ale nie zrezygnowała ze swoich planów. Weszła do środka, walizkę pozostawiając w przedsionku. Od razu ktoś chciał ją poczęstować piwem. Podziękowała ruchem głowy, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu Wiktora. Albo któregoś z jego współlokatorów. Bardzo szybko dostrzegła pierwszego, Dominika, który skulony drzemał w kącie. Następny, Mikołaj, co prawda wylewnie się z nią przywitał, ale widać było, że ledwo trzyma się pionu. Zrezygnowana i lekko poirytowana Amelia, przebiła się w głąb mieszkania, zastanawiając się, dlaczego Wiktor nie powiedział jej o imprezie. A może powiedział, tylko ona nie zwróciła uwagi na jego słowa? Albo i nie, bo bał się jej rekcji? Nieważne. Stanęła przed drzwiami jego pokoju, chociaż nie bardzo wierzyła, aby był w środku. Prędzej poszedł do sklepu dokupić alkoholu.

Nie zapukała. Nigdy tego nie robiła, więc teraz po prostu weszła do środka. Albo chciała wejść, bo przystopowało ją w progu. Zamarła w bezruchu, a jej oczy robiły się większe i większe. W łóżku baraszkowała para. Wiktor i… Nie znała tej dziewczyny, co zresztą w tej sytuacji i tak nie miało znaczenia. Zwłaszcza, że jej chłopak właśnie dochodził z chrapliwym jękiem, leżąc pomiędzy zgrabnymi udami nieznajomej. Wykonał jeszcze dwa silne pchnięcia, po czym wysunął się, dysząc jak po intensywnym wysiłku. Cóż, wysiłek z pewnością był intensywny. Po czym uniósł głowę i spojrzał prosto w pociemniałe z gniewu oczy Amelii.

Nie zareagował tak, jak niewierny kochanek przyłapany na zdradzie. Ze spokojem wstał, otarł czoło i zmierzył bezczelnym spojrzeniem stojącą w progu dziewczynę.

– No i co się tak gapisz? – spytał drwiąco. – To właśnie nazywamy seksem. Trzeba było przyjść wcześniej, może byś się czegoś nauczyła.

– Bydlę! – Amelia dała krok do przodu, potem kolejne trzy i znalazłszy się tuż przy Wiktorze, wymierzyła mu siarczysty policzek. Ku jej zaskoczeniu, odwdzięczył się jej tym samym. Zrobił to z taką siłą, że prawie wylądowała na podłodze.

Tego się nie spodziewała. Owszem, ostatnio między nimi nie bardzo się układało, ale żeby aż tak? Jak on śmiał!

– Bydlę! – powtórzyła ze łzami w oczach. – Załgane, wredne bydlę!

– To jest ta laska, o której mi opowiadałeś? – Dziewczyna leżąca na łóżku, zmieniła pozycję i podpierając głowę ramieniem, patrzyła na nią z niechęcią. – Taka sztywna to ona nie jest. Przyłożyła ci, aż miło!

– Spróbuj jeszcze raz suko – Wiktor spojrzał na Amelię zimno – a poprawię tak, że zakryjesz się nogami.

– Wiktorku, nie przesadzaj. – Nieznajoma dziewczyna przeciągnęła się, tracąc zainteresowanie zaszokowaną rywalką. – Co ty, damski bokser?

– To za te wszystkie chwile, gdy żebrałem o seks – warknął, sięgając po spodnie. – A teraz wynocha. Między nami skończone.

Mimo oszołomienia zauważyła, że był pijany. I naćpany. Właśnie to ostatnie było tematem ich codziennych kłótni. Wiktor pod wpływem różnych środków robił się agresywny. W takiej sytuacji nie powinna z nim rozmawiać, bo faktycznie może spełnić swoje groźby. Odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Przedzierała się przez rozbawiony tłum, kryjąc twarz i łykając łzy. Mimo wszystko po raz pierwszy ktoś tak ją potraktował. I to ktoś, do kogo żywiła pewne uczucia. Może nie miłość, ale w końcu wiele ich łączyło.

Nawet nie zauważyła kiedy znalazła się na zewnątrz. Chciała biec dalej, obojętnie w którym kierunku, byle przed siebie i wtedy ktoś ją chwycił w ramiona. Pod roztrzęsioną Amelią ugięły się kolana, gdy spostrzegła, kto był tą osobą.

– Znowu ty? – jęknęła. – Czy ty mnie śledzisz?

– Tak – odpowiedział poważnym tonem, ujmując jej podbródek i unosząc twarz ku górze. – Kto ci to zrobił?

Amelia bezwiednie dotknęła płonącego policzka.

– Zerwałam z chłopakiem. Albo to raczej on ze mną zerwał – dodała, przygryzając wargę. Na nic, z oczu znów wymknęło się kilka zdradzieckich łez.

– Kochasz go?

– Kaleb! To się zbyt osobiste sprawy…

– Pytałem, czy go kochasz? – powtórzył, uporczywie wpatrując się w jej oczy. – To nie jest złe pytanie. Tak czy nie?

– Nie wiem – odparła bezradnie. – Wydawało mi się… Teraz już chyba wiem, że nasze ostatnie kłótnie były zapowiedzią końca.

– Czyli nie?

– Daj mi spokój! – odtrąciła jego dłoń i wybuchnęła płaczem. – Wszyscy jesteście tacy sami! Wszystkim wam chodzi tylko o jedno! Tobie też popaprany zboczeńcu!

Chwycił ją za kark i przytulił do piersi. Nie poluzował uchwytu, chociaż na samym początku usiłowała się wyrwać. Dopiero po kilku sekundach zrezygnowała i z nosem wtulonym w jego tors, cicho łkała. Kaleb delikatnie pogładził ją po włosach, ale jego spojrzenie stwardniało, nabrało nieoczekiwanej ostrości.

– Gdzie masz walizkę? – spytał po chwili.

Amelia uniosła głowę, rozglądając się bezradnie.

– Chyba zostawiłam na górze…

– Pojdę po nią. Zaczekasz tu na mnie? Albo lepiej w taksówce – wskazał samochód, z którego właśnie ktoś wysiadał. Amelia nie protestowała, kiedy wepchnął ją do środka, jednocześnie uzgadniając z kierowcą, że wróci za kilka minut. Po czym zniknął w bramie budynku.

Nie było go kwadrans. Wrócił uśmiechnięty, taszcząc pod pachą jej walizkę. Bez słowa wrzucił ją do bagażnika, po czym sam usiadł obok dziewczyny. Podał adres i bez wahania objął Amelię ramieniem. Pozwoliła mu na to. Była zmęczona. Wszystkim. Towarzystwem Kaleba i tego jak na nią działał. Swoimi zakazanymi pragnieniami. Wiktorem, z którym już od dawna się jej nie układało, co skrzętnie usiłowała ukryć nawet przed sobą. Na różne sposoby tłumaczyła jego zachowanie, chociaż tak właściwie, to bała się spojrzeć prawdzie w oczy.

Zamknęła oczy, wsłuchując się w rozmowę kierowcy i Kaleba. Jak zawsze był irytująco uprzejmy. Na szczęście chyba zrozumiał, że ona nie jest w nastroju do konwersacji. Przejażdżka trwała niecałe dziesięć minut. Wysiadła i nadal milcząc, skierowała się ku znajomej bramie. Ledwo zdołała wejść na drugie piętro, a za plecami usłyszała rytmiczne tupanie. Przyspieszyła, ale i tak dogonił ją przed samymi drzwiami. Do środka weszli po cichu, w końcu było już dość późno. Na szczęście nikt nie kręcił się po kuchni.

Postawił walizkę na środku jej pokoju, podczas gdy Amelia usiadła w fotelu. Miała ściągniętą twarz i wciąż zaczerwieniony policzek. Spojrzał na nią bystro i zdecydował się podejść bliżej. Kucnął, a potem poszukał jej wzroku.

– Przynieść lód? – spytał.

– Nie, dziękuję.

– Może chociaż mokry ręcznik?

– Nie.

– Coś do picia?

– Po prostu sobie idź.

– Opędzasz się ode mnie, jak od natrętnego psiaka – pokręcił głową z rezygnacją. – Dlaczego? Bo wąchałem twoje majtki? – dodał ze śmiechem.

– Powiedzmy że mnie irytujesz.

– Ja? Niby czym?

Westchnęła. Pomyślała że miał ładne oczy, w ciekawym odcieniu błękitu. Niezbyt intensywnym, z ciemnymi obwódkami wokół tęczówki. Podobało jej się też, gdy był uśmiechnięty. Wtedy pojawiały się zabawne zmarszczki w kącikach oczu.

– Ile masz lat? – spytała nagle, pod wpływem nieznanego impulsu.

– Gdybym powiedział, nie uwierzyłabyś.

– Spróbuj.

– A na ile według ciebie wyglądam?

– Bo ja wiem – przechyliła głowę na bok, patrząc na niego z namysłem. – Coś koło trzydziestki. Zgadłam?

– Dwadzieścia dziewięć.

– Więc dlaczego twierdzisz, że bym nie uwierzyła?

Nieoczekiwanie jego wzrok stwardniał. Uniósł ramię i delikatnie pogładził palcami jej policzek. Ten czerwony.

– Oficjalnie mam dwadzieścia dziewięć – powiedział w końcu. – Nieoficjalnie… Nie pytaj, nie mogę tego ujawnić.

– Hm. Laboratorium genetyczne i twoja tajemniczość to początek teorii spiskowej. Może w rzeczywistości masz siedemdziesiąt lat i jesteś ofiarą ponurych eksperymentów szalonego naukowca? – zażartowała, bacznie obserwując, jak zmienia się wyraz jego twarzy. Zniknął z niej niefrasobliwy uśmiech. Pojawiła się czujność. I wtedy Amelii po raz pierwszy przyszło do głowy, że Kaleb nie do końca jest tym, za kogo się podaje.

– Powiedzmy – znów się uśmiechał, lecz tym razem wyglądało to na mocno wymuszone zachowanie. – Odmłodził mnie, podrasował i zyskałem niezwykłe moce. Bardzo różne moce – mrugnął porozumiewawczo okiem, sugerując czego mają one dotyczyć.

– Dziękuję – odpowiedziała szczerze, bo chociaż jego zachowanie dało jej do myślenia, to także sprawiło, że przez chwilę zapomniała o dzisiejszej przygodzie. – A swoje super moce zachowaj dla innej.

Lekko się podniósł, a potem ścisnął jej podbródek, zmuszając, aby spojrzała mu prosto w oczy.

– Nie. – I to wszystko. Potem wyszedł, a osłupiała Amelia siedziała w fotelu. Nie. Tak po prostu, jedno stanowcze słowo. Nie prosił, nie błagał, nie tłumaczył, nie próbował tanich chwytów ani sprytnych sztuczek. Był ukierunkowany na jedno i zapowiadało się, że bez względu na jej aprobatę, zrealizuje swoje zamiary.

Uśmiechnęła się. Najpierw ostrożnie, później coraz bardziej promiennie. Na samym końcu roześmiała się w głos. Zawsze z dystansem traktowała płeć przeciwną. Wiktor zdobywał ją długo i wytrwale, ale dziś przekonała się, że chciał ją jedynie zaliczyć. Kaleb był inny i co innego do niego czuła. Fascynował ją jego upór i stanowczość. Przypomniała sobie jak weszła do pokoju i zastała go onanizującego się, w dodatku z nosem wtulonym w jej zużytą bieliznę. Tak naprawdę to wspomnienie podniecało. Znali się tak krótko, a już na tyle mu pozwoliła… Miał rację mówiąc, że seks jest tylko kwestią czasu. Amelia zacisnęła usta. W takim razie postara się, aby ten czas był kilkoma tygodniami, a nie dniami. To chyba jedyne, co może zrobić.

Odpowiedzi

  1. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ile bedzie cześci? Bo chce kupic całośc i nie moge sie doczekać!!!!!!!!!!!!

  2. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ten Kaleb przypomina mi Bastiana z "Czasu". Pewnie dlatego go lubię 😀

    • A
      Anonimowy
      | Odpowiedz

      Jak to przeczytałam pomyślalam że masz racje. Trochę przypomina! :)))))

  3. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    To kiedy następna cześć? i ogólnie ile ma być cześci?

Napisz nam też coś :-)