Obcy (V)

with 5 komentarzy

Obcy

Zaspała. Nieprzytomnym wzrokiem wpatrywała się z zegarek, a potem, chyba pierwszy raz w życiu, machnęła ręką i na powrót zaryłam nosem w poduszce. Dziś był ważny wykład, a na dodatek kolokwium, lecz przysłowiowo miała to gdzieś. Zdrzemnęła się jeszcze godzinkę, po czym poczłapała do kuchni, marząc o mocnej, aromatycznej kawie.

W kuchni siedziała tylko Ania, gapiąc się z niechęcią w ekran komputera. Podniosła wzrok i słowo powitania zamarły jej na ustach.

– Matko boska! – krzyknęła ze zgrozą. – Co ty masz na twarzy?

– Pamiątkę po Wiktorze – odpowiedziała ze spokojem Amelia. – Zerwaliśmy ze sobą.

– Co za…! – Koleżanka przez dłuższą chwilę szukała odpowiedniego epitetu. – Bydlę! Cham! Sukinsyn!

– Trudno. Już od dawna się nam nie układało. – Amelia wzruszyłam ramionami, nasypując kawy do kubka. – Wpadłam wczoraj do niego z niezapowiedzianą wizytą i zastałam go w łóżku z inną. Przywaliłam mu, a on mnie.

– A mówiłam! – Ania od razu się zdenerwowała. – A mówiłam, że powinnaś coś zrobić z waszym… No, życiem intymnym. Byłaś jak sopel lodu i nie tylko ja tak twierdziłam. Skoro fizycznie nie czułaś do niego pociągu, po dlaczego w ogóle to zaczęłaś?

– No pewnie! – Amelia od razu się zdenerwowała. – Na pierwszej randce trzeba było mu zrobić loda, na drugiej wskoczyć na jego kutasa, a na trzeciej zażądać seksu grupowego!

Ania zamarła z oczyma okrągłymi jak spodki i z rozchylonymi ustami.

– Jestem zaszokowana – pokręciła z niedowierzaniem głową. – Nie przypuszczałam, że w ogóle znasz takie słowa! Poza tym, chociaż to zabrzmi nieco mędrkowato, starsza koleżanka ci coś doradzi. Jeśli na początku brakuje fizycznej fascynacji, jeśli już na początku nie zaiskrzy, to za przeproszeniem, gówno z tego będzie. I wcale nie oznacza to, że w podskokach musicie pędzić do łóżka, zdzierając z siebie ubranie – dodała rozbawiona. – Po prostu ta iskierka, która rozpala płomień namiętności, to coś zupełnie naturalnego.

– Mówisz? – Amelia spojrzała na nią z powątpiewaniem.

– Mówię. Olej Wiktora. Poczekaj na właściwego faceta. Zobaczysz, od razu będziesz wiedziała, co miałam na myśli, gdy go spotkasz – poklepała ją pocieszająco po ręce.

– Nooo…

– Zaraz, zaraz! Zarumieniłaś się! I zmieszałaś! Już kogoś takiego spotkałaś?

– Nie jestem pewna.

– Akurat! – prychnęła Ania. – I założę się, że wiem, o kogo chodzi.

– Wcale nie wiesz, nie znasz go – skłamała gładko.

– Nie? Sto do jednego, że to Kaleb wpadł ci w oko. Nie zaprzeczaj – zachichotała, widząc minę koleżanki pełną oburzenia. – Bo ty jemu tak. Jak jesteś w pobliżu, to nie potrafi oderwać od ciebie wzroku. Całowaliście się?

– Anka!

– A może coś więcej? Sprawdziłaś jego sprzęt?

– Ania! Do jasnej…!

– Ja tam bym sprawdziła. Słodziutki jest.

– Powiedziałabym bardziej, że niebezpieczny.

– Akurat! Chyba dlatego, że dybie na twoją świętą cnotę.

– Nie jestem dziewicą.

– Fizycznie nie. Ale mentalnie jak najbardziej.

– Biorę kawę i sobie idę! Denerwujesz mnie!

I zrobiła to. Pech chciał, że tuż za progiem natknęła się na podsłuchującego Kaleba. Przywitał się grzecznie, przepuścił ją, lecz miał tak denerwująco zadowolony wyraz twarzy, że o mało co, nie straciła nad sobą panowania. Jak burza wpadła do pokoju, z hukiem zatrzaskując drzwi. Rozlała trochę kawy, ale nie zwróciła na to uwagi. Zaczęła krążyć po sypialni, lecz bardzo szybko usiadła na łóżku, wplatając palce we włosy. Ania miała rację. Na początku w jego obecności czuła się nieswojo, niepewnie. Pomalutku zaczynała rozumieć z jakiego powodu. I ten pocałunek wczoraj. Prawie całkowicie straciła nad sobą panowanie. Mało brakowało, a pozwoliłaby na… Ukryła zarumienioną twarz w złączonych dłoniach. Nie przerażała ją sama znajomość, lecz tempo, w jakim się to wszystko toczyło. Miała swoje zasady i przełamywanie ich okazało się niebywale trudne.

Leżąca na biurku komórka zawibrowała, wytracając ją z zadumy. Wstała i z niechęcią spojrzała na ekran. Wiktor. Ciekawe czego chciał? Przeprosić? Nie, na pewno nie. Prędzej dzwoni, aby upomnieć się o swoje rzeczy. Trochę tego było. Kilka sztuk odzieży, kosmetyków, parę książek czy płyt. Im prędzej je zabierze, tym lepiej. Odebrała i suchym tonem zapewniła go, że wszystko spakuje i za godzinę może po to przyjechać. Równie chłodno podziękował, zapewniając, że na pewno się stawi.

Wykąpała się, ubrała, potem zgarnęła jego dobytek do kupy i wrzuciła w wielki wór na śmieci. Zrobiła to celowo, aby pokazać mu, ile dla niej znaczył. Sprawdziła też czy Ania nadal siedzi w kuchni. Zaniepokoiła się, gdy stwierdziła jej nieobecność. Zresztą wyglądało na to, że była w mieszkaniu sama. Od razu się zdenerwowała. Nie miała ochoty spotykać Wiktora bez czyjejkolwiek asysty. W końcu z determinacją zapukała do drzwi pokoju Kaleba. Poczuła ulgę, gdy otworzył.

– Niech zgadnę? Spakowałaś niewiernego i czekasz, aż przyjdzie odebrać swoje rzeczy?

– Coś ty taki domyślny?

– Kojarzę fakty. Kręciłaś się po mieszkaniu, dzierżąc w dłoniach ogromny, czarny worek.

– Podglądałeś przez dziurkę od klucza?

Spojrzał w dół.

– Tu nie ma dziurki.

– Faktycznie – odparła niecierpliwie. – Wyświadczysz mi przysługę i będziesz asystował przy tym przekazywaniu dobytku mojego eks?

– Jasne – wyszczerzył zęby. – Mam tylko nadzieję, że nie ucieknie na mój widok.

Nie zdążyła spytać o powód, gdy rozległ się natrętny dźwięk dzwonka. Odwróciła się na pięcie i podeszła do drzwi. Zanim otworzyła, sprawdziła, czy ma za plecami Kaleba. Tak, stał oparty ramieniem o framugę, z rękoma w kieszeni i zaciekawionym wyrazem twarzy. Odetchnęła. Lecz kiedy ujrzała Wiktora, o mało co nie krzyknęła ze zdumienia.

Wokół prawego oka miał gigantycznego siniaka w ciekawym odcieniu fioletu. W jednej z dziurek opuchniętego nosa kłąb waty. Przeciętą wargę i łuk brwiowy.

– Co ci się stało? Zderzyłeś się z ciężarówką? – spytała zaskoczona.

– Z ciężarówką? – syknął, ale zaraz pohamował gniew. Wystarczy, że ujrzał mężczyznę, który beztrosko podrzucał jabłko. – Spytaj się jego. Gdzie są moje rzeczy?

– Tutaj. – Odsunęła się, wskazując ręką na worek. Wiktor wszedł do środka, wyraźnie utykając na jedną nogę, zabrał po co przyszedł i bez pożegnania się ulotnił. Oszołomiona Amelia zamknęła drzwi, a potem spojrzała na Kaleba, który z przyjemnością podgryzał jabłko.

– Tyś go tak urządził? – spojrzała na niego z dezaprobatą.

– Ja.

– Trochę przesadziłeś.

– Przesadziłem? – zamarł z owocem tuż przy ustach. – Zaledwie go pogłaskałem. Gdybym naprawdę chciał mu zrobić krzywdę, to by trafił do szpitala.

Zamyślona, odgarnęła włosy za ucho.

– Wierzę ci – powiedziała. – I z tego powodu powinnam się trzymać od ciebie z daleka. Skrywasz wiele tajemnic Kalebie.

Zadowolenie zniknęło z jego twarzy. Już niejednokrotnie zdążyła zauważyć, że gdy mówiła o tajemnicach, stawał się jakby innym człowiekiem. Odpychającym, chłodnym, wręcz nadnaturalnie spokojnym.

– Być może powinnaś – potwierdził z namysłem. – A potrafisz?

– Potrafię.

– Jesteś tego pewna? – Dał krok do przodu, zmniejszając między nimi dystans. W wąskim korytarzu nie miała żadnej możliwości ucieczki. Z przodu Kaleb, z tyłu drzwi.

– Jestem – odparła ze spokojem. – Przepuścisz mnie?

– Nie.

Nagły atak był ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała. Przycisnął ją do ściany, odepchnął kobiece dłonie i zaczął całować, napierając całym sobą na jej drobne ciało. Całował mocno, natarczywie, z niecierpliwością. Lecz Amelia tym razem nie zamierzała się poddać. Wyczuwała przez ubranie, jak jego męskość twardnieje z sekundy na sekundę, rozumiała, że tym razem nie pójdzie jej tak łatwo. Lecz Kaleb raptownie przerwał. Uniósł głowę, obserwując ją z góry, a ona zrozumiała, że nie będzie prosił czy pytał o pozwolenie. Brał to, co uważał za swoje. Wzbudziło to w niej gniew i gwałtowny sprzeciw. Spięła się, a potem spróbowała go odepchnąć.

– Nie – wyszeptał, krzywo się uśmiechając. – Pragnę cię.

– A ja nie! Puść mnie.

Zaprzeczył ruchem głowy. Znów się pochylił i teraz namiętnie zaczął całować jej szyję i dekolt. Potem doszedł do piersi. Zębami odgryzł dwa guziki, wypluł je i rozchylił poły bluzki. Widok dwóch cudownych, jędrnych półkuli, obleczonych w prawie przejrzystą koronkę, cholernie go podniecił. To, co miało być jedynie zabawą, prowokacją, przekształciło się w słabo maskowaną żądzę. Pomalutku przestawał się kontrolować. Całował, ssał i ściskał na zmianę, raz jedną, raz drugą pierś. Na samym końcu złapał jeden z sterczących sutków i go ugryzł. Dziewczyna zakwiliła z bólu, ale to zadziałało na niego jak afrodyzjak, gryzł jeszcze mocniej, i mocniej.

– Kaleb, przestań! To boli!

Skłamała, bo obok bólu pojawiła się i rozkosz. Chyba dotarł do niego sens tych słów, bo uniósł głowę, łapiąc jej spojrzenie. Oczy błyszczały mu podnieceniem i triumfem. Byłby ślepy, gdyby nie zauważył, że ona również była podniecona. Po prostu lepiej nad sobą panowała.

– Boli? – powtórzył przeciągle. Zmienił nieznacznie pozycję. Teraz jedną ręką ściskał jej nadgarstki nad głową, a drugą wodził po linii szyi, po sterczących piersiach. Na samym końcu palcem wskazującym obrysował kontur ust i powoli, delikatnie, wepchnął go między te nabrzmiałe od pocałunku wargi. Nie zaprotestowała, tylko odruchowo zaczęła ssać, patrząc przy tym prosto w zamroczone pożądaniem oczy. Ze świstem wciągnął powietrze. Już wiedział, że dziś nie da rady nad sobą zapanować. Mokrym od jej śliny palcem, narysował chaotyczny wzór na policzku i zaraz po tym wrócił do pocałunku. Poruszał biodrami, ocierając się stwardniałą męskością o wnętrze kobiecych ud, będąc już u kresu wytrzymałości. Nigdy w życiu nie był tak podniecony, tak zdeterminowany, aby zakończyć te słodkie tortury upojnym seksem. Puścił szczupłe nadgarstki, usiłując pozbyć się spodni, a jednocześnie nie odsunąć nawet na milimetr. Całował ją jak w amoku, pchając język do środka, wręcz wgryzając się w soczyste wargi dziewczyny. Zupełnie oszalał, chociaż w tym szaleństwie wcale nie spieszyło mu się do celu. A i Amelia, nawet jeśli w pierwszej chwili po uwolnieniu zamierzała wydrapać mu oczy, to teraz gładziła dłońmi wyrzeźbione mięśnie brzucha, napięte ramiona, odwzajemniając pocałunek. Przepadła, zanurzając się we własnej rozkoszy, w podnieceniu, które opanowało całe ciało, przepadła tak bardzo, że nawet nie pomyślała o sprzeciwie.

I oczywiście właśnie w takiej chwili rozległ się chrobot klucza w zamku. Przypadek niczym z kiepskiej komedii. Kaleb błyskawicznie pchnął Amelię ku drzwiom łazienki, zatrzaskując je dokładnie w momencie, gdy ktoś wszedł do środka. Położył palec na drżących wargach dziewczyny, spojrzeniem nakazując jej milczenie. A jednocześnie bezczelnie wepchnął dłoń pomiędzy smukłe uda, pieszcząc ich wewnętrzną stronę i pocierając wilgotną cipkę. Oczy Amelii robiły się większe, lecz nagle wyrwała się spod hipnotyzującego wpływu jego spojrzenia.

– Nie! – zaprotestowała bezgłośnie. – Nie – powtórzyła z uporem. Odepchnęła go i wyszła z łazienki. A potem uciekła do swojego pokoju, nie zważając na pełną zdumienia oraz zaskoczenia minę Marty.

Zamknęła drzwi na klucz. Niezwykle rzadko to robiła. Przez kilka minut krążyła niespokojnie po niewielkim pomieszczeniu, aż w końcu podjęła decyzję. Walizkę miała już spakowaną, więc musiała jedynie chwycić ją i wyjść. Chciała odetchnąć, uciec gdzieś, gdzie nie będzie Kaleba. Dom rodzinny wydawał się dobrym rozwiązaniem. Uśmiechnęła się krzywo. Rodzice pewnie się zdziwią, ale co tam. Nigdy nie negowali jej decyzji, wierząc że jest wystarczająco rozsądna, aby nie popełnić żadnego głupstwa. Teraz też tego nie zrobią. Trzy, cztery dni. Jak wróci, Kaleba pewnie już nie będzie. Zdumiewające, jak bardzo nie spodobała się jej ta myśl. A może wcale nie wyjedzie? Albo wróci razem z Gosią i Igorem? Poczuła nieoczekiwaną pewność, że Kaleb nie odpuści. Zauważyła to w jego oczach, wyczuła w każdym pocałunku. Dotknęła opuszkami palców drżących warg. Niezależnie od wszystkiego przyda się kilka dni na przemyślenie całej sytuacji. Bo jednego Amelia była pewna; jeśli następnym razem ktoś im nie przeszkodzi, to bez względu na wszystko, ona ulegnie. Bez względu na swoje przekonania, nie zważając na to, że prawie nic nie wiedziała o tym mężczyźnie, nie zważając na cokolwiek. Dotknie jej, pocałuje, a ona przepadnie. Kaleb mówiąc, że seks im pisany, miał całkowitą rację.

***

Trzy dni. Tylko tyle, a już nie mogła doczekać się powrotu. Nie umiała zapanować nad niepokojem, nad dziwną niecierpliwością, która spalała ją od wewnątrz. Gdyby nie zabrzmiało to absurdalnie, to powiedziałaby, że tęskniła. Czasami wręcz wydawało jej się, że kątem oka dostrzega sylwetkę Kaleba, jego twarz, na której kładły się długie cienie zachodzącego słońca. Słyszy jego głos i czuje zapach. Codziennie zastanawiała się, czy jej nie śledził. Na sam koniec swego pobytu w rodzinnym domu zyskała pewność, że tak było. Zauważyła go w tłumie ludzi na jarmarku. Skrył się w cieniu bramy, ubrany zupełnie inaczej, z głową wtuloną w ramiona, z dziwnie odpychającym wyrazem twarzy. Na ułamek sekundy ich spojrzenia nieoczekiwanie się skrzyżowały. Serce Amelii niespokojnie zatrzepotało. Ruszyła w jego kierunku, lecz on zniknął równie nagle, jak się pojawił.

Rozmyślała o tym spotkaniu, gdy wracała pociągiem do domu. W przedziale było duszno, a otwarcie okna niewiele pomogło. Teraz hałas zagłuszał wszystko, ale jednostajny stukot i krajobraz przesuwający się w jednakowym tempie, sprzyjały rozważaniom. Oparła więc czoło o rozgrzaną słońcem szybę, zadając sobie pytanie, dlaczego się nie ujawnił, dlaczego nie podszedł, aby się przywitać? Nie rozumiała tego. Na dodatek kiedy go zdemaskowała, spojrzeniem dając znać, iż zauważyła jego obecność, zniknął.

Z jeden strony to zachowanie było tak do niego niepodobne, z drugiej, do cholery! Znała go przecież zaledwie kilka dni! Co tak naprawdę o nim wiedziała, czego mogła być pewna? Był obcy. Obcy pomimo łączącej ich fascynacji, obcy pomimo pocałunków. Właśnie po to uciekła. Aby odwlec w czasie to, co wydawało się być nieuniknione.

Przymknęła powieki, otulając się ramionami. Wbrew samej sobie, wbrew wszystkiemu, pragnęła jednego. Zastać go w mieszkaniu po powrocie. Dlatego zrezygnowała z pięciu dni, wracając po upływie zaledwie trzech. Nie była w stanie dłużej przeciągać swojej nieobecności, przed samą sobą tłumacząc to obowiązkami związanymi z uczelnią. Lecz teraz, gdy tak siedziała, wpatrując się w umykające za oknem widoki, zdobyła się wobec siebie na chwilę szczerości. Z rozbawieniem przypomniała sobie Wiktora umykającego z ogromnym workiem na śmieci. To podłe, ale ani odrobinę go nie żałowała. Należało się sukinsynowi, oj należało!

Ocknęła się, gdy do przedziału weszli nowi pasażerowie, para sympatycznych staruszków. Chwilę kręcili się, zajmując miejsca, potem wymienili kilka zdawkowych uprzejmości z bacznie obserwującą ich Amelią, a na samym końcu poczęstowali ją jabłkami. Podziękowała z uśmiechem, biorąc dwa rumiane owoce i od razu zabierając się za jedzenie. Uwielbiała jabłka, a te wyglądały nadzwyczaj apetycznie. Wgryzła się w jędrny miąższ, nieuważnie przysłuchując się rozmowie pomiędzy małżonkami. Raz po raz zerkała na nich z ciekawością. I w pewnym momencie zamarła. Starszy pan drżącą ręką delikatnie gładził dłoń swojej żony. Robił to wręcz bezwiednie, jakby ta pieszczota była czymś normalnym, czymś tak samo naturalnym jak każdy oddech. I chociaż kobieta patrzyła właśnie zupełnie w inną stronę, obrzucił ją spojrzeniem równie czułym, co ta pieszczota.

Amelia odwróciła głowę, usiłując ukryć twarz i oczy, w których nieoczekiwanie dla niej samej pojawiły się łzy. Powoli spłynęły po chłodnych policzkach, lecz ich nie starła. To było jak przebudzenie z głębokiego snu. W ułamku sekundy zrozumiała, że chciałaby od Kaleba czegoś więcej niż seks. Ania miała rację; wzajemne zauroczenie to ważna rzecz, lecz nie najważniejsza. Nie, nie dla niej. To miłość była tym, czego szukała. Miłość taka jak ta, prawdziwa, wieczna, niepokonana nawet przez czas. Pragnęła się zakochać i pragnęła być kochaną. Powinna więc zadać sobie pytanie, czy mężczyzna taki jak Kaleb się do tego nadaje? Czy wie o nim wystarczająco wiele, aby żywić jakąkolwiek nadzieję?

A może powinna spróbować? Zmusić go do tego, aby wyjawił o sobie więcej, umówić się na kilka gorących randek, trzymając z daleka…

Mało brakowało, a roześmiałaby się w głos. To co między nimi zaszło, to nie zwykłe iskrzenie, a prawdziwe wyładowanie elektryczne. Na zbyt długie trzymanie z daleka nie ma szans.

– Już wróciłaś? – spytała zdumiona Ania. – Miałaś zostać w domu trochę dłużej, prawda?

– Miałam. A co? Wynajęliście mój pokój na godziny? – zażartowała, zdejmując kurtkę i przewieszając ją przez oparcie krzesła.

– No pewnie! – koleżanka zachichotała. – Chcesz kawy? A może lepiej herbaty, bo już późno?

– Herbaty. Kolację pewnie jedliście?

– Tak. Ale kawałek zapiekanki został w lodówce. Kaleb nie jadł.

– Nie było go?

– No… – Ania wydawała się zakłopotana. – Wyszedł.

– A wiesz może gdzie? – Amelia zadała to pytanie tonem, który przeczył temu, co czuła.

– Wiem.

Niechęć Ani do podzielenia się tą informacją, była co najmniej dziwna. Zazwyczaj koleżanka nie miała podobnych problemów. Zaskoczona Amelia uniosła w górę brwi.

– Coś ukrywasz? – spytała wprost.

– Ech… Niech będzie, powiem ci. Oczywiście też go zaprosiliśmy na kolację, ale odmówił. Myślałam, że po prostu gdzieś wyjdzie, albo nie smakuje mu moja kuchnia, a on się umówił. Z taką cycatą blondyną.

– Kaleb? – Amelia wlepiła w nią zdumione spojrzenie. – Jesteś pewna, że to była randka?

Komentarze

  1. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Normalnie w takim momencie przerwać???!!!!!!!!

  2. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Kiedy kolejna część?

  3. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Babeczko, ja nie wysiedzę z niecierpliwości 😀 Co kilka minut sprawdzam RSS w nadziei, że wrzuciłaś kolejną część, a tutaj ciągle nic 🙁 To już chyba uzależnienie 😀

  4. Babeczka
    | Odpowiedz

    Postaram się dać jutro wieczorem 🙂

  5. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Prosze dodaj dzis:( 🙂

Napisz nam też coś :-)