Obcy (VI)

with 8 komentarzy

Obcy

 

– Tak. I to bardzo gorąca randka. Podjechała pod bramę super wypasioną bryką. A ponieważ zamienili się miejscami, mogłam się jej przyjrzeć. I mówię ci… Szał ciał i uprzęży! Laska jak z wybiegu, nawet wydawało mi się, że w tych obcasach była od niego trochę wyższa.

– No tak…

– Przykro mi.

– Niepotrzebnie – Amelia obojętnie wzruszyła ramionami, chociaż tylko ona wiedziała, ile kosztowało ją zachowanie pozornego spokoju. – Zrobisz mi herbaty? Przebiorę się i umyję, bo jestem nieziemsko zmęczona.

– Zrobię. Przynieść ci do pokoju?

– Jeśli możesz, to tak. Dziękuję.

Ania uśmiechnęła się do niej pokrzepiająco. Pomyślała, że szkoda, iż tak się stało. Pasowaliby do siebie. Z drugiej strony, skoro Kaleb nie myślał poważnie o jej czarnookiej koleżance, to lepiej aby to rozczarowanie spotkało ją teraz, a nie później.

Amelia powoli, jak w transie, rozpakowała się, wykąpała i przebrała. Kiedy wróciła z łazienki, na biurku stał kubek z parującą herbatą. Chwyciła go w obie dłonie, a później wykonała energiczny zamach. Głuchy odgłos uderzenia i ślad ciemnej cieczy, spływającej po ścianie, przyniosły jej trochę ulgi. Była tak wściekła, że gdyby teraz zjawił się Kaleb, to już ona by mu pokazała, co o nim sądzi. Nieuniknione, że będą uprawiać seks? Już ona mu kurwa pokaże! Nieczęsto traciła nad sobą panowanie, lecz kiedy już nadeszła taka chwila, jej gniew był jak wezbrana fala, zmiatający wszystko, co napotkał na swej drodze.

Usiadła, ale nie na długo. Bardzo szybko zrozumiała, że nie da rady zasnąć. O ile w ogóle będzie w stanie to zrobić. Wszystko wskazywało na to, że była po prostu zazdrosna…

Po dwóch czy trzech godzinach krążenia od jednego do drugiego końca pokoju, szybko przebrała się w dres i starając się nie robić hałasu, wyszła z mieszkania. Było późno, bo prawie dochodziła północ. Nie słyszała, aby Kaleb wrócił, więc Ania chyba miała rację, co do tego ognistej randki. Kurwa! Tak dać się wkręcić w rzeczywistość, która nie istniała i nie miała najmniejszych szans na to, aby zaistnieć. Niech no tylko spróbuje ją jeszcze raz pocałować! Chyba że… chyba że nie będzie kolejnej próby?

Zabolało, chociaż nie powinno. Amelia naciągnęła kaptur na głowę i ruszyła ostrym sprintem przed siebie. Lubiła biegać i robiła to tak często, jak tylko pozwalały jej obowiązki. Ostatnio nieco się zaniedbała, bo brak wprawy od razu poczuła w lewym boku. Przystanęła głośno dysząc i wtedy spadły pierwsze krople deszczu.

– No po prostu cudownie! – warknęła, unosząc głowę i patrząc w niebo, rozświetlone łuną, którą idzie zauważyć jedynie nad większymi miastami. Postanowiła wracać, lecz tym razem nie biegła, pozostając przy szybkim marszu. Niewiele to dało, bo deszcz padał coraz mocniej i po pięciu minutach była już całkiem mokra. Woda spływała po wychłodzonych policzkach, po włosach zaplecionych w niedbały kok. Docierała do każdego zakamarka. Gdy Amelii udało się w końcu skryć w bramie prowadzącej do mieszkania, była tak mokra, jakby ktoś wylał na nią cały zbiornik wody. Oparła się plecami o zimną ścianę, usiłując uspokoić oddech. Drżące dłonie przycisnęła do piersi. Przymknęła oczy, przypominając sobie dzisiejszą podróż i ten niezwykły moment, gdy zrozumiała czego tak naprawdę pragnie. I co? I nic. Ledwo zniknęła, Kaleb znalazł sobie inny obiekt zainteresowania. Zaśmiała się głucho. Co za absurd wyobrażać sobie, że mógłby być… Że mogliby być tak jak to starsze małżeństwo. Kompletny absurd. Cholerny absurd!

Otworzyła oczy i zamarła. Tuż obok stał obiekt jej rozmyślań. Niedbale oparty o poręcz, patrząc na nią z doskonale zauważalnym rozbawieniem. Na dodatek całkiem suchy. Z trudem przełknęła ślinę, usiłując pokonać niezwykłą niemoc opanowująca całe ciało. Po czy wyprostowała się i zaciskając dłoń w pięść, z całej siły przywaliła mu w tę uśmiechniętą gębę.

Na próżno. Bez problemu zablokował cios.

– Dziwne powitanie – stwierdził, chociaż w jasnoniebieskich oczach zabłysła złość.

– Na nic więcej nie zasługujesz.

– Dlaczego?

– Powinieneś wiedzieć – odparła szyderczo. – A teraz z drogi, bo jestem mokra, zmęczona i głodna.

Ku jej zaskoczeniu posłuchał. Odsunął się na bok tak, że mogła wejść po schodach. Lecz kiedy go mijała, chwycił ją za ramię. Nie spodziewał się chyba, że dziewczyna może zareagować szaleństwem. Szamotała się chwilę w jego uścisku, a ciszę zakłócał jednie szum padającego deszczu i jej ciężki oddech. W końcu zgasło światło, a z pomiędzy kurczowo zaciśniętych warg Amelii wydobyło się pełne wściekłości warknięcie.

– Puść mnie!

– Tyle raz o to prosiłaś, tak naprawdę pragnąc czegoś innego – wymruczał, wtulając twarz w jej mokre włosy. Pomyślał z rozbawieniem, że już mu zaczął twardnieć. To było niesamowite, jak działała na niego ta dziewczyna. Naprawdę niesamowite! – Tęskniłem. Ty nie? Wiesz że miałem nadzieję, iż wrócisz przed moim wyjazdem?

– I dlatego umówiłeś się z inną? – wybuchnęła, nie potrafiąc zapanować nad głupią zazdrością.

– Umówiłem? – wydawał się być zaskoczony. – Daj spokój. To był tylko seks…

Nic więcej nie zdążył dodać. Amelia wrzasnęła, wijąc się i drapiąc. W końcu ją puścił, bo poczuł obawę, że sama zrobi sobie krzywdę. Od razu to wykorzystała, kierując się ku górze. Słyszał jak kilka razy się potknęła, klnąc na głos, a później zatrzasnęła drzwi. Uśmiechnął się pod nosem. Może nie do końca znał się na kobiecej psychice, ale miał wrażenie, że była zazdrosna. Nic dziwnego, on też by był. Jednak musiał to zrobić, bo nie mógł już nawet spać, w kółko myśląc tylko o seksie. W zasadzie trudno uznać, że mu się udało, bo po raz kolejny, wystarczył jedynie jej zapach, głos czy dotyk, aby znów mu stanął.

Wyjął z kieszeni niewielki skrawek materiału. Przyłożył go do twarzy, zamknął oczy i zaciągnął się zapachem. Jego członek błyskawicznie zaczął twardnieć. To było istne szaleństwo! A za dwa dni powinien o tej porze być już w miejscu, które od zawsze określał mianem domu. Skrzywił się. Zanim wróci, miał jeszcze do wykonania rozkaz. Przypomniał sobie nieuchwytny cień, który zauważył wtedy w parku, we mgle. Miał niejasne wrażenie, że Amelię naprawdę ktoś śledził. Pozostało tylko zadać sobie pytanie, kto?

Ze zmarszczonymi brwiami pomaszerował do góry. Wślizgnął się do mieszkania niczym duch. A kiedy położył się nago na łóżku, patrząc w jaśniejszy prostokąt okna, towarzyszyło mu dziwne uczucie zagrożenia. Dziwne, bo dotąd to raczej on stanowił niebezpieczeństwo dla innych.

***

– Tym razem kwiaty nie wystarczą? – spytał, gdy zachmurzona Amelia przygotowywała sobie kawę.

– Nie.

– A co?

– To, żebyś jak najszybciej zniknął mi z oczu.

– Nadal nie mogę zrozumieć, co złego zrobiłem?

Spojrzała na niego w taki sposób, że aż zachłysnął się kawą.

– No co?

– Palant jesteś. Ale rozumiem, że skoro nie udało ci się ze mną, to musiałeś znaleźć sobie zastępstwo – dodała złośliwie, siadając naprzeciwko.

– Zastępstwo? Wcale nie chcę cię nikim zastępować.

– Kaleb! Czy rozumiesz te brednie, które wygadujesz? Przyznałeś się, że uprawiałeś seks z inną kobietą!

– Niezupełnie.

– Jak można to robić „niezupełnie”? – prychnęła, a on nieoczekiwanie poweselał.

– Żeby nie wracać do tego tematu, powiem tylko, że miała bardzo sprawne usta i języczek.

Amelia bąknęła coś, rumieniąc się, po czym wstała i godnie wymaszerowała z kuchni. Miała dość tego kretyna. Niby rozumiał, że zrobił coś złego, ale nie do końca docierało do niego, dlaczego to było złe. Dziwne. Z drugiej strony, może to faktycznie świr? Niby znajomy Igora, ale mieli na to dowody pochodzące wyłącznie z kilku zdjęć. Powinna wziąć na wstrzymanie. Jak wczoraj. Serce jej zatrzepotało, a kolana zmiękły, gdy tylko jej dotknął, a jednak pokonała własną słabość. I była z tego niesłychanie dumna.

Aby uniknąć kolejnej konfrontacji z Kalebem, szybko się ubrała i uciekła na uczelnię. Dziś wypadały zajęcia z laboratorium, więc zostawiła wszystko w pokoju magistrantów, ubrała fartuch i pomaszerowała na górę, do niewielkiego pomieszczenia wyposażonego w ogromne wentylatory. Stojąc przed szklanymi drzwiami, wyjęła identyfikator i przesunęła nim przed czytnikiem. Weszła do środka, nie kłopocząc się o zamknięcie drzwi, bo powinny to zrobić automatycznie. Zamyślona włączyła światła, wyjęła z szafki potrzebny sprzęt, włożyła go do zlewu, aby przemyć. I całe szczęście, bo kiedy zauważyła Kaleba, wypadłoby jej wszystko z rąk.

– Co ty do cholery tu robisz? – jęknęła z rozpaczą.

– Podziwiam.

– Co do diabła?!

– Ciebie.

– Wynoś się! – palcem wskazała drzwi.

– Nie, dlaczego? – uśmiechnął się.

– Kaleb! Proszę, idź sobie. Za co ty mnie tak prześladujesz?

– Nie wiesz?

– Nie. Znaczy się tak – przesunęła dłonią po zmęczonej twarzy. – Nie jestem w nastroju na twoje gierki. Mów, czego chcesz i się wynoś.

– Kochać się z tobą.

Zastygła w bezruchu, mało inteligentnie otwierając usta. W ciemnych oczach pojawił się gniew. Co za dupek!

– Obawiam się, że nie mam zwinnego języczka – odparła zgryźliwie. – A teraz wyjdź. Jeśli do wieczora mi przejdzie, to porozmawiamy.

– Szkoda – rozejrzał się dookoła z namysłem. – Te wentylatory są tak głośne, że nikt by nie słyszał, jak krzyczysz.

– Ze strachu?

– Nie. Z rozkoszy.

Jej opryskliwy ton i gniewne spojrzenie, wcale go nie wzruszyło. Podszedł bliżej, a dziewczyna cofnęła się w panice.

– Pocałuj mnie, to sobie pójdę.

– Nie ma mowy! – warknęła rozzłoszczona jego zuchwałością.

– To zostanę.

– Zawezwę ochronę – zagroziła.

– I to ma niby mnie wystraszyć?

– Ty chyba uwielbiasz mnie irytować?

– Pięknie wyglądasz z ogniem w oczach i z rumieńcem na policzkach, ale nie. Wolę cię podniecać niż irytować. Jeden pocałunek.

– Po co?

– Muszę się przekonać… – wyszeptał, wyciągając rękę i pieszcząc zarumieniony policzek. – Muszę się przekonać, że jesteś wyjątkowa. I że warto zaryzykować.

Amelia poczuła zaskoczenie. Zwątpiła we wczorajszą randkę. Cholera wie, może po prostu zorganizował mały występ dla ciekawskiej Ani? Wszystko o tym świadczyło, jego spojrzenie, zachowanie, słowa. Nie wiedziała tylko, że Kaleb miał na myśli zupełnie coś innego. Coś, co gdyby teraz jej wyznał, było tak nieprawdopodobne, że być może w ogóle by w to nie uwierzyła.

– Warto – odpowiedziała prawie bezgłośnie, zaledwie poruszając wargami i wpatrując się jak zahipnotyzowana w jego usta. A gdy poczuła ich dotyk, zakosztowała smaku, przymknęła oczy. Utonęła w przyjemności, chociaż nie powinna sobie na to pozwolić. Na szczęście starczyło jej siły na tyle, aby po chwili go odepchnąć.

– Obiecałeś – przypomniała. Skinął głową, chociaż już się nie uśmiechał. Raczej wyglądał na oszołomionego. Lecz wyraz jego twarzy szybko uległ zmianie. Teraz na czole pojawiła się pionowa zmarszczka, w oczach błysnął gniew. Kaleb odwrócił się na pięcie i wyszedł, pozostawiając zaskoczoną dziewczynę samą.

Zatrzymał się dopiero przy niewielkim stawku, po którym pływało pełno kaczek. Oparł się o barierkę i zamyślony, spoglądał w dół, na lekko falującą powierzchnię wody.

Do niedawna sądził, że znajomość z Amelią będzie dla niego tylko epizodem i chwilą przyjemności. Był pewien, że po tym jak ją przeleci, to ta paląc potrzeba przebywania w jej towarzystwie, dotykania jej, całowania, zniknie. Uwielbiał się w ten sposób bawić, drażnić swoją ofiarę, mamić wizją upojnej nocy, a po wszystkim po prostu o niej zapomnieć. No chyba, że ofiara była jednocześnie celem głównym. Wtedy musiał ją po prostu zabić. Z Amelią było inaczej. Na samą myśl, że mógłby jej zrobić krzywdę, on czy ktokolwiek inny, czuł wewnętrzny opór. A przecież znajomość z nią nie powinna przysłonić prawdziwego powodu, dla którego tu się znalazł, nie powinna wpłynąć na zadanie, jakie miał do wykonania. Tak go zaprojektowano. Potrząsnął głową ze zdumieniem, a kiedy w tylnej kieszeni spodni zawibrowała komórka, skrzywił się. Lecz nie mógł zignorować tego telefonu.

– Jestem – powiedział, wiedząc, że dzwonić może tylko jedna osoba.

– Już po sprzątaniu?

– Jeszcze przed. Musiałem sprawdzić kilka rzeczy.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Kaleb poczuł kiełkujący niepokój.

– Czy coś znalazłeś?

– Nie.

– To dlaczego nie zakończyłeś sprawy?

– Jutro to zrobię – odparł ze spokojem, chociaż jego puls przyspieszył. Skłamał. Pierwszy raz zrobił to świadomie, z pełną premedytacją względem swego pracodawcy. Nawet nie wiedział, że tak potrafi. – Czy coś jeszcze?

– Nie.

Koniec rozmowy. Schował telefon, marszcząc czoło. Skąd wrażenie, że obaj kłamali? I on, i jego zwierzchnik? Poczuł niepokój. Uniósł głowę i czujnie się rozejrzał. Kilkoro studentów leżących na trawie. Matka z dzieckiem karmiąca kaczki. Jakiś starszy pan z psem. Sielski widok, a jednak Kaleb odczuwał coraz mocniejszy niepokój. W końcu oderwał się od barierki i ruszył w kierunku mieszkania. Był głodny, a poza tym musiał się odpocząć. Nie spał prawie całą noc. Uśmiechnął się krzywo. Miał też nadzieję, że i kolejną nie zaśnie.

***

Przez cały dzień chodziła dziwnie rozkojarzona. Nie potrafiła na niczym się skupić, wszystko leciało jej z rąk, aż w końcu się poddała. Przerwała pomiary, zapisała wyniki i wyłączyła aparaturę. Potem musiała jeszcze umyć sprzęt, poczekać aż wszystko wyschnie i odłożyć na miejsce. Była dokładna i staranna, jak zawsze, bez względu na stan ducha i buzujące w jej ciele emocje. Czekając, aż naczynia wyschną w suszarce, wypiła herbatę, rozmyślając nad tym, co powinna zrobić. Już nie była taka pewna, czy ją zdradził. Zresztą, zdradził? Zabawne. Potrząsnęła głową, a potem zdjęła fartuch, wszystko zamknęła i wolnym krokiem, udała się w stronę mieszkania. Był chłodny, ponury wieczór. W parku kręciło się kilka osób, więc nie czuła strachu, jak wtedy, gdy świat otuliła mgła. Przystanęła nad stawkiem, nie wiedząc, że Kaleb zrobił dokładnie to samo kilka godzin wcześniej. Nakarmiła kaczki resztką swojej kanapki, otrzepała ręce i niechętnie pomyślała, że musi z nim poważnie porozmawiać. Niech wróci do ameryki i zastanowi się, czego oczekuje w związku z ich znajomością. Musi stanowczo powiedzieć mu, że sam seks nie wchodzi w rachubę. Bez względu na to, jak działała na nią jego obecność czy dotyk. Poza tym musi być silna, odporna na jego urok. Westchnęła, bo to była chyba najtrudniejsza rzecz do wykonania. Całe szczęście, że jutro wylatywał.

Powoli zapadał zmrok. Zamyślona Amelia weszła na ostatnie piętro i otworzywszy drzwi, wślizgnęła się do mieszkania. Odwiesiła płaszcz, umyła ręce i dopiero kiedy wycierała je w ręcznik, jej uwagę zwróciło coś dziwnego.

Było kilka minut po dwudziestej. O tej porze powinien panować tutaj gwar rozmów, powinna słyszeć śmiechy i czuć zapach przygotowywanych potraw. O ile dobrze pamiętała, w dzisiejszym menu była pizza. A jutro to ona gotowała, chociaż szczerze mówiąc, nie cierpiała tego zajęcia. Wyszła z łazienki i na chwilę przystanęła w korytarzu, nadsłuchując. Nic. Nadal cicho. Tylko gdzieś grało radio. To było co najmniej zdumiewające.

Mimowolnie dopasowała się do panującej ciszy, przemierzając krótki odcinek na paluszkach. Nie od razu weszła do pomieszczenia, które łączyło w sobie funkcje salonu, jadalni i kuchni. Wystawiła tylko głowę. Telewizor był włączony, chociaż ktoś ściszył maksymalnie głos. Stół zastawiony. Zimna pizza leżała na blacie kuchennym, czekając, aż ktoś ją wsadzi do wciąż ciemnego piekarnika. Pośrodku, na podłodze, leżała rozbita szklanka.

I to wszystko. Ani śladu obecności któregokolwiek z współlokatorów. Amelia jeszcze raz uważnie przyjrzała się pustemu pomieszczeniu, gdy nagle dostrzegła coś przerażającego.

Ciemnoczerwoną smugę na ścianie, tuż przy korytarzu, który prowadził do sypialni nich wszystkich.

Z sercem bijącym jak oszalałe, podeszła bliżej i dotknęła plamy. Opuszki jej palców zabarwiły się na karminowo, a dziewczyna pobladła. Nie miała wątpliwości, że to była krew. Musiało stać się coś złego i pewnie wszyscy są teraz w najbliższym szpitalu. Chciała wrócić po telefon, by sprawdzić, czy nikt nie przysłał jej żadnej wiadomości, gdy w głębi mieszkania usłyszała krótki krzyk, który gwałtownie się urwał. Zamarła, zastanawiając się, czy powinna salwować się ucieczką, czy sprawdzić, co się stało. W końcu zdecydowała się na to drugie. Ostrożnie, tak aby nie czynić żadnego hałasu, podeszła do drzwi swojego pokoju. To stamtąd dochodził hałas. Były uchylone. Wiedziała że nie zaskrzypią niespodziewanie, więc mogła zaskoczyć tę osobę, która znajdowała się w środku. Najpewniej był to Kaleb, który znów coś kombinował. Dłonią pchnęła drzwi, tak, aby mogła wejść do środka.

To co zobaczyła, sprawiło, że zastygła w miejscu. Strach obezwładnił ją do tego stopnia, że jedyne co potrafiła, to gapić się na makabryczny widok.

Na łóżku leżała Gosia. Oczy miała otwarte, ramiona szeroko rozrzucone. Krew… Wszędzie była krew. Pod oknem jeszcze jedno skulone ciało, tym razem męskie. Mateusz. Krzesło przy biurku przewrócone, jej szafa z ubraniami wybebeszona. Jakby ktoś czegoś szukał nie ukrywając swych zamiarów.

A pośrodku tego wszystkiego stał Kaleb, ze spokojem czyszcząc zabrudzony nóż. Nie patrzył przy tym na jego ostrze, a prosto na znieruchomiałą Amelię. Beznamiętnie, obojętnie. Pierwszy raz w jego oczach widziała tyle chłodu; ich błękit wręcz porażał zimnem. Poza tym na jego twarzy gościł wręcz nieludzki spokój, nie dawało się w niej wyczytać ani jednego uczucia. Zerknął w dół, aby sprawdzić, czy skończył, a potem znów na nią spojrzał.

Pierwszy raz w jego obecności poczuła strach. Nic więcej. Czysty strach, paraliżujący ją do tego stopnia, że nie potrafiła nawet odwrócić się i uciec.

– Coś ty zrobił? – wyszeptała bezgłośnie.

– Co? – rozejrzał się dookoła z ciekawością. Głos też miał zmieniony, inny, bardziej schrypnięty. – Nic.

A potem szybkim zrywem ruszył w jej kierunku. Dziewczyna krzyknęła, odzyskując nagle władzę w nogach. Rzuciła się w stronę drzwi prowadzących na klatkę schodową, ale dopadł ją już w kuchni. Szarpnięciem zatrzymał w miejscu, sekundę później przyszpilając do stołu. I chociaż napięła całe ciało, nie potrafiła wyswobodzić się z żelaznego uścisku jego ramion. Za to we wzroku Kaleba po raz pierwszy pojawiło się coś, co zakłóciło ten nieludzki spokój. Ciekawość.

Ostrzem noża, który wciąż trzymał w prawej ręce, bardzo delikatnie zakreślił chaotyczny ślad na jej policzku. Amelia zamarła z bezruchu. Czuł, jak jej serce trzepotało ze strachu, w ciemnych, ogromnych oczach zauważył i przerażenie, i rozgoryczenie. Pierwsze rozumiał, drugiego nie.

– Bydlak! – powiedziała, chociaż wyraźnie drżał jej głos.

– Gdzie to masz?

– Co?

Nie uszło jej uwadze, że odrobinę się zawahał.

– Twój przyjaciel wysłał ci to razem z książkami. Gdzie to jest?

Ostrze zjechało niżej, teraz zatrzymało się na jej gardle.

– Z książkami? Nie wiem o czym mówisz?

– Chciał nas oszukać. I prawie mu się udało.

– Czy Igor żyje?

– Nie.

– Zabiłeś go, prawda?

– Ja? Skąd! Mój poprzednik.

Niezwykłe było to, że pierwszy raz w jego towarzystwie czuła wyłącznie strach. Nic poza tym. A może w sytuacji, w jakiej się znalazła, to wcale nie było niezwykłe?

– Zabijesz mnie?

– Powinienem.

Gdyby nie stal wrzynająca się w delikatną skórę, usiłowałaby się uwolnić. Jednak z nożem na gardle nie miała szans.

– Dlaczego? – wyszeptała zdrętwiałymi wargami.

– Rozkaz.

– Od samego początku miałeś to zrobić, prawda?

– Tak.

– A ja głupia myślałam… – dwie łzy spłynęły wąską strużką po policzkach, załaskotały, gdy dotarły do uszu.

– Przykro mi – odparł uprzejmym tonem. – Skoro nie masz nic do dodania…

– Zostaw ją.

Głos o tej samej barwie i modulacji. Prawie identyczny. O mało nie oszalała, nie mogąc wykręcić głowy i spojrzeć w kierunku, z którego dochodził. Lecz Kaleb odsunął nóż i szarpnięciem podniósł ją do pionu. Potem odwrócił i przycisnął do siebie plecami.

W drzwiach stał drugi Kaleb.

Nie tego się spodziewała.

– Nie mogę. Wiesz że nie mogę – powiedział mężczyzna za jej plecami. – Dostałem rozkaz. Najpierw oni, później ty.

– To kwestia wyboru.

– Ja nie mam takiej możliwości.

– Każdy z nas miał i nadal ma – drugi Kaleb podszedł bliżej i nagle do przerażonej, zdezorientowanej Amelii dotarło, że to on był tym właściwym. Zrozumiała dlaczego przed chwilą czuła wyłącznie strach. Tamten… nie był prawdziwy. Nie, inaczej. Nie był właściwy. To nie z nim się całowała. Bliźniacy? Miała dziwne przeczucie, że nie.

– Co z resztą? – spytał Kaleb z pozoru obojętnym tonem. Jego sobowtór wzruszył ramionami.

– Zlikwidowani.

– Idiotyzm. To tylko zwróci na nas uwagę, bo jak zauważyłem, zrobiłeś to mało subtelnie.

– To już nie mój problem.

– Twój. Zostaniesz zastąpiony kolejnym numerem.

– Czyżby?

Amelia przysłuchiwała się tej upiornie grzecznej rozmowie, z coraz większym gniewem. W pewnym momencie przytłumił on nawet rozpacz. Teoretycznie z przeciwnikiem, który przed chwilą zabił kilka osób, nie miała żadnych szans. Praktycznie, była pewna, że jeśli czegoś nie zrobi, to w przeciągu najbliższych minut, a nawet sekund, zimna stal wbije się w jej gardło. Spojrzała z rozpaczą na Kaleba, a on powoli skinął głową. Od teraz rejestrowała następujące po sobie wydarzenia jakby w zwolnionym tempie. Ręka Kaleba, w której ukazała się broń. Ogłuszający huk po prawej stronie jej głowy. Ramię, które z taką siłą ją ściskało, opadło. Zaraz potem poczuła jak chłodne ostrze przesuwa się po jej skórze, na szczęście płytko, raniąc jedynie powierzchownie. Runęła na kolana. Kolejny huk i ręka, która zacisnęła się na jej nadgarstku. Kaleb postawił ją na nogach, objął w pasie i zaczął za sobą ciągnąć, a może przed sobą pchać? Chyba to drugie, bo zauważyła, że osłaniał ją własnym ciałem. Szybko znaleźli się na zewnątrz, potem pomiędzy drzewami w parku, a w końcu na parkingu w pobliżu uczelni.

– Nic nie rozumiem – wyszeptała, drżąc w wieczornym chłodzie. Kaleb obserwował okolicę, aż w końcu skinął głową.

– Chodź. Później będzie czas, abym ci wszystko wytłumaczył.

– Później? Gdzie idziemy?

– Tam, gdzie nas nie znajdzie.

– Kto? Ten, który wygląda jak ty?

– Tak.

– Kim on jest? – pytała dalej, podczas gdy jej towarzysz majstrował przy stacyjce wybranego samochodu. – Bratem bliźniakiem?

– Powiedzmy.

– Ale on… – znów się rozpłakała. Najbardziej było jej szkoda Ani. Nadal nie potrafiła pogodzić się z tym, co zobaczyła w mieszkaniu. – Dlaczego wszystkich zabił?

– Dostał rozkaz – odparł ze spokojem Kaleb, odpalając. – I nadal go nie wykonał.

– Bo żyję?

– Nie tylko. Ja też żyję. To był numer czternasty. Ja jestem trzynastką. Każdy kolejny wkracza do akcji, gdy poprzedni ginie.

– Tylko że ty żyjesz!

– Zostałem spisany na straty.

– Śledził mnie, prawda? Wtedy we mgle, to był on? – spojrzała na niego z przerażeniem malującym się w głębi ciemnych oczu. – A jeśli nie pojechałeś za mną, to i jego spotkałam na jarmarku.

– Nie, nie pojechałem. Cierpliwie czekałem, aż wrócisz.

Zapadło milczenie. Amelia siedziała skulona, wstrząśnięta tym, co przeżyła. Nie miała ochoty na rozmowę. W jej głowie panował mętlik, nie potrafiła poskładać wszystkich faktów w spójną całość.

– Kim… Czym wy jesteście?

– Powiedzmy że bardzo udanym eksperymentem.

– Ludźmi?

– Jak najbardziej.

– Klonami?

– Było nas piętnaścioro. Zostało trzech.

– Gdzie jedziemy?

– Już od dawna podejrzewałem, że chcieli mnie zlikwidować. Zabezpieczyłem się.

– Czyli?

– Fałszywe dokumenty, starannie zaplanowana trasa ucieczki, odpowiednie kryjówki.

– Dlaczego spisali cię na straty?

Spojrzał na nią pierwszy raz, od kiedy wsiedli do auta.

– Akurat ty nie powinnaś o to pytać.

Przygryzła wargi.

– Kiedy będę mogła wrócić?

– W każdej chwili, pod warunkiem, że jesteś gotowa na śmierć.

– Czego on szukał?

Tym razem Kaleb nie odpowiedział. Włączył wycieraczki, bo zaczął padać deszcz. Mknęli pustą drogą, w mroku, w ulewie i w ciszy. Skupił się na prowadzeniu, bo warunki jazdy nie należały do najlepszych. Ona połykała łzy, bo w jej świadomości powoli krystalizowały się fakty.

– Naprawdę wszystkich zabił? – spytała szeptem, ocierając nos wierzchem dłoni.

– Tak.

– A Igor? Powiedział, że zrobił to jego poprzednik? Czyli ty?

– Tak.

– Boże! – jęknęła, zaciskając dłonie w pięści. – Dlaczego?

– Z tego co wiem, twój kolega był bardzo zdolny. Włączono go do pewnego, ściśle tajnego projektu. Niestety, nie potrafił dochować tajemnicy. Bredził coś o prawdzie, którą powinien poznać świat. Nie byliśmy pewni, czy zdołał wykraść jakieś informacje, a tym bardziej, komuś je przekazać.

– Nikomu nic nie powiedział. Kiedy rozmawiałam z nim po raz ostatni, prosił jedynie aby powstrzymała jego dziewczynę przed przyjazdem do niego. To było dziwne samo w sobie, bo nie przepadałyśmy za sobą.

– I to wszystko? A paczka z książkami?

– Była paczką z książkami – odpowiedziała ze spokojem Amelia. Nagle straszna myśl przyszła jej do głowy. Typowa zabawa, zły glina, dobry glina. Numer trzynasty grający jej sprzymierzeńca i numer czternasty w roli bezwzględnego mordercy. – Niczym więcej. Żadnych listów, tajnych wiadomości, niezwykłych dodatków. Zresztą, pewnie sam zauważyłeś? – zwróciła się do niego z ironią.

– Tak.

Nie wyglądał na speszonego pytaniem. Za to zwolnił i skręcił w lewo. Gdzieś, pomiędzy drzewami dało się zauważyć nikłe światło.

– Motel – wyjaśnił lakonicznie. – Prześpimy się i zastanowimy, co dalej. Zwłaszcza ty.

– Chcę wrócić.

– Zabije cię.

– I co z tego? – warknęła ze złością.

– Tym bardziej będę musiał wykorzystać okazję – oświadczył ze śmiechem.

Zamilkła, oburzona jego beztroskim podejściem do tego, co się wydarzyło. Nie wyglądał, aby się bał. Przeciwnie, był niezwykle spokojny, rozweselony. A przecież skoro dobrze wszystko rozumiała, to on także był ścigany.

– Dla mnie osobny pokój – zażądała stanowczym tonem, gdy wchodzili do niewielkiej przybudówki, robiącej za recepcję.

– Nie ma mowy. Bez protestów – zastrzegł gdy już otwierała usta, aby wyrazić swój sprzeciw. – Będziemy czuwać na zmianę. Musimy być razem.

To było logiczne. Nie odezwała się więcej. A potem z niechęcią rozglądała po niewielkiej sypialni. Podwójne łóżko, telewizor wiszący na ścianie naprzeciwko, stół i trzy krzesła. Szafa stojąca całkiem z boku i wejście do łazienki, równie nijakiej, co poprzednie pomieszczenie. Kaleb zapalił jedynie małą lampę stojącą w rogu pokoju. Potem ze spokojem zdjął kurtkę, starannie powiesił ją na oparciu jednego z krzeseł i zzuł buty. Amelia zrobiła to samo, lecz niedbale rzucając płaszcz na łóżko. Podszedł, podniósł go i ze spokojem powiesił na oparciu drugiego krzesła, starannie wygładzając dłonią wszystkie zgniecenia.

– Pedant – mruknęła. – Głodna jestem.

– Rozumiem.

Na stole postawił niewielkich rozmiarów torbę. Zdziwiła się, skąd ją wziął, bo nie pamiętała aby coś ze sobą zabierał z mieszkania. Zresztą, niewiele pamiętała. Te kilkanaście minut było chaosem, którego nie potrafiła uporządkować.

– Wybór niewielki, ale głód zaspokoi.

– Naprawdę chciałabym wrócić do domu – powiedziała z rozpaczą, siadając na miękkim materacu i wplatając palce we włosy. – Nic z tego nie rozumiem. Oni zginęli, a ja czuję się taka zagubiona, przerażona…

Przyklęknął naprzeciwko.

– Weź kąpiel, zjedz coś. Prześpij się, a jutro porozmawiamy. Jeżeli nadal będziesz chciała wrócić, nie będę nalegał.

– Pomimo tego, że mnie zabije?

– Wolałbym, aby do tego nie doszło. Idziesz się wykąpać pierwsza?

Był taki chłodny, opanowany. Sama już nie wiedziała, co powinna o nim myśleć. Weszła do łazienki, oparła obie dłonie o zimną umywalkę i zapatrzyła się w swoje odbicie. Blada, wymizerowana twarz, z śladami łez na policzkach. Wykrzywione usta i rozpacz malująca się w ciemnych źrenicach. Wargi, jakby spierzchnięte, rozmazany tusz do rzęs. Czerwona pręga na szyi, pokryta zakrzepłą krwią. Była tak oszołomiona, że kompletnie o niej zapomniała.

Rozebrała się, przeprała bieliznę i powiesiła ją na nieczynnym kaloryferze. Potem weszła pod prysznic. Ciepła woda przyniosła ulgę. Stała pod gorącym strumieniem tak długo, aż poczuła jak marszczą jej się opuszki palców. W końcu wyszła i powoli, bardzo dokładnie wytarła się ręcznikiem. Rozejrzała się bezradnie. Niby co miała ubrać, w czym spać? Odgarnęła mokre kosmyki włosów i ostrożnie wystawiła głowę za drzwi.

– Miałbyś może coś czystego do ubrania? Koszulkę, może sweter?

– T-shirt?

– Może być – niemrawo się ucieszyła. Kaleb wstał i podał jej biały prostokąt. Poczekał, aż wyjdzie z łazienki, po czym sam z niej skorzystał.

Amelia z obrzydzeniem spojrzała na zapakowane w folię kanapki. Napiła się jedynie wody, po czym zajęła jedną połowę łóżka. Z ulgą przytuliła się do miękkiej poduszki, patrząc na okno, po którym spływało tysiące kropli deszczu. Z łazienki słychać było szum wody, na zewnątrz jednostajnie lało. Mała lampka dawała niewiele światła, tworząc wrażenie przytulności. Zamknęła oczy, lecz natychmiast pojawiły się niechciane obrazy. Spod powiek wymknęły się kolejne łzy.

– Nie płacz, jesteś bezpieczna. – Objął ją ramieniem, wtulając twarz w wilgotne włosy.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– Mam wrażenie, że i tak nie zrozumiesz.

– Spróbuj, przekonamy się.

Otworzyła oczy i odwróciła się tak, że teraz patrzyła prosto w spokojną twarz Kaleba. Też miał na sobie jedynie koszulkę i bokserki. Leżał na boku, opierając głowę na zgiętym ramieniu.

– Nie boisz się?

– Nie. Strach w tej sytuacji jest irracjonalnym uczuciem i może przynieść więcej straty niż pożytku.

Była pewna, że nie zrozumie, tego natłoku obcych myśli, żalu, złości, poczucia bezsilności. Nadal nie do końca wiedziała, kim był, a nawet znacznie gorzej, bo nie mogła być pewna, czy to wszystko nie jest grą. Przypomniała sobie wieczór we mgle i pomyślała, że akurat to było prawdziwe. Jego pożądanie było prawdziwe. Uniosła ramię i bardzo delikatnie obrysowała kontur męskiej twarzy, musnęła podbródek, dotknęła lekko spierzchniętych warg.

– Dlaczego? – spytała tylko, a on doskonale zrozumiał, o co jej chodziło.

– Nie domyślasz się?

– W takim razie dlaczego ja? Możesz mieć setki innych…

– Chcę ciebie, nie innych.

Krótko i na temat. Ale tym razem się nie narzucał. Leżał spokojnie, patrząc na nią z podziwem i odrobiną współczucia. Nie wiedziała, że był zdolny do tego drugiego. Nic o nim nie wiedziała, za wyjątkiem tego jak całował. Zarumieniła się, gdy powróciły tak niewłaściwe w takiej chwili wspomnienia.

– Co dalej? Ty chcesz uciec, a ja? Co ja mam zrobić?

– Uciec ze mną.

– To pomoże?

– Znam ich metody od podszewki, chociaż wiele rzeczy skrzętnie przede mną ukrywali. Wiem do czego są zdolni, ale znam też ich słabości. W tym kraju jest wiele miejsc, gdzie możemy się ukrywać miesiącami, a nawet latami. Może nawet do końca życia.

– No właśnie… ukrywać – westchnęła. – Gdybym miała to, czego szukał, to bym mu to dała. Lecz nie mam pojęcia o co chodzi. W tych cholernych książkach nic nie było. Nic!

– I tak pewnie by cię zabił.

– A ty? Dlaczego ty tego nie zrobiłeś?

– Nie zdążyłem. Zwlekałem do ostatniego dnia…

– Pewnie mając nadzieję, że uda ci się mnie przelecieć! – warknęła. – Zwlekałeś, tak?

– Zwlekałem. No i nie wybrałbym noża. Zastrzeliłbym was – dodał ze spokojem, licząc na to, że sprowokuje dziewczynę. Powinna wyrzucić z siebie całą złość i strach, bo inaczej nie będzie gotowa do podjęcia racjonalnych decyzji i może zrobić jakieś głupstwo.

– Gnojek!

Nie zaatakowała go, jak tego podświadomie oczekiwał. Skuliła się w sobie, odsunęła.

– Nic nie rozumiem…

– Nie ma czego rozumieć. Stworzono nas, wytrenowano, wręcz zaprojektowano. Wmawiano, że nie ma czegoś takiego jak wolna wola.

– I co? Doznałeś nagle olśnienia, zakochując się od pierwszego wejrzenia? – ironizowała.

– Nie, nie od pierwszego. Od drugiego też nie. W zasadzie to chciałem cię zostawić na koniec. Sam nie wiem, kiedy zrozumiałem, że przegrywam. Dla mnie to chyba jeszcze dziwniejsze, niż dla ciebie.

Był niezwykle poważny, gdy to mówił.

– Mogę się przespać? Głowa mi pęka.

– Ależ proszę. – Uniósł się, aby troskliwie okryć ją kołdrą. Patrzyła na to bez słowa, lekko oszołomiona.

– Kaleb… Co powiedziałeś, kiedy kazałam ci zachować twoje super moce dla innej?

– Co powiedziałem? – Zdumiony uniósł brwi. – Sprawdzasz mnie?

– Tak.

– W porządku. Powiedziałem „nie”. I wyszedłem.

– A w parku?

– Co w parku?

– Dlaczego przerwałeś?

– Sam nie wiem. Byłaś gorąca, wilgotna i napalona. A jednak coś mi przeszkodziło i z pewnością nie były to wyrzuty sumienia. Chociaż nadal twierdzę, że tego nie unikniemy.

– Może – przymknęła powieki. Język jej się dziwnie plątał, w głowie wirowało. Była zmęczona i z trudem koncentrowała się na własnych myślach. – Chyba zaraz zasnę.

– Śpij, ja będę czuwał.

To dziwne, ale pomimo stresu, jaki przeżyła, odpłynęła w niecałe pięć minut. Lecz pobudka nie była już tak szybka. Miała wrażenie, że unosi się w powietrzu, płynie, czasami coś spycha ją na boki. Było jej tak cudownie błogo! Odczuwała nieziemską przyjemność, rozkosz kumulującą się w dole brzucha. Jej oddech przyspieszył, dłonie uniosły się bez udziały woli, powieki drgnęły. Zaczęła cichutko pojękiwać, pieszcząc jednocześnie swoje piersi, wiercąc się niespokojnie na łóżku. Wynurzała się z odmętów snu powoli, aż nagle dotarło do niej, skąd to wszystko pochodzi. Otworzyła oczy, zamrugała nimi zdezorientowana, a zaraz potem wciągnęła ze świstem powietrze.

Pomiędzy jej rozchylonymi udami poruszała się głowa Kaleba. Już wiedziała, co robi. Pieścił ją, pomalutku doprowadzając do orgazmu. Nawet teraz, chociaż odzyskała już świadomość, nie była w stanie mu przerwać. Jego język zabawiał się z nabrzmiałą łechtaczką, palce zanurzały się i wynurzały z pulsującego ekstazą wnętrza. I nagle Amelia poddała się, buntowniczo myśląc, że to i tak wszystko jedno, skoro w każdej chwili mogła zginąć.

Rozsunęła szerzej nogi, palce wplotła w jego włosy. Jęknęła, gdy poczuła gorące wargi na swej drugiej dziurce, język usiłujący wedrzeć się do środka. Miała wrażenie, że to zbyt wiele, że nie zdoła tego wytrzymać. Prężyła się, wyginała, krzycząc z rozpływającej się falami przyjemności. I zachłannie chciała więcej. Kaleb doprowadził ją na skraj przepaści, lecz nie pozwolił, aby skoczyła. Przerwał, podciągnął się wyżej i zawisł w bezruchu nad drżącą dziewczyną. Delikatnie drażnił czubkiem penisa, jednocześnie pochwycił piersi wargami i ssał je intensywnie. Raz jedną, raz drugą, powoli zanurzając się w mokrej szparce. Gdy wypełnił ją całkowicie, rozkosznie jęknęła. Zaczął się poruszać, stopniowo przyspieszając. Jeszcze potrafił się kontrolować, ale z każdą sekundą tracił przewagę nad swym pożądaniem. I choć nie był to ani pierwszy, ani jedyny seks w jego życiu, to czuł, że tym razem było inaczej.

Hotelowy pokój wypełniły głośne jęki. Czasem stłumione, gdy namiętnie się całowali, splatając drapieżne języki i prawie gryząc się z rozkoszy. Innym razem nasilały się, roznosząc echem po sypialni. Oboje tak się zatracili w tym, co robili i czuli, że całkowicie stracili ostrożność. Gdyby wróg zapukał teraz do drzwi i tak nie zdołaliby zareagować.

W końcu wszystko stało się chaosem. Amelia zamknęła oczy, a później wbiła paznokcie w napięte mięśnie ramion Kaleba i zaczęła krzyczeć. Czegoś takiego nigdy nie przeżyła. Pierwszy orgazm w jej życiu był tak silny, że prawie straciła przytomność. Czuła, że coś gorącego wypełnia jej wnętrze. Czuła mokre, pełne żaru pocałunki. Leżała w bezruchu, podczas gdy Kaleb przytulił się do jej boku, objął ramieniem.

– Mówiłem, że to nieuniknione – powiedział schrypniętym, zmienionym głosem.

W końcu ocknęła się. Spojrzała w oczy, o tak mocno rozszerzonych źrenicach, że prawie nie dawało się dostrzec tęczówki. Na pot perlący się na czole, na lekko ironiczny uśmiech. Mętnie pomyślała, że powinna go nienawidzić. Przyznał się, że zabił Igora, a poza tym nie zrobił nic, aby ocalić jej przyjaciół. Tylko jak miała wykrzesać w sobie coś, czego nie czuła?

– To nie było fair. Spałam!

– Pięknie krzyczałaś.

– Nie zmieniaj tematu. – Przytuliła się do jego piersi, na powrót zamykając oczy. Była tak zmęczona, że nie miała nawet siły wstać i się umyć.

– Jeszcze dwie godziny do świtu. Śpij, a potem jedziemy dalej.

– Tak szybko?

– Mamy nad nim przewagę, ale nie wiadomo jak długo.

– Wiesz co? Jak czytałam jedną z książek od Igora, do tylnej okładki przylepiło się coś dziwnego…

Czuła, jak zesztywniał.

– Zeskrobałam to i schowałam w…

– Śpij. To już nie jest ważne. Dostał rozkaz i go wykona, bez względu na to, czy zwrócimy mu te dane, czy nie. Jeśli w ogóle nie był kawałek cukierka przyklejony przez przypadek.

– Może… – wymruczała.

Zasnęła kilka sekund później. Kaleb czuwał, wpatrując się w deszcz, który wciąż padał z tą samą siłą. Z satysfakcją myślał, że jednak intuicja go nie zawiodła, a Igor powierzył tajemnicę tej właśnie dziewczynie. Chociaż teraz to i tak nie miało znaczenia. Przed nimi długa podróż, wiele dni i nocy. Uśmiechnął się zwłaszcza na myśl o nocach. Zresztą i w dzień będzie można robić krótkie postoje, podczas których na pewno postara się wykorzystać sytuację. Nie do końca rozumiał swoją fascynację, nie potrafił też wytłumaczyć troski o jej bezpieczeństwo, ale miał wrażenie, że to coś całkiem nowego, coś czego bezlitośnie go wcześniej pozbawiono. Teraz był banitą, zbiegiem, obiektem do likwidacji. Często zastanawiał się czy warto.

Nie mógł zasnąć. Wstał i sięgnął po spodnie. Przy wejściu do recepcji zauważył automat z napojami i batonami. Narzucił jeszcze koszulkę, po czym wyszedł z pokoju, bezszelestnie zamykając za sobą drzwi.

Wrzucił monetę i nagle uniósł głowę, rozglądając się czujnie. Miał wrażenie, że ktoś go obserwował. Może któryś z gości cierpiał na bezsenność, a może…

– Stałeś się nieostrożny.

Kaleb uśmiechnął się krzywo. Sięgnął po puszkę wyplutą przez maszynę, po czym beztrosko ją otworzył.

– Bynajmniej. Podoba ci się, prawda? Czułeś echo mojej ekstazy?

– Czułem. Chociaż wolałbym przeżyć to osobiście. – Jego sobowtór oparł się o ścianę, krzyżując ramiona. Nie potrafili czytać nawzajem w swoich myślach, ale dzielili emocje, które towarzyszyły chociażby jednemu z nich. To właśnie przez nie popadł teraz w tarapaty. – Poczuję też twoją śmierć.

– I co dalej?

– Sam nie wiem… – zamyślił się. – Może szansę na zwycięstwo i ucieczkę, ma tylko ostatni z nas?

– Nie zamierzam się poddać i dać się po prostu zabić.

– Jesteś słabszy. Zbyt długo przebywasz wśród ludzi.

– My też nimi jesteśmy. – Kaleb zgniótł pustą puszkę i jednym celnym rzutem posłał ją do stojącego nieopodal kosza. – Chociaż wiem, co miałeś na myśli.

I nagle nieoczekiwanie zaatakował. Dwóch mężczyzn zwarło się w śmiertelnym uścisku, w potokach padającego deszczu. Kwadrans później na placu boju pozostał tylko jeden z nich. Zakrwawiony, dyszący z wysiłku. Rozejrzał się, przecierając wierzchem dłoni oczy. Jego wzrok zatrzymał się na ciemnym, sportowym wozie. Otworzył bagażnik i bez trudu wrzucił tam zwłoki przeciwnika. Pomyślał, że poszło wyjątkowo łatwo.

Ziewnął, kierując się do pokoju, w którym spała dziewczyna. Wszedł do środka, potem szybko zamknął się w łazience, pozbył mokrej odzieży oraz krwi barwiącej jego skórę. W sypialni pojawił się całkiem nagi. Położył obok śpiącej spokojnie Amelii, podparł głowę dłonią i gapił się na nią zachłannie.

Tak, była śliczna. I wyzwalała w nim coś, czego nie potrafił opisać słowami. Dla niej zdezerterował, zdradził. Wystarczyło kilka dni…

Poruszyła się niespokojnie, a potem otworzyła zaspane oczy.

– Co…

– Wszystko w porządku – odparł cicho, wodząc palcami po jej rozgrzanym policzku. – Teraz jesteśmy bezpieczni.

Kłamał. Był pewien, że do misji przygotowuje się właśnie numer piętnasty. Wyczuwał jego podniecenie, jego niecierpliwość. Wydawało mu się, że będzie nieugięty, nieczuły. Jak on, do momentu gdy pewnego wieczoru, poczuł echo przyjemności towarzyszące pocałunkowi we mgle.

– Śpij – szepnął czule, podczas gdy senna Amelia tuliła się do niego. – Śpij, a jak się obudzisz, będziemy się w końcu kochać. To nieuniknione.

Komentarze

  1. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Ale… Ale… Ale… Jak to? Zmiotło mnie to zakończenie…

  2. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    Doskonałe zakończenie, bardzo w stylu wczesnych opowiadań Kinga pisanych pod pseudonimem. Opowiadanie czytało mi się z prawdziwą przyjemnością. Pozdrawiam,
    Annushka.

  3. A
    Anonimowy
    | Odpowiedz

    A kiedy będzie całość? 😀

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Link jest podany powyżej tekstu w tym poście 🙂

  4. y
    yas
    | Odpowiedz

    Super jest to opowiadanie, a najlepsze, że widać, jak się rozwinęłaś odkąd je napisałaś. Nie chodzi o fabułę, ale budowanie akcji, motywację bohaterów. Tutaj już było fajnie, ale teraz jest znacznie lepiej 🙂 Nic nie jest czarno -białe, schematyczne, przewidywalne.
    W „Obcym” mamy niby schemat, tajemniczy, groźny, seksowny „on” i kobieca, delikatna, ale wygadana „ona”. Mimo wszystko wciąga:)

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dziękuję 😀 W końcu o to chodzi, aby się rozwijać i pisząc, jak najlepiej przekazywać własne myśli :-)))

  5. M
    Monika
    | Odpowiedz

    Gdzie mogę znaleźć dalsze części opowiadania

  6. D
    Dominika
    | Odpowiedz

    Ja potrzebuje wieeeeecej 😍gdzie znajde moje „wieeecej”?

Napisz nam też coś :-)