zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).
  • Nowość

Piernikowa magia (I)

0 Review
Ilość

favorite Dodaj do mojej półki

Zapraszamy Was na pierwsze ze świątecznych opowiadań. Bezpłatne oczywiście, chociaż jeśli chcecie przeczytać całość, musicie kliknąć w ikonkę patronite ;-) Powtarzam, opowiadanie jest bezpłatne!!! Żeby nikt nie miał wątpliwości.

A poniżej krótka zapowiedź.

.

 

Chociaż na dworze panował okropny ziąb, to z nieba nie spadł nawet jeden, najbardziej lichy płatek śniegu. Za to jakby na przekór wszechobecnemu zimnu, wesoło świeciło słoneczko.

Biegłam wyludnioną ulicą, w duchu przeklinając zegarek, który akurat tego poranka postanowił zastrajkować. Byłam już spóźniona o dobry kwadrans i rozpaczliwie odsuwałam od siebie myśl, że aby dostać się do pracy, stracę kolejny. Całe piekielne pół godziny! I to na dodatek w tak ważnym dla firmy dniu. Pech! Po prostu pech! przeklinałam w duchu, starając się otulić puszystym szalem, bo oczywiście w pośpiechu zapomniałam czapki. Zaterkotała komórka i wtedy potknęłam się o wystającą płytę chodnika. Tym razem zaklęłam na głos. Skostniałymi z zimna rękoma wygrzebałam telefon z torebki i odebrałam.

– Cześć kochanie. Nie, nie rozchorowałam się. Będę za jakieś pięć minut. Budzik mi nawalił…

Głupio się poczułam, wygłaszając taki banał, ale co mogłam poradzić, że akurat była to prawda? Nic. Sęk w tym, że na dziś mieliśmy zapowiedzianą wizytę szefa szefów. Powinnam była stać na baczność przy swoim biurku, a nie pędzić ulicą w niedopiętym płaszczu, z paniką w oczach. Markotnie pomyślałam, że jedynym plusem będzie to, iż w końcu mnie wywalą. Nie cierpiałam tej pracy, dusząc się w ciasnych, biurowych pomieszczeniach, w eleganckim kostiumiku, w atmosferze ciągłego wyścigu szczurów. To stanowczo nie były moje klimaty i gdyby nie pensja, gdyby nie pieniądze, które były w tej chwili tak potrzebne, to uciekłabym stamtąd po pierwszym dniu. A tak zaciskałam zęby i zjawiłam się o poranku, coraz bardziej zniechęcona i zagubiona.

Gwałtownie przystanęłam. Czując narastającą panikę, rozejrzałam się dookoła. Rany boskie! Gdzie ja u licha jestem? Zaraz, zaraz… Powinnam była skręcić w tą wąską uliczkę po prawej, lecz w pośpiechu pobiegłam prosto i znalazłam się w mało znanej okolicy. Rzadko tu bywałam, zwłaszcza że moje mieszkanko wynajmowałam zaledwie niecały miesiąc.

Ulica była wąska. Po obu stronach stały stare kamienice, jedne odnowione, inne przypominały ruiny, z sypiącym się tynkiem i szarymi murami. Na parterze widać był małe sklepiki, obecnie zamknięte na cztery spusty, straszące brudnymi oknami, oklejonymi pstrokatymi ogłoszeniami.

Poza jednym. Ścianę dookoła niego pomalowano w przyjemnych dla oka, pastelowych kolorach. Okno lśniło w promieniach słońca, a wystawa przyciągała wzrok jak magnes. Podeszłam bliżej, w zdumieniu przyglądając się bogactwu za szklaną taflą. Widok był iście bajkowy. Piernikowy raj! Piernikowe miasteczko. Domy, domki, ba! nawet niewielki kościółek i karczma. I to wszystko skąpane w puszystej bieli lukru. Malutkie postacie ubrane w kolorowe wdzianka, z uśmiechniętymi twarzami, bałwanki z marchewkowymi nosami, łaciate pieski kręcące się pod nogami, dumnie paradujące pręgowane koty. Na dachach piernikowych chatek przysiadło kilka szarych, piernikowych wróbelków. Tam przynajmniej panowała śnieżna zima. Aż niemożliwym wydawało się, że to wszystko mogłoby być jadalne. Lecz intuicja podpowiadała mi, że było. A nad miasteczkiem wisiały mieniące się srebrzyście gwiazdy i pyzaty księżyc w lukrowanej czapce. Lecz to bynajmniej nie było wszystko. Dookoła leżały, zwisały na czerwonych wstążeczkach i stały inne wypieki. Pierniki, pierniczki, cukiernicze cacka, udekorowane tak, aż poczułam gwałtowne burczenie w żołądku. Dyskretnie podświetlone, ciepłym złocistym światłem, które wylewało się jakby z wnętrza domków.

Położyłam obie dłonie na tafli okna, całkiem zapominając, że jeszcze przed chwilą tak bardzo się spieszyłam. Piernikowe miasteczko zauroczyło mnie, zafascynowało. Nie byłam w stanie oderwać od niego oczu przez bardzo, bardzo długi czas. Dopiero gdy mój telefon zaterkotał po raz kolejny, ocknęłam się i z żalem oderwałam wzrok od bajecznego widoku. Nie odebrałam, bo i po co? Co miałam powiedzieć? Za to uważniej przyjrzałam się sklepikowi. A w zasadzie malutkiej kawiarence. Westchnęłam rozczarowana, gdy uświadomiłam sobie, że o tej porze jest jeszcze zamknięta. Cóż, dwóch godzin nie będę sterczeć pod drzwiami. Za to przyjdę tutaj zaraz po pracy. A jeśli mnie wywalą, to może i prędzej… Zaniepokojona zerknęłam na zegarek. O Boże! Za piętnaście dziewiąta! Ruszyłam biegiem w powrotną drogę, z prawdziwym żalem opuszczając poznane przed chwilą miejsce. Dziesięć minut później dotarłam zziajana do wysokiego, eleganckiego budynku. Chciałam wbiec po schodach, ale oczywiście zapomniałam, że mam na sobie buty na mega wysokich obcasach. Mało stabilne i złośliwe. Potknęłam się i wylądowałam czterema literami prosto na chodniku. Klnąc na czym świat stoi, pozbierałam się i wstałam. Tym razem byłam ostrożniejsza. Za to kiedy byłam już o krok od celu, ktoś zgrabnie mnie wyprzedził. Lecz bynajmniej nie w celu dżentelmeńskiego przytrzymania ciężkich drzwi.

– Co za buc! – sapnęłam z oburzenia w kierunku znikających męskich pleców. – Słyszałeś?! – wrzasnęłam poirytowana, grożąc mu zaciśniętą pięścią. – Ty chamie niemyty!

I weszłam do środka. Cham niemyty miał gdzieś moją opinię i nie oglądając się za siebie, szedł w kierunku windy. Jeszcze raz pogroziłam jego tyłowi i pech chciał, że w tym momencie się obrócił.

.

Jeśli chcesz przeczytać całe, bezpłatne opowiadanie, kliknij w ikonkę patronite!

babeczkarnia

Opowiadanie

Autor
Babeczka
Stan
Trwające
Cena
Płatne

Zobacz także