zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).
  • Nowość

Operacja "wigilijna opowieść" (I)

0 Review

Jeśli chcesz przeczytać więcej i zapłacić sms

lub przelewem, kliknij tutaj!

Ilość

favorite Dodaj do mojej półki

Słowa wstępu nie będzie :- ) Kto mnie czyta, ten wie, że lubię być tematyczna. Nie zawsze, ale lubię. Więc mamy kolejną świąteczną historyjkę…

.

Ona

Zaczęło padać we wtorek, przed południem. Teraz nadal z nieba leciał biały puch, choć był już piątek. Za oknami widziałam zaśnieżone drogi, ogromne zaspy, drzewa uginające się pod zbyt dużym dla siebie ciężarem. Szykowały się wybitnie białe święta. Najchętniej skuliłabym się pod ciepłym kocykiem, z kubkiem gorącej czekolady w dłoni, z lubością delektując się jej smakiem i zapachem, gdyby nie praca. Co prawda najwięcej roboty i tak miał Mikołaj wraz ze swoją ekipą elfów, ale taka wróżka na etacie też miała sporo do załatwienia tuż przed Bożym Narodzeniem. Po raz kolejny zastanowiłam się, na cóż mi to było. A przecież tak naprawdę nie miałam wyboru.

Zaterkotała moja służbowa komórka. Poirytowana odrzuciłam koc i wstałam z głośnym stęknięciem. Doskonale wiedziałam, co mnie czeka. Co roku ten sam numer, co roku musiałam nawracać jakiegoś drania bez sumienia. Mój durny przełożony zachwycony „Wigilijną opowieścią”, wdrożył kilka lat temu w życie podły plan, przez który my wróżki, nie mogłyśmy zażywać zasłużonego odpoczynku w święta. Szczerze mówiąc, to te nadgodziny już mi nosem wychodziły…

Chwyciłam czarodziejskie lusterko i wymamrotałam pod nosem zaklęcie.

– No, nareszcie – rozległ się zrzędliwy głos mego szefa i ukazała się jego gładka, pełna anielskiej zadumy, twarz. Nie cierpiałam gada, ale cóż mogłam poradzić. Kontrakt to kontrakt. Musiałam zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze dwa lata. – Co tak długo Marcjanno?

Tylko on zwracał się do mnie pełnym imieniem. Wyszczerzyłam zęby, starając się wyglądać na w miarę zadowoloną, a prawą ręką przygładziłam wzburzone włosy.

– Spałaś?

– Ależ skąd. Sprzątałam – skłamałam gładko, nie przerywając kontaktu wzorkowego.

– Sprzątałaś? – spytał z powątpiewaniem. – Mniejsza z tym. Wiesz dlaczego dzwonię?

– Tak – westchnęłam, w duchu życząc padalcowi, by go zgwałciło kiedyś stado trolli. – Operacja „Wigilijna opowieść”.

– W tym roku mam dla ciebie wyjątkowy egzemplarz.

Ożeż ty! Gdy ostatnio tak mówił, trafiłam na psychopatycznego mordercę kanibala, który usiłował przyrządzić ze mnie świąteczną pieczeń. Wróżka nie wróżka, twierdził ów popapraniec, grunt, że świeże mięsko. Wzdrygnęłam się, z obawą oczekując na kolejne słowa.

– Jak bardzo wyjątkowy?

– Bardzo, bardzo – pętak pokiwał z namaszczeniem głową, gapiąc się prosto w dekolt mojego sweterka. Odruchowo zasłoniłam się leżącą obok poduszką. Nie będzie mi się tu zboczeniec jeden gapił w cycki!

– Mam złe przeczucia – mruknęłam.

– Co?

– Nic, nic. Czekam z niecierpliwością na szczegóły.

Na stole kuchennym pojawiła się duża, szara koperta. Nasz wydział należał do najbardziej zacofanych. Inni dostawali maile, instruktarzowe filmiki na youtubie, wsparcie informatyków, a u nas wciąż po staremu – foto oraz ręcznie pisane notatki. Zamiast komputerowców, pokręcony szaman voodoo. Co za cholerny świat!

– Przejrzyj wszystko i w razie pytań, kontaktuj się z Amadeuszem. On w tym roku koordynuje całą akcję.

W życiu! Zastępcy szefa nie cierpiałam jeszcze bardziej. Poza tym doskonale wiedziałam, co mam robić. Najpierw pojawiam się jako pokutująca dusza. Potem kolej na ducha ubiegłych świąt. I tak dalej, aż do szczęśliwego finału. Szczęśliwego w założeniu, bo w rzeczywistości różnie bywało. Westchnęłam i rozłączyłam się. Zanim przystąpiłam do zapoznania się z zawartością szarej koperty, przygotowałam sobie jeszcze kubek gorącej czekolady, i dopiero potem usiadłam przy stole. Wyjęłam ze środka spory plik, ze zdjęciami na wierzchu i zamarłam.

Ale ciacho! pomyślałam z zachwytem. Zaraz potem dotarły do mnie dwie rzeczy. Po pierwsze musiał być niezwykle zepsuty powodzeniem, a po drugie regulamin mojego kontraktu stanowczo zabraniał jakichkolwiek bliższych kontaktów. Zwłaszcza intymnych. Westchnęłam z żalem. No dobrze, będę mogła sobie chociaż popatrzeć do woli. Dopiłam czekoladę i w punktach wypisałam cały plan. Wigilia – pojawiam się jako duch jego… zaraz, muszę zajrzeć w dokumenty. Ukochana ciotunia? Może być. Potem mamy wszystkie zjawy po kolei i tutaj mogę sobie poszaleć, zmieniając zewnętrzny image. Na samym końcu wielki finał, choć kto wie czy się podlec nawróci na drogę cnoty i ożeni z cud dzieweczką o skromnej aparycji oraz oszałamiającej urodzie. Skrzywiłam się. Moja umowa o prace wygasała za sto dwanaście lat. Ogólnie przyjemna robota, podłożyć monetę dziecku pod poduszkę i zainkasować należny ząbek, wyczarowywać piękne sny, pokręcić się w szpitalu na porodówce i takie tam głupotki. Wyjątek stanowiła właśnie operacja „wigilijna opowieść”. Trudno. Jeśli mojemu szefowi się nie znudzi, czeka mnie jeszcze sto dwanaście takich akcji. Ponownie zerknęłam na zdjęcie. Potem z cichym westchnieniem przystąpiłam do czytania informacji o tegorocznym kandydacie. Za oknem nadal padał śnieg. Z oficjalnego źródła wiedziałam, że przestanie dopiero po nowym roku i to choć odrobinę poprawiło mój parszywy humor. Bo ja uwielbiałam mroźne, śnieżne zimy.

***

Facet wyglądał jak milion dolarów, ale miał dość nietypowe imię. Czesław. Czesio. Zakłopotałam się, bo jak nic przypomniała mi się pewna kreskówka. Naprawdę, nie pasowało do niego. Okaz zdrowia, były sportowiec, wyposażony w potężne bicepsy i olśniewający bielą uśmiech. Smagła cera, twarz jak spod dłuta zręcznego rzeźbiarza i te lazurowe oczęta… I ja miałam się zwracać do niego per „Czesiu”? Za cholerkę mi nie pasowało.

Cóż zrobić. Zamieniłam się w nadobną cioteczkę, starając się, aby moja postać była cokolwiek przejrzysta. W końcu miałam robić za ducha. Potem pstryknęłam palcami i w mgnieniu oka znalazłam się przed odrapanymi drzwiami w starej kamienicy. Na korytarzu panował półmrok, zalatywało lekko stęchlizną i świątecznymi potrawami. Ciekawe czy Czesio był w domu? Taki pogromca kobiecych serc z pewnością szykował się właśnie na jakiś upojny wieczór w damskim gronie. To właśnie było najgorsze – miałam go naprowadzić na drogę cnoty, skłonić do ożenku oraz, co najważniejsze, do wierności. Czarno to widziałam.

Odetchnęłam głęboko i przepłynęłam przez drzwi. Brrr! Nie cierpiałam tego, bo drewno drapało moją delikatną skórę, ale duchy przecież nie używają dzwonka. Unosząc się kilkanaście centymetrów nad ziemią, majestatycznie wpłynęłam do salonu i zdębiałam.

Ciężko ludzkimi słowami opisać bałagan jaki tu panował. Chlew totalny! Istna stajnia Augiasza! Połamane meble, smętnie zwisające z okna firanki z ogromnymi dziurami, kikuty wyschniętych roślin w doniczkach, walające się wszędzie resztki jedzenia, puste butelki i cała masa opakowań. A nad tym wszystkim górował ogromny, nowoczesny telewizor. Przed nim, na brudnej, zdezelowanej kanapie siedział, a właściwie na wpół leżał jakiś typek spod ciemnej gwiazdy.

Czy ja oby dobrze trafiłam? Sprawdziłam adres. Wszystko się zgadzało. Potem zerknęłam na typka, który rozwalony na kanapie, dłubał jednym palcem w nosie. Później wygrzebałam z kieszeni fotografię i porównałam ją z oryginałem. Raz, drugi, trzeci. Cholera! Chyba się ktoś w kadrach pomylił. To coś zarośniętego, solidnie kudłatego i ze sporą fałdką w okolicach pasa, w najmniejszym stopniu nie przypominało przystojniaka ze zdjęcia. Na dodatek te krótkawe, workowate spodnie. Przybrudzony, tłustawy podkoszulek. Rozczłapane kapcie, z dziurą, przez którą wyglądał duży paluch. Nieee… To po prostu niemożliwe!

Wtedy nagle ciszę przerwał dziwny dźwięk. Osobnik na kanapie chrząknął, nabrał powietrza do ust i zaśpiewał schrypniętym, pijackim głosem:

– Chodź malutkaaa, zrobimy sobie krasnoludkaaa! A jak się nie udaaa, zrobimy sobie wielkoludaaa!

Po czym czknął i dał solidnego łyka z przybrudzonej butelki, którą trzymał w prawej ręce. A ja otrząsnęłam się ze zgrozą, wycofałam na palcach i za progiem trzęsącymi rękoma wyjęłam z torebki komórkę.

.

Jeśli chcesz przeczytać więcej i zapłacić sms lub przelewem, kliknij tutaj!

babeczkarnia

Opowiadanie

Autor
Babeczka
Stan
Trwające
Cena
Płatne

Zobacz także