zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).

Biała 2 (XII)

CENA: przelew 1,60 zł, lub sms 2,46 zł

Rozdział 23

- Stop, stop, stop. – Odepchnęłam ją delikatnie, ale stanowczo. – I’am not a lesbian. Sorry.
- I know, but I wanted to try your lips. – Nie wyglądała na zawiedzioną, raczej rozbawioną. – Comme one, I’ll wash your hair. Nothing more.

Miałam dwa wyjścia. Albo nabzdyczyć się i odpłynąć, dokończyć toaletę samodzielnie. Albo oddać włosy w jej ręce, bo przecież nie zgwałci mnie, a i korona mi z głowy nie spadnie. Wybrałam drugą opcję, postanawiając cieszyć się zrobieniem czegoś za mnie. Wygłodniała Samica sądziła podobnie i całą sytuację skwitowała pogardliwym wzruszeniem ramion, po czym rozłożyła się golutka na trawie, oddając skórę przypiekaniu przez słońce.

- Przed nami kawał drogi. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Adama.

 Jechaliśmy już od kilku godzin, krajobraz zmienił się na górzysty, kipiący świeżą zielenią. Jechało się wygodnie, można się było rozpędzić, bo o dziwo bardzo rzadko trafialiśmy na porzucone auto, które tarasowałoby przejazd. Raptem dwa razy byliśmy zmuszeni do zejścia z motocykla. Za pierwszym zmusił nas do tego tarasującym przejazd traktor. We wnętrzu, na miejscu kierowcy tkwił wysuszony szkielet, z resztkami ubrań. Drugi to autobus, do którego woleliśmy nie zaglądać.

- Czy w Monte Carlo chcesz zostać na dłużej? – Byłam ciekawa zamiarów Adama.
- Nie wiem. – Chyba sam był zdziwiony własną odpowiedzią. – Po ostatnich wydarzeniach coraz mniej tęsknię za poznawaniem świata. A ty czego chcesz?
- Czego chcę? – Zamyśliłam się na dłuższą chwilę. – Piękna natury z dala od ludzi. Zaszyć się z tobą gdzieś na odludziu i kochać się godzinami, pić wino i nie martwić niczym. Tylko tyle i aż tyle.
- Podoba mi się twój plan. – Słyszałam uśmiech w głosie. – Nie dane nam było pobyć samotnie we dwójkę. Ciągle ktoś coś.

Miał pewnie na myśli Mateusza i dziewczynę, której imienia nie poznałam, ale nie ciekawiło mnie ono. Miałam przed sobą jej plecy i śmiać mi się chciało, gdy przypomniałam sobie zazdrość wywołaną widokiem jej nieziemsko zgrabnych nóg, przylegających do ud Adama. Cieszyłam się, że to z nim jechała. Drażniłby mnie jej dotyk, a tak była mi obojętna.

- Dojeżdżamy. – Znów się zamyśliłam, wpadając w trans, jazdą przed siebie. – Wjedziemy do miasta drogą, na której co roku odbywał się rajd. Było, minęło i nie wróci.

Jakby dla zaprzeczenia jego słowom, zza zakrętu wyskoczyło rozpędzone auto. Nie zdążyliśmy nawet zwolnić, co dopiero mówić o zatrzymaniu się. Po chwili kolejne, równie szybko przejechało obok nas, nie reagując w żaden sposób na spotkanie. Pomknęło, kilka sekund później nie słyszałam już silnika.

Jechaliśmy dalej, ale wyczuwałam nastrój Adama. Tak jak przedtem cieszył się na to, co spotkamy w odwiedzanym mieście, tak teraz niepokoił się pewnie, jakie wariactwo zastaniemy, która część człowieczeństwa wyjdzie w spotkanych ludziach, na plan pierwszy. Zgasła radość po tym, czego doświadczył w Wenecji.

- Jeśli coś ci się nie spodoba, to wyjedziemy jeszcze dzisiaj. – Nie wiem, czy mówiłam to by uspokoić jego, czy siebie.
- Ok. – Chyba był bardziej spięty, niż go o to podejrzewałam.

Wtoczyliśmy motocykle do miasta, uważnie rozglądając się, jakby w oczekiwaniu złego. Niepotrzebnie, bo miasto zaskoczyło nas panującą atmosferą. Popołudniowe słońce odbijało się w jasnym tynku budynków. Piękno zabytkowych kamienic wprawiało w zachwyt. Widziałam kilka osób siedzących na ławkach przy promenadzie. Nie wyglądali na zmartwionych, podwyższona czujność też nie rzucała się w oczy. Raptem dwie osoby odwróciły głowy, by na nas spojrzeć. Może tutaj było normalnie?
Jechaliśmy drogą, po lewej widziałam morze i kołyszące się na wodzie jachty.

- Może przenocujemy w którymś? – Adam jakby czytał mi w myślach.
- Czy to twoje marzenie? –Spróbowałam odczytać i jego. – Nie widziałam dotąd jachtu z tak bliska.
- Ja też – zaśmiał się. – Co dopiero w takim mieście. Ech – westchnął. – Dużo dokonaliśmy jako ludzie, a jakiś wirus sprzątnął praktycznie nasz gatunek z powierzchni planety.
- Na nasze własne życzenie. – Piękne, zadbane kamienice robiły ogromne wrażenie. Bogactwo wisiało w powietrzu. Atmosfera przepychu została mimo, że właściciele zniknęli.
- Zatrzymajmy się, bo moja pasażerka czegoś chce. – Widać Adam też nie zadał sobie trudu, by poznać imię blondynki. – Zjeżdżam.

Wolałam stanąć na poboczu na wypadek, gdyby znów miał nas mijać jakiś pseudo rajdowiec w rozpędzonym samochodzie. Blondynka zsiadła, zdjęła kask, odłożyła go na ziemię, przeciągnęła się. Znów rzuciło mi się w oczy jej piękno. Była doskonała i wyglądała świeżo, mimo kilkugodzinnej drogi.

- I want to thank you for the rescue – mówiła uśmiechając się, przeskakując wzrokiem z twarzy Adama na moją i z powrotem. – Be happy. - Skłoniła się. – See you one day. – Mrugnęła do mnie okiem. – Or not.

I śmiejąc się pobiegła w kierunku budynku, na elewacji którego widniał symbol. Podobny widziałam wytatuowany na jej szyi, kilka centymetrów pod uchem. Przedstawiał dwa, sczepione ze sobą kółka, z których wychodzą krzyżyki. Symbol płci żeńskiej razy dwa. Że też nie skojarzyłam od razu, jej preferencji. Wyglądało na to, że ten budynek zawłaszczyły kobiety, preferujące płeć własną, ponad przeciwną. Odruchowo rozejrzałam się, wypatrując symbolu gejów.

- To co robimy? – Patrzyłam na blondynkę, która przed wejściem do budynku zatrzymała się na chwilę, by nam pomachać. Odmachałam jej, Adam zrobił to samo.
- Jest wieczór, za trzy godziny zapadnie zmrok. – Wyłączył silnik, przeciągnął się. – Warto byłoby się gdzieś tutaj przespać, a rano pomyślimy, co dalej.
- Wygląda, że jest spokojnie, ale może i tak jedno z nas będzie spało, a drugie przypilnuje bezpieczeństwa śpiącego? – Odwzajemniłam uśmiech jednego z chłopaków, którzy przechodzili drugą stroną ulicy. – Przez Wenecję nie czuję się już tak bezpiecznie w mieście. W Katowicach było chyba najnormalniej.
- Mi to mówisz? – Uśmiechnął się, patrząc na moje ramię. Nie wiedzieć kiedy, dłoń powędrowała na plecy, palcami obejmowałam kaburę. – Pamiętaj, że jak zatęsknimy za naszym miastem, to zawsze możemy do niego wrócić.
- Jasne. – Znów ciepłe uczucie zalało mi serce. – Teraz jednak jesteśmy tutaj, więc cieszmy się tym, co mamy.

Na dłuższą chwilę zamilkliśmy, wpatrując się sobie w oczy. Żadne nie wypowiedziało ani słowa, ale nie było takiej potrzeby. Uczucia kipiały, czuliśmy to oboje. Dopiero skrzek jakiegoś ptaszyska przelatującego nad głowami, wyrwał nas z zapatrzenia.

- To reflektujesz na jacht? – Głową wskazał białe potwory, leniwie kołyszące się na wodzie.
- Mówisz o tych pływających domach piętrowych? – Naprawdę tak wyglądały. Dwa tarasy, anteny na dachu, bogactwo pasujące do tutejszego otoczenia. – Chętnie nabędę nowe doświadczenie.

Powyżej to tylko fragment opowiadania.
Jeśli chcesz przeczytać całą część, to zapraszamy do zakupu.


Śledź też nasze opowiadania na stronie patronite.pl

Jedno z nich zawsze jest dostępne bezpłatnie.

Opowiadanie

Autor
Mikakamaka
Stan
Zakończone
Cena
Płatne

Zobacz także