zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).
  • Nowość

I znowu coś dłuższego wychodzi :-) I panuj tu człeku nad opowiadaniem :-)
Jakby ktoś nie zauważył, to chwalimy się, że komentowanie jest poprawione i można komentować od razu pod tekstem :-)

Rozdział 16

Krystyna

- Hej. – Nowa objęła mnie, uspokajająco gładziła po plecach. – Co się dzieje? Krysia.

- Przepraszam, rozkleiłam się. – Pociągnęłam nosem, odsunęłam się, unikając patrzenia jej w oczy. – Serce nie sługa i takie tam.

- Facet cię wystawił? – Ściągnęła usta, zmrużyła oczy.

- Nie facet, kobieta. – Nie wiem, czemu jej to powiedziałam. Skrzętnie ukrywałam swoje preferencje wiedząc, że ludzie są mało tolerancyjni. – Przepraszam. – Zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. – Nie powinnam cię obarczać swoimi problemami. – Otarłam nos wierzchem dłoni. – To chyba przez te święta.

- No co ty, Krysia. – Julka podeszła, założyła mi kosmyk włosów za ucho. – Jestem człowiekiem i nawet nie wiesz, jak bardzo podobnym do ciebie. – Złapała mnie za brodę, zmusiła bym spojrzała jej w oczy. – Cieszę się, że mi to powiedziałaś.

- Naprawdę? – Czyżby kogoś obchodził mój los? Rozklejam się. Muszę przestać!

- Naprawdę, naprawdę. – Uśmiechała się kącikiem ust, patrząc spod długich, czarnych rzęs. – Wierzę w zrządzenie losu. Nie bez powodu spotkał nas dzisiaj z sobą.

I pochyliła się, musnęła moje wargi swoimi. Nie zareagowałam, bo byłam zbyt zszokowana tym, co właśnie miało miejsce.

- Dlaczego mnie pocałowałaś? – Odsunęłam się, plecy napotkały ścianę windy. Żadna z nas nie wcisnęła przycisku, winda wciąż tkwiła na najwyższym piętrze.

- Bo jesteś smutna. – Uśmiech nie znikał z jej ślicznej twarzy. Uniosła dłoń, znów założyła mi kosmyk za ucho, powiodła palcem od małżowiny przez linię brody i na usta. – Bo mi się podobasz. Bo ładnie pachniesz. – Pociągnęła nosem przybliżając się z powrotem do mnie. – Bo obudziłaś jakąś dziwną tęsknotę. Bo smakujesz tak, że chcę więcej.

I znów wzięła sobie moje usta, tym razem wpychając w nie język. Byłam oszołomiona i przerażona, a zarazem… podniecona?!

Jak to? Dlaczego tak nagle? Przecież nie znam dziewczyny!

- Zaskoczyłam cię. – Odsunęła się po dłuższej chwili, ja nadal nie reagowałam. – I dobrze. Przynajmniej przestałaś płakać. – Mrugnęła okiem, wcisnęła przycisk z cyferką zero. – A teraz rozprawmy się z tym zwariowanym dniem. – Poczułam ruch windy, jechałyśmy w dół. – Miło będzie odpocząć od wariatkowa, w które zmienia się mój dom w wigilię.

No to się porobiło. Kto by pomyślał? Na chwilę zapomniałam o bolącym sercu.

***

Zośka

Starsi państwo okazali się bardzo miłym, uśmiechniętym i pogodnym duetem. Oboje eleganccy, ale nie w krzykliwy sposób. Stonowany ubiór, kobieta z włosami zafarbowanymi na jasny blond, mężczyzna już całkowicie siwy. Biło od nich dopasowanie i wzajemny szacunek. Jedno reagowało na drugie i spora część komunikacji między nimi odbywała się za pośrednictwem gestów, dotknięć, czy ruchów głową. Kobieta wskazała na torebkę, jej mąż sięgnął do jej wnętrza po dokumenty. Uniosła brew, on już wiedział że chodzi o rękawiczki, które w roztargnieniu zostawił na kontuarze recepcji. Weszli do windy, Andrzej wtoczył na wózku ich bagaż do windy towarowej. Drzwi zamknęły się, mi serce ścisnęła nieznana tęsknota.

Pomyślałam, że chciałabym zaznać czegoś podobnego. Wieloletniego dopasowania, przyzwyczajenia i akceptacji. Wiedziałam, że to możliwe. Moi rodzice też tak na siebie reagowali. Jakby szli przez życie tańcząc. Odrywali się od siebie na godziny, popołudniami wracali do siebie. Tak, życie przypomina tango. Pełne pasji, zmian tempa, oczywiście jeśli ma się do niego parę. Bo do tanga trzeba dwojga. Tak, te słowa piosenki opisywały prawdę.

Zastanowiłam się, jakby to było być z Wojtkiem. Tak na co dzień, w zwyczajności dnia. Rano wstać, ubrać się, wypić wspólną kawę, zjeść śniadanie. Wieczorem wrócić do siebie, kochać się, albo tylko obejrzeć razem film. Pierwszy raz naszła mnie podobna myśl. Nie przez starszych państwa. Oni byli tylko wyzwalaczem tego marzenia. Stało się tak za sprawą Wojtka i tego, że już za nim tęskniłam. Ledwie powstrzymywałam się przed ciągłym rozglądaniem na boki w nadziei, że może dojrzę go w pobliżu, natknę się na czarnookie spojrzenie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zalała mnie pewność że uczucie, które interpretowałam jako fizyczny pociąg do przystojnego mężczyzny, jest czymś o wiele bardziej złożonym i pełnym. Bałam się jeszcze użycia tego dużego słowa.

Czy to możliwe, żeby zakochać się w wieku trzydziestu sześciu lat? Siostra i bracia już dawno pozakładali rodziny, rozmnożyli się, obrośli w tłuszczyk. Tylko ja wyłamałam się ze schematu i myślałam, że taki stan będzie trwał na zawsze. Byłam pewna, że jestem inna, niestworzona do życia w duecie. W sumie to lepiej późno, niż wcale. Żyłam w nieświadomości tego dławiącego szczęścia, które teraz mnie przepełniało mnie, ulewało się nosem.

Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk dzwonka, pojedynczy sygnał wydawany przez otwierające się drzwi windy. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że od dobrych kilku minut stoję na środku holu, wlepiając wzrok ścianę przed sobą.

- No ładnie – mruknęłam pod nosem, przeczesałam palcami włosy. – Kto by pomyślał, że ten stan nie jest tylko wymysłem wygłodzonych uczuciowo pisarek romansów. Ja pierdolę.

Myśli umknęły w momencie, w którym drzwi windy rozsunęły się i wyszedł z niej Wojtek. W brzuchu rozszalało się stado motyli, w gardle napęczniała radosna gula. Miałam ochotę podbiec do niego i rzucić mu się na szyję. Zamiast tego stałam, niczym słup soli i wpatrywałam się w faceta z moich marzeń, niczym sroka w pizdę.

Ciąg dalszy na

Opowiadanie

Autor
Mikakamaka
Stan
Trwające
Cena
Płatne

Zobacz także