zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).
  • Nowość

Nie pukam, nie muszę (całość)

CENA: przelew 6,40 zł, lub sms 11,07 zł

– Cholera! – zaklął mężczyzna, usiłując wydostać się z leżącego na prawym boku samochodu. Miał problem z odpięciem pasa, ale udało mu się wyjąć zza cholewy buta nóż i po prostu go przeciąć. Potem wygramolił się na zewnątrz i dygocząc w chłodzie zimowego poranka, drżącymi dłońmi wyłuskał z kieszeni paczkę papierosów. Zaciągając się dymem, powoli uspokajał rozedrgane nerwy, jednocześnie szacując straty.

Z całej ich trójki tylko on miał zapięty pas. Pozostali zlekceważyli ostrzeżenie, że droga jest ślizga i mogą mieć kłopoty. Teraz jeden z jego wspólników leżał kilka metrów dalej, z roztrzaskaną głową, a drugi zwisał na krawędzi rozbitego okna. Nawet do nich nie podszedł, bo nie wierzył, że któryś mógłby przeżyć.

– Kurwa jego mać! – zaklął po raz drugi. Co prawda cały łup należał teraz tylko do niego, ale jakoś ta myśl wydawała się w obecnych warunkach mało pocieszająca. Przetarł dłońmi zakrwawioną twarz i dopiero wtedy spostrzegł, że od strony miasta nadjeżdża radiowóz. Wysyczał kolejne niecenzuralne słowo, a potem postarał się przybrać oszołomiony i bezradny wyraz twarzy. Na jego szczęście, policjant, chociaż zwykle jeździli parami, teraz był sam. Wysiadł i nie spodziewając się niczego złego, w pośpiechu ruszył na ratunek zdezorientowanej ofierze wypadku, za jaką wziął zakrwawionego mężczyznę w poszarpanym ubraniu. Nie zauważył błysku w ciemnych oczach nieznajomego, ani też tego, że jego prawa ręka powędrowała za plecy. A kiedy rozległ się huk wystrzału, było już za późno. Z przestrzeloną głową, ze zdumieniem na piegowatej twarzy, osunął się na ziemię. Wtedy jego morderca podszedł bliżej i dla pewności władował w bezwładne ciało połowę magazynku.

– Sorry młody – mruknął. – Znalazłeś się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie.

Rozejrzał się czujnie dookoła, lecz na pustej drodze nie pojawił się żaden inny zbłąkany kierowca, a wśród ośnieżonych drzew, żaden niepożądany świadek tego wydarzenia. Zatknął broń za pasek spodni, a potem kucnął, odwracając ciało martwego policjanta. Patrzył teraz prosto w jego oczy, w pustkę, której nie wypełniało nawet ulotne tchnienie życia. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Wstał, otrzepał spodnie i zapalił kolejnego papierosa. Jego myśli galopowały jak szalone, bo tak naprawdę w każdej chwili mógł się znów ktoś pojawić. W końcu sięgnął po grubą, zimową kurtkę, która leżała na tylnym siedzeniu radiowozu i wrócił do własnego auta. Z bagażnika wyjął sporych rozmiarów, mocno wypchaną, czarną torbę, ze schowka drugi pistolet i papierową mapę. Nie do końca ufał tej całej elektronice i wolał się zabezpieczyć w tradycyjny sposób. I słusznie, bo zabranie ze sobą któregokolwiek z telefonów mogłoby się okazać fatalną pomyłką. Rzucił niedopałek w śnieg, po czym chrząknął, splunął krwią i ruszył przed siebie. W głąb lasu. W stronę, gdzie dwadzieścia kilometrów dalej przebiegała niewidzialna nitka granicy. Nie był pewien, czy da radę tam dotrzeć. Po pierwsze, niezupełnie wyszedł bez szwanku z wypadku. Lewy bok miał nieźle poharatany, być może złamał też kilka żeber. Po drugie, zaczął padać śnieg. Gęstymi płatami wirował w powietrzu, majestatycznie opadał na zmarzniętą ziemię. Coraz szybciej i szybciej. W końcu zamienił się w białą kurtynę, która przykryła cały świat dookoła, nie pozwalając odnaleźć żadnego punktu orientacyjnego.

Co po chwila ocierał twarz, przystając i rozglądając się wokół. Niby szedł prosto, ale w narastającej zawierusze, nic nie było pewne. Nie podobało mu się to, cholernie nie podobało.

Dziś rano wraz z dwoma wspólnikami dokonał skoku stulecia. Plan był prosty. W jednej z placówek największego banku w kraju, podali się za konwojentów i pobrali z sortowni ponad dziewięć milionów. Potem skierowali się ku granicy, gdzie czekał na nich umówiony człowiek, który miał przeprowadzić na tereny sąsiedniej Ukrainy. Wszystko szło gładko, aż do momentu, gdy na peryferiach miasta zatrzymała ich drogówka. Nie mieli wyjścia. A w zasadzie to on nie miał. Po rozprawieniu się z dwójką żółtodziobów w niebieskich mundurach, ruszyli ku granicy, gnając wręcz na złamanie karku. Nie skończyło się to dobrze. Jego wspólnicy zginęli, a on był zmuszony zabić jeszcze jednego człowieka i pójść dalej pieszo, wierząc, iż uda mu się minąć niepostrzeżenie granicę. W taką zawieruchę nie powinno być to trudne. Skrzywił się, a później przystanął i poprawił kaptur. Zima chyba postanowiła pokazać, że w tym roku nie skończy się na łagodnym mrozie w okolicach zera stopni. Wiało, padało i panował przejmujący ziąb. Artur skulił się, bo na nogach wciąż miał cienkie, jesienne buty. Ale nie poddał. Nigdy nie należał do osób, które się poddają. Z torby, w której niósł łup, wyjął gruby sweter, którym obwiązał głowę, aby chociaż zminimalizować skutki wyziębienia.

Na ścieżkę bezprawia wkroczył, gdy pewnego wieczoru zatłukł kijem wiecznie pijanego i bluzgającego jadem ojca. Był niepełnoletni, trafił więc do poprawczaka. Gdy tylko odzyskał wolność, przyłączył się do pewnej grupy wyłudzającej haracze. Sam nie wiedział czy od tego momentu więcej czasu spędził w więzieniu, czy na wolności. W końcu uznał, że nie ma dla niego miejsca w tym kraju. Lecz nie chciał uciekać jak szczur, ukradkiem, z pustym portfelem. Zaplanował napad, znalazł dwóch chętnych wspólników i prawie udało mu się go zrealizować.

– A mówiłem głupkom, żeby zapieli pasy! – wywarczał, przedzierając się przez gęste zarośla. Cóż, trudno. Całe dziewięć baniek dla niego. Musi tylko zrobić jeszcze jedno.

Uciec.

Przystanął, oparł się o szorstki pień drzewa i spróbował wyregulować oddech. Cała lewa strona jego ciała promieniowała bólem. Odchylił lekko połę kurtki. Koszula pod spodem zabarwiła się na karminowo. Jednak nie miał wyjścia. Musiał kontynuować ucieczkę, mając nadzieję, że nie wykrwawi się, zanim dotrze do ludzkich siedzib. Wyprostował się i znów ruszył przed siebie. Mozolnie, z coraz większym trudem torował sobie drogę wśród zasp. Nie zwracał uwagi na otaczające go surowe piękno, na ciszę, wyrazistą aż do bólu, na zapadający zmrok. Brnął do przodu, wiedząc, że noc spędzona na tym pustkowiu, będzie jednocześnie jego ostatnią nocą. Chociaż to nie w jego stylu, to czuł kiełkujący strach. Emocje falami zalewały odrętwiały umysł, emocje, o których sądził, że już nigdy się nie pojawią. Wywoływały panikę. Coraz częściej się potykał, coraz częściej przystawał, aby złapać oddech.

W końcu po raz pierwszy upadł na kolana.

Zaklął, lecz tym razem przekleństwo nie przyniosło ulgi. Było jedynie stratą cennej energii. Złudnym sposobem na zachowanie kontroli nad sytuacją. Wstał, a po chwili upadł po raz drugi. Biel śniegu zabarwiła się na karminowo. Ciszę rozdarł syk pełen bólu i wściekłości. Artur zdał sobie sprawę, że tym razem naprawę może ponieść klęskę.

.

Jeśli chcesz przeczytać całą część, kliknij w obrazek poniżej:

CENA: przelew 6,40 zł, lub sms 11,07 zł

babeczkarnia

Opowiadanie

Autor
Babeczka
Stan
Zakończone
Cena
Płatne

Zobacz także