zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).
  • Nowość

No to zaczynamy coś nowego :-)

Rozdział 1

- Mamo, błagam cię! – Patrzyłam na upartą rodzicielkę i widziałam, że nie zamierza ustąpić ani o krztynę. – Nie zamierzam spędzać jedynego wolnego czasu w kraju, za którym nie tęsknię!

- Niestety, nie pozwolę ci postawić na swoim. Nie tym razem. – Zacisnęła usta w wąską kreskę. – To wyjątkowa sytuacja i wiesz o tym.

- Tak, to jedyna okazja, by poznać biologicznego ojca – powtórzyłam słowa, którymi uraczyła mnie już pięciokrotnie w przeciągu ostatniej godziny. – Mamo, błagam cię. – Złożyłam dłonie, jak do modlitwy. – Wytłumacz mi dlaczego ma mnie interesować człowiek, którego ja nie obchodziłam nigdy?

- To nie tak – westchnęła, zaplatając dłonie na blacie kawiarnianego stolika. – Jesteś już dorosła, więc mogę ci powiedzieć.

- Jestem i to od kilku lat – sarknęłam, upijając łyk zimnej już latte.

- Byłaś wpadką.

***

Zanim przejdę do dalszych newsów, które zaserwowała mi mama, opowiem Ci trochę o tym, co miało miejsce wcześniej.

Od kiedy pamiętam mieszkam we Włoszech. Kocham ten kraj i sercem jestem Włoszką. Pasuję do tej kultury, spokojnego luzu i słońca. Polacy są mniej otwarci, smutniejsi i niechętnie patrzą w oczy. Ja uwielbiam śmiech, ciepło i chillout, którego brakuje moim rodakom.

Nie obrażaj się, nie skreślaj mnie proszę, daj mi chwilę, a wszystko Ci wytłumaczę. To nie tak, że wyrzekam się ojczyzny. Ja po prostu musiałam przejść swoją drogę. Ale zacznę od początku, bo zaraz się wkurzysz i nie będzie Ci się chciało czytać dalej. A szkoda by było.

Bruno, mój ojciec, był pogodnym, choć zbytnio zapracowanym człowiekiem. Kochał swoją pracę, ale nie ma się co dziwić. Gdy jesteś właścicielem wielopokoleniowej winnicy, producentem rozpoznawalnej marki wina, a twoje piwnice zapełnione są cennymi beczkami z alkoholem, który z roku na rok zyskuje na wartości, to albo się zapijesz na śmierć, albo zrobisz z tej pracy swoją pasję. Bruno kochał winnicę, wino i życie.

Ojczulkowi się zmarło, ale ani z przepicia, czy przez inne zaniedbanie ciała, czy duszy. Mogę śmiało powiedzieć, że właśnie przez zbytnią dbałość o ducha.

Bruno był wychowany w wierze katolickiej i praktykował tę wiarę żarliwie. Nie było tygodnia, w którym obyłby się bez przynajmniej trzykrotnego odwiedzenia domu Boga, czytaj kościoła. To podczas jednej z mszy, na jego bogobojną głowę spadł żyrandol. Jakim cudem?

Cholera, źle użyte słowo. Nie był to cud, a raczej niedopatrzenie elektryka, który niedokładnie wykonał swoją pracę. Wymienił przewody biegnące przez długą metalową rurkę, na końcu której wisiał rozłożysty klosz. Zapomniał o jednym. Nie zawiesił na wwierconym w sufit haczyku oczka z kopułki podsufitki kryjącej kostkę łączącą kable, w wyniku czego cały ciężar utrzymywał się wyłącznie na zatrzaskach kostki. Utrzymywał się do czasu, w którym miejsce w pierwszej ławie zajął Bruno. Chłopina nie zauważył nawet, że coś się wydarzyło. W jednej chwili siadał, w drugiej już fruwał w królestwie niebieskim.

Mama podeszła do jego śmierci filozoficznie stwierdzając, że Bruno od zawsze marzył o takiej właśnie bezbolesnej śmierci. Nie chciał dożyć czasów, gdy będzie uzależniony od opieki innych. Nie raz słyszałam jak mówi, że na taką śmierć trzeba sobie zasłużyć.

W mojej rodzinnej wiosce nawet do spraw przemijania podchodzono na luzie. Po pochowaniu Bruna, trzy dni ucztowano na jego cześć. To miało mu zapewnić lepszy byt po śmierci, a nam spokój od jego błąkającej się i rozeźlonego zaniedbaniem duszy.

To właśnie podczas tej trzydniowej imprezy mamina tama pękła i wyjawiła mi prawdę. Nie całą, pierwszą jej część. Przezornie dozowała rewelacje, które dla mnie i tak zakrawały na rewolucję. W głowie, żołądku i poglądzie na jej prawdomówność.

Wyznała mi, że zakochali się w sobie z Brunem, ale ponieważ była w ciąży z innym, Bruno uznał ojcostwo i uparł się, że wiedza ta ma pozostać do jego śmierci tylko między nimi. Mama dotrzymała słowa. Przez kolejne lata utrzymywała mnie w przekonaniu, że nie zna mojego ojca. Wierzyłam jej, ale znowu mnie okłamała. Ja też nieszczególnie dopytywałam, bo zbytnio zaaferowało mnie życie studenckie w Rzymie, później praca w agencji reklamowej.

I tu możemy wrócić do rozmowy mojej i rodzicielki, która to miała miejsce w niewielkiej, miejscowej kawiarni. Pół godziny wcześniej oznajmiła mi, że zna mojego biologicznego ojca, a ten umiera właśnie na raka. Ostatnie stadium, w którym nie odmawia się prośbie o odwiedziny. Matka przesiąkła bogobojnością i zabobonami. Ja, mimo kilkuletniego pobytu w pięknej stolicy Włoch, również wolałam nie odmawiać ostatniej prośbie umierającego, którego DNA w dodatku nosiłam w sobie. Jeśli oczywiście mamusia nie kłamie.

Musiałam skapitulować, przystać na jej argumenty. Przyznaj, że wytoczyła konkretne działo. Ostatnia wola umierającego. Ech…

 I tak oto złożyłam w pracy podanie o dwumiesięczny bezpłatny urlop niepewna tego, czy będę miała do czego wracać po tak długim czasie. Tydzień później wsiadłam do pociągu jadącego do Polski i pełna obaw klęłam na swój los.

Klucze do mieszkanka w Rzymie przekazałam koleżance pewna, że zadba o mój kącik. Kochałam to mieszkanie mimo jego niewielkiej powierzchni. Widok rozciągający się z balkonu rekompensował wszystko. Teraz Julietta zacierała ręce na cztery tygodnie korzystania z mojego lokum. Wymogłam na niej przyrzeczenie, że z materaca łóżka nie zdejmie ochronnego, nieprzemakalnego pokrowca. Znałam apetyt ślicznej Mulatki na seks i wiedziałam, że łóżko będzie najbardziej eksploatowanym meblem.

Z Rzymu do Wenecji jechało się spokojnie, czy wręcz nudno. Miałam wykupione górne miejsce leżące, w czteroosobowym przedziale. Wolałabym spać na dole, ale i tak miałam szczęście, że udało mi się dostać kuszetkę z tak bliskim terminem wyjazdu.

 W Wenecji do przedziału wjechał bagaż na kółkach, a za walizką ON.

Słuchaj, nie będzie przesadą jeśli powiem, że człowiekowi potrafi się na głowę zwalić niebo i czuje się, jakby dostał obuchem w łeb. Ja się tak właśnie poczułam, widząc ONEGO. Facet kompletnie nie w moim typie, bo przecież nie cierpię blondynów.

Jasne, może innych, ale nie tego. Ten powalił mnie na kolana. Poprawka, powaliłby gdyby nie fakt, że aktualnie leżałam. Jeśli coś w moim wyglądzie zmieniło się w tamtym momencie to fakt, że stałam się woskową figurą. Nie wiem, czy przypadkiem nie zaczęłam się ślinić z wrażenia. Bardzo możliwe, nie panowałam nad sobą. Miałam za to odczucie, że się duszę i brak mi powietrza. Drugim odczuciem były szczypiące oczy, ale to przez fakt niemrugania powiekami. Leżałam, niczym mumia i wiodłam tylko wzrokiem za tym bogiem seksu.

Dosłownie tak właśnie wyglądał!

Jasne, obcisłe dżinsy, nie jakieś tam rurki, ale krój podkreślający kształt nóg i dupeczki. Serio, był posiadaczem najpiękniejszej dupeczki pod słońcem! Wiem co mówię, bo to mój fetysz.

Jasna koszulka opinała klatkę piersiową. Ta też była uformowana przez naturę tak, że jedynym moim odruchem był skok na blondasa i rozszarpanie tej białej szmaty, by obejrzeć jego muskulaturę. Musiałabym się jeszcze pozbyć skórzanej kurtki, a ta również pasowała do niego w stu procentach. Był jak model z okładki gazety dla wygłodniałych samic. Może jeszcze dla samców, preferujących samców.

- Hello. – Witając się wyszczerzył zębiska w uśmiechu.

- Hello. – Zmałpowałam go słabym głosem, spoglądając na niego z góry.

Pomyślałam, że jestem oto największą szczęściarą na świecie. Mam okazję jechać w jednym przedziale z bogiem! Nieważne, że zapominam przy nim języka w gębie. Wystarczy, że sobie popatrzę. I tak nie wdałabym się w romans w podróży, bo to nie w moim stylu. Co z tego? Popatrzę na niego, pooddycham tym samym co on powietrzem i będę dzięki temu szczęśliwsza.

Nie to, żebym nie była atrakcyjna. Co to to nie! Sęk w tym, że przesiąkłam upodobaniami Włochów tak bardzo, że teraz śliniłam się na widok blond kociaka w wydaniu męskim.

Uśmiech powoli zaczynał rozluźniać mi twarz. Mogłam się napawać towarzystwem w drodze do ojczyzny. Fuksiara ze mnie!

- I co pyszczku? – Kobiecy jazgot zabrzmiał niczym zgrzyt styropianu po szkle. – Zgodzisz się, żebym spała na dolnej pryczy?

Spojrzałam na blond zjawisko w wydaniu damskim. Wysokie, wymuskane, wręcz doskonałe. Mogłabym się założyć, że nawet pierdzi tęczą i sra kolorowymi, pachnącymi bobkami, zapakowanymi w błyszczący, szeleszczący papier. Nie zaszczyciła mnie spojrzeniem, nie wspominając już o powitaniu. Nie czekała na zgodę chłopaka, on nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć. Rzuciła niewielki, obszyty cekinami plecaczek na łóżko i usiadła obok. Kolejną osobą, która wtoczyła się do przedziału, była starsza pani w rozmiarze XXL. Ta rzuciła krótkie „Gutten Tag”, po czym opadła ciężko na pryczę pode mną, która to zaprotestowała skrzypnięciem, przeciwko takiemu obciążeniu.

Dziewczyna pogrzebała w połyskującym plecaczku, wyciągnęła z niego równie błyszczącą kosmetyczkę. Z ręcznikiem pod pachą wyszła z przedziału, pewnie by poprawić makijaż, zmienić go na nocną wersję.

Blond bóg zdjął tylko kurtkę i wdrapał się na górne posłanie. Położył się na boku twarzą do mnie, mrugnął porozumiewawczo. Ja odmrugałam w nieskoordynowany sposób, w efekcie parsknęłam głupkowato.

Stwierdziłam, że lepiej będzie, gdy położę się na plecach i spróbuję przespać. Dziewczyna wróciła do przedziału, położyła się, założyła przepaskę na oczy.

- Pyszczku obudź mnie za dwie godzinki. – Wychyliła się jeszcze patrząc do góry, odchylając przepaskę. Mówiła oczywiście do blond boga. – Ciociu, śpij spokojnie i nie przejmuj się niczym. Obudzę cię o czasie.

- Naturlich – sapnęła wiekowa pani. – Danke, meine liebe.

Blondyna sięgnęła do przełącznika, przygasiła światło. Oczywiście nie spytała nikogo o zgodę. Liczyło się to, że ONA chciała je zgasić. Nim obróciłam się na plecy, pochwyciłam rozbawione spojrzenie boga seksu. Mrugnął okiem, nie zamierzając najwyraźniej spać. Ja postanowiłam chociaż symulować sen. Przecież nie będę się w niego wpatrywać, niczym sroka w pizdę. Nie to, żebym nie chciała! Wydało mi się to bezcelowe. Był czyimś pysiaczkiem, więc wara mi od niego.

Obróciłam się na plecy, przez chwilę wlepiałam wzrok w podsufitkę. Matrona pode mną mościła się na materacu, kaszląc i mrucząc coś pod nosem.

Zamknęłam oczy z zamiarem liczenia owiec. Może niekoniecznie to będą owieczki. Lepsze będą osły. Wdech, powolny wydech i…

Otworzyłam oczy, czując pacnięcie w policzek. Obok mojej głowy leżała papierowa kulka. Spojrzałam w oczy blond boga seksu. Uśmiechał się, rolując kolejny kawałek papierka.

Opowiadanie

Autor
Mikakamaka
Stan
Trwające
Cena
Bezpłatne