zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).

Historie rodzinne (I)

16 Reviews
Ilość

favorite Dodaj do mojej półki

Taka mnie wścieklizna ostatnio ogarnęła i nie chce wypuścić ze swoich zachłannych macek. Pipa jedna…
Zaczynam nowe opowiadanie i pewnie nie jedna/jeden z Was rzygnie tęczą, ale muszę coś innego napisać. Mało współczesnego i polukrowanego, jak babka na święta.
No to start.

– Że też takiego głupca musiałaś wydać na świat! – Wściekał się siwiejący już mężczyzna. – Gdyby miał choćby siostrę, to ją mimo płci uposażyłbym i przekazał zarządzanie majątkiem! A tak co? Hulaka i wszetecznik z niego wyrósł i jedynie zabawa mu w głowie! Komu mam przekazać majątek?

Żona Antoniego słuchała zastanawiając się, co z rozbuchaniem jedynego syna począć. Faktem było, że urodziwym go powiła i już od dziecka łamał serca kobietom. Najpierw opiekunkom, później guwernantkom. Wpierw niewinnością i słodkim uśmiechem, później przystojną twarzą i urokiem osobistym.
Kochała nad życie jego i męża swojego również i chciałaby obu pogodzić, lecz nijako nie była w stanie.
Mąż potrzebował następcy fabryk, syna mądrego i statecznego. Kogoś, komu mógłby zaufać on, jak i banki. Kogoś o wiele dojrzalszego, niż syn Ignacy. Wykształconego, oczytanego, nie podlegającego porywom instynktów.

Ignacy lekkoduch, Ignacy rozpustnik nic sobie nie robiący z czekających na niego obowiązków, fortuny którą musi się w końcu zaopiekować. Ignacy czaruś i obiekt pożądania dla większości kobiecej części miasta.
Najlepsza partia, by poślubić majątek, lub po rozwodzie otrzymać świetne uposażenie na resztę życia. Jakkolwiek Ignacy uwielbiał kobiece towarzystwo, to jednak zdawał sobie sprawę z oczywistości. Wiedział, że poza urodą, najmocniejszym wabikiem był majątek ojca i nie podejrzewał nawet żadnej z kochanek o obdarzenie go uczuciem.

***

– Jesteś istną artystką – wyjęczał Ignacy patrząc na starania najnowszej kochanki.
– Uchm. – Tyle tylko zdołała wydusić, gdyż usta, oraz sporą część gardła blokowało jej przyrodzenie Ignacego.

Poddawał się temu bezwolnie. Nie musiał nic, zapłacił za to.

Adela była tancerką i wyjątkowo piękną istotą. Nie do rozmów się nadawała, ale do zabaw cielesnych i może jeszcze do oglądania. Tańczyła równie pięknie, co kochała się. Giętkość jej ciała zadziwiała Ignacego nieustannie. Teraz również mógł podziwiać linię pleców i wygięty w łuk kręgosłup, dzięki czemu kępka włosów między jej udami widoczna była dla niego pod dziwnym kątem.
Czuł, że chwila jedynie dzieli go od finiszu w jej ustach. Zacisnął palce na czerni loków i wbił się jeszcze głębiej. Wiedział, że ją przydusi, że się zakrztusi, lecz tego właśnie pragnął. Spuścić się w ciepłe gardło.
Zapłacił za to nie tyle Ignacy, co jego ojciec. Mieszkanie, w którym żyła śliczna tancereczka, wynajęte było przez Ignacego, ale on sam nie sypiał w tak skromnym miejscu. Lubił przepych, przyzwyczaił się do niego i nie zamierzał rezygnować z wygód takich, jak chociażby wielka wanna i służba dopełniająca ją gorącą wodą na życzenie.

– Adelo. – Otarł łezkę, która wywołana wysiłkiem przyduszenia , wymknęła się z oka dziewczyny. – Nie zasługuję na takie czary.
– Zasługujesz. – Przyjęła z uśmiechem komplement. – Zasługujesz na jeszcze więcej.

Wiedział, co ma na myśli. Nie ona pierwsza oświadczyła się Ignacemu. On sam nie miał złudzeń, co było powodem. Pieniądze to powodowały i to im najchętniej założyłyby te wszystkie kobiety obrączkę.
Nie planował ożenku teraz, ani w najbliższym czasie. Może nigdy.

– Ustatkowałbyś się wreszcie, Ignac! – To ojciec znów powtarzał swe płonne życzenie. – Znalazłbyś mądrą kobietę, która urodziłaby ci syna i może wtedy przestałbyś tak szaleć. Kochankę przecież możesz mieć nadal, ale hulaszczy tryb życia czas wreszcie zamienić na rozsądek! Nie będę finansował twoich zabaw do końca życia. Od dawna nie jesteś już dzieckiem.
– Tak ojcze. – Przytakiwał zazwyczaj ciesząc się, że rozmowa dobiega końca. – Masz rację. Coś z tym wreszcie zrobię. – Składał obietnicę bez pokrycia.

Jak zwykle.

***

– Powiedz mi kobieto, co zrobić. – Żona Antoniego siedziała u staruszki jak zwykle, gdy dopadały ją wątpliwości i musiała zasięgnąć rady.

Od lat wielu już pytała o radę wróżkę, a ta mówiła jej, co widzi w rozkładanych przez siebie kartach. Starowinka nie w karty patrzyła, ale w przyszłość, lecz musiała jakoś uwiarygodnić swoje słowa, nadać ich pochodzeniu symbolikę.

– Trzeba znaleźć Ignacemu kobietę – zaskrzypiała cicho starowinka.
– Szukałam, ale jego żadna nie interesuje! – Ludwika nie kryła wzburzenia. – Jeśli nawet na którąś zwróci oczy, to tylko w jednym celu. Po osiągnięciu go traci zainteresowanie i szuka nowej zdobyczy.
– To nie może być byle dziewucha z ładną buzią. – Zaszeleścił mądry głos. – Czystej duchem trzeba szukać, ale takiej, która go zachwyci i nie dopuści do siebie.
– Czyli gdzie szukać? – Zainteresowała się Ludwika.

I przedstawiła babulina Ludwice swój pomysł. Matka hulaki słuchała z początku wzburzona, lecz w miarę rozmowy nabierała pewności, że to może się udać.

***

– Jesteś ulubionym kompanem zabaw mojego syna. – Ludwika wyłamywała nerwowo palce.

Przygotowywała się do tej rozmowy od tygodnia i wiedziała, że nie będzie ona łatwa. Nie dość, że miała prosić młodego człowieka o płatną przysługę, to jeszcze musiał jej plan pozostać nieznanym dla Antoniego.

– Znasz Ignacego od dziecka i wiesz, co ceni w ludziach. – Walczyła ze ściskiem w gardle.
– W ludziach? – Tadeusz czuł, czego może dotyczyć rozmowa.
– W kobietach. – Uściśliła Ludwika.
– Z całym szacunkiem, ale on ceni jedną kobietę i jest nią szanowna pani. – Tadeusz skłonił uprzejmie czoło.
– No właśnie. – Przytaknęła. – Chcę cię prosić, byś pomógł mi zmienić ten fakt.

I nakreśliła Tadeuszowi swój pomysł względem niego samego.
Pierwszą myślą, jaka przyszła Tadeuszowi do głowy była ta, że starsza pani oszalała.
Im dłużej jednak słuchał, tym szerzej otwierały mu się oczy i zastanawiał się, skąd taka nagroda od życia i za co. Wyglądało mu na to, że dzięki spełnieniu prośby matki Ignacego, może sobie żyć w dostatku, bez martwienia się o środki na życie i to, czy Ignacy pożyczy mu kolejne pieniądze ojca, oczywiście na wieczne nieoddanie.
Miał oto szansę zarobić pieniądze sam, a czy uczciwie i czy aby na pewno w łatwy sposób, to już zupełnie inna sprawa.

***

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Skłoniły się równocześnie dziewczęta w stronę matki przełożonej, wchodzącej do kaplicy, w której odmawiały wieczorną modlitwę.
– Na wieki wieków – odparła w odpowiedzi. – Marleno, staw się w moim biurze jutro z samego rana.
– Tak jest, matko przełożona. – Potwierdziła cicho dziewczyna, przyjęcie polecenia.

Nie śmiała spoglądać nawet w oczy srogiej przełożonej. Wszystkie dziewczęta czuły przed nią respekt i żadna nie cieszyłaby się na rozmowę na osobności. Z tego też powodu i sama Marlena poczuła w brzuchu nerwowy węzełek. To były nerwy, ale i podekscytowanie tym, co czuła, że może usłyszeć.
Matka przełożona wzywała dziewczęta w nielicznych tylko przypadkach.
Rzadkim było, by któraś złamała zasady rządzące w klasztorze i to był jeden z powodów.
Drugim, była wizyta kogoś z rodziny. Trzecim natomiast zapowiedź opuszczenia klasztoru.
Marlena nie łamała regulaminu klasztornego, tak więc nie obawiała się zrugania przez przełożoną.
Rodziny nie miała, więc nie miał jej kto odwiedzać. Z tego zresztą powodu znalazła się w klasztorze i cieszyła również, że nie w domu samotnych dzieci.
Pozostawała opcja trzecia.

Wieczorem nie potrafiła usnąć. Część koleżanek patrzyła na nią ze strachem i były to te spośród dziewcząt, które nie wyobrażały sobie życia poza murami klasztoru. One już teraz wiedziały, że złożą wkrótce śluby i pozostaną tutaj na zawsze.
Taki plan nie był jednak spełnieniem marzeń Marleny. Ona nie wyobrażała sobie kolejnych lat w tym miejscu, za jedyną rozrywkę mając odchwaszczanie przyklasztornego warzywniaka, czy też pomoc w kuchni, czy pralni. To nie dla niej ta monotonia. Ona pragnęła uniesień i porywów serca.

Jak mawia jednak stare przysłowie, zważ o co prosisz. Nie bez powodu przeklęciem czyjegoś żywota jest życzenie mu, by żył w ciekawszych czasach.
Marlena nie wiedziała co ją czeka i o co prosi.

– Marleno. – Matka przełożona splotła starannie palce dłoni, a te ułożyła na gładkiej powierzchni biurka, przy którym siedziała.

Ogromna kobieta posturą i charyzmą. Onieśmielała, ale jawiła się wszem wokół, jako stateczne i twarde w poglądach drzewo. Nigdy nie reagowała pochopnie, nie oceniła niesprawiedliwie i nie chwiała się duchem, czy emocjami swymi.

– Jak większość moich podopiecznych trafiłaś tutaj będąc dzieckiem. Część spośród tych dziewcząt pozostanie w murach klasztoru, ale obie wiemy, a ty z pewnością potwierdzisz fakt, że nie jest to miejsce dla ciebie.

Marlena dygnęła lekko, potwierdzając przypuszczenia matki przełożonej.

– Marleno, spójrz na mnie – powiedziała z naciskiem, w wyniku czego dziewczyna poczuła ukłucie strachu, lecz posłusznie podniosła wzrok na surowe oblicze. – Poproszono mnie o dziewczę inteligentne, bystre, sprytne i czyste duchem. Wskazałam na ciebie, gdyż wydałaś mi się najbliższa tym wymogom. – Zrobiła pauzę pozwalając, by siła słów dotarła do dziewczyny. – Jeśli zechcesz, zostaniesz tutaj. Jeśli jednak zdecydujesz się opuścić bezpieczne mury klasztoru, zamieszkasz u bogatych ludzi i rozpoczniesz u nich służbę. Nie będzie powrotu tutaj. Decyduj więc.

I zdecydowała Marlena radośnie wewnątrz ciała i umysłu, spokój zachowując zewnętrznie.
Jeszcze tego dnia spakowała skromny dobytek, na który to składały się sukienka koloru szarego i szorstka w dotyku, książeczka pełna modlitw i komplet bielizny na zmianę.
Nie zasmucało to dziewczyny. Ona czuła na młodej i gładkiej twarzy powiew nowości i zmian, które miały nadejść. Nie obawiała się tych zmian, lecz ich wyczekiwała. Wreszcie miało się coś odmienić w jej monotonnym i przewidywalnym życiu.
Wsiadła do onieśmielającego ją połyskiem czerni samochodu, w którym na tylnym siedzeniu czekała na nią elegancka kobieta.

– Witaj dziecko. – Wyciągnęła w kierunku Marleny wypielęgnowaną dłoń. – Zapraszam cię. – Poklepała skórę kanapy obok siebie. – Poznajmy się i pozwól, bym przedstawiła ci plan, jaki ma objąć twoje życie. Oczywiście pod warunkiem, że się zgodzisz.

Marlena usiadła, a właściwie skromnie przysiadła na brzegu wygodnego siedzenia, łącząc kolana i nakrywając je dłońmi. Proste plecy, nienachalne spojrzenie. Wszystko tak, jak uczono ją w klasztorze od dziecięcych lat.
Przepych otaczający ją w pojeździe, w jakim dotąd nie tylko nie siedziała, ale nie wiedziała nawet o istnieniu tak ozdobnych wystrojem swym samochodów, onieśmielał ją i przytykał oddech zachwytem. Rozglądała się, lecz czyniła to w dyskretny sposób i tylko spłoniła się w momencie, w którym napotkała rozbawione spojrzenie kierowcy, odbite we wstecznym lusterku.
Rozbawione i jeszcze coś. Zachwyt?

Marlena nie poznała dotąd żadnego mężczyzny, toteż nie mogła poprawnie zinterpretować tego, co zobaczyła w oczach szofera. Nie znała pożądania i pragnienia by posiąść to, co podoba się oczom. Czego chciałoby się skosztować mimo, iż ukryte zostało w zgrzebnych ubraniach i zasłonięte chustą.
Pukle włosów wijące się wokół zarumienionej zdrowo twarzy i błękit zaciekawionych oczu mógł obiecywać jedno – żywiołowe zachowania w innej sytuacji, bardziej intymnej i obdartej z odzienia. Wytrawne, męskie oko potrafiło wyławiać takie właśnie jednostki. Ognista kochanka, takim materiałem mu się jawiła. Może nie od razu, ale na pewno w efekcie starań i zabiegów.

– To, co chcę ci zaproponować, moja droga, może cię zaskoczyć, a nawet zszokować swą śmiałością. – Delikatnie zaczęła pani Ludwika. – Chcę jednak, byś pozwoliła mi przedstawić sobie mój plan, czy może raczej ofertę i abyś się z tym wszystkim przespała. Daj szansę, bym powiedziała ci wszystko ja i by treść tego mogła do ciebie dotrzeć. – Kontynuowała spokojnie. – Możesz się w pierwszym odruchu oburzyć, może wystraszyć, ale proszę, byś postarała się zapanować nad tym. To będzie wymagało od ciebie sporo wysiłku, lecz szansa, jaką dzięki temu przed tobą postawię jest czymś, co niewielu się zdarza. – Mówiła tajemniczo. – Obiecaj mi tylko, że pozwolisz mi powiedzieć wszystko i przemyślisz to. Dobrze?
– Obiecuję – wyszeptała zaciśniętym z emocji gardłem Marlena.
– Jeśli mimo wszystko odrzucisz mą propozycję i postanowisz powrócić do klasztoru, to mam przyrzeczenie matki przełożonej, że drzwi klasztoru pozostaną dla ciebie otwarte. – Uspokoiła tymi słowy Marlenę, dając szansę ucieczki w razie zagrożenia. – Szczegóły przedstawię ci jutro. Dziś musisz się wyspać, zjeść coś i ochłonąć pewnie. Zatrzymamy się w hotelu i jedynym twym obowiązkiem będzie wypocząć.

Marlena skinęła tylko głową, pozwalając sobie zająć wygodniejszą pozycję i opierając się o miękkie oparcie siedzenia.
Reszta drogi przebiegła w milczeniu i tylko rozglądała się po wnętrzu samochodu, rejestrując piękno pojazdu, jego wykończeń.
Hotel, pod który zajechali wieczorem, zachwycił ją jednak po stokroć bardziej. Gdyby szofer nie otworzył przed nią drzwi i nie podał pomocnego ramienia, nie wysiadłaby. Zostałaby w mało uroczej pozie z rozdziawioną buzią i oczami rozszerzonymi niemym zachwytem.
Pozwoliła sobie pomóc w opuszczeniu pojazdu i weszła w rzęsiście rozświetlony hol. Odprowadzały ją oczy. Jedne pełne były zachwytu i podziwu dla piękna, którego nie oszpeciło nawet ohydne odzienie. Drugie zazdrościły i złościły się widząc coś tak niedoścignionego w swym pięknie. Te drugie należały wyłącznie do kobiet.
Marlena nie widziała jednak cudzych spojrzeń. Ona chłonęła nowe.
Wkraczała oto w historię, której nie wymyśliłby jej umysł nawet w snach…

mikakamaka

Opowiadanie

Autor
Mikakamaka
Stan
Zakończone
Cena
Bezpłatne

Zobacz także