zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).

Biała (I)

9 Reviews
Ilość

favorite Dodaj do mojej półki

Ten tekst napisałam ponad pół roku temu. Jednego jestem pewna. Nie mogę wracać do swoich starych tekstów. Zgrzytają mi one i rażą stylistyką, pomieszaniem i chaosem słów. Z jednej strony dobrze, bo znaczy, że jakoś się jednak rozwijam, a przynajmniej zmieniam. Z drugiej, musiałabym wszystko, co wyszło spod moich palców, poprawiać, a tym samym nie pisać nic nowego. Zostawię więc archiwa w spokoju i piszę nowe teksty. Kto wie, może nadejdzie moment, że będzie mi wstyd za moje początki i pokasuję część staroci. Z trzeciej strony, tylko krowa nie zmienia (ponoć) poglądów. Chociaż, nie byłabym tego pena. Co do tego pomysłu, to miał on być książką. Tyle jednak nowych historii mi w głowie powstaje, że nic nie zostawiam już na później. "Po drugiej stronie lustra" poprzeplatam "Białą". W końcu wrócę również i do "Historii rodzinnych". Poza tymi trzema, nie zacznę nic kolejnego. Choć, kto wie. Krową nie jestem :D

Zanurzenie warg, w gładkiej piance kawy, pozostało sennym wspomnieniem.
Z resztą i tak kawa, jest mi zakazana…

Mój świat zawalił się jakiś czas temu, a stało się to za sprawą pewnego ześwirowanego naukowca, któremu coś się najwyraźniej pomieszało w głowie.

Zaczęło się od tego, że ludzie masowo zachorowali. Krwawili z nosa, niektórzy umarli, wykrwawiając się, jakby przeciekali, aż wyciekli doszczętnie. Nosem, ustami, uszami, podwoziem.
Pamiętam dzień, gdy to telewizja podała informację, o masowym umieraniu i spekulowała na temat przyczyn zakażenia.
Podejrzewano zamach terrorystyczny, później ktoś wymyślił atak przy użyciu broni chemicznej. W końcu wysnuto teorię, że to pewnie potentat farmaceutyczny chce zarobić na szczepionce, przeciwko nowemu wirusowi.
Prawda okazała się o wiele bardziej prozaiczna.
Pewien sprytny haker doszedł prawdy i puścił informację w obieg w sieci. Zdążył, nim zamilkł.
Znalazł źródło zakażenia, a były nim wodociągi miejskie.
Cóż za filmowy banał. Może to właśnie film stał się inspiracją?

Pracował w nich kiedyś pan Jan.
Pan Jan otrzymał wypowiedzenie umowy o pracę i stało się to po wielu latach sumiennego wykonywania swych obowiązków, w wodociągach X.
Był głową rodziny i jedynym źródłem jej utrzymania. Rozgoryczenie i ból swój „wyrzygał” na jakimś forum internetowym, gdzie znalazł pocieszenie słowne. Przy okazji nawiązał również nowe znajomości.
Jedną z nowych znajomości zawarł z Kasjanem.
Młody naukowiec, buntownik i ekoświr, który uważał, iż czystka na naszej ukochanej planecie, jest nieunikniona i konieczna do przetrwania Ziemi.
Panowie wymieniali korespondencję, planowali sabotaż i unieruchomienie wodociągów.
Taka była przynajmniej wersja Kasjana, którą ten podał Janowi.
Jana łatwo było zbuntować i w ostatnim dniu pracy, wlał fiolkę pewnego specyfiku do rozdzielni. Uwierzył on Kasjanowi, że jest to środek, który ma wywołać awarię, powodując błyskawiczne rdzewienie elementów metalowych, do których dotrze. Nie wziął pod uwagę faktu, że metalem była stal nierdzewna, lecz rozgoryczenie zablokowało mu widocznie racjonalne myślenie.
Chciał się zemścić, bo skoro on już nie mógł pracować, to niech i inni mają pod górkę.
Należało im się w końcu.
Ta karma…

Na szczęście i nieszczęście Jana, specyfik zadziałał błyskawicznie w momencie, gdy ten roztrzaskał probówkę, wrzucając ją do jednego ze zbiorników.
Kamery ochrony pokazały film, na którym widać, jak Janek pochyla się nad zbiornikiem i upuszcza coś niewielkiego do wody. Błyskawiczna reakcja specyfiku z pojemniczka z wodą, w ogromnym zbiorniku dosięga go, jako pierwszą ofiarę.
Jan pada i zaczyna krwawić nosem, ustami.
Po około pół minucie konwulsje ustępują, Jan nieruchomieje, ale wykonał już przecież swoje zadanie.
Śmiertelna ciecz rozprzestrzenia się rurami, pod ulicami miasta i mknie do niczego nieświadomych użytkowników kanalizacji miejskiej.

Na efekty nie trzeba było czekać długo.
Panika, jaka zapanowuje w mieście, staje główną pożywką masmediów, lecz sensacja telewizyjno – radiowa nie trwa długo. Do gazet nie dociera już, gdyż szybki rozrost epidemii unieruchamia kraj w zastraszającym tempie, by w przeciągu doby rozprzestrzenić się na inne kontynenty.

Czy dociera tam, dokąd nie dociera woda, tego nie wiem.
Większość naszej planety ona pokrywa, przenika w glebie, łączy się morzami i oceanami, więc nie przypuszczam, by było jakieś miejsce na Ziemi, wolne od zarazy. Może Antarktyda, albo pustynia.
Tego nie wiem.
Widziałam natomiast apokalipsę, jaka zagarniała ludzkość. Ludzie padali, jak muchy i pewnie by mnie to przeraziło, gdybym sama nie była śmiertelnie chora.

Zostały trzy grupy ludzi tylko i przedstawicielką jednej z nich jestem ja.
Co do pozostałych, to sprawy nie przedstawiają się zbyt różowo.
Część ludzi wykrwawiła się częściowo i zaczęła gnić. Zachowują się i wyglądają, jak zombie.
Tak, wiem, to takie filmowe.
Podobieństwo cech i zachowań jest jednak tak uderzające, że samoistnie skojarzyli mi się z zombie.
Jakby im mózg nie działał, a i kolejne organy, mięśnie, zmysły przestawały funkcjonować. Wałęsają się po ulicach, parkach i centrach handlowych, obijając się o siebie i nie wydając żadnych odgłosów. Co jakiś czas któryś z zombiaków się przewraca i jeśli nie wstaje przez dłuższy czas oznacza to, że właśnie dopełnił swego żywota i przeniósł się na inny świat.
Jego pobratymcy nie reagują na to. Po prostu wałęsają się nadal, aż do kompletnego wyczerpania ciała.
Nie są groźni, nie rzucają się na nikogo. Nie chcą jeść, więc nie spełniają standardów, które tak upiornie opisywała dotąd literatura. Może co najwyżej śmierdzą, ale gnijące ciało nie może przecież pachnieć fiołkami.

Wirus przyśpieszył rozpad ludzkości w takim tempie, że wszystko znieruchomiało.
Prąd w sieci elektrycznej nadal płynie, ale to pewnie dlatego, że elektrownie zostały zautomatyzowane, a na komputery wirus nie działał.
Światła na skrzyżowaniach zmieniają się, jak dotąd. Centra handlowe są rozświetlone wieczorami i gasną nocą mimo, iż drzwi otwierają się i zamykają, wpuszczając i wypuszczając kolejnych, wałęsających się i beztrosko gnijących obywateli.
Nie wiem, jak to wygląda w innych krajach. Wiem, co dzieje się lokalnie i nie zamierzałam nawet zapuszczać się dalej, niż poza granice własnego miasta.

Mieszkam w Katowicach i kocham to miasto.
Poprawka, kochałam.
Teraz w nim po prostu jestem i przemieszczam się, na zdobycznym skuterze. Samochodem się nie da, gdyż ulice poblokowane są pojazdami, z rozkładającymi się w nich ludźmi.
Zwierzęta o dziwo nie zareagowały w żaden sposób na zakażenie i biegają swobodnie. Przynajmniej te, którym udało się opuścić więzienie, jakim stały się mieszkania ich właścicieli.
Starałam się nawet nie myśleć o tym, co zrobią pupilki z ciałami swoich gnijących panów, pod wpływem głodu.
Okropna wizja, ale okropne obrazy otaczają mnie teraz na każdym kroku.

Z dnia na dzień coraz mniej zombiaków wałęsa się po ulicach. Przybywa natomiast zgnilizny i szczurów, które bezkarnie wychynęły z podziemi.
Te niewielkie stworzenia żerują na szczątkach, działając niczym utylizatory.
Szczurza mafia pogrzebowa.
Cóż, ludziom na nic nie przydadzą się już ich ciała, czy raczej marne szczątki. Nie ma komu, ani sensu odprawiać im pochówku. Przecież tylko miejsce pamięci dla żyjących.
W obecnej sytuacji nie ma osobników, które mogą pamiętać o umarłych, ani ich chować.
Zbyt wielu samych umarłych.

Dzięki gryzoniom śmierdzi coraz mniej.
Plus tego taki, że nie muszę się obawiać owadów. Muchy nie mają szans, w starciu ze szczurami. W przeciwieństwie do nich, gryzonie nie obawiają się ruszających się jeszcze zombiaków. Obgryzają radośnie truposzy, zostawiając ewentualnie kości, a i to nie zawsze.

Co do mojej rodziny, to prawie wszyscy umarli.
Rodzice w pierwszym dniu, brat zniknął gdzieś, uciekając w panice. Pewnie też nie żyje. Siostra…

No cóż, zawsze była z niej namolna suka.
Zazdrosna, zawistna pewnie przez to, że była najstarsza i to my z bratem odebraliśmy jej status jedynaczki.
Namolna za życia i wyjątkowo długo umierająca po zarażeniu. Dwa dni wałęsała się po mieście za mną i myślałam, że chce mi zrobić krzywdę.
Żaden zombiak nie reagował na moją obecność, ale nie ona. Charczała, wlekąc się za mną i próbowała dosięgnąć martwiejącymi dłońmi. Niebieski lakier do paznokci, podkreślał tylko jej trupowatość.
Wredna za życia i wredna w trakcie umierania.
Nigdy jej nie lubiłam, nie mówiąc już o głębszych uczuciach.

Do dziś pamiętam zszywacz tapicerski, którym przybiła mi majtki do tyłka.
Miałam wtedy osiem lat, ona trzynaście.
Nie było jej przykro nawet wtedy, gdy przez tydzień leżałam w szpitalu. Na brzuchu!
Nie dość, że nie żałowała swojego czynu, to cieszyła się moją nieobecnością w domu, o czym dyskretnie poinformowała mnie, podczas odwiedzin w sali szpitalnej.
Później było już tylko gorzej.
Odbiła mi chłopaka, a ten cieszył się zainteresowaniem, o wiele starszej dziewczyny. Palant.
Udusiła mojego chomika, do czego nie przyznała się oczywiście, a gdy wykryto u mnie śmiertelną chorobę, zmieniła się w mego wroga. Rodzice skupili na mnie całą prawie swoją uwagę, więc zostałam przez nią obarczona winą za zachorowanie.
Tak, jakbym sama to sobie wymyśliła.

Z bratem, to zupełnie inna bajka.
Był wesoły, beztroski, był moim przyjacielem.
Nie raz krył mnie, gdy popełniłam jakąś gafę. Jaką?
Upicie się w wieku czternastu lat, zaliczam do własnych wygłupów.
Pewnego dnia wróciłam mocno zawiana do mieszkania. Brat zareagował szybko, ukrywając mnie we własnym pokoju. Dzieliłam swój z siostrzyczką, a ta nie miałaby skrupułów, w wydaniu mnie rodzicom.
Mieliśmy z bratem swoje zwyczaje i często siedzieliśmy przed komputerem, oglądając seriale.
Władował mnie tamtego wieczoru do swojego łóżka, usiadł z laptopem na kolanach, na krześle obok i udawał zainteresowanie filmem. Trzymał mi również miskę pod brodą, cierpliwie czekając na zakończenie zwrotu alkoholu, z mego żołądka.
Kochałam go, a teraz zjadły go pewnie szczury.

Wiem, nieczuła suka ze mnie, ale to pewnie dlatego, że umieram.
Mam białaczkę. Jej przewlekłą odmianę i pewnie dlatego jeszcze żyję.
Paradoksalnie coś, co mnie zabija, stało się również moją ochroną. Nie zaraziłam się, gdyż nie było pewnie czego zmutować.
Swoją drogą ciekawe, ilu takich, jak ja, jest jeszcze na świecie.
Żyjący, z odroczonym wyrokiem śmierci.
Piekło za życia. Czyściec za grzechy z zeszłego wcielenia?

Przed epidemią przyjmowałam leki i byłam pod opieką lekarza. Teraz zostały mi wyłącznie leki i dieta. Póki co, z jedzeniem nie było problemów. Wystarczyło wejść do marketu i obsłużyć się samodzielnie uważając, by nie wdepnąć w resztki kogoś z obsługi obiektu.
Z lekami było trudniej, gdyż w tym celu musiałam się udać do szpitala. W aptece sprawdzałam półki, lodówki i szuflady z lekami. Niestety, przyjmowane przeze mnie specyfiki, były lekami dostępnymi wyłącznie na zamówienie.
Nie było komu zamawiać, więc zmuszona byłam ich poszukać samodzielnie.

Tak właśnie dowiedziałam się o istnieniu trzeciej, obrzydliwej grupy zmutowanych ludzi.
Nazwałam sobie ich wampirami.
Sobie, gdyż jak dotąd nie spotkałam innych, podobnych mi żyjących. Nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Brakowało mi tego, ale przecież kilka miesięcy dzieliło mnie od przejścia na tamten świat. Jakoś to musiałam przetrzymać.
Na samobójstwo nigdy bym się nie zdecydowała. Jestem wierząca i może dzięki temu pogodziłam się ze śmiercią. Mogłabym nie dbać o siebie, źle się odżywiać, przeziębić się choćby, czy pokaleczyć. Skróciłoby to moje życie z pewnością, ale jakoś tak szkoda mi było dni, które zostały. Miałam silny instynkt przetrwania i to on parł mnie do przeżycia pozostałego czasu.

Co do wampirów, to nazwałam ich tak dlatego, że na nich wirus zadziałał inaczej, niż na zombiakow. Oni nie gnili, nie zmieniali się. Wyglądali, jak ludzie i tylko zmieniła się ich dieta. Koczowali w szpitalach tam, gdzie znajdowały się zapasy krwi. Nie walczyli między sobą o nie, jakby nie brali pod uwagę wyczerpalności zasobów woreczków z czerwonym płynem. Równie niemrawi, co zombie. Oszczędzali najwyraźniej siły, wypijając dawkę gęstego płynu i zapadali w letarg siedząc, leżąc, bądź stojąc ze spuszczoną głową. Oni również nie stanowili zagrożenia dla mnie. Widać mojej krwi brakowało tego, co uczyniłoby mnie smakołykiem dla nich.
Z drugiej strony, jak mieliby mnie ugryźć. Przecież ludzie, to drapieżniki. Mamy zęby do rozgryzania pożywienia, ale nie do jego rozszarpywania.
Wątpię, by wyrosły im kły. Będę miała okazję, to sprawdzę.

Poobserwowałam sobie grupkę wampirów, podczas pierwszej wizyty w szpitalu. Nic mądrzejszego nie miałam przecież do roboty. Zaryzykowałam nawet, wchodząc do pomieszczenia z chłodniami, do przechowywania krwi. Kilkoro podniosło na mnie wzrok, powęszyli, jak psy i nie wykazali większego zainteresowania. Tylko jedna dziewczyna przyglądała mi się przez jakiś czas, by w końcu zamknąć oczy i w siadzie skrzyżnym, usnąć.
Nie wchodziłam z nimi w bliższy kontakt, nie chcąc ich prowokować. To, że mnie nie atakowali nie znaczyło, że nie potraktują, jako intruza. Każda rana była w mym stanie niewskazana, więc wyszłam stamtąd, by poszukać ambulatorium i leków dla siebie.

Dni mijały powoli.
Tak dla ścisłości, to nie jestem aż tak wyzuta z uczuć.
Pierwszy dzień przepłakałam, kuląc się po kątach naszego mieszkania.
Rodzice umarli, brat uciekł, siostra wpadła w dziwny stan. Siedziała obok zwłok mamy i taty, kołysząc się i wodząc po ścianach niewidzącym wzrokiem. Nie udało mi się z nią nawiązać kontaktu. Próbowałam, ale wyraz twarzy, który przybierała, gdy wchodziłam w kadr jej spojrzenia, przerażał mnie.
Nigdy nie pałałyśmy do siebie sympatią. W obliczu zagłady mogło być tylko gorzej.
Po kilkudziesięciu godzinach, osłabła płaczem, głodna i przerażona wyszłam z mieszkania, a siostra za mną. W mieszkaniu śmierdziało śmiercią i poczułam w nim klaustrofobię.
Z plecakiem wypchanym ciuchami, z telefonem w kieszeni i siostrzyczką wlekącą się za mną, jak cień, opuściłam rodzinne pielesze, czy raczej rodzinny grobowiec.

Próbowałam dodzwonić się do kogokolwiek z listy w telefonie. Bez skutku.
Albo wszyscy poumierali, albo zapomnieli po prostu o telefonach.
Internet działał, lecz portale społecznościowe zamarły. Brak nowych wiadomości na wszystkich platformach, żadnych wpisów internautów. Jakbym została jedyna, spośród świadomych panującej sytuacji, istot.
Wychodząc z mieszkania włączyłam jeszcze telewizję, w nadziei na ślad istniejącego życia. Czegoś poza trupami i tymi podobnymi mojej siostrze.
Nic, tylko obrazy kontrolne stacji, lub automatycznie odtwarzane programy, sprzed załamania sytuacji.
Wyszłam z mieszkania rano, przemykając z początku chyłkiem, między budynkami kamienic, ze strachem omijając zwłoki całkowicie nieżywych i tych prawie umarłych, wałęsających się bez celu. Nie zwracali na mnie jednak uwagi, więc i ja przestałam ich unikać.
Ela, moja siostra, wlokła się za mną, jak ogon. Nie miałam z nią żadnego kontaktu, a jedynie mogłam sobie oglądać rozkład jej ciała. Wirus przyspieszył ten proces.
Coś, co zajęłoby zwłokom pewnie kilka dni, może tygodnie, u niej odbywało się w przeciągu godzin. Skóra na twarzy sfioletowiała, żyły i naczyńka poczerniały. Kości szczęki i zęby, odznaczały się pod skórą. Oczy zmętniały, włosy zblakły, ramiona opadły. Cała jej postawa, układ ciała mówił jedno – umieram, ledwie się poruszam.
Gdybym mogła biegać, uciekłabym.
Nie mogłam jednak. Wysiłek fizyczny nie jest mi wskazany. Mam białaczkę, tę jej odmianę, która uniemożliwia aktywność fizyczną. Zero sportu. Nie jestem w stanie.
Aktywność cielesna…

Gdy nadeszła godzina ZERO, w dniu ZERO, już nie byłam w związku z facetem.
Studiowałam dotąd, trochę pracowałam i mimo wyroku śmierci, nie poddawałam się oporom ciała. Sypałam się fizycznie, lecz psychika kazała mi być pozytywnie nastawioną do życia.
Zawsze widziałam uroki istnienia mimo, iż żyłam w felernej powłoce. Żyłam, byłam i zwyczajnie się tym byciem cieszyłam. Może to dzięki wychowaniu z książką „Polyanna”? Nie wiem.
Wiem natomiast, że mimo swych ułomności wciąż widziałam szczęście, które czekało na mnie i przywoływało swym zakoślawionym paluchem.
Wielbiąc swe zdezelowane ciało, zakochałam się w facecie, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Myślałam, że kocham. Byłam tego wręcz pewna.
Kilka miesięcy euforii, stracone dziewictwo i jakiś tam orgazm później stwierdziłam, że brakuje w tym związku zbyt wiele, bym mogła w nim trwać nadal. Romek przebolał stratę mnie gładko, pocieszając się w ramionach innej przedstawicielki płci pięknej. Najgorszym było to, że tą przedstawicielką była moja koleżanka.
Było, minęło, upokorzenie zostało.
W dniu zagłady zniknęło, gdyż zapewne i obiekt mych kompleksów rozpadł się fizycznie i zaczął gnić. Nawet, gdyby nie zasilił rzeszy zombiakow, stałby się wampirzątkiem, chłepczącym krew z woreczka.
Tak, czy siak, był odmieńcem. Nie mógł być już obiektem westchnień, a jedynie źródłem smrodu rozkładającej się tkanki mięsno – skórnej, lub samcem odżywiającym się chłodną krwią z woreczka przez rurkę.
Na amanta się w każdym razie nie nadawał.

Gdy wreszcie siostra moja zepsuła się na tyle, by dać mi spokój i przewróciła się, próbując pokonać schody, zostałam sama.
Nie ucieszyła mnie samotność, lecz fakt uwolnienia się od tej zdziry, owszem.
Nie obejrzałam się. Odeszłam, wsłuchując się w szczurze popiskiwanie. Pewnie zrobiły sobie ucztę. Pewnie i mnie w końcu zjedzą.

Cóż. Stało się to, o czym mówiono, pisano i co filmowano, jako sience fiction.
Świat bez ludzi.
Ziemia odetchnie teraz i zregeneruje się.

mikakamaka

Opowiadanie

Autor
Mikakamaka
Stan
Zakończone
Cena
Bezpłatne

Zobacz także