zamknij Informujemy, iż nasz sklep internetowy wykorzystuje technologię plików cookies a jednocześnie nie zbiera w sposób automatyczny żadnych informacji, z wyjątkiem informacji zawartych w tych plikach (tzw. „ciasteczkach”).

Plan doskonały (I)

0 Review
1,60 zł
Brutto

Jeśli chcesz przeczytać więcej i zapłacić sms, kliknij tutaj!

Jeśli chcesz zapłacić przelewem, wrzuć produkt do koszyka!

Ilość

favorite Dodaj do mojej półki

Z satysfakcją rozejrzał się po remontowanym wnętrzu. Chociaż podłogę pokrywał biały pył, a dookoła stały wszelakie rusztowania i powiewały przybrudzone folie, to spoza tego chaosu powoli wyłaniało się piękno. Piękno, które tak długo pozostawało w ukryciu. Zadowolony, pokiwał z uznaniem głową. Pstryknął kilka fotek iphonem, potem wrzucił je na facebooka. Nie był małolatem lubiącym się chwalić każdą chwilą swego życia, ale było w nim wystarczająco dużo próżności, aby czasami ujawnić przed światem odrobinę swej prywatnej codzienności. Innej niż ta, o której zazwyczaj czytali jego fani w różnych gazetach, na portalach internetowych czy oglądali w telewizji.

Ponad rok temu, zmęczony miejskim życiem, zdecydował się na ucieczkę. Od gwaru i świateł wielkiego miasta, od znajomych, codziennych imprez, popularności. Rozgoryczony kolejnym nieudanym związkiem, wybrał się na samotną wycieczkę. Po drodze lekceważył wszelkie przepisy, nie zważał nawet na to, iż poprzedniego wieczoru ostro balował i z pewnością przekroczyłby wszelkie dopuszczalne normy zawartości alkoholu we krwi. Nie obchodziło go to. Wręcz masochistycznie pragnął, aby go złapano, ukarano, pokazano światu rysy na idealnym wizerunku złotego chłopca, robiącego błyskotliwą karierę.

Jechał przed siebie, paląc papierosa za papierosem, wywrzaskując różne głupoty przez otwarte okno. Jechał nie zważając dokąd dotrze. Aż znalazł się w miejscu kompletnie mu nieznanym. Zaparkował, wysiadł i oparłszy się o rozgrzaną maskę, gapił się bezmyślnie na otaczające go pola, na horyzont zalany złocistym blaskiem słońca. Milczał jak i cały świat dookoła. Nie, to nie świat milczał! Wręcz przeciwnie, atakował go narastającą kakofonią różnorodnych dźwięków, wśród których brakowało jednak tych najlepiej znanych. W końcu zdecydował się ruszyć w dalszą drogę. Doprowadziła go ona do niewielkiej wioski. Małe domki tuliły się do siebie wzdłuż szerokiej, gruntowej drogi. Wyglądały jak ludzie nieśmiało kulący ramiona, starzy ludzie o pomarszczonych twarzach. Otaczały je w przeważającej części drewniane płoty, ogródki pełne kwiatów, gdzieniegdzie stały też drewniane ławeczki. Puste, bo o tej porze i w taki skwar nikt na nich nie wypoczywał, nikt ciekawsko nie wpatrywał się w drogę z wielkiego świata.

Zwolnił, z zainteresowaniem przyglądając się okolicy. Chłonął zapachy, dźwięki, obrazy, czując jak na jego rozdartą, rozedrganą duszę, działa to wszystko niczym najdelikatniejszy balsam. Spokój tego miejsca wydawał się niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Jakby zatrzymał się tutaj czas, jakby cywilizacja postanowiła się nie spieszyć i zamiast wziąć je we władanie, wyglądała z zaciekawieniem zza zakrętu na końcu pełnej kurzu drogi. Pomyślał z melancholią, że niewiele było w kraju miejscowości, gdzie nie można było dojechać asfaltem. Potem dotarł do końca wioski i zatrzymał się przed zrujnowaną bramą. Metalowe pręty zżerała rdza, z betonowych słupów odłaził tynk. Za ogrodzeniem dawało się zauważyć zielony gąszcz, który kiedyś z pewnością był zadbanym ogrodem. A za tym gąszczem stał dom. Nie można było dostrzec zbyt wielu szczegółów, ale on należał do wysportowanych mężczyzn. Bez problemu sforsował zdewastowane ogrodzenie i po chwili znalazł się na wybrukowanym kostką podjeździe.

Dom był ogromny, pobudowany na formie prostokąta. Na samym środku wchodziło się po dwóch stopniach na niewielki ganek, po boku znajdowały się dwie kolumienki. Nie było jednak ani drzwi, ani okien, tylko prostokąty ziejące pustką i smutkiem. Dach przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy, zresztą cała fasada znajdowała się w stanie kompletnej ruiny. Z lekką obawą wszedł do środka. Ogromny hol, szerokie schody prowadzące na piętro. Pomyślał, że kiedyś to musiało być piękne miejsce. Cały budynek był taki… majestatyczny. Tak, to dobre słowo. Zadumany obszedł wszystkie pomieszczenia na dole, aż w końcu znalazł się na tyłach domu. Z salonu, gdzie jedynym wspomnieniem czasów świetności były zdobione sztukaterie na suficie i na wpół rozebrany kominek, wyszedł na ogromny taras. Stamtąd miał doskonały widok na resztę posiadłości, na niewielki, zarośnięty stawek, w którego ciemnych, mętnych wodach odbijało się zachodzące słońce. Przysiadł na odrapanym murku, zapalił papierosa i chłonął otaczający go spokój.

To było niezwykle urokliwe miejsce. Z oddali dobiegł go ryk krowy i nasilające się gęganie całkiem sporego stadka. Uśmiechnął się nieznacznie, a potem zgasił papierosa i wrócił do samochodu. Już wiedział, co chce zrobić.

Dwa miesiące później był oficjalnym właścicielem tego miejsca. Oczywiście remont wcale nie okazał się prostą sprawą, bo budowla miała ponad dwieście lat i od razu pojawiły się związane z tym problemy. Lecz tutaj wykorzystał wszystkie swoje znajomości, cały urok i mnóstwo pieniędzy. I teraz mógł podziwiać efekty swego uporu.

Wszedł na piętro, które do ostatecznego wykończenia potrzebowało jedynie solidnego sprzątania. Potem wyżej, na pusty strych. Przez chwilę zastanawiał się jak powinien urządzić tę przestrzeń i na co ją przeznaczyć, gdy nagle usłyszał głośne stuknięcie. Pomyślał, że to może ktoś z ekipy budowlanej cofnął się po coś, o czym zapomniał. Wrócił myślami do swoich planów, gdy stuknięcie powtórzyło się, lecz tym razem jakby bliżej i głośniej. Zaintrygowany wyszedł na schody.

– Halo! – krzyknął. – Jest tam ktoś?

Żachnął się, bo pytanie było idiotyczne, ale z drugiej strony wydawało się jak najbardziej uzasadnione. Lecz odpowiedziała mu tylko cisza. Uspokojony odwrócił się, chcąc wrócić do pomieszczeń na strychu, gdy tym razem huknęło coś z dużo większą siłą, a w dodatku tuż pod jego nogami.

Zdumiony przechylił się przez poręcz i spojrzał w dół.

Cisza. Żadnego ruchu.

Zszedł piętro niżej, potem na sam parter.

– Halo? – powtórzył pytającym tonem. Zaczął krążyć po pokojach, ale wszędzie witała go tylko cisza i pustka.

– Może piwnica? – mruknął sam do siebie. Wygrzebał z kieszeni telefon i włączył funkcję latarki. Piwnica była najbardziej zaniedbanym podczas remontu miejscem, a na dodatek nadal nie działało tam oświetlenie. Patrząc w dół, na strome schody znikające w nieprzeniknionych ciemnościach, poczuł nagły dreszcz. Po raz pierwszy do jego umysłu wkradł się strach. Irracjonalny, bo przecież był tu wcześniej i niczego podejrzanego nie zauważył. Ale teraz, gdy nie towarzyszył mu nikt inny, gdy dookoła nie rozbrzmiewały ludzkie głosy… Teraz było inaczej. Prychnął poirytowany, a potem zdecydowanym krokiem zaczął schodzić w dół, przyświecając sobie latarką. Było to ogromne pomieszczenie, którego strop podtrzymywały grube słupy, a wszędzie walało się całe mnóstwo rupieci. Połamane meble, rozbebeszone kartony, zelżałe, śmierdzące stęchlizną ubrania. Pomyślał, że przed przeprowadzką będzie musiał koniecznie zabrać się i za piwnicę. Cholera wie, co tutaj można znaleźć. Może nawet trupa w stanie rozkładu? Roześmiał się do swych myśli, lecz zaraz potem zamarł w bezruchu. Stuknięcie rozległo się tuż obok. Rozejrzał się czujnie, z uwagą oświetlając pełne mroku zakamarki, chociaż jego serce ruszyło do morderczego galopu, a oddech przyspieszył. Zauważył, że ręka nieznacznie mu drżała. Nic poza tym. Żadnej żywej istoty. Może to jakieś zwierzę? Zastanowił się. Szczury? Pewnie tak, takie zwierzęta chyba lubią stare domy. Za to on nie cierpiał szczurów. W zasadzie bez powodu, po prostu tak było od zawsze. Szczurów, myszy, robactwa. Miał na nie prawdziwą alergię. Wzdrygnął się. Powinien wrócić na górę. To miejsce było bardzo nieprzyjemne. Sprawiało, że miał gęsią skórkę. Chciał zawrócić, ale wtedy zauważył coś niezwykłego.

Na jednej ze ścian, prawie przy samym dole, ktoś wyskrobał czymś ostrym napis w nieznanym języku. Dołączył też kilka prymitywnych rysunków. Podszedł bliżej, ale zaobserwowane szczegóły nic mu nie mówiły. Obrazki były koślawe, wykonane jakby ręką dziecka. Przesunął po nich dłonią, potem powiódł palcem wzdłuż linii. Próbował odczytać na głos. Jednak litery nie układały się w żaden logiczny ciąg. W końcu stracił tym zainteresowanie. Ziewnął, spoglądając na zegarek. Pora wracać. Poczuł głód i miał ochotę zapalić. Idąc w kierunku prowadzących na górę schodów, wygrzebał z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Wsadził jednego do ust i po chwili zaciągnął się dymem.

Jeszcze raz rozejrzał się dookoła. Zgasił latarkę w telefonie i zaczął wspinać się w górę po stromych schodach. Na początku w normalnym tempie, później coraz szybciej. Nie rozumiał tego, ale ogarnęła go nagła panika. Wręcz czuł na karku powiew mroźnego powietrza, czyjąś ukrytą obecność, coś niewytłumaczalnego. Ostatnie stopnie pokonał kilkoma susami, po czym z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi. Ani razu się nie obejrzał. Wypadł z domu, spazmatycznie łapiąc oddech. Zatrzymał się dopiero przy samochodzie. Odwrócił i spojrzał.

Był piękniejszy niż go sobie wcześniej wyobraził. Majestatyczny. Urokliwy. Niepokojący… Niepokojący? Skąd to słowo?

– Odcięty od pępowiny wielkiego miasta zaczynam świrować – zażartował. Lecz kiedy dotknął drżącą dłonią czoła, ze zdumieniem spostrzegł, że było on całkiem mokre. Spocił się, chociaż dzisiejszy dzień należał do chłodnych, a on miał taką kondycje, która umożliwiałby mu bieganie bez przerwy kilka godzin po całym domu. Niemożliwe więc aby tych kilka stopni wywołało taką reakcję. Jeszcze raz dotknął spoconego czoła, potem spojrzał na czubki palców. Powróciło dziwne, dławiące uczucie paniki. Bo na opuszkach zauważył plamy krwi, które znikały powoli w blasku popołudniowego słońca.

Jeśli chcesz przeczytać więcej i zapłacić sms, kliknij tutaj!

Jeśli chcesz zapłacić przelewem, wrzuć produkt do koszyka!

babeczkarnia

Opowiadanie

Autor
Babeczka
Stan
Trwające
Cena
Płatne

Zobacz także