Pierwsze drugie życie cz. 2

with 16 komentarzy

romans powojenny
 
Autorka z pewnością do nas zawita, odpowie na komentarze, ale tymczasowo musicie wybaczyć jej milczenie. Daję słowo honoru, że ma powód, aby na razie nie mieć czasu na siedzenie przed kompem :-))) Na razie cieszcie się tekstem 😉
 

– Marie Anne, dosiądziesz się w końcu do nas?!

– Siadaj na tyłku, albo oberwiesz jak młody. – Tony przełykając porządny kawał steku, warknął na dyżurnego nocnej zmiany. Popił suche mięso wodą, znad kubka odprowadzając wzrokiem niewzruszoną postać.

– Właśnie! – Młody podskoczył jak oparzony. – Co z tą dyscyplinarką?!

– Rozmawiałem z nią. – Przełożony powoli wytarł usta, dając sobie chwilę czasu. – Przeprosiła i obiecała, że to się już nie powtórzy – skłamał gładko.

– Przeprosiła? Mnie powinna przeprosić! I to publicznie! – żachnął się robotnik.

– Może ma ci jeszcze zrobić… – zarechotał drugi.

– Zamknij ryj, Sanders! – niespodziewanie ryknął Tony.

Zaskoczony mechanik błyskawicznie spełnił rozkaz przełożonego, równie mocno zaskoczonego swoją własną reakcją. Potem rzucił okiem w kąt niewielkiej sali. D’ Lacroix pochylona nad talerzem skupiała się na operowaniu sztućcami. Beretti poczuł dziwną ulgę, że nie usłyszała słów Sandersa. I równocześnie, równie dziwną nadzieję, że usłyszała całą dyskusję. Zmieszany wstał. Dopił sok. Z impetem odstawił kubek na stół i bez słowa wyszedł na papierosa.

Podwładni, kierowani szóstym zmysłem instynktu samozachowawczego, rozsądnie, gremialnie poszli zapalić z inne miejsce, dając szefowi chwilę samotności. Po głowie Tonego, zaciągającego się dymem, błąkała się jedna, natrętna myśl, która nie dawała mu spokoju już od kilku dni.

Numer obozowy.

Nie miał wątpliwości, że to był numer. D’ Lacroix była w obozie. W którym? Jak długo? Co przeszła? Straszne pytania pozbawione jeszcze gorszych odpowiedzi, nie dawały mu spokoju. Chciał wiedzieć. Musiał.

Niedopałek zasyczał przyciśnięty do ramy metalowego kosza.

I skierował się prosto ku stanowisku, gdzie pracowała kobieta.

– Jest w porządku. – Z pewnym ociąganiem, po dłuższej kontroli partii sprawdzonych i spakowanych elementów silnika zawyrokował Tony. – Cieszę się, że się stosujesz do procedur. To znaczy… dobrze, że to robisz – poprawił się.

Miał wrażenie, że na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz ulgi. Niespodziewana kontrola stanowiska pracy dla nikogo nie jest przyjemnością. Tak, ulga. Może nawet cień uśmiechu. Mimowolnie sam lekko uśmiechnął się do ciemnych jak węgle oczu.

– Ale jest problem z dokumentacją. – Beretti nienaturalnie wyostrzył głos i nadmiernie się wyprostował.

– Z kontrolą jakości? – Węgielki błysnęły niepokojem.

– Nie, nie z kontrolą. Z twoimi dokumentami. Brakuje… życiorysu.

– Wydaje mi się, że składałam razem z podaniem.

– No właśnie. Wydaje ci się. Jakbyś złożyła, to by było, nieprawdaż? – mężczyzna podniósł brew i spojrzał na nią przeciągle. – Ale, nic się nie martw. Możesz na miejscu uzupełnić. Przyjdziesz do mnie po zmianie i od razu napiszesz.

Tony uśmiechnął się z teatralnym pobłażaniem. Od niechcenia zerknął na pierwszy lepszy wskaźnik na stojącej obok maszynie, po to, by z powrotem z nonszalancją spojrzeć w twarz pracownicy.

Wzdrygnął się odruchowo. Lekko przekrzywiając głowę, Marie Anne stała bez ruchu, wpatrując się w niego z twarzą jak operowa, woskowa maska i pustym, martwym wzrokiem.

Beretti poczuł jak usta układają się w nerwowy, głupkowaty, obronny półuśmiech.

– Oczywiście. Przyjdę zaraz po zmianie. – Uroczy wyraz sympatii ponownie ożywił twarz Francuzki.

– Przyjdź.

Kilka godzin później zjawiła się w jego biurze.

– W zasadzie to nie wiem co mam napisać. – Marie Anne siedziała od dłuższej chwili przy metalowym biurku szefa, udającego zaabsorbowanie innymi dokumentami. – Skończyłam liceum, ale… – Tony przysiągłby, że słyszy lekkie załamanie w głosie dziewczyny. – Nie zdążyłam zdać matury.

– Nie ma problemu. – Podniósł zatroskany wzrok na pracownicę. – Nie przejmuj się. To o niczym nie decyduje. Pracę przecież już masz. Teraz po prostu potrzebuję mieć komplet dokumentów. Napisz od początku.

Marie Anne D’ Lacroix. Urodzona w Paryżu 15 sierpnia 1922 roku. Ojciec – bankier. Matka – pianistka. Dwie młodsze siostry: Juliette i Charlotte. 1940 – ukończenie liceum dla dziewcząt St.Laurent w Dziesiątej dzielnicy z wynikiem bardzo dobrym. 1941 – małżeństwo z Pierr’em D’ Lacroix.”

Tony szybko przebiegł wzrokiem po ładnym, równym piśmie.

– Trochę mało… Wciąż nosisz nazwisko męża? – bardziej stwierdził, niż spytał.

– Nie rozwiodłam się z nim. – Marie spojrzała na szefa z wyrzutem. Pożałował pytania, ale nie dał po sobie nic poznać.

– A rodzice? Jesteś Żydówką, prawda?

– Nie, moja matka była i to jedynie od strony babki. W dodatku niepraktykującą. Ale później to już nie miało żadnego znaczenia.

– To znaczy? – wyrzucił z siebie pytanie, zanim zorientował się, że domyśla się odpowiedzi. Domyśla się, zna, wie. „Cholera, Beretti, zamknij pysk!” – zganił sam siebie.

D’ Lacroix podniosła głowę. Ciemne oczy zmatowiały.

– To znaczy uznano nas za Żydów. Wszystkich. Łącznie z moim mężem. „Trochę mało”? – złośliwie powtórzyła za szefem. – Dopisać o Vel d’Hiv? Chociaż, właściwie to nie moja historia…

– Vel d’Hiv?

– Łapance Vel d’Hiv w Paryżu. Masowych aresztowaniach francuskich obywateli przez… – kobieta zaczerpnęła powietrza – …przez francuską policję. W upale pod wieżą Eiffla po trzech dniach zmarła moja matka i siostry. Ojciec – w drodze do obozu Compeigne.

– Czekaj… Aresztowała ich francuska policja? Nie hitlerowcy?! – Tony zmrużył oczy.

D’ Lacroix powoli pokręciła głową.

– Mnie i męża aresztowano miesiąc później. Po wyjściu z obozu przez kilka miesięcy szukałam dalszej rodziny. W końcu odezwała się kuzynka z Detroit. Opłaciła mój bilet na statek. Resztę znasz…

Kiwnął głową w zamyśleniu. Znał? Znał. Reszta była trywialna. Jedna z milionów takich samych historii. Emigracja, szukanie pracy, załatwianie dokumentów. Znał, aż za dobrze.

– Twoja rodzina… Bardzo mi przykro.

– To już jest dawno za mną. – D’ Lacroix wstała od biurka, delikatnie sugerując zakończenie rozmowy.

Tony czuł niedosyt. Miał wrażenie, że coś jeszcze gdzieś mu umknęło.

– A mąż? Co się z nim stało?

Marie Anne podeszła do niewielkiego okna. Słońce wpadające przez brudne, fabryczne szyby delikatnie rozświetliło mocno zaciśnięte usta.

– Oboje trafiliśmy do obozu Ravensbrück, niedaleko Berlina. – Kobieta wzięła głęboki oddech. – Został zastrzelony pierwszego dnia, kiedy z grupą dziesięciu innych więźniów rzucił się na wartowników. Zginął na moich oczach. Byliśmy kilka miesięcy po ślubie. Czy udzieliłam ci już wystarczająco wyczerpującej odpowiedzi?

Chwili ciszy nie przerwała żadna reakcja mężczyzny. W końcu kobieta odwróciła się z kierunku przełożonego. Przysiadł na rogu biurka. Założył ręce na piersi, jakby nie dopuszczając do siebie wszystkich informacji.

– Dokumenty w porządku? Mogę już iść? – Marie znacząco rzuciła okiem na w połowie zapisaną kartkę papieru, a następnie na dziwny wyraz twarzy szefa.

Beretti nie miał czasu bić się z myślami. Wiedział, że jeśli się zawaha, to już nie wrócą do tej rozmowy. Po odkryciu tatuażu domyślał się wszystkiego. To nie miała być przyjemna rozmowa, a on nie miał zamiaru się rozklejać. Wiedział o obozach. Cały świat już wiedział. Auschwitz, krematoria, Mengele. Wszyscy kurwa wiedzieli. I powoli przechodzili nad tym do porządku dziennego. Układał się nowy, powojenny porządek i Ameryka już stawiała czoło kolejnym wyzwaniom. Stara Europa lizała rany. Na tej półkuli nie było czasu na rozpamiętywanie przeszłości.

– Byłaś w Ravensbrück dwa lata, tak? Pewnie przeszłaś tam przez piekło?

Idiota!” – skarcił się w myślach. Ale wciąż było to lepsze niż trywialne przytulenie kobiety, na co miał cholerną ochotę. Może akcja w kantynie była tylko na pokaz? Może potrzebuje opieki, pocieszenia? Kogoś takiego jak on?

– Teraz już pytasz z litości czy z czystej ciekawości? – Marie niespodziewanie warknęła i nerwowo założyła brązowy kosmyk za ucho.

– Pytam… – zaciął się zaskoczony nagłym atakiem. – Pytam, bo muszę to wiedzieć.

– Przepraszam, z całym szacunkiem, ale jak do cholery ta wiedza będzie się przekładać na pakowanie części do turbin silników? Co chcesz kurwa wiedzieć? Czy byłam przesłuchiwana? Bita? Zgwałcona? Czy głodowałam? Czy robili na mnie eksperymenty i czy będę mogła mieć dzieci? Śmiało, kurwa, pytaj! Usiądziemy przy kawie, opowiem ci ze szczegółami!

– Mari, spokojnie, jeśli nie chcesz… – w uspokajającym geście uniósł ręce w górę. Przez chwilę przyszło mu na myśl, żeby położyć je na ramionach wzburzonej dziewczyny.

Nagle D’ Lacroix momentalnie się uspokoiła i stanęła tuż przed szefem. Zdecydowanie za blisko.

– Powiedz mi dlaczego właściwie nie wzięli cię do wojska? – spojrzała w górę w niebieskie, zachmurzone oczy. – Przecież jesteś świetnym mechanikiem! Czy to ma coś wspólnego z tym, że pomimo włoskiego nazwiska wyglądasz jak typowy Szwab? Martwili się o morale pozostałych żołnierzy? Czy wolałeś grzać dupę w bezpiecznej Ameryce, z dala od tego całego syfu?

– Mój brat walczył i zginął w Normandii. I nie, nie wyglądał jak typowy Szwab. – Spokojnie przerwał potok pretensji.

Mari zrobiła krok w tył. Podniosła w górę dłoń i otworzyła usta jakby chciała coś dodać. Ale nagle zmrużyła oczy, pokręciła głową i z rezygnacją machnęła ręką. Odwróciła się na pięcie w kierunku drzwi.

No to sobie wszystko wyjaśniliśmy.” – uśmiechnął się z przekąsem Tony.

– Kurwa! – z wściekłością walnął pięścią w biurko.

N
Oto Nika:

39 lat i kilka ważnych zmian w życiu, w tym jedna nadchodząca tyle niespodziewanie co szybko... Pisanie jako sposób na odreagowanie, wyrzucenie myśli, często tych czarnych, niewygodnych do słuchania przez męża czy przyjaciółkę... Pisanie, jako sposób, by nie zwariować i nie trafić do więzienia lub kostnicy ;)

N
Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Jako, że zazwyczaj to autor dąży do konfrontacji z czytelnikami, to przyczyna milczenia Niki musi być rzeczywiście poważna. Poczekamy:) Poza tym, może być i tak, że autora interesuje samo pisanie, a interakcje z czytelnikami już niekoniecznie. Chociaż, to chyba rzadkie zjawisko. Nieobecność Niki bynajmniej nie zniechęca mnie do komentowania:) Szczególnie, że opowieść zapowiada się interesująco i jest wcale nieźle napisana. Gdyby była nudna i masakrowała zasady poprawnej polszczyzny, to bym ją omijała szerokim łukiem, choćby Nika była przesympatyczna i stale obecna:)
    A co do samej opowieści: dlaczego Tony jest aż tak zainteresowany obozowymi przeżyciami Marie Anne? Dlaczego “chce” i “musi” wiedzieć? I jak może być tak głupi i gruboskórny, żeby myśleć, że dziewczyna ot, tak opowie mu o piekle, które przeżyła? Ledwie się znają, relacje między nimi są baaardzo dalekie od przyjacielskich, okoliczności zdecydowanie nie sprzyjają zwierzeniom, a on włazi z buciorami w jej prywatne, bolesne sprawy. Tony, więcej wyczucia, proszę. Myślałeś, że Marie opowie ci wszystko z detalami, a ty będziesz mógł ją pocieszać, przytulać i głaskać po głowie?
    Anthony był jedynym żywicielem rodziny, czy co, że na pytanie dlaczego nie brał udziału w wojnie, odpowiada, że brat zginął w Normandii? Mocno dziwna ta ich rozmowa. Zdaje się, że oboje mają swoje tajemnice i demony, których nie chcą budzić. W przypadku Marie to koszmar obozu, ale co ukrywa Beretti?
    Ciekawa jestem, co wymyśliłaś dla bohaterów. Łatwo i lekko pewnie nie będzie:)
    A to mi w tekście zgrzyta i wedle mnie wymaga dopracowania.
    “I skierowała prosto ku stanowisku, gdzie pracowała kobieta.” – Chyba coś zeżarło jakieś wyrazy, albo wcześniejsze zdanie.
    “hitlerowcy” pisze się z małej litery.
    “– Właśnie! – podskoczył jak oparzony młody.” – podskoczył z dużej litery. Chociaż sugerowałabym “Młody podskoczył jak oparzony”.
    I równoczesną, równie dziwną nadzieją” – A nie: “I równocześnie, równie dziwną nadzieję”?
    “Szósty zmysł instynktu samozachowawczego?” – nie za dużo grzybów w barszczu? Albo szósty zmysł, albo instynkt samozachowawczy.
    “Po głowie Tonego, który zaciągał się dymem,…” – słowo “który” nijak tu nie pasuje.
    “Od niechcenia zerknął na pierwszy lepszy wskaźnik na stojącej obok maszynie, po to, by z powrotem z nonszalancją spojrzeć w twarz pracownicy.” – takie to zdanie trochę nie teges.
    “Lekko przekrzywiając głowę, Marie Anne stała bez ruchu, wpatrując się w niego z twarzą jak operowa, woskowa maska i pustym, martwym wzrokiem.” – podobnież nie teges.
    “– Nie ma problemu. – Podniósł zatroskany wzrok na pracownicę. – Nie przejmuj się. To o niczym nie decyduje. Pracę przecież już masz. Teraz po prostu potrzebuję mieć komplet dokumentów. Napisz od początku.” – zdanie w formie komunikatów. Podobnie jak ten fragment: “Zmieszany wstał. Dopił sok.” – używając krótkich, prostych zdań odbierasz opowiadaniu płynność.
    “teatralne pobłażanie”? “uroczy wyraz sympatii”? – hmmm… trochę dziwne te określenia.
    Oczywiście, to moje subiektywne odczucia i nie upieram się, że mam rację:)

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dzięki Tony. Niektóre poprawiłam, aż wstyd, że wcześniej coś takiego przeoczyłam, ale resztę zostawiam autorce. Staram się do końca nie ingerować w czyiś tekst, żeby za kilka miesięcy miała okazję sama przeczytać i stwierdzić – o rany! Przecież to trzeba inaczej… 😉

      • T
        Tony Porter
        |

        Bardzo proszę 🙂 E tam, wstyd, czasem diabeł przykrywa ogonem i nie widzi się oczywistych oczywistości 🙂 Pewnie, że nie możesz zbytnio ingerować, bo to w końcu nie Twój tekst, ale z tym przeczytaniem po czasie i dostrzeżeniem, że zdanie jest od czapy i nie po polsku, to różnie bywa. Jedni widzą i pracują nad swym stylem, a inni nie dostrzegą tego nigdy i będą żyć w mocno błędnym mniemaniu, że piszą świetnie i w ogóle nie muszą nad warsztatem pracować. I będą tworzyć kolejne masakry “literackie”. Dlatego uważam, że trzeba niektóre rzeczy pokazać palcem, napisać co się podoba, a nad czym autor powinien popracować. Pewnie, że Nika może uznać moje uwagi za urwane z choinki, bo jej zdaniem tekst jest ok, zdania poprawne, taki ma styl i tak pisać będzie. Przyjmę to na klatę 🙂

      • J
        Judyta
        |

        Pół biedy, kiedy autor wyciąga wnioski i robi inne błędy. Spotkałam się już z takimi opowiadaniami, w których autorom wytykano błędy, poprawiali, dziękowali, a kilka części dalej te same niegramatyczne zdania, konstrukcje kupy się nietrzymające, dziwaczny szyk zdania… Czytać się odechciewa i ja też w pewnym momencie przestałam czytać opowiadania na necie, bo złapalam się na tym, że zaczynalam się zastanawiać, czy to przypadkiem poprawnie nie jest… Wiele z błędów wynika też z braku autoredakcji – jakiś pisarz kiedyś w wywiadzie o tym opowiadał, że mnóstwo ludzi nie czyta tego, co pisze, tylko napiszą i gotowe, niech się reszta łańcucha martwi poprawianiem.

      • T
        Tony Porter
        |

        Czasami mam wrażenie, że ludzie w ogóle nie chodzili na lekcje języka polskiego, a porywają się na pisanie. No sorry, ale z czym do ludzi? Właśnie te “niegramatyczne zdania, konstrukcje kupy się nietrzymające, dziwaczny szyk zdania…” dobijają mnie najbardziej. Chociaż niewiarygodność poczynań bohaterów też daje mi się we znaki. Ja wiem, że ludzie są nieobliczalni i nie do przewidzenia, ale jakieś granice głupoty i absurdu istnieją. Niektórzy piszący tej granicy nie widzą. I myślą, że ilość przejdzie w jakość. Znam taką jedną piszącą, którą aż wzdrygało na samą myśl, że ktoś miałby jej tekst sprawdzać i poprawiać – dasz wiarę? Napisała historię, w której bohaterka wysyła tekst do wydawnictwa, a ono z miejsca, bez najmniejszej ingerencji w ten tekst, zero korekty, już zaraz, chce książkę wydać. Coś dodać w tym temacie?
        Poprawianie poprawianiu nierówne. Poprawić można literówki, czy inne drobne błędy, ale się od nowa książki za autora nie napisze. Jak ktoś jest grafomanem, to korekta nie zrobi z niego pisarza.

      • J
        Judyta
        |

        Znam takich wrogich korekcie, znam ;D Swego czasu dostałam “do przejrzenia” pracę dyplomową. Dziedzina dla mnie totalnie abstrakcyjna, ale tekst to tekst. Po dwóch stronach odesłałam go autorowi z prośbą o napisanie od nowa, bo głowę dam, że promotor da s-e spokój już po jednej stronie. Ta osoba do dzisiaj się do mnie nie odzywa, z opowieści znajomych wiem, że promotor pracy nie przyjął. Ja rozumiem, że praca dyplomowa może być mało porywająca, mogą się w niej zdarzyć drobne potknięcia interpunkcyjne czy stylistyczne, ale tamto to był koszmar polonisty. Już pomijam ortografię i interpunkcję, ale styl… Jakby autor opowiadał kumplowi historię podrywu na wiejskiej dyskotece, zakończonego ruchaniem na przystanku autobusowym…

      • Babeczka
        |

        U mnie to nawet co do przecinka się zgadzało, takiego miałam anioła stróża przy pisaniu magisterki :-)))

      • T
        Tony Porter
        |

        He, he, Judyto, jak mogłaś nie docenić oryginalnego stylu autora pracy magisterskiej? 🙂 Wprawdzie umęczyłaś się czytaniem, ale masz tę jedną korzyść, że pozbyłaś się kogoś takiego z kręgu znajomych 🙂 Najgorzej, gdy ktoś nazywa stylem totalny brak zdolności pisarskich i poszanowania zasad pisowni. Oczywiście, że tekst to tekst – czy to literatura piękna, czy instrukcja obsługi – ma być po polsku i poprawnie.
        Moja pani promotor nie darowałaby mi zbędnej spacji nawet 🙂 Miała w głowie radar na każdy najmniejszy błąd.

    • j
      jaroszka
      | Odpowiedz

      Dziękuję Tony za wyliczenie tych błędów – ja teraz nie muszę. Pomimo tych potknięć jestem w stanie dać Nice szansę. Jestem ciekawa jak rozwinie się fabuła, a ta intryguje. Uwielbiam bohaterów z tajemnicami, których mogę odkrywać strona po stronie. Co do błędów w aspekcie początkujących autorów, to mogę powiedzieć, że są autorzy i ałtoży. Ci pierwsi stosują teorię Darwina we własnym talencie (tak, talent też trzeba rozwijać) ci dródzy;) tylko twierdzą, że się czegoś uczą. Styl Babeczki i Mikakamaki jest całkiem ładnie wykreowany, Gibsonówna dogania jak może. Jestem ciekawa jak Nika rozwinie skrzydła. Tworzy się tu całkiem przyjemne miejsce czytelnicze. Babeczka, czy chcecie przyjąć jeszcze kilka autorek?

      • T
        Tony Porter
        |

        Bardzo proszę 🙂 Ałtoży myślą, że im więcej piszą, tym piszą lepiej i nie przyjmują do wiadomości, że ilość nie przechodzi w jakość.

    • N
      Nika
      | Odpowiedz

      Tony chce się dowiedzieć jak najwięcej, bo po prostu ma na dziewczynę “parcie”, jak to ciekawie określiła moja przyjaciółka. A że stosuje styl “końskie zaloty, to taki już jego chamski urok 🙂 W końcu to tylko nieokrzesany, szowinistyczny mechanik włoskiego pochodzenia. Czy chce pomóc? Pewnie tak. Czy wyjdzie na tym jak Zabłocki na mydle – zobaczymy 😉 Lubię zagadni, drugie, trzecie dno, odwracanie oczywistości “dobry-zły”, zrzucanie masek i … zakładanie kolejnych. Taki mam styl. Tak sobie radzę.
      Pozdrawiam Was serdecznie! Wasze miłe (nie przesłodzone!) komentarze oraz konstruktywna krytyka dodają wiatru w moje skrzydła. Powinnam mieć nick “Nike” 🙂 Dziękuję! To mi teraz bardzo pomaga!

      • T
        Tony Porter
        |

        Ha, ha, “chamski urok” – dobre! Podzielam upodobania 🙂 Myślę, że nawet “nieokrzesany, szowinistyczny mechanik włoskiego pochodzenia” może wyjść na ludzi… pod wpływem właściwej kobiety 🙂

  2. J.Gibson
    | Odpowiedz

    Jade…
    Jade i czytam.
    Jade, czytam i nie wierzę.
    Powaznie się rozkreca, ale skoro to powazna historia… W ilu czesciach? Ile sobot bede jeszcze wyczekiwała?

  3. J
    Jaroszka
    | Odpowiedz

    Powiem szczerze, że piękny repertuar na motylewnosie widzę. Nika z tajemnicą i kontrowersyjnym tematem, Gibson z fantazją i grozą, Babeczka z lekkością i humorem. Zapomniałam książki na urlop, ale nie żałuję. Dziewczyny, wy się wydajcie! Zmieścicie się w jakimś wielostronicowym zbiorze opowiadań? Każda dałaby coś od siebie i byłaby super promocja – na kokosy w formie walutowej to bym raczej nie liczyła (wydając się przez wydawnictwo autor dostaje całe gó.w.no). Jeśli same się wydacie to ja was bede polecać i rozgłaszać gdzie się da. Tylko poproszę dla siebie wersję z autografami.

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Dzięki! Gdzieś tam w planach nam majaczy wersja papierowa 🙂 Bo zawsze to fajnie poczuć namacalny dowód swego geniuszu ;-))) A tak serio, to każdej z osobna, ale może wydanie zbiorcze byłoby dobrym pomysłem? Grube, opasłe tomisko, pełne… Wszystkiego? Oczywiście że same! Wydawnictwa to ciężki temat, zwłaszcza że mamy już swoich czytelników, wspólnych i takich, którzy czytają tylko jedną z nas. Najwięcej jednak wspólnych. Trochę roboty przy tym jednak jest, a ja czekam aż moja młodsza pociecha na dobre zaadoptuje się w przedszkolu. Wtedy będzie i czas, aby to wszystko rozpisać, wyliczyć i przemyśleć 😉

  4. N
    Nika
    | Odpowiedz

    J.Gibson Piękne słowa! Dziękuję! Gdy je czytałam, jechałam pociągiem i też nie wierzyłam, że komuś może się tak podobać 😉 Tak, historia poważna. U mnie nigdy nie ma łatwo, lekko i przyjemnie, a niesprawiedliwość losu to chleb powszedni moich bohaterów. Ale dzięki temu mają przygody, które mogę opisać. Ile jeszcze? Jesteśmy mniej więcej w 1/5, ale nie wiem na ile części (sobót) będzie podzielony cały tekst. Pozdrawiam serdecznie!

Napisz nam też coś :-)