Pierwsze drugie życie cz. 6

with 8 komentarzy

romans powojenny
 

Nika obiecuje, że jak tylko poukłada pewne sprawy, to na pewno zajmie się waszymi komentarzami 🙂 Tak akurat wyszło, że trafiła do nas w momencie, gdy całe jej życie zmieniło się o 180 stopni i teraz musi sobie wszystko uporządkować.

 

Beretti wpadł do salonu i bez cienia wahania, z miejsca rzucił się na ubranego na czarno, uzbrojonego mężczyznę. Drugi, identyczny agresor, przygwoździł Marie Anne do ziemi, wbijając kolano między łopatki kobiety. Maksymalnie wykręcając jej rękę, przyłożył gotowy do strzału pistolet do głowy. Julia stała w kącie wciąż przeraźliwie krzycząc. Zaatakowany nieznajomy sprawnie odwinął karabin i z całej siły zamachnął się kolbą. Tony błyskawiczną gardą ochronił szczękę, ale zamarł widząc broń wycelowaną przez kolejnego mężczyznę. Jeszcze jeden, szarpiąc matkę za ramię, rzucił ją na sofę.

– Siadać! – warknął, lufą wskazując na mebel. Julia rzuciła się w objęcia brata. – Ucisz ją!

– Nie płacz, jest w porządku, nic nam nie zrobią. – Przytulił dziewczynę do piersi i wbił wzrok w nie dającą oznak życia De’Lacroix. Nie widział jej twarzy, ale musiała żyć, skoro oprócz trzymającego ją mężczyzny, jeszcze dwóch wycelowało w nią lufy karabinów. Kolejny pilnował unieruchomionych na sofie Berettich, mierząc po kolei do każdego z nich.

– Nie wiem kim jesteście ani o co wam chodzi, ale… – zaczął ostrożnie Anthony.

– Zamknij się! – warknął mężczyzna mierząc wprost w jego czoło. Na odgłos przeładowania broni Julia krzyknęła spazmatycznie.

– Babcia? – szepnął Tony do siedzącej obok, struchlałej matki.

– Jest w kościele – odpowiedziała, z przerażeniem oczekując kary. Jednak stojący najbliżej agresor, jedynie zmrużył groźnie oczy.

Przedłużającą się chwilę ciszy, przerywały urywane pochlipywania Juli, gdy nagle do salonu wszedł kolejny, na oko starszy mężczyzna. Uklęknął przy Marie i pociągnąwszy za włosy, brutalnie podniósł jej głowę. Przyjrzał się twarzy kobiety.

– To ona! – zawyrokował i zluzował uścisk. – Zakuć.

Tony wyrwał się w kierunku dziewczyny, ale raptownie zwrócone w jego stronę kolejne dwie lufy karabinów, skutecznie zablokowały drogę.

– Siadaj! – wrzasnął dowódca. – Siadaj, Beretti – dodał spokojniej. – Wiem, że nie masz z tym nic wspólnego.

Tony przerzucił wzrok z mężczyzny na skuwaną kobietę. Nie odezwała się ani słowem, szarpnięta ostro, nawet nie jęknęła. Kasztanowe kosmyki opadły na twarz Mari, tak, że Tony nie mógł dostrzec jej wyrazu.

– Nie mam nic wspólnego z czym? – warknął.

– Z Gabrielle Arpin.

– Z kim, do cholery?! – wrzasnął Anthony.

Z Gabrielle Dominique Arpin. – Mężczyzna od niechcenia wskazał na Marie, którą jego podwładni podnieśli za ramiona i posadzili na krześle, na drugim końcu pomieszczenia.

Tony w końcu mógł na nią spojrzeć. Pustym wzrokiem patrzyła przed siebie, jak gdyby oddzielona szklaną szybą od rozmawiających, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, o czym mówili.

– Francuską prostytutką i komandofuhrerin w obozie Ravensbruck. Rozumiesz? Kapo. Nadzorczyni.

– Co ty pieprzysz?! To jakaś cholerna pomyłka! I kim wy w ogóle jesteście?!

W tym momencie do salonu weszło dwóch umundurowanych policjantów.

– Kapitanie Blumstein, w razie potrzeby jesteśmy na zewnątrz. Teren otoczony.

Dowódca podziękował skinieniem głowy. Tak jak pozostali był ubrany na sposób wojskowy, ale w całości na czarno i bez żadnych oznaczeń.

– Kim jesteście?! – nieustępliwie powtórzył Tony.

– Specjalną jednostką do wyszukiwania takich jak ona. – Obrzucił Marie spojrzeniem pełnym obrzydzenia. – Po wojnie wielu z nich przyjechało właśnie do Stanów.

– Nie wierzę, to pomyłka! Musieliście ją z kimś pomylić!

– Posłuchaj, człowieku! – warknął Blumstein. – Śledzę ją od pół roku i ciągle mi się wymyka. Nowy Jork, Indianapolis, teraz Chicago. Właściwie to tylko dzięki tobie ją tu dopadliśmy. I pewnie zdążyliśmy w ostatniej chwili.

– Dzięki mnie?! – Beretti chwycił się za głowę. – Kurwa! Meldunek!

Matka spojrzała na Tony’ego z wyrzutem.

– Zameldowałem ją. Potrzebowała tego do dokumentów, ale to… miała być niespodzianka. – Z szeroko otwartymi oczami tłumaczył się sam przed sobą. Czuł, że w gorącym pomieszczeniu powoli zaczyna brakować mu tchu.

– Co ci naopowiadała? Kim była tym razem? Udawała już sanitariuszkę, opiekunkę w obozie dla dzieci, łączniczkę z ruchu oporu. Nie przejmuj się stary, nie ciebie pierwszego wkręciła.

Blumstein stanął na wprost znieruchomiałej Marie. Wyglądał jakby miał ochotę zdzielić ją w policzek i tylko ryzyko utraty kontroli sytuacji wzięła górę nad irytacją. Kobieta wciąż bez słowa, pustymi, zamglonymi oczyma patrzyła gdzieś przed siebie. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Była jak maska.

Tony przetarł dłonią spocone czoło. Wziął głęboki oddech, starając się uspokoić. Z liczebną przewagą uzbrojonych agresorów nie mógł zbyt wiele zdziałać. Mógł tylko merytorycznie tłumaczyć.

– To… to nie jest możliwe. Musieliście ją z kimś pomylić. – W gardle miał dławiącą, kułjącą kulę. – Przecież ją znam! Pracuje u mnie! To nie jest możliwe!

– Niemożliwe? To sam ją spytaj. – Blumstein wyciągnął dłoń w stronę De’Lacroix.

– Mari… – zaczął bez przekonania Tony. – Marie, powiedz coś...

Nie reagowała, jakby kompletnie ignorując jego obecność. Półprzymknięte powieki zdawały świadczyć o znużeniu sytuacją. Jedynie mocno zaciśnięta szczęka, wskazywała na prawdziwe uczucia dziewczyny. Przez cały czas dwóch stojących po bokach mężczyzn, celowało jej w głowę z długiej broni.

– Marie! – Beretti krzyknął w desperacji, jakby chciał wybudzić ją z jakiegoś otępienia, katatonicznego snu, w który wpadła w reakcji na napaść. Nie mogło być inaczej. – Marie!!!

Powoli odwróciła głowę. Zlustrowała mężczyznę beznamiętnie. Tylko po to by wiedział, że go słyszy. Ponownie spojrzała przed siebie.

– Nie, nie kapitanie, to pomyłka. Nie wiem co jej zrobiliście, ale… – Tony myślał gorączkowo. – Tatuaż! Kurwa, przecież ona ma tatuaż! Numer obozowy! Była w Ravensbruck, ale była więźniem! Więźniem, do cholery!

– Mówisz o tym? – Blumstein szarpnął za rękaw koszuli zatrzymanej. – Ten tatuaż zrobiła sobie już w Nowym Jorku, twierdząc, że chce w ten sposób uhonorować siostrę, która zginęła w obozie. Do Stanów dostała się na papierach więźniarki, która zginęła kilka dni przed ewakuacją obozu. Marie Anne…

– …De’Lacroix – szeptem dokończył Beretti.

– Jeszcze tego nie potwierdziliśmy, ale najprawdopodobniej sama ją zabiła. – Kapitan stanął tuż przed Marie. Podniosła na niego wzrok, jednak nie zmieniła wyrazu twarzy. – Gabrielle Arpin była wyjątkowo gorliwą i brutalną nadzorczynią. Osobiście zastrzeliła kilkudziesięciu więźniów. Głównie kobiet.

Tony poczuł, jak struchlała z przerażenia siostra coraz mocniej wtula się w jego bok. Wsparł łokcie o kolana, pochylił głowę. Zdawała się być zbyt ciężka, by móc unieść okropną prawdę.

– Nie, to niemożliwe… – pokręcił głową, wpatrując się w drewnianą ławę. Nagle na blacie wylądowała torba, którą kilka dni wcześniej osobiście wnosił do swojego domu.

– Szefie! – Kolejny mężczyzna otworzył pakunek i sięgnął głęboko do środka. Wyciągnął skórzane dno, odkrywając pod spodem schowek. Odwrócił torbę do góry nogami i wysypał jej zawartość na ławę, tuż przed nosem Tony’ego. Blat pokrył się kilkudziesięcioma grubymi plikami spiętych razem banknotów.

– I jeszcze to – wręczył szefowi paczkę z dokumentami. Paszporty, fałszywe świadectwa pracy, kilka aktów narodzin, kilka aktów zgonu. Bilet kolejowy.

Blumstein rozłożył dokument. Przebiegł wzrokiem po wydruku.

– Udało się w ostatniej chwili – prychnął i rzucił biletem przed Berettim. – Do Nowego Orleanu. Na ten poniedziałek. Wiedziałeś?

Tony wziął kartę w dłonie.

– Do Nowego Orleanu? – spojrzał ze zdziwieniem na nieruchomą Marie. Przeniósł wzrok na dowódcę.

– Stamtąd pewnie chciała wsiąść na prom do Argentyny. Oni wszyscy tam teraz spieprzają. Ale nie wszyscy zdążą – wyciągnął bilet z dłoni Tony’ego. – Dobra mamy wszystko! – krzyknął do przeszukujących dom kilku kolejnych mężczyzn. –Zbieramy się.

Pilnujący Berettich opuścił broń.

– Będę chciał z jeszcze Państwem porozmawiać. – Blumstein przeszedł na oficjalny ton i machnął ręką na mężczyzn celujących w siedzącą bez ruchu Marie. Jeden z nich założył skutej kobiecie uchwyt pod łokieć i szarpnął w kierunku wyjścia. Drugi eskortował zatrzymaną, ani na chwilę nie przestając celować w jej głowę.

– Gdzie ją zabieracie? – zrezygnowany Tony przez sekundę odprowadzał wzrokiem znikającą w drzwiach postać, ale szybko zacisnął powieki, by od razu ponownie przez pryzmat rozrzuconej gotówki spojrzeć na dowódcę.

– Na razie do aresztu śledczego, a później na proces do Niemiec.

– Do Niemiec? – zgorzkniale powtórzył Tony.

– Tak. – Blumstein złożył bilet i beznamiętnie podążył za Gabrielle. – Czeka ją deportacja.

Kilka sekund po tym po zgarnięciu z blatu zrolowanych banknotów, ostatni z mężczyzn pożegnał siedzącą na sofie rodzinę trzaśnięciem wejściowych drzwi. Julia podskoczyła ze strachu, przylgnęła jeszcze mocniej do ramienia brata. Stłumiony szloch ponownie przerwał dźwięczącą w uszach, ciężką ciszę.

– Nie płacz, kochanie. Proszę. Nie warto. – Tony gładził dziewczynę po głowie i z niepewnością spojrzał na matkę. Kobieta wstała, powoli, jakby z obrzydzeniem omijając ławę, przeszła do jadalni i sięgnęła po papierosy pozostawione na parapecie. Jak nigdy, zaciągnęła się powoli, bez słowa wpatrując się w syna.

Beretti delikatnie odsunął od siebie siostrę. Ze spuszczoną głową podszedł do matki. Mimo, iż górował nad nią wzrostem, czuł się jak mały chłopiec, który znów rozbił szybę. Pochylił się.

– Przepraszam cię, mamo – szepnął.

Zgarnął paczkę papierosów z okna i wyszedł bez słowa.

Pokój zajmowany przez Marie Anne wyglądał jak po przejściu tornada. Tony stojąc w drzwiach i przyglądając się rzeczom rozrzuconym w czasie przeszukania, powoli zaciągał się nikotyną. Nie było ich zbyt wiele, wszak przyjechała z jedną tylko torbą. Beretti rzucił niedopałek na ziemię i przydeptał ubrudzonym błotem z ogrodu, butem. Ogarnął wzrokiem leżącą na łóżku, pożyczoną od Juli, walizkę.

Kilka sukienek, rybaczki, nowy strój kąpielowy. Najwyraźniej Marie zaczęła przygotowywać się do wspólnego wyjazdu nad jezioro.

Urwałabyś się znad Michigan czy w ogóle byśmy nie pojechali?! Pewnie szalejąc z niepokoju szukałbym cię, zachodząc w głowę gdzie jesteś i co się stało. Może zostawiłabyś ubranie na brzegu, fingując własną śmierć? Nie miałabyś mnie już wtedy na głowie” – Tony parsknął krótkim, pełnym rozgoryczenia śmiechem.

Przeniósł wzrok na leżącą na poduszce obok walizki, białą nocną koszulkę dziewczyny. Podszedł bliżej i wziął do ręki delikatny, koronkowy materiał. Miał wrażenie, że jeszcze pachnie słodkim zapachem Marie Anne. Że jest jeszcze rozgrzany od ciepła jej ciała i wspólnie spędzanych nocy. Choćby dzisiejszej, kiedy nieśpiesznie, z czułością zsuwał nieskalaną biel z drobnych ramion, badając teren z ostrożnością, mając na uwadze pozornie tragiczne doświadczenia dziewczyny. Nigdy nie miał śmiałości spytać, czy oddała się komendantowi dobrowolnie, czy wziął ją siłą. Jakie to miało znaczenie? Jeśli posiadł ją w tym samym dniu w którym widziała śmierć swojego ukochanego, równie dobrze mogła bez sprzeciwu, w apatii położyć się na łóżku i zamknąć oczy, udając przed samą sobą, że martwi nie czują bólu.

Ale okazuje się, że tak raczej nie było.

– Dziwka! – wrzasnął Beretti i jednym ruchem rozdarł na pół białą koronkę. – Francuska kurwa!

Walizka koszącym lotem dotarła do drewnianego stolika, rozbijając stojący na nim flakon z polnymi kwiatami. Kilka ubrań leżących na łóżku jednym ruchem ręki trafiło pod buty mężczyzny.

Beretti wpadł w szał, krzycząc i rzucając o ściany wszystkim, co wpadło mu w ręce.

– Tony! – matka stanęła w drzwiach.

Mężczyzna zastygł w bezruchu, ściskając w dłoni białą, gipsową figurkę łabędzia.

– Tony – powtórzyła łagodniej.

Beretti delikatnie odłożył pamiątkę na półkę.

Bez słowa podszedł do kobiety.

– Mamo! – wyciągnął rękę, by objąć jej ramię, ale poczuł jak nogi odmawiając posłuszeństwa, zginają się w kolanach. Klęcząc przed rodzicielką, krzycząc z bezsilności, wtulał twarz w jej brzuch. A ona położyła dłonie na jasnych włosach, przygarniając syna mocno do siebie.

– Już dobrze, Tony. Cicho! Nie warto…

N
Oto Nika:

39 lat i kilka ważnych zmian w życiu, w tym jedna nadchodząca tyle niespodziewanie co szybko... Pisanie jako sposób na odreagowanie, wyrzucenie myśli, często tych czarnych, niewygodnych do słuchania przez męża czy przyjaciółkę... Pisanie, jako sposób, by nie zwariować i nie trafić do więzienia lub kostnicy ;)

N
Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. J
    Judyta
    | Odpowiedz

    To żeś dołożyła do pieca…

    • N
      Nika
      | Odpowiedz

      Lubię tak 😉

  2. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Łał! I łał po trzykroć! Szczęka mi opadła. TAKIEJ tajemnicy to się po Mari… przepraszam, Gabrielle, nie spodziewałam. Zwrot akcji z wysokiego “C”. Biedny, zakochany Anthony Beretti 🙁 Teraz nie dziwi zblazowana, znudzona mina “Mari” przy pokaleczonych i zabitych przy wybuchu ustrojstwa w fabryce – takie widoki w ogóle jej nie ruszają. I bardzo ciekawe, kim jest blondyn, z którym “Mari” dyskutowała niby to o deportacji. A jej alienacja nie brała się z demonów obozowych, tylko Mari/Gabrielle wolała trzymać się na uboczu, nie rzucać w oczy, żeby nikt nie zadawał pytań, żeby nie musiała opowiadać o sobie. Trzeba jej przyznać, że jest świetną aktorką i doskonale potrafi manipulować ludźmi – wszyscy daliśmy się nabrać 🙂 Świetny pomysł na fabułę.
    Błędy są, ale nie chce mi się ich wymieniać. Tym bardziej, że wciąż tego samego rodzaju, więc chyba tekst jest już napisany w całości, a Autorka nie ma teraz głowy do korekty.

    • N
      Nika
      | Odpowiedz

      Dziękuję!!! Miód na moje rozedrgane serce 😉 Lubię zwroty akcji, lubię nieoczywistości, kiedy czarne staje się białe, a białe… krwistoczerwone 😉 Masz rację – biedny Tony. Przepraszam, jestem okrutna. Opóźniona kara od losu – facet który bawił się kobietami dostaje kopa od życia. Mimo, że już się trochę opamiętał. Ot, karma… Kojarzysz na pewno “Leona Zawodowca”. Lubię fundować moim bohaterom przypadkowe, niby zwyczajne, spotkania, o których nic już nie jest takie samo. I nawet nie zdają sobie sprawy, że koło fortuny nieuchronnie pcha ich życie w przepaść. Mimo, że zazwyczaj kończy się tragicznie, to w ostatniej chwili wiedzą, że warto było przeżyć coś wspaniałego, choć tak krótko to trwało. Bo w prawdziwym życiu jest zazwyczaj odwrotnie – długo i nudno…

      Pozdrawiam Cię serdecznie!

      PS Miałam na tym skończyć. Na słowach o deportacji, które wszystko wyjaśniają, spinają w całość, pozostawiając Tony’ego i czytelnika oszołomionych, siedzących bez ruchu na kanapie w salonie, próbujących ogarnąć co właściwie się stało w ciągu tych ostatnich kilkunastu minut, dni i lat. Ale przyszła wena. Dopisałam ciąg dalszy (może nie do końca udany, ocenisz sama) i dokopałam leżącemu. Tak jest w moich opowiadaniach, bo tak, niestety, często jest w życiu.

  3. A
    Asia
    | Odpowiedz

    A to pipa🤭

    • N
      Nika
      | Odpowiedz

      Nie tylko kobiety lubią “złych chłopców”. Czasem bywa odwrotnie 😉 Jakby była słodką idiotką, to by była nudna – wystarczająco dużo mamy takich wokół siebie 🙂

  4. T
    Trach
    | Odpowiedz

    Fajne 🙂

  5. N
    Nika
    | Odpowiedz

    Dziękuję!!

Napisz nam też coś :-)