Pierwsze drugie życie cz. 9

with 4 komentarze

romans powojenny
 

– Dlaczego mnie goniłeś? – Bawarski akcent przebijał się na końcówkach wyrazów.

– Dlaczego uciekałeś? – Dociśnięte do krtani ostrze sprawiło, że Tony szybko pożałował zaczepki. Podnosząc powoli ręce, uznał swoją przegraną pozycję. – Chcę tylko porozmawiać. Byłeś przed fabryką, ostrzegałeś przed czymś Marie… znaczy Gabrielle.

– Gdzie ona jest? Dlaczego nie wsiadła do pociągu? – Niemiec szarpnął za kołnierz. – Gadaj!

– Puść mnie! – zacharczał Beretti. – Też chcę jej pomóc.

Blondyn odsunął nóż od szyi i mocno popchnął Tony’ego przed siebie. Mężczyzna odwrócił się i opuścił ręce, choć ostrze wciąż pobłyskiwało w słabym świetle latarni.

– Dlaczego nie przyszła na pociąg? – warknął nieznajomy.

Kurwa, to ja miałem się czegoś dowiedzieć.” – Beretti zacisnął pięści.

– Ma problemy.

– Jakie kurwa problemy?!

– Została aresztowana. Przez policję i jakąś dziwną agencję, sam nie wiem kim oni są.

– Scheisse! – przeklął po swojemu Niemiec. – Ty ją wydałeś! – Nóż zbliżył się niebezpiecznie.

– Zwariowałeś?! Od dwóch dni próbuję się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi! Może ty mi wytłumaczysz?

– Co powiedziała policja?

– Twierdzą, że …

– No co?! Gadaj! – ponaglał blondyn.

– Pracowała w obozie jako kapo…

– Kurwa! Wiedziałem!

– To nieprawda? – Beretti zagryzł zęby, by nadać swojemu głosowi ostrzejszy ton.

– To nie jest wszystko tak proste jak myślisz. – Niemiec myślami był już całkiem gdzie indziej.

– Powiedz mi, że to nieprawda!

– Co im powiedziała?

– Co?! – Tony poczuł, że gotująca się w nim wściekłość bierze górę nad wolą porozumienia. Wciąż niczego się nie dowiedział, a szwab przesłuchiwał go jak gówniarza. – Nie wiem!!! Pieprzę to!!! Powiedz mi tylko, że to nieprawda! Nie była kapo! Nie jest nazistką!

Blondyn spojrzał na niego jak na szaleńca. Nagle Beretti uświadomił sobie o co, a przede wszystkim kogo pyta. Mężczyzna wyglądał jak starszy członek Hitlerjugend. Jak idealny przykład aryjskich „Neue Leute”, nowych ludzi. Nowej rasy panów. Jeśli ktoś taki pomagał Mari w ucieczce do Argentyny… Jeśli w ogóle miała powód do ucieczki… Tony poczuł jak upada ostatnia zasłona, którą zbyt długo trzymał na wyciągniętych w górze, obolałych rękach. Oszukiwał sam siebie. Bilet, dokumenty, zgromadzona gotówka, ale przede wszystkim brak jakiejkolwiek próby zaprzeczenia, zbuntowania się przeciwko postawionym zarzutom. Cały czas szukał prawdy. Prawda stała tuż przed nim. Tylko nie chciał jej dostrzec, bo była dla niego niewygodna.

– Nic im nie powiedziała. Nie chce z nimi gadać – odparł zrezygnowany. Nie ucieszył go wyraz ulgi na twarzy Niemca.

– Dobrze. Jeśli tylko wytrzyma kilka dni… – zaczął blondyn i ugryzł się w język.

– Wytrzyma kilka dni? Co ty gadasz?! Deportują ją! Powieszą! Zresztą… – zacisnął zęby, by zapanować nad łamiącym się głosem. – Pieprzę to! Pierdolę!

Beretti wyciągnął przed siebie dłoń, jakby chciał zatrzymać słowa niewygodnej prawdy. Cofnął się kilka kroków.

– Pierdolę, słyszysz?! –wrzasnął na całą ulicę, a w kilku oknach zapaliło się światło.

– Uspokój się, nic jej nie będzie! – warknął Niemiec. – Schiller ją wyciągnie.

– Schiller? Komendant? On jej pomoże? Ten… – kolejny cios jak sierpowy w śledzionę, dobił rozjuszonego mężczyznę. Chwycił się za głowę, odwrócił niczym ranne zwierzę. – Kurwa!…

Od dwóch dni narażał życie, byleby czegokolwiek się dowiedzieć, jakkolwiek pomóc Mari. Tylko po to, by usłyszeć, że pomoże jej były oprawca.

Po zdesperowanej minie mężczyzny, blondyn zrozumiał, że do zapanowania nad sytuacją musi użyć ostatecznego argumentu. Strachu.

– Masz rodzinę? To jedź do domu i zapomnij, że kiedykolwiek znałeś Arpin. Nie masz pojęcia co tu się dzieje. Odpuść sobie! Za mały jesteś na to!

Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Beretti odwrócił się na pięcie i wyszedł z ciemnej bocznicy na szerszą, oświetloną ulicę. Kłębowisko myśli powoli opadało jak kurz po bitwie, zakończonej jednoznacznym wynikiem. Czuł się zmiażdżony. Już nie tylko wściekły, że został oszukany przez nią. Czuł się jak gówno, oszukiwany przez samego siebie. Przez nadzieję, której uchwycił się jak zakochany kretyn.

Bilet, fałszywe dokumenty, kupa szmalu, pomagający Niemiec, Argentyna, a na koniec komendant. Był ślepy na oczywistą prawdę. Nie było już o co walczyć. Opadła ostatnia złudna nadzieja. Mógłby sobie wmawiać jeszcze długo, ale w końcu do niego dotarło – zatrzymanie Marie Anne De’Lacroix to nie była pomyłka.

***

Drobna, jasna dłoń przesunęła się po białym prześcieradle. Opuszki palców dotknęły najpierw opalonego na złoty kolor ramienia, następnie szerokiej, umięśnionej klatki, by w końcu nieśpiesznie, delikatnie zjechać w dół. Tony mruknął z zadowoleniem i przeciągnął się leniwie pod kołdrą. Nagle otworzył oczy, wzdrygnął się i zmarszczył ze złości brwi. Nie podnosząc głowy z poduszki wpatrywał się w pustą przestrzeń łóżka.

– Kurwa, znowu! – warknął sam do siebie, zły na powracający co jakiś czas sen.

Rzucił okiem na zegarek i stwierdziwszy, że odgłosy tysięcy witających poranek ptaków tak nie pozwolą mu ponownie zasnąć, powoli zwlókł się z drewnianego łóżka. Po kilku minutach siedział już na schodach przed domkiem, z kubkiem kawy w ręce, zapalając papierosa.

Rzucił okiem na błękitne wody Torch Lake. Powoli przeniósł wzrok na przybierającą jesienne barwy ścianę liściastego lasu. Podniósł głowę, by przez chwilę śledzić lot stada dzikich gęsi.

Odłożył kubek, wstał i podszedł do leżącej przed chatą blachy.

– Pięć arkuszy – mruknął, zapalając jeszcze jednego papierosa. – Mało.

Od tygodnia naprawiał dach w zapomnianej przez Boga i ludzi chatce nad jeziorem. Skrócenie urlopu i powrót do fabryki były związane z nadzieją na kojące działanie strategii rzucenia się w wir pracy. Niestety pękła jak bańka, wraz z bójką, w jaką wdał się pierwszego dnia ze swoim własnym kumplem z działu. Wystarczył jeden głupi komentarz. Zresztą, nawet bez komentarza, każde miejsce przypominało mu o jednym. A właściwie o jednej.

– Wypieprzaj na urlop, Beretti! – Mało oficjalnie zażądał przełożony. – Nie mam zamiaru dyscyplinarnie zwalniać jednego z najlepszych pracowników przez jakąś… – w porę ugryzł się w język. Choć tak jak inni nie znał szczegółów, domyślał się, o kogo chodzi. – Żebym cię tu nie widział do końca miesiąca!

Propozycja zlecenia naprawy dachu gdzieś na końcu świata brzmiała równie terapeutycznie. Z tych samych powodów co w pracy, nie był w stanie spokojnie wysiedzieć w domu. Zmiana miejsca była kusząca, ale matka miała obawy. Musiał jej przysiąc, że nie będzie pił. Tym sposobem wieczorami siadał przy ognisku, piekł na kolację złowione w jeziorze ryby i z braku lepszych trunków, sączył gorzką herbatę. Leżący na podwórku, rozkręcony do przeczyszczenia silnik pick–up’a gwarantował, że Tony nie miał szans zbyt szybko wybrać się do miasteczka. Popić i narozrabiać.

I tylko raz, nocą, poszedł popływać, oddalając się od brzegu na ile wystarczyło mu tchu. Nurkując w ozłoconej od poświaty księżyca toni, wykrzyczał w głębię wody całą swoją wściekłość i niemoc. Ostatkiem sił wrócił na brzeg, padł na piasek i zasnął wyczerpany. Od tamtej pory, równie dużo siły i pracy co w naprawę dachu, wkładał w odganianie ponurych myśli i wspomnień.

– Podobno przechodzenie pod drabiną przynosi pecha – usłyszał głos z dołu. Wzdrygnął się, ale nie na tyle żeby spaść z kalenicy. Nie mógł udawać, że był zaskoczony. Nie spodziewał się, ale w głębi duszy miał nadzieję, na usłyszenie melodyjnego, francuskiego akcentu. Nadzieję, której nie potrafił zdławić.

– Nie mniejszego niż wpuszczenie kobiety na statek. – Tony powoli zszedł na dół i ściągnąwszy skórzane rękawice, rzucił nimi niechlujnie pod nogi. Przystawił dłoń do czoła, by lepiej dojrzeć stojącą pod słońce postać.

– Jak tu trafiłaś?

– Julia mi…

– Oczywiście – przerwał ostro. – Wszystko wypapla.

Demonstrując swoją niechęć, stanął bokiem do kobiety. Wyciągnął papierosy. Wpatrując się w tańczące na wodzie refleksy słońca, zaciągnął się nikotyną.

– Nie jesteś zaskoczony.

– A dlaczego miałbym być? – odpowiedział spokojnie i odwrócił głowę w stronę dziewczyny. Zmrużył oczy nie tylko od oślepiającego słońca. – Twój… niemiecki znajomy stwierdził, że sobie poradzisz. Że nic ci nie będzie i faktycznie widzę, że nic ci nie jest. Komendant Schiller pomógł? Szybko się wyrobił. – Zlustrował stojącą bezradnie kobietę.

– Będziemy tak stać czy możemy porozmawiać?

– O! Jednak potrafisz mówić po angielsku! I chcesz rozmawiać – uśmiechnął się złośliwie. Ponownie mocno wciągnął nikotynowy dym. Schylił się po rękawice i odwrócił do drabiny. – Nie mamy już o czym, Marie… czy tam Gabrielle…

– Jesteś na mnie wściekły – szepnęła kobieta.

– Wiesz co?! Nie. Nie jestem już wściekły. Jest mi ciebie już tylko żal. Bez domu, rodziny, tułasz się, uciekasz po całym świecie, myśląc, że gdzieś na jego końcu będziesz bezpieczna. Nie, nie będziesz. Może to jest twoją karą i innej nie będzie? Nie wiem. Nie obchodzi mnie już to.

– Nie zrobiłam tego, Tony.

– Już mnie to nie interesuje. Nie ja cię będę rozliczał.

– Nie zrobiłam tego! Nie byłam kapo!

– Jeśli szukałaś mnie przez pół stanu, tylko po to, żeby mi to powiedzieć, to trochę za późno. Mam już co innego na głowie. Nie interesuje mnie twoje życie. Ani przeszłe, ani tym bardziej przyszłe. Więc jeśli to wszystko, to sorry ale muszę wracać na dach – chwycił za drewniany szczebel.

– Poczekaj! – Dziewczyna gorączkowo szukała sposobu, żeby zatrzymać mężczyznę. Postawiła wszystko na jedną kartę. – Twoja matka!

– Co z nią?! – Tony odwrócił się gwałtownie.

– Twoja matka wygląda jak typowa Włoszka. Twój ojciec też miał ciemną karnację. Tak jak i Julia. Brat też, bo widziałam na zdjęciu.

– No i ? – warknął mężczyzna.

– Dlaczego nie jesteś do nich podobny, Beretti?

– Przyszłaś tu, żeby pogadać o wyglądzie mojej rodziny?! – prychnął, udając, że nie wie o co chodzi.

– Twój ojciec nie był twoim ojcem, a Julia nie jest twoją prawdziwą siostrą, prawda?

Tony poczerwieniał ze złości.

– Tak, Mari. Chcesz to usłyszeć? Proszę bardzo! Masz rację! Moim ojcem był Niemiec, taki sam jak ten twój przydupas! Aryjski blondyn, który przyznał sobie prawo zgwałcenia młodej, bezbronnej Włoszki! Dowiedziałaś się?! To teraz spieprzaj, bo nie ręczę za siebie!

Beretti zrobił krok do przodu, ale dziewczyna nie cofnęła się nawet o milimetr. Spojrzała hardo na mężczyznę. Gra va banque, wzbudzenie jakichkolwiek, choćby negatywnych emocji, było ryzykowne, ale opłaciło się.

– Więc wiesz najlepiej, jak to jest kogoś kochać i chronić, mimo, że de facto nie jest twoją rodziną. Ja wiem, co znaczy być nienawidzoną przez własną rodzinę. – Kobieta sprawnym ruchem wyciągnęła z kieszeni złożoną w kostkę, podniszczoną fotografię i wcisnęła ją w dłoń mężczyzny.

– Co ty?… – Rozwinął zdjęcie do połowy. Przedstawiało parę młodych, uśmiechniętych ludzi. Przystojnego mężczyznę w mundurze SS–mana i kobietę w mundurze kapo. Marie Anne.

Beretti spojrzał wściekle i miał ochotę rzucić haniebnym zdjęciem dziewczynie w twarz, ale machinalnie rozłożył dalej fotografię. Po prawej stronie stała jeszcze jedna kobieta. Ubrana w szarą, skromną sukienkę. Z poważną miną, zapatrzona gdzieś w dal, Marie Anne.

– Co do cholery?

– Tony… – Dziewczyna z nadzieją chwyciła z trzymające zdjęcie dłonie i wzięła głęboki oddech. – Nazywam się Charlotte Arpin. A to – wskazała palcem na strażniczkę – moja siostra, Gabrielle Arpin.

N
Oto Nika:

39 lat i kilka ważnych zmian w życiu, w tym jedna nadchodząca tyle niespodziewanie co szybko... Pisanie jako sposób na odreagowanie, wyrzucenie myśli, często tych czarnych, niewygodnych do słuchania przez męża czy przyjaciółkę... Pisanie, jako sposób, by nie zwariować i nie trafić do więzienia lub kostnicy ;)

N
Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Jadzia Gibson
    | Odpowiedz

    Oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo matko!!!
    Tego się nie spodziewalam!

  2. P
    PAT - Adwokat Diabła
    | Odpowiedz

    Holly shit ja też nie…..😱

  3. A
    Anonim
    | Odpowiedz

    Ciekawe. Ale chyba polapałby się z którą siostra ma do czynienia? Tak myślę.

  4. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Dobre! Bardzo dobre! Zaskakujące. I nadające historii nowy kierunek. Świetny pomysł.
    A teraz się poczepiam 🙂
    1. “Prawda stała tuż przed nim. Tylko nie chciał jej dostrzec, bo była dla niego niewygodna.
    – Wytrzyma kilka dni? Co ty gadasz?! Deportują ją! Powieszą! Zresztą… – zacisnął zęby, by zapanować nad łamiącym się głosem. – Pieprzę to! Pierdolę!
    Beretti wyciągnął przed siebie dłoń, jakby chciał zatrzymać słowa niewygodnej prawdy. ” – Zważywszy na ciężar gatunkowy tej prawdy i to jak Tony to przeżywa, określenie jej mianem niewygodnej jest sporym niedopowiedzeniem – ta prawda jest okrutna, ta prawda zżera Tony’ego, rozwala go emocjonalnie. Ta prawda go boli. Pewnie równie silnie jak prawda o jego pochodzeniu.
    2. “Nie spodziewał się, ale w głębi duszy miał nadzieję, na usłyszenie melodyjnego, francuskiego akcentu.” – przecinek pomiędzy “nadzieję” a “na” jest całkowicie zbędny.
    3. “Tony powoli zszedł na dół i ściągnąwszy skórzane rękawice, rzucił nimi niechlujnie pod nogi.” – “niechlujnie”? Nie wystarczyłoby samo rzucenie pod nogi?
    4. “Zlustrował stojącą bezradnie kobietę.” – Stała bezradnie czy była bezradna?
    5. “– Będziemy tak stać czy możemy porozmawiać?” – A nie rozmawiali?
    6. “– Jesteś na mnie wściekły – szepnęła kobieta.” – Hmmm… wściekły… Tony dowiaduje się, że kobieta, w której się zakochał, którą traktował niczym świętą, była nazistką, morderczynią, samym złem, a ona mówi, że był na nią wściekły? Tak to postrzegała? A nie przyszło jej do głowy, że wściekłość to pikuś przy jego pogardzie i wstręcie do nazistki?
    7. “Nie wiem. Nie obchodzi mnie już to.” – Już mnie to nie obchodzi?
    8. “– Twoja matka wygląda jak typowa Włoszka. Twój ojciec też miał ciemną karnację. Tak jak i Julia. Brat też, bo widziałam na zdjęciu. ” – Hmmm… brat miał ciemną karnację z tej racji, że Charlotte widziała to na zdjęciu?
    9. “– Twój ojciec nie był twoim ojcem, a Julia nie jest twoją prawdziwą siostrą, prawda?” – Ojciec Tony’ego był jego ojcem, tyle że nie biologicznym. A Julia jest jego prawdziwą siostrą, tyle że mają innego ojca.
    10. “Więc wiesz najlepiej, jak to jest kogoś kochać i chronić, mimo, że de facto nie jest twoją rodziną. Ja wiem, co znaczy być nienawidzoną przez własną rodzinę.” – Nie rozumiem co Charlotte miała na myśli – kogo Tony kochał i chronił? Matkę zgwałconą przez Niemca? Siostrę, która nie była jego “prawdziwą” siostrą? W tym przypadku nie ma żadnego de facto. Rozumiem, że Charlotte nie odnosiła poczucia znienawidzenia do Tony’ego, tylko chciała zaznaczyć własne bolesne problemy.
    Nica, czepiam się, bo historia sama w sobie jest mocno interesująca, ale warsztat, wedle mnie, wymaga dopracowania.Oczywiście, możesz uznać me uwagi za urwane z choinki i nie wymagające zastanowienia się, czy w którymś punkcie nie mam racji. Przyjmę to na klatę i płakać nie będę 🙂

Napisz nam też coś :-)