Pokusa (całość)

with Brak komentarzy

zdrada i miłość, opowiadanie

.

Krzyczeli wszyscy na raz.

Moja matka zagłuszała mojego męża, a on sycząc wyrzucał mi, że daję sobą manipulować. Starsze dziecko beczało w kącie o wodę w basenie, a młodsze niejako z urzędu. Pewnie bym przetrzymała i tę awanturę, gdyby nie jeden mały szczegół. Od kilku dni w naszym stadku rodzinnym panowała dość napięta atmosfera. Złożyło się na to parę niezależnych od siebie zdarzeń. Między innymi szef oszust wystawił rufą do wiatru mojego męża, zwalniając go z dnia na dzień i nie wypłacając mu pieniędzy za cały miesiąc ubiegły oraz kawałek bieżącego. Do tego od dłuższego czasu byłam na super diecie, którą katowałam się, aby wrócić do wymarzonej sylwetki. Na samym końcu listy plasowały się brzęczące z byle jakiego powodu pociechy, oraz moja mama, pragnąca uszczęśliwić mnie na siłę. Awantura nie była więc przyczyną mojej ucieczki, ale przysłowiową kroplą goryczy.

Wyszłam z domu wykorzystując chwilę ich nieuwagi. Tak jak stałam, ze świecącym nosem, nieuczesana, w domowych spodniach i klapkach. Po drodze zgarnęłam jeszcze malutką torebeczkę, portfel i klucze. Nic więcej nie było mi potrzebne, a telefon z premedytacją zostawiłam na wierzchu, żeby niepotrzebnie nie wydzwaniali.

Szłam ulicą, masochistycznie wyobrażając sobie pełen dramatyzmu skok do Warty. Obojętnie, z którego mostu. Niestety, typem samobójcy to ja nie byłam i z żalem zrezygnowałam z tak pięknego scenariusza. Za to mściwie postanowiłam, że wrócę późnym wieczorem i niech sobie radzą beze mnie. Miałam w danej chwili głęboko w dupie, czy poprzegryzają sobie gardła, czy nie.

Natychmiast zaczęłam rozmyślać nad tym, gdzie by tu przyjemnie spędzić cały dzionek. Rodzina i znajomi odpadali, bo spragniona byłam spokoju, a nie rozmów na błahe tematy. Tęskniłam za ciszą, za samotnością, za dniem spędzonym bez konieczności martwienia się o cokolwiek i o kogokolwiek.

Z nieba lał się żar, ale ja byłam zawzięta. Doczłapałam do przystanku i zaczęłam uważnie studiować rozkład jazdy. Padło w końcu na pałacyk w Jankowicach. Z rozrzewnieniem pomyślałam, że to właśnie było miejsce, gdzie mogłam odzyskać spokój ducha.

Zadowolona z podjętej decyzji, wsiadłam do pierwszego autobusu, który nadjechał. W środku jeszcze trochę się nad sobą porozczulałam, uroniłam łzę lub dwie, po czym tknięta nagłym przeczuciem, zerwałam się z siedzenia i dopadłam kierowcy.

– Pan nie do Jankowic? – spytałam z niepokojem.

– Do Tarnowa. – Obrzucił mnie zdumionym spojrzeniem. – Ale może się pani przesiąść.

W porządku, pasowało mi. Między innymi dlatego, że w przerwie mogłabym kupić prowiant, bo diabli wiedzą, czy w tych Jankowicach był jakiś sklep. Poza tym zgłodniałam od tych wszystkich emocji i przydałoby się coś przekąsić.

W sklepie do podstawowych zakupów dorzuciłam jeszcze krzyżówki, długopis i mokre chusteczki, a po namyśle piwo bezalkoholowe. Po normalnym w taki upał mógłby mnie szlag trafić i jeszcze bym narozrabiała. Już byłam na progu, gdy spostrzegłam jeszcze ciastka tureckie, przysmak, który z premedytacją wykluczyłam z diety. Wkrótce w ilości sztuk dwie zasiliły moje zakupy, a ja zadowolona opuściłam sklep i pomaszerowałam na przystanek. Całkiem zwyczajny był, niezbyt zniszczony, tylko słabo chronił przed żarem lejącym się z nieba. Mimo to na ławeczce siedziało kilka osób, a dwie stały również za przystankiem, w cieniu.

Obojętnie spojrzałam w ich kierunku, bo byłam właśnie zajęta konsumpcją ciacha. Wgryzałam się pazernie w pierwszą sztukę, gdy gwałtownie zamarłam z zębami zaciśniętymi na nieodgryzionym kawałku.

Oparty plecami o płot stał chłopak, a w zasadzie już mężczyzna. Trzydziestki bym mu nie dała, ale na nastolatka również nie wyglądał. Ręce trzymał w kieszeniach białych spodenek, biała koszulka z orientalnym napisem opinała muskularne ramiona, a na nogach miał zwykłe japonki. Miał też dwa tatuaże, jeden na lewym przedramieniu, drugi na prawej łydce, krótkie włosy, zadbany zarost i roześmiane, całkiem czarne oczy. W dodatku gapił się prosto na mnie, jakby już nie było ciekawszych widoków. Spłoszyłam się porządnie, bo przez ostatnie lata nie amory były mi w głowie. Jedynym obiektem mego zainteresowania wciąż pozostawał mąż, chociaż czasami chyłkiem spozierałam w kierunku co lepszych sztuk. Niestety, lepsze sztuki nie były zainteresowane, bo zazwyczaj spotykałam je, będąc obwieszona zakupami i dziećmi.

A teraz ten tutaj, gapi się i gapi. Pewnie na mój wielki tyłek, bo znów aż tak bardzo nie udało mi się schudnąć. Albo na świecący nos. Cholera! Trzeba było przed wyjściem z domu, wykonać chociaż szczątkowy makijaż, wyrzucałam sobie. Na szczęście nadjechał autobus, do którego pospiesznie wsiadłam. Poczułam żal, bo nieznajomy nie ruszył się z miejsca, odprowadzając mnie jedynie wzrokiem.

– Bilet do Jankowic poproszę! – zażądałam gromkim głosem.

– Do Jankowic? – zdziwił się kierowca. – Ja tam nie jadę. Musi pani zaczekać na następy autobus.

Podziękowałam mu i z krzywym uśmiechem wysiadłam. Teraz na przystanku zostaliśmy tylko my, ja i ciemnooki przystojniak. Przelotnie pomyślałam, że bardziej pasowałby do super bryki, a nie środka komunikacji podmiejskiej, po czym podeszłam do rozkładu i sprawdziłam, kiedy pojawi się mój transport. Jęknęłam, gdy okazało się, że za pół godziny. Pewnie przy mniejszym upale poszłabym pieszo, ale z nieba lał się niemiłosierny żar, a do tego było parno i duszno. Z irytacją spojrzałam na cień za przystankiem, a potem pomyślałam, że nie powinnam bać się byle smarkacza. Nawet jeśli bezczelnie się na mnie gapił. Usiadłam na ławeczce, ale po kilku minutach odpuściłam. Prawie wbrew sobie przeniosłam się na tył przystanku i od razu odetchnęłam z ulgą. Odruchowo sięgnęłam do torebeczki, aby sprawdzić, która godzina, po czym zamarłam zakłopotana, bo przecież telefon został w domu.

– Przyjedzie za niecały kwadrans – odezwał się nieznajomy. – Pani do Jankowic, prawda?

– Uhm – mruknęłam, mierząc go na wszelki wypadek wrogim spojrzeniem. A on tylko się roześmiał.

– To mała miejscowość, niewiele osób tam jedzie, zwłaszcza w tak upalne popołudnie.

– Uhm – mruknęłam po raz drugi, z irytacją myśląc, że robię za wyjątkowo nierozgarniętą kretynkę.

– Znam panią – oświadczył nagle, a ja wlepiłam w niego zaskoczony wzrok. – Miała pani praktyki czy staż w moim liceum, na Swojskiej.

– Praktyki – potwierdziłam odruchowo. – W której klasie wtedy byłeś?

– Maturalnej.

Szybko porachowałam w myślach. To będzie jakieś pięć lub sześć lat różnicy. Wcale nie tak dużo, chociaż dziś czułam się wyjątkowo staro. To pewnie przez te wszystkie problemy, pomyślałam ponuro.

Aż dziw, że mnie poznałeś – odezwałam się po chwili milczenia.

– Owszem – potaknął, kierując wzrok niżej, prosto w głęboki dekolt bluzki. – Pewne rzeczy trudno zapomnieć – dodał tęsknym tonem, a mnie olśniło.

Oczywiście, że przypomniałam sobie tego łobuza! Na lekcjach siedział nieobecny duchem, wlepiając we mnie maślany wzrok i na początku strasznie pesząc. Jedyny pożytek jaki z tego miałam to fakt, że największy rozrabiaka w szkole, zachowywał się przy mnie jak potulny baranek. Pokłóciliśmy się dopiero na balu maturalnym, bo kiedy poprosił mnie do tańca, to próbował obmacywać moją pupę. Wytrzymałam niecałe dwie minuty, po czym rzuciłam mięsem i sobie poszłam. O ile dobrze pamiętam, to szybko pocieszył się koleżanką z klasy.

– Błażej! – powiedziałam triumfująco, wskazując na niego palcem.

– A więc pani profesor pamięta? – ucieszył się.

– Jaka tam profesor – machnęłam lekceważąco ręką. – Nie jesteśmy w szkole.

– To z przyzwyczajenia – łobuzersko mrugnął okiem, a potem uniósł dłoń i palcem dotknął moich ust. – Ma pani na nich resztki czekolady.

Powinnam była zareagować ostro, brutalnie sprowadzając go do parteru i pokazując, gdzie jego miejsce, ale nie zrobiłam nic. Stałam osłupiała, niezdolna do protestu, a on wodził opuszkiem palca po moich wargach.

– Dziś los mi sprzyja – wymruczał. Na szczęście dla mnie, nadjechał właśnie autobus. Wsiedliśmy, Błażej kupił bilety, a kiedy chciałam sama za siebie zapłacić, spojrzał na mnie tak, że słowa uwięzły mi w gardle. Oczywiście, zajął też miejsce tuż obok. Odwróciłam głowę, gapiąc się bezmyślnie w krajobraz za oknem i usiłując opanować targające mną emocje.

– Po co pani jedzie do Jankowic? – spytał z ciekawością, przerywając panującą ciszę.

– Do parku – odpowiedziałam chłodnym tonem, i dla odmiany zagapiłam się na swoje dłonie. Niechętnie pomyślałam, że daleko im było do doskonałości. Zwłaszcza paznokciom. Krótkie, niczym niepomalowane, żadnych hybryd czy tipsów, nawet na zwykły frencz nie miałam czasu. – Musiałam się wyrwać z domu.

– Mąż – potwierdził domyślnie. Nic trudnego, bo na prawej ręce miałam obrączkę.

– I dwójka dzieci.

– Serio? – zdziwił się.  – A nie wygląda pani!

– Tak, pewnie! – żachnęłam się. – Czuję się jak własna prababka i pewnie tak się prezentuję, więc nie wal mi tutaj kitów.

Roześmiał się. Zerknęłam na niego i mściwie pomyślałam, że z największą ochotą starłabym ten bezczelny uśmieszek z jego twarzy. Ja tu przeżywam katusze, a jemu wesoło!

– Wysiadamy? – spytał uprzejmie, nieświadomy moich myśli. Rozejrzałam się spłoszona, bo nawet nie zauważyłam, że dojechaliśmy. Skinęłam głową i wstałam, sięgając po reklamówkę z zakupami, ale mnie ubiegł.

– Pomogę – zaoferował się, a ponieważ nie wypadało wyrywać mu torby z rąk, niechętnie się zgodziłam.

– Ja do parku, a ty gdzie? – odezwałam się, gdy już wysiedliśmy.

– Też do parku.

– Nie ma mowy! Oddaj zakupy! – zdenerwowałam się. – A tak w zasadzie, to po co tu przyjechałeś? Podziwiać widoki?

– Nie, skądże. Moi rodzice tu mieszkają. Zostałem zaproszony na imprezę imieninową taty.

– To lepiej się pospiesz, bo nie wypada się spóźnić na taką uroczystość.

– Mam mnóstwo czasu.

– I dlatego się do mnie przyczepiłeś?

– Na imprezę zawsze zdążę, a takie spotkanie to niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności. To idziemy do tego parku? Chyba się mnie nie boisz? Przecież cię nie zgwałcę w sitowiu nad stawem – dodał żartobliwie.

Oho! To już jesteśmy na ty! Z drugiej strony miał trochę racji. Niby czego się obawiałam? Westchnęłam, wzruszając obojętnie ramionami.

– Pół godziny, a później chcę zostać sama – zastrzegłam.

– Godzina i nie będziesz chciała zostać sama.

– Zarozumiałe bydlę – wyrwało mi się, lecz on nie wyglądał na obrażonego.

Podczas tej przyjacielskiej pogawędki, dotarliśmy do pałacyku i otaczającego go parku. Bezbłędnie trafiłam do miejsca, które kiedyś sobie upatrzyłam. Przedarłam się przez krzaki i z cichym okrzykiem ulgi usiadłam na fikuśnej ławeczce, stojącej prawie nad samym brzegiem niewielkiego zbiornika wodnego.

– Nareszcie! Jak tu cicho! – wzruszyłam się niespodziewanie. Błażej usiadł tuż obok, obserwując mnie z ciekawością.

– Tak, przyjemnie tu – rozejrzał się dookoła z namysłem. – Cicho, pusto, spokojnie. Mam wiele wspomnień związanych z tym miejscem.

– Bałamuciłeś dziewczęta w krzakach? – zażartowałam.

– To też. Chcesz poznać szczegóły?

Zaprzeczyłam ruchem głowy. Drań wyraźnie dążył do konfrontacji na gruncie intymnych zwierzeń. Nie podobało mi się to.

– Cieszę się, że wybrałem dziś autobus, a nie taksówkę.

– Nie masz prawka?

– Mam. Miałem. Złapali mnie, jak po pijaku wracałem z imprezy. Kara finansowa, zakaz prowadzenia przez rok i dwieście godzin prac społecznych..

– I słusznie. Tak należy karać każdego, kto prowadzi samochód po alkoholu.

– Motor. Akurat wracałem motorem.

– Normalnie samobójca! – powiedziałam ze zgrozą.

– Jedno jest pewne, więcej tego nie zrobię – dodał poważnym głosem.

– Kontrola czy wypadek?

– Kontrola. Podjechałem na stację, aby kupić jeszcze kilka piw i wtedy mnie zgarnęli. A ty? Kłótnia czy zdrada?

– Kłótnia – zmarkotniałam, kuląc ramiona. – Przy zdradzie bym nie uciekła, tylko wydrapała mu oczy.

– Dlaczego? Skok w bok potrafi czasem odświeżyć związek.

– Ty tak na serio? Kretyn!

– A próbowałaś?

Aż mnie zatchnęło.

– Nie będzie mnie tu smarkacz pouczał!

– Jaki tam smarkacz – zlekceważył moje oburzenie. – Do trzydziestki się zbliżam. Naprawdę, jak na ciebie patrzę, to nie mogę zaakceptować tego, że minęło już tyle czasu. Wciąż wyglądasz tak jak wtedy. Może jedynie jesteś bardziej okrąglutka, bardziej apetyczna.

Nie odpowiedziałam. Gdzieś w oddali dał się słyszeć płacz dziecka. Posmutniałam, bo nagle zatęskniłam do swoich pociech. Co one winne, że mają ojca kretyna i szaloną babcię, drących na każdym kroku koty? Nic. Więc dlaczego je zostawiłam? Do oczu napłynęły mi łzy. Błażej to zauważył, bo chwycił mnie za ramię, przyciągając ku sobie i zgrabnie sadzając na kolanach.

– Co się stało? – spytał czule, bez trudu łapiąc moje pełne rozżalenia spojrzenie. – No powiedz. Jak się człowiek wygada, to bywał łatwiej.

– Byłemu uczniowi?

– Chociażby.

– No nie wiem…

– Przecież nikomu nic nie zdradzę. Poza tym jesteś prześliczna z tymi oczyma pełnymi łez.

Dawno nie słyszałam od nikogo takich słów, i to wypowiedzianych takim tonem. Wygięłam usta w podkówkę i rozbeczałam się jak dziecko. Przytulił mnie do szerokiej piersi, a ja objęłam go ramionami, zanosząc się szlochem. Milczał, gładząc mnie po karku i plecach, delikatnie przeczesując włosy. Powoli się uspokajałam, aż w końcu uniosłam głowę i napotkałam nieprzeniknione spojrzenie czarnych oczu.

– Chusteczki! – zażądałam nabrzmiałym od płaczu głosem. Wyjął z kieszeni i przyłożył do mojego nosa.

– A teraz dmuchamy – rozkazał. Posłusznie wykonałam polecenie, a on na samym końcu otarł jeszcze moje mokre policzki. Zmiął chusteczkę w dłoni, a później pochylił się, zbliżając twarz do mojej twarzy.

– Pani profesor, nie dam rady – wyszeptał i zanim zdążyłam się zorientować o co mu chodzi, pocałował mnie.

Tego się nie spodziewałam.

A on wykorzystał moje zaskoczenie, wpychając do środka bezczelny język, ramieniem obejmując mnie w pasie, a drugą ręką wędrując w kierunku piersi.

Drań czy nie, całował bosko! Namiętnie, władczo i delikatnie zarazem. Miałam wrażenie, że każdy ruch był obliczony na spotęgowanie przyjemności, na pobudzenie namiętności, na to, abym bez sprzeciwu skapitulowała. Gdybym miała mniej doświadczenia, pozwoliłabym mu pewnie na dużo więcej, docierając do punktu, z którego powrót był niemożliwy.

– Koniec! – oświadczyłam stanowczo, wykręcając głowę na bok.

– Proszę! – jęknął, a jego dłoń wślizgnęła się w dekolt bluzki, pod cienki materiał biustonosza i zacisnęła się na całej piersi. – Boże! Jakie to cudowne! – wyszeptał, przymykając oczy, a na jego obliczu ukazała się niczym niemaskowana rozkosz.

– Przestań bo…

– Proszę! Błagam! – Jego oddech wyraźnie przyspieszył. – Tyle razy o tym marzyłem! Nawet jak zakładałaś golf, to musiałem czasem wymknąć się podczas lekcji do męskiej toalety, aby sobie ulżyć.

– Błażej! To nie…

Nie wiem jak on to zrobił, ale błyskawicznie zmieniliśmy pozycję. Siedziałam teraz na nim okrakiem, doskonale wyczuwając twardość pomiędzy udami.

– Bo jak ci przyłożę! – zdenerwowałam się, jednocześnie usiłując bez powodzenia pokonać obezwładniającą słabość. – Puszczaj!

– Ja… tylko… chcę dotknąć… – wysapał, wydobywając ze stanika obie półkule. Już nie takie jędrne jak kiedyś, ale za to zdecydowanie większe. Pochylił się i zaczął je pieścić, a ja mimowolnie wplotłam palce z jego włosy. Byłam wściekła, zawstydzona, ale nie miałam siły, aby przerwać.

– Zachowujesz się jak napalony smarkacz. Jakbyś nigdy nie widział cycków!

– Tych nie widziałem…

Nadal je całował, pieścił, przygryzał bezwstydnie sterczące sutki. Nie byłam w stanie nic zrobić. Podniecona do granic wytrzymałości, zaczęłam się o niego ocierać, poruszając biodrami i odchylając głowę do tyłu. Było mi wyjątkowo dobrze, tak cudownie, że to uczucie pokonało niewygodne wyrzuty sumienia. Na szczęście szybko wróciły i znokautowały narastające pożądanie, jednym, celnym kopem.

– Błażej! – chwyciłam go za włosy, szarpnięciem odrywając od mego nagiego biustu. – Koniec z tym!

– Bo co? – spytał, patrząc na mnie z bezczelnym uśmieszkiem. W ciemnym oczach płonął żar. – Bo postawi mi pani dwóję, pani profesor? Obawiam się, że teraz może mi pani postawić coś zupełnie innego – dokończył schrypniętym głosem. – Chce pani spróbować? Chcesz wziąć mojego kutasa do buzi? – wyszeptał, z taką siłą ściskając moje pośladki, że jęknęłam protestująco z bólu.

– Jesteś kompletny wariat! A teraz ręce precz i kończymy to!

Dla potwierdzenia mych słów i żelaznej woli walki, szarpnęłam się tak energicznie, że zleciałam z męskich kolan. Błyskawicznie wstałam, patrząc na Błażeja, który z lubieżnym uśmiechem masował sobie wypukłość pomiędzy nogami.

– Pora wracać. – Drżącym dłońmi poprawiłam ubranie, a potem sięgnęłam po siatkę z zakupami.

– Dlaczego ty jesteś taka niedostępna? – Chwycił przegub mojej ręki, patrząc bez skrępowania prosto w oczy. – Wtedy też byłaś.

– Byłam twoją nauczycielką.

– Ta stażystka od niemieckiego, też była. I ta, co przyszła uczyć biologii prosto po studiach.

Aż otworzyłam usta ze zdumienia. Chociaż z drugiej strony, czemu się tu dziwić? Już wtedy wyglądał jak młody bóg. Nawet mnie ciężko było się oprzeć takiemu urokowi.

– Spałeś z… – zaczęłam, pełnym zgrozy tonem.

– Pewnie. Kilka razy. Podciągałem sobie średnią na świadectwie.

– Gdyby to się wtedy wydało!...

– Niby jak? Kto miał donieść dyrekcji? Ja czy one?

– W sumie to masz rację – dopięłam bluzkę. – Ale ty… Wtedy byłeś napalonym smarkaczem i dziś zachowujesz się nie lepiej.

– Czyżby? – zmrużył oczy wstając. Cofnęłam się z obawą, bo jednak był sporo większy, silniejszy, a samo miejsce dosyć odludne. Po cholerę takie wybrałam? Trzeba było zostać w alejce głównej, a nie szlajać się po krzakach.

– Zamiast mnie pocieszyć, usiłujesz mnie przelecieć – powiedziałam z pretensją.

– Seks to dobry sposób na pocieszenie.

– Tak, pewnie!

– Dlaczego nie chcesz skorzystać? Przecież nikt by o tym nie wiedział.

– Ja bym wiedziała. Ja! – odparłam z wyraźnym naciskiem na ostatnie słowo. – To wystarczy.

Patrzył na mnie w milczeniu, nieodgadnionym wzrokiem.

– Szkoda – westchnął po chwili, poprawiając ułożenie nabrzmiałej męskości. – Nie miałem i nie mam szansy, prawda?

– Trochę za młody jesteś. A ja zamężna.

– Chcesz zostać sama?

W sumie to nie chciałam. Jego towarzystwo sprawiało mi przyjemność, a wyraźnie okazywany podziw elektryzował. Co tu dużo ukrywać, postępowanie Błażeja było naganne, ale mi pochlebiało. Już dawno nikt się przy mnie tak nie zachowywał.

– Mam piwo bezalkoholowe i herbatniki. Zostań, pod warunkiem, że będziesz trzymał ręce przy sobie.

– Dobrze – westchnął i ku mojemu staranie skrywanemu rozczarowaniu, słowa dotrzymał.

***

Myliłam się sądząc, że najgorsze będą wyrzuty sumienia. Było coś jeszcze, co totalnie mnie zaskoczyło. Z mężem szybko się pogodziłam, kupił mi kwiatki i zaprosił na kolację, a nasza sytuacja finansowa rychło wróciła do normy. Co innego zaczęło mi spędzać sen z powiek.

Seks. Nagle okazało się, że nie jest tak jak dawniej. Owszem, po tylu latach związku, nie było już tak gwałtownych wzlotów i upadków, ale dopiero po spotkaniu z Błażejem, czegoś zaczęło brakować. Byłam wściekła na samą siebie, w łóżku robiłam za kurtyzanę, starając się podgrzać atmosferę, czego jedynym rezultatem był niekłamany zachwyt mego małżonka. Ja jednak nadal czułam niedosyt. Miałam jedynie nadzieję, że zmieni to upływ czasu, że zapomnę o epizodzie w parku i nigdy już nasze drogi się nie skrzyżują. Na szczęście mieszkał w samym centrum Poznania, a rodziców odwiedzał rzadko, raz lub dwa razy w miesiącu. Prawdopodobieństwo przypadkowego spotkania, czy to na ulicy, czy w sklepie, czy też na jakimś festynie, było znikome. Nie spodziewałam się tylko, że podły los zgotuje mi niespodziankę.

Młodsza córeczka skończyła właśnie trzy lata i poszła do przedszkola, zaczął się wrzesień, a mój syn i ja wróciliśmy do szkoły. On do drugiej klasy, ja do pracy. Nareszcie, prawie po czterech latach przerwy. Okazało się, że wiele się zmieniło, w tym nauczyciel wychowania fizycznego.

– Błażej?! – spytałam zdumiona, po wejściu do pokoju nauczycielskiego. Byłam wcześniej niż inni, bo lekcje w naszym liceum zaczynały się o ósmej trzydzieści, a ja zdążyłam już odwieść moje pociechy, które startowały punkt ósma. – Co ty tu robisz?

– Uczę – oznajmił ze spokojem, chociaż oczy mu się śmiały łobuzersko. – Załatwiłem sobie pracę w ramach tych dwustu godzin robót społecznych. Mam uprawnienia – pochwalił się.

– Kończyłeś AWF?

– Tak. Coś mnie wtedy tknęło i zrobiłem dodatkowo kurs pedagogiczny, który teraz się przydał.

– Ale Ewa…

– Przymusowy urlop. Złamała nogę podczas górskiej wspinaczki. Dyrekcji spadłem jak z nieba, a na dodatek za darmo.

– Rany boskie! – wymamrotałam, całkowicie wytrącona z równowagi. Tego mi jeszcze brakowało! – Chyba ja też pójdę na L4…

– Boisz się mnie? – uniósł brwi w udawanym zdumieniu, siadając przy stole. – Dlaczego? Przecież nic ci nie zrobiłem.

– Jesteś niepoprawny. I żebym nie musiała wysłuchiwać dwuznacznych aluzji! – zagroziłam mu. – Zwłaszcza w obecności osób trzecich.

– Słowo harcerza, że nie będę się naprzykrzał.

Źle było. Powinnam być wściekła, zniesmaczona, a tymczasem czułam się absurdalnie szczęśliwa. Błażej, pomimo luźnego, sportowego stroju, wyglądał cholernie seksownie. Jego widok elektryzował, spojrzenie czarnych oczu hipnotyzowało. Było bardzo źle. Natychmiast powinnam coś z tym zrobić, zanim wyniknie z tego coś naprawdę niedobrego.

Podczas pierwszych lekcji w tym roku szkolnym, byłam strasznie rozkojarzona i chyba plotłam straszne głupoty. Na szczęście uczniowie również nie mogli się skupić, więc raczej tego nie zauważyli. Nie wiem, bo zapomniałam o wszystkim zaraz po ostatnim dzwonku. I nie dość, że starałam się unikać towarzystwa Błażeja przez cały dzień, to po zakończonych lekcjach, ostrym sprintem ruszyłam przez szkołę, wypadłam na zewnątrz i z ulgą zatrzasnęłam drzwi samochodu. Miałam wrażenie, że ten wampir czyha gdzieś na mnie za rogiem, a tymczasem ujrzałam coś nieprawdopodobnego. Czule żegnał się z moją koleżanką…

Zazwyczaj życzliwie nastawiona do świata i ludzi, akurat tej małpy skrycie nie cierpiałam. Anja jako jedyna z nas zadzierała nosa. Nawet imię sobie zmieniła na bardziej egzotyczne, bo przecież naprawdę była to zwyczajna Anka. Patrząc na ich umizgi, zacisnęłam z wściekłością zęby i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Przy czym byłam zła również na siebie, bo przecież powinnam czuć ulgę z takiego obrotu sprawy. Dołowało to, że nie byłam.

Kolejne dni nie przyniosły niczego nowego. Dowiedziałam się jedynie, że Anja była zaręczona z Błażejem i na wiosnę przyszłego roku mieli się hajtać. Koleżanki rozpływały się w zachwytach jaka to z nich cudowna para, chociaż zauważyłam, że ukradkiem wzdychały z zazdrością. Ja milczałam, starając się unikać towarzystwa Błażeja, co wcale nie okazało się takie trudne. A kiedy go spotykałam, wymienialiśmy zdawkowe uprzejmości, uwagi na temat pogody i takie tam. Lecz byłam pewna, że coś szykuje, bo jego spojrzenie pełne żaru, przeczyło obojętnym słowom.

Wiadomość, że Ewa nie wraca, bo zaszła w ciążę, a zastąpi ją powód mego utrapienia, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Pomstowałam na  koleżankę, chociaż przecież to nie ona była winna temu, że rzygała za przeproszeniem jak szatan. Przerzuciłam się więc na podły los, zastanawiając się co powinnam zrobić? Zrezygnować z pracy? Też pójść na urlop? Znaleźć sobie inną szkołę? W końcu twardo postanowiłam, że zostaję. Nie stchórzę! Błażej wcale nie zachowywał się źle, wręcz przeciwnie. Był uprzejmy, prawił mi komplementy, chociaż to o niczym nie świadczyło, bo prawił je również całemu żeńskiemu personelowi, włącznie ze szczerbatą woźną po sześćdziesiątce.

Wrzesień minął w miarę spokojnie. W październiku Błażej chyba poczuł się pewniej i może nie stał się natrętny, ale gdy przypadkiem spotkaliśmy się w korytarzu, posyłał mi dwuznaczne spojrzenia. Bezczelnie i arogancko, mając gdzieś moją potępiającą minę. A gdy nadeszły listopadowe chłody, rozzuchwalił się na dobre. Przechodząc obok, starał się otrzeć o moje ciało, a jakżeby, przypadkiem! Raz przy kubku z kawą znalazłam malutką różyczkę. Kiedy indziej, niby przypadkiem asystował mi, gdy wychodziłam późnym wieczorem z pracy. Miał jednak pecha, bo po całym dniu pracy czułam się niczym wyżęta szmata i nic, nawet jego komplementy nie zdołały poprawić mi humoru.

Aż w końcu przypuścił atak frontalny.

Tego dnia miałam popołudniowe spotkania z rodzicami moich uczniów. Chociaż o tej porze roku preferowałam spodnie, to tym razem ubrałam elegancką, ołówkową spódnicę i dopasowany żakiecik. Do tego bluzkę z jedwabiu i wysokie kozaczki. Kupiłam je niedawno na wyprzedaży i trzeba było przyznać, że czułam się w nich szalenie seksownie. Bluzkę również miałam na sobie pierwszy dzień i już po pierwszej godzinie zrozumiałam, jak była nieodpowiednia. Nasza szkoła, chociaż mieściła się w nowoczesnym, funkcjonalnym budynku, miała swoje mankamenty. Jednym z nich było ogrzewanie, które ulegało awarii w najmniej odpowiednich momentach. Dziś padło na aulę, na której zaplanowano apel. Ubrana jedynie w cienką bluzkę, dygotałam z zimna. Poprosiłam koleżankę, aby idąc do pokoju nauczycielskiego, przyniosła mi marynarkę, którą zostawiłam zawieszoną na oparciu krzesła. Na szczęście szybko wróciła, a ja odetchnęłam z ulgą.

Do czasu.

W kieszeni mojego żakietu zawibrowała komórka. Sięgnęłam po nią ukradkiem, aby nikomu nie przeszkadzać. Chciałam szybko przestawić na całkowite milczy, ale nie zdążyłam. Nieznany numer wysłał mi wiadomość. Zerknęłam i…

„Dziś w auli zimno, prawda? A ty masz na sobie jedwabną bluzkę. Wiesz jak bezwstydnie sterczały ci sutki? Jak wołały, aby ktoś się nimi zajął? Od razu przypomniał mi się ich smak i zapach…”

Nie musiałam odgadywać nadawcy.

„Bezczelny jesteś, wiesz o tym?”

„W tym tkwi mój urok 🙂 Nie podobał ci się nasz pocałunek w parku?”

„Odpuść. Jesteśmy na apelu. Przemawia dyrektorka, a obok mnie stoi twoja narzeczona.”

„Nieważne. Najważniejsze wydarzy się wkrótce. Będę się z tobą kochał…”

To już było stanowczo zbyt wiele. Ale zauważyłam na sobie badawczy wzrok koleżanek i odpuściłam. Ukradkiem schowałam telefon do kieszeni żakietu, a potem zajęłam się tym, co miałam do zrobienia. Wyjęłam go dopiero na przerwie, kiedy siedziałam w rogu pokoju nauczycielskiego i piłam kawę.

„Pięknie pachniesz. Podnieceniem.”

„Co cię napadło?” – odpisałam poirytowana.

„A jak myślisz?”

„Nagły atak zidiocenia.”

„Nie taki nagły. Pewne rzeczy wyobrażam sobie od naszego ostatniego spotkania”

„Niby jakie?”

Ktoś roześmiał się półgłosem, a ja drgnęłam, jakbym wybudziła się ze snu. Podniosłam nieprzytomny wzrok i napotkałam spojrzenie Błażeja, siedzącego prawie że na drugim krańcu pokoju.

Zapowiadała się walka. Ja kontra on. Wyglądał na szalenie zadowolonego z siebie, jakby mój opór, coraz ostrzejsze słowa, tylko go podniecały.

„Jakie? Pamiętasz nasz pocałunek? Kłujący dotyk zarostu na szyi i piersiach? Ślizgi język wkradający się pomiędzy twoje rozchylone wargi? Moje dłonie na twoim ciele? Pamiętasz, prawda?”

„Proszę, odpuść. Nic z tego nie będzie.”

„Nic?”

„Absolutnie nic!!!”

„Masz na sobie niezwykle seksowny komplecik. Wiesz ile bym dał, żebyś podniosła spódniczkę i pokazała swoje kształtne uda?”

„Marzysz…”

„Uwielbiam marzyć o tobie.”

„Koniec. Idę na lekcję.”

„Idziesz? A zdradzisz, czy jesteś tam wilgotna? Wtedy nie zdążyłem sprawdzić, ale tak wiłaś się w moich ramionach, ocierałaś się o mojego kutasa, że pewnie byłaś…”

Nie odpisałam, uznawszy, że to nie ma sensu. Ja swoje, on swoje. Machnęłam ręką na eski od Błażeja, chociaż nie powiem, podziałały na mnie. Obserwował każdy mój ruch; kiedy odkładałam kubek z kawą, kiedy wyjmowałam dziennik z odpowiedniej przegródki, kiedy sięgałam po klucz. Czujnie, niczym myśliwy polujący na zwierzynę.

Z melancholią pomyślałam, że moi uczniowie chyba będą musieli przywyknąć do chaotycznych lekcji i do tego, że gubiłam gdzieś po drodze wątek tematu. Trudno. Muszę zrobić wszystko, aby zrozumiał, że nie ma szans. Nie będę przecież rujnowała swego małżeństwa z powodu romansu w miejscu pracy! To by było… Nie tylko głupie, a wręcz beznadziejne. Ja mam męża, on narzeczoną, a łączy nas jedynie wspomnienie pocałunku w parku. To wystarczy.

„Zaszyłem się na tyłach magazynu sali gimnastycznej. Wiesz dlaczego?”

„Chcesz się powiesić z bliżej nieznanego mi powodu? A może w supermarkecie były sznury na wyprzedaży?”

„Usiłujesz pokryć zmieszanie kiepskim żartem?”

„Nie. Wytłumaczyć ci, abyś się ode mnie odczepił!”

„Ostra jesteś pani profesor 🙂 Pewnie podczas seksu również? Już sobie wyobrażam, jak siedzisz na mnie okrakiem i ujeżdżasz moją męskość, a ja dotykam twojej pupy, łapię zębami falujące piersi… Ech! Rozmarzyłem się!”

„Pracujemy razem. Skończ z tą panią profesor!”

„Ale mnie to rajcuje!”

W dupie to mam, pomyślałam z irytacją, wiercąc się na miejscu przy biurku. Jak zaraz nie przestanie, to wyłączam telefon. Nie odpisałam, bo właśnie rozległ się hałaśliwy dźwięk dzwonka. Wzięłam to, co moje i skierowałam swe kroki do pokoju nauczycielskiego. Nie byłam nawet w połowie drogi, gdy zobaczyłam nadchodzącego z naprzeciwka Błażeja. W białej koszulce, w luźnych spodniach i z piłką pod pachą, wyglądał niesłychanie seksownie. Jakbym była wolna, to na pewno bym mu nie przepuściła… Westchnęłam, a wtedy on obrzucił mnie wyjątkowo lubieżnym spojrzeniem, spoglądając znacząco na mój biust.

Wściekłam się! Czy on chce narobić mi kłopotów? Kretyn!

Weszłam do pokoju nauczycielskiego, odłożyłam zbędny bagaż, po czym przygotowałam sobie kawę. Było dość pusto, co nie było dziwne, o tak późnej porze. Zawsze w pierwszy czwartek miesiąca zostawałam do siedemnastej, czasami do osiemnastej, czekając na rodziców spragnionych rozmowy ze mną. Dziś także miałam w planach taki dyżur. Przygotowałam sobie w pośpiechu kawę, po czym popijając ją małymi łyczkami i rozmyślając o tym, co zrobię dziś na kolację, chciałam wrócić na swoje miejsce. Oczywiście nie zrobiłam tego, bo na krześle siedział Błażej w luzackiej pozie, gapiąc się na mnie bezczelnie.

– I co? – odezwał się w końcu konspiracyjnym szeptem, podczas gdy poczerwieniałam jak piwonia. – Pragniesz mnie?

Gdybym stała bliżej, to chyba bym mu coś rozbiła na tym głupim łbie! A tak uśmiechnęłam się tylko i wyciągnęłam środkowy palec. Potem w popłochu umknęłam na zewnątrz, kierując się na sam koniec korytarza, gdzie były drzwi do dodatkowej toalety pracowniczej, zresztą bardzo rzadko używanej przez kogokolwiek. Dotarłam do nich w niecałą minutę, po czym weszłam do środka, czując się bezpiecznie. Niestety, niezbyt długo, bo ktoś szarpnął klamkę i tuż obok, jak spod ziemi, wyrósł Błażej.

– Co ty… – zaczęłam i to chyba byłoby wszystko. Nogą zatrzasnął drzwi, ręką sięgnął za plecy i przekręcił klucz. Przycisnął mnie do ściany i pocałował. I to nie był zwykły pocałunek. To było szaleństwo! Wpijał się w moje wargi, wgryzał, wciskał natrętny język z taką siłą, z takim głodem, jakby wpadł w jakiś amok. Jednocześnie dłońmi przesuwał po całym ciele, chaotycznie, nie mogąc się zdecydować, gdzie powinien zatrzymać się na dłużej.

– Wariat! – jęknęłam, gdy jego usta oderwały się od moich warg i teraz błądziły po wygiętej szyi. – Puść mnie!

– Nie! Zerżnę cię tak, że długo to będziesz pamiętać – wysapał. – Przez te trzy miesiące o mało nie oszalałem! Ale to koniec, nie dam rady dłużej się kontrolować!

Zawsze miałam wrażenie, że to tylko zabawa. I z mojej, i z jego strony. Nie przypuszczałam, że on… Energicznie podniósł moją spódniczkę do góry. Nie zdążyłam zaprotestować, gdy wsadził dłonie pod moje pośladki i uniósł mnie w górę, sadzając na szerokim, zimnym parapecie. Jego kolano wdarło się pomiędzy moje uda i bezceremonialnie je rozszerzyło. Nie bawił się w odpinanie guziczków bluzki, po prostu szarpnął delikatny materiał, rozrywając go na całej długości.

– Jak śmiesz! – warknęłam ze złością. Ale zaraz potem naprężyłam całe ciało, bo przyssał się do moich piersi, pieszcząc je przez koronkowy staniczek. Był cholernie podniecony. Czułam jego nabrzmiałego kutasa, ocierającego się o moją szparkę, chociaż na razie rozdzielał nas materiał jego spodni i pasek moich majtek. Niecierpliwe dłonie, płonące pożądaniem oczy, wilgotne pocałunki pełne żaru. Całkowicie stracił nad sobą kontrolę, dążąc do celu z nieopisaną determinacją. I chociaż na początku i ja uległam temu szaleństwu, to zaraz potem pojawiły się wyrzuty sumienia.

– Błażej przestań! Ja nie chcę!

– Nie? – uniósł głowę, przyglądając mi się zmrużonymi oczyma. Wciąż obejmował mnie w pasie, ocierał się biodrami, jedną ręką masował nagą pierś.

– Nie? – powtórzył, a potem bardzo delikatnie obrysował koniuszkiem palca kontur moich ust, a na samym końcu wsadził mi go pomiędzy nabrzmiałe wargi, zanurzając aż po sam koniec. Potem cofnął i powtórzył to, a ja bezwiednie zaczęłam go ssać, pieszcząc czubkiem języka i patrząc prowokująco w ciemne oczy. Nie mogłam się powstrzymać, aby tego nie zrobić. Najgorsze było jednak to, że byłam jakby sparaliżowana. Leciutko drżałam, nogi miałam jak z waty, a w głowie totalny chaos. Wiedziałam, że powinnam krzyczeć, wierzgać, wyswobodzić się, zrobić wszystko, aby zapobiec zbliżeniu, ale nie zrobiłam niczego. Strach i podniecenie splotły się w jedno uczucie, wypierając wszystkie inne.

– Jesteś cudowna.

– Twoja narzeczona…

– To teraz nieważne. Nic nie jest ważne – zaczął pokrywać pocałunkami moją twarz. – Prócz tego, że w końcu cię mam!

To zabrzmiało niezwykle szczerze.

– Naprawdę tak bardzo tego chciałeś? – spytałam zdziwiona, ujmując jego twarz w obie dłonie i spoglądając mu prosto w oczy.

– Żebyś tylko wiedziała… – uśmiechnął się krzywo. – W liceum było mi łatwiej pozbyć się tej obsesji, ale kiedy znów się spotkaliśmy, nie potrafiłem zapomnieć.

Znów zaczął mnie całować, ale tym razem bez uprzedniej brutalności. Jego usta były władcze, gorące, żądały i dawały. Pocałunek zmienił charakter z drapieżnego na bardziej erotyczny. Nasze wargi pieściły się, języki splatały i rozplatały w namiętnym uścisku. Jak przez mgłę czułam, pozbył się spodni i bielizny, a później odsunął paseczek moich majtek. Uniosłam nogi i oplotłam jego biodra, a on zaczął we mnie wchodzić. Powolutku, a ja doznawałam takiej rozkoszy, jakiej dawno nie odczuwałam. Pomogłam mu zdjąć koszulkę, zacisnęłam palce na jego ramionach, ocierałam się nabrzmiałymi piersiami o jego tors. Byłam na wpół przytomna z pożądania. Każdy ruch, każdy gest, prowadził prosto do spełnienia.

Zaczął się poruszać. Na początku powoli, w dziwnie hipnotyzującym rytmie. Wbijał się po sam koniec i prawie całkowicie wycofywał. Szybciej i szybciej. Chociaż oczy miałam zamknięte, to pod powiekami utrwalił się obraz jego twarzy, malującego się na niej pożądania, pełnego głodu spojrzenia i rozchylonych ust, z których wydobywał się świszczący oddech. Całował mnie, pieścił, szeptał do ucha, jaka jestem cudowna i jak mu dobrze. A ja pojękiwałam coraz głośniej, wbijałam palce w napinające się mięśnie pleców, rzeźbiłam w nich czerwone pręgi. Powoli odpływałam w miejsce, gdzie nie liczyło się nic poza tym, co czułam. Odrobina otrzeźwienia przyszła, gdy coraz silniejsze ruchy jego bioder zwiastowały eksplozję.

– Nie w środku! – wydyszałam.

– Dlaczego?

– Nie zabezpieczam się.

– Nieważne…

Chciałam zaprotestować, powiedzieć, żeby mi tego nie robił, bo kolejna ciąża i to z nim, byłaby totalną porażką. Ale nie zdążyłam. Zdusił te słowa pocałunkiem. Jedną rękę zacisnął na moim karku, drugą na piersi. Zauważalnie przyspieszył, a przez moje ciało przetaczały się fale rozkoszy. Gdybym mogła, pewnie bym krzyczała. Nie miałam już siły na protest, na nic nie miałam siły. Pragnęłam tylko jednego. Wiedział o tym, bo uwolnił moje wargi. Teraz dyszałam prosto w jego usta, paznokcie wbiłam w twarde ramiona, pędząc ku spełnieniu. W pewnym momencie wszedł się w moje wnętrze tak brutalnie, że zakwiliłam cicho. I wtedy poczułam, jak wytrysnął gorącym strumieniem. Dobił jeszcze dwa, trzy razu, chrapliwie jęcząc, a ja zaczęłam drżeć w sposób zupełnie niekontrolowany. Gdyby nie jego dłoń na moich ustach, krzyk rozniósłby się po całym budynku. Orgazm był tak potężny, że przez dłuższy czas wstrząsały mną drgawki, a na samym końcu bezwładnie osunęłam się w jego ramiona.

Otulił mnie nimi i szeptał:

– Wiedziałem, że będzie cudownie. Ale że aż tak? Powtórzymy to. Będę cię brał w każdym dostępnym miejscu, w każdej pozycji. Od tyłu, od przodu, jak zechcesz. – Z czułością odgarnął kilka kosmyków włosów za ucho. – Dla mnie jesteś wyjątkowa…

Wciąż był we mnie. Uniosłam głowę i patrzyłam na niego bez słowa. Świadomość, tego, co się wydarzyło powoli do mnie docierała. Brutalna rzeczywistość przyćmiła satysfakcję, przegoniła echo orgazmu.

– Błażej – powiedziałam bezradnie, czując napływające do oczu łzy. – Co myśmy zrobili? Co ja zrobiłam?

– Kochałaś się ze mną. Czy to aż taki grzech?

– W obecnej sytuacji… – Wyprostowałam się, próbując go odepchnąć. Zmarszczył czoło i patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Przecież było ci dobrze. Widziałem to! – odparł z wyraźną pretensją w głosie.

– Tak, było. – I wybuchłam płaczem. – Idź sobie! Chcę zostać sama!

Zacisnął zęby, a jego oczach pojawił się gniew. Chwycił dłonią mój podbródek, a potem brutalnie go ścisnął, zmuszając, abym spojrzała mu prosto w oczy.

– Nie zrobiłem nic, czego byś nie chciała! Dlaczego mnie odpychasz?

Odtrąciłam jego rękę, a potem, wyplątawszy się z uścisku, zeskoczyłam na ziemię.

– Chcę zostać sama. Proszę! Dla mnie to nie jest takie proste.

Widać było, że z ledwością powstrzymał wybuch gniewu. Przełknął jednak ostre słowa, ubrał spodnie i koszulkę, a potem wyszedł, rzucając mi na pożegnanie pełne złości spojrzenie.

A ja zostałam sama, patrząc z rozpaczą w swoje odbicie w lustrze wiszącym nad umywalką.

***

Wzięłam kilka dni urlopu, na poczekaniu tłumacząc się dolegliwościami żołądkowymi. Krzysiek odwiózł dzieci, potem wrócił i troskliwie dopytywał się, co ma zrobić, abym poczuła się lepiej. Po jego wyjściu wyłam w poduszkę dobre dwie godziny, aż w końcu zmęczona usnęłam.

Najcudowniejszy orgazm w moim życiu, nie zmieniał faktu, iż zdradziłam. Ja, dotychczas tak surowo traktująca temat wierności w małżeństwie. To mnie tak dobijało, że naprawdę snułam się po domu kilka dobrych dni. Na samym początku Błażej bombardował mnie smsami, ale nie odpowiedziałam na żaden z nich i w końcu przestał. Było mi wszystko jedno, bo to nie on przeżywał moralne katusze.

Nadszedł weekend. Siedziałam przy rozpalonym kominku, a mąż wspólnie z dziećmi przygotowywali kolację. Zostałam zaproszona do wytwornie zastawionego stołu i musiałam spróbować każdej, nawet najbardziej dziwacznej potrawy. Śmialiśmy się, żartowaliśmy, a ja zrozumiałam, że nie poświęcę mojej rodziny nawet dla setki Błażejów. Owszem, popełniłam błąd i będę musiała żyć z świadomością zdrady. Lecz nie zamierzałam dokonywać żadnego katharsis, tylko po to, aby mieć czyste sumienie. Chwila słabości minęła.

Następnego dnia poprosiłam Błażeja o spotkanie. Nie wybrałam przypadkowego miejsca, ale park w odległym miasteczku. Przynajmniej byłam pewna, że nikt tam nas nie rozpozna. Trochę się zdziwił, ale obiecał, że będzie.

I przyszedł. Oczy mu się śmiały i bez pytania chwycił mnie w ramiona, ale kiedy chciał pocałować, zaprotestowałam.

– Niedaleko stąd jest knajpka. Musimy porozmawiać.

– Miałem nadzieję na coś innego niż rozmowy – odparł wesoło, a ja momentalnie spochmurniałam. Cholera! On najwyraźniej nie zrezygnował. Pomimo tego, że nie odzywałam się do niego przez kilka dni, pomimo iż po upojnym seksie, kazałam mu się wynosić. Westchnęłam, bo nieciekawie się to zapowiadało.

– Kawę poproszę – powiedziałam do kelnerki.

– A pan? – posłała mu zalotne spojrzenie.

– Dla mnie również kawa.

Zostaliśmy sami. Panująca cisza stała się krępująca, chociaż Błażej przyglądał mi się z zadowoleniem.

– Przepraszam, że się nie odzywałam.

– Nie szkodzi. Podejrzewałem, że to dla ciebie trudna decyzja.

– Tak – na chwilę przymknęłam oczy. – I jednocześnie nie.

– Nie kochasz swojego męża, ale żal ci dzieci?

– O czym ty mówisz? – Pobladłam, gapiąc się na niego z niedowierzaniem.

– O rozwodzie.

Kurwa jego mać, zaklęłam w duchu. Jakim cudem tak inteligentny facet, może być jednocześnie takim kretynem?

– Jak rozwód?

– Twój.

– Po co miałabym się rozwodzić?

– Jak to po co? – uniósł brwi ze zdumieniem. – Aby wyjść za mnie.

Mało brakowało, a walnęłabym głową w blat stołu. Nie zrobiłam tego, bo pewnie wzbudziłabym sensację. A na to nie miałam ochoty.

– Nie rozwiodę się – powiedziałam cicho.

– Nie? – zmarszczył czoło. – Wolałbym spotykać się z tobą oficjalnie.

– Błażej, daj spokój. Poniosło nas. A ja nie zostawię ani męża, ani tym bardziej dzieci. I dlatego jutro składam rezygnację z pracy. Nie powinniśmy się więcej widywać, czy to na gruncie prywatnym, czy służbowym.

– Żartujesz prawda?

– Nie. Za to ty zaczynasz mnie przerażać.

– Bo nie rozumiem! – warknął z irytacją. – Kochaliśmy się. Było cudownie, a może być jeszcze lepiej. Sama mówiłaś, że w małżeństwie ci się nie układa…

– Jak każdemu. Nie ma samych wzlotów, bywają też upadki. Krzysiek mnie kocha, ja jego również. Przykro mi, ale taka jest prawda.

– No… Było widać tę miłość, jak pieprzyłem cię w szkolnej toalecie – rzucił z przekąsem.

– To akurat było nagłe zidiocenie. – Sięgnęłam po torebkę i wyjęłam z niej banknot. – To koniec. Przykro mi, że miałeś nadzieję na coś więcej – dodałam ze spokojem. Tylko ja wiedziałam, ile kosztowało mnie zachowanie pozorów. Lecz gdybym się zawahała, wszystko mogłoby się skończyć naprawdę źle.

Błażej zacisnął wargi, wykrzywiając twarz w paroksyzmie złości. Zdziwiło mnie, jak bardzo był pewny, że to jego wybiorę.

– Wykorzystałaś mnie.

– Nie. Korzyść była obopólna, ale ja dostałam bonus w postaci czarnego jak bezgwiezdna noc sumienia. Nie chcę tak żyć, nie potrafię. A ty… Masz jeszcze czas. Jeśli nie Anka, to znajdziesz sobie dziewczynę, która będzie zasługiwała na twą uwagę.

Zarzuciłam płaszcz, chwyciłam torebkę i wyszłam, po drodze mijając zdumioną kelnerkę. Kiedy znalazłam się na zewnątrz, chłodne powietrze przyjemnie pieściło moje rozpalone policzki. Odetchnęłam, bo najtrudniejszą część miałam za sobą. Teraz pozostawało jedynie zapomnieć…

***

– Marysiu, zgódź się, błagam! Głupio tak iść samemu, gdy wszyscy będą z parą.

– A cóż się stało z twoją ostatnią zdobyczą? – spytałam, nie siląc się na delikatność. Ukroiłam kawałek ciacha i nałożywszy go na talerz, podsunęłam Łukaszowi pod nos.

– Zostawiła mnie – odparł markotnie.

– Kiedy to wesele? – spytałam z rezygnacją.

– W najbliższą sobotę – ożywił się. – To co? Zgadzasz się?

– Dlaczego akurat ja?

– Rok żałoby minął. Przyda ci się upojny wieczór w moim towarzystwie.

– Czyli oznacza to, że jestem ostatnia na liście, a żadna inna się nie zgodziła?

– Hm – mruknął dyplomatycznie, wpychając sobie do ust potężny kawałek ciasta.

Łukasz był kolegą mojego męża i jego byłym wspólnikiem. Przez wiele lat stanowiliśmy zgrane towarzystwo i mogłam śmiało powiedzieć, że przyjaźń damsko-męska istnieje. Nie ciągnęło nas do siebie, ale szczerze się lubiliśmy. To on najwięcej pomógł mi po nagłej śmierci Krzyśka. Załatwił formalności, pogrzeb, knajpę na stypę. To na jego ramieniu mogłam się wypłakać. Dawał, nie żądając niczego w zamian. I dlatego nie mogłam odmówić tak niewinnej prośbie, jak zaproszenie na ślub jego kuzyna.

– Znam go?

– Ależ skąd. W zasadzie to mnie nie zaprosił. Moja mama jest jego chrzestną i ponieważ ma wyznaczony termin na operację, zrobiliśmy małą zamianę. Będę reprezentował rodzinę – dodał z dumą.

– Dobrze, zgadzam się.

– Cudownie! Impreza zaczyna się o piętnastej.

– Gdzie?

– W Wąsowie.

– Serio? – spojrzałam na niego z zainteresowaniem. – Kościelny czy cywilny?

– Kościelny. W ogrodzie. Trochę mieli z tym zachodu, ale podobno panna młoda się uparła.

– A zakochany po uszy pan młody stanął na głowie, aby spełnić jej życzenie?

– Nie wiem, możliwe. Marko bywa romantyczny. O której po ciebie przyjechać?

– Bo ja wiem? Może przed czternastą? Zawiozę Kornelię do babci i wrócę, aby się przygotować. Przez godzinę na pewno zdążymy dojechać.

Łukasz dopił jeszcze kawę i już go nie było. Za to ja wzięłam swoją ze sobą do ogrodu. Usiadłam w fotelu na tarasie i zamyśliłam się. Ostatni rok był dla mnie niezwykle trudny. Pomogła obecność dzieci, współczucie najbliższej rodziny i serdeczność przyjaciół. Doszłam do siebie, ale nie potrafiłam pogodzić się z losem, który z tak perfidnym okrucieństwem pozbawił mnie ukochanego człowieka. Wiele razem przeszliśmy. Były i dobre, i złe momenty. Przypomniałam sobie epizod z Błażejem. Ciekawe co porabia, jak ułożyło mu się życie? Pewnie już dawno o mnie zapomniał, zresztą ja o nim także. Czasami tylko wracałam myślami do tamtych chwil. Nie żałowałam decyzji, jaką podjęłam, chociaż dręczyła mnie ciekawość, co by było gdyby… Odstawiłam pusty kubek, wstając. Pora zajrzeć do szafy i sprawdzić, czy mam się w co ubrać. Będę też musiała obowiązkowo odwiedzić fryzjera. Co prawda włosy miałam krótkie, mało problematyczne, ale dawało się w nich zauważyć sporo siwizny. Taki już urok naturalnej brunetki, pomyślałam z wisielczym humorem, a potem energicznie otworzyłam szafę. I jak prawdziwa kobieta, od razu doszłam do wniosku, że nie mam się w co ubrać.

– Wyglądasz jak milion dolarów! – Łukasz szarmancko otworzył przede mną drzwi auta.

– A czuję się nawet lepiej.

Miałam na sobie długą, dopasowaną sukienkę w turkusowym kolorze, ze złotymi wstawkami. Była skromna, bez zbędnych ozdób, ale wyjątkowo elegancka. Zwiewna, z dopasowaną górą i luźniejszym dołem. Miała też głęboki dekolt i spore rozcięcie. Szczerze mówiąc żywiłam, co do niej obawy, ale moja córcia, asystująca mi przy zakupach, powiedziała, że ma być ta i żadna inna. Nie odważyłam się zaprotestować, tym bardziej, że i mnie się spodobała. Całość uzupełniały złociste pantofelki i mała torebeczka w tym samym kolorze. Przeglądając się w lustrze miałam powody do zadowolenia.

Zajęłam miejsce, a Łukasz usiadł za kierownicą.

– Nie dałbym ci tej czterdziestki – powiedział szczerze.

– Czterdziestkę to ja dawno skończyłam. No właśnie, skoro jesteśmy przy wieku, to jak w tym świetle wyglądają państwo młodzi?

– Nicola nie skończyła nawet trzydziestki, a Marko…

Rozległ się głośny huk, a autem zarzuciło w obie strony. Łukasz szpetnie zaklął, po czym zatrzymał się i wyskoczył na zewnątrz.

– Rany boskie! – Chwycił się za głowę. – Złapaliśmy gumę!

– Przymusowy postój? – spojrzałam na niego ze współczuciem.

– Niestety. Sam zmienię, bo jak byśmy mieli czekać, to połowa imprezy byłaby za nami.

Zmienił. Trochę posapał, ale się nie wybrudził. W końcu ruszyliśmy ze świadomością ogromnego spóźnienia. Oczywiście nie zdążyliśmy na sam ślub, bo kiedy w pośpiechu wypadliśmy z samochodu i wąską alejką ruszyliśmy w stronę zgromadzonego tłumu, zauważyłam, że właśnie nadeszła pora składania życzeń. Dobre i to, pomyślałam, poprawiając sukienkę.

– Głupio mi – mruknęłam do Łukasza, kiedy zajęliśmy miejsce na samym końcu długaśnej kolejki. W dodatku za plecami jakiegoś wielkoluda i jego tęgiej, odzianej w jedwabie żony. – Nie znam ludzi, a mam im składać życzenia.

– E tam. – Łukasz machnął ręką. – Głodny jestem jak cholera. Dobrze że zaraz będzie obiad. Ten krawat nie leży krzywo?

– Pokaż – odwróciłam się do niego. Faktycznie, coś było nie tak z tą częścią garderoby. Przesuwaliśmy się do przodu, podczas gdy ja walczyłam z cholerstwem, soczyście klnąc w duchu. W końcu odsapnęłam, a wtedy zauważyłam, że przyszła kolej i na nas, bo para przed właśnie składała życzenie państwu młodym. Z pośpiechem odebrałam od Łukasza kwiaty, przywołałam na twarz szeroki uśmiech i odwróciłam się, aby zastąpić wielkoluda, który właśnie odchodził na bok.

I zastygłam w bezruchu, pewnie z rozdziawionymi ze zdumienia ustami.

Panna młoda niczego sobie, ale pan młody…

– Błażej?! – wyrwało mi się z najwyższą zgrozą. – Ja pierdolę!... – dodałam szeptem.

– Mój kuzyn Marko i jego świeżo co poślubiona małżonka Nicola. A to Marysia, moja dobra znajoma, która zgodziła mi się dziś towarzyszyć. – Łukasz z zadowoleniem dokonał prezentacji.

Nie wypadało robić scen, więc zebrałam się w sobie i złożyłam życzenia. Tak bełkotliwej formułki chyba nie miałam okazji jeszcze wygłosić. Na szczęście panna młoda nieszczerze odwzajemniła mój równie nieszczery uśmiech, a potem tylko obserwowała, jak podeszłam do jej męża, zdawkowo cmoknęłam go w policzek i treściwie życzyłam mu szczęścia. Na więcej nie było mnie stać, a i tak przy ostatnim słowie, głos mi się załamał.

Potem chwyciłam Łukasza za ramię i zaciągnęłam go w pobliskie krzaki.

– Jaki Marko! – wysyczałam z wściekłością, chwytając go za klapy marynarki i mocno potrząsając. – Kurwa! Ty jełopie! Wiesz, w co mnie wpakowałeś?!

– No… Niezupełnie – zakłopotał się. – W rodzinie od wieków tak na niego mówimy, faktycznie to ma na imię Błażej.

– Wiem.

– Znasz go? Dziwnie się sobie przyglądaliście. To jakiś eks?

– Gówno, nie eks. – Przyłożyłam drżące dłonie do rozognionych policzków. – Były uczeń.

– I to cię tak zdenerwowało?

– Były kolega z pracy.

– Ze szkoły? A tak, coś kiedyś wspominał, że uczył w liceum – ucieszył się Łukasz. – Chyba nawet dość długo.

– Och, przymknij się już. Najchętniej bym stąd uciekła – westchnęłam.

– Coś ty się tak mocno spłoszyła? Sam fakt znajomości z… - zmarszczył brwi. – Było coś więcej, prawda?

– Daj spokój. Idziemy na obiad. Nerwy wywołują u mnie wilczy apetyt.

Na szczęście Łukasz nie zadawał dodatkowych pytań. Trochę wyglądał na zamyślonego, ale przy stole bardzo szybko się rozkręcił. A ja miałam czas, aby zebrać myśli i zastanowić się, co dalej.

Nic. Doszłam do wniosku, że nie powinnam aż tak bardzo zajmować się wydarzeniem sprzed ponad dwunastu lat. Chociaż widok twarzy Błażeja… Zachichotałam. Potem spoważniałam i westchnęłam z taką siłą, aż mi zwiało serwetkę pod stół. Wyglądał szałowo. O ile to możliwe, to jeszcze bardziej seksownie niż dekadę temu. Trochę mu posiwiały skronie, przybyło zmarszczek w kącikach oczu, pozbył się też całkowicie zarostu, ale reszta… Pierwsza klasa! Ciekawe, co pomyślał, jak mnie zobaczył? Pewnie poczuł ulgę, bo gdzie mi tam było do kobiety, która została jego żoną! Posmutniałam, więc dla kurażu poprosiłam Łukasza o drinka. Czystej bym nie wypiła, ale z soczkiem dlaczego by nie. Po pierwszym poczułam się rozluźniona. Po drugim rozweselona. Po trzecim było mnie stać nawet na to, aby bez skrępowania spoglądać w stronę państwa młodych. Czwarty i piąty wszedł gładko, a po szóstym mnie zemdliło. Na szczęście piłam je małymi łyczkami, rozkładając przyjemność w czasie. Właśnie dochodziła pierwsza w nocy, gdy postanowiłam, że czas przejść się po pałacowym parku. Łukasz gdzieś zniknął, ale to nie był problem, bo nie potrzebowałam towarzystwa. Odwiedziłam jeszcze łazienkę, po czym ruszyłam w stronę, gdzie jedynie nieliczne lampki rozświetlały ciemność nocy, konkurując z bladym księżycem w pełni. Im dalej byłam od gwaru rozmów i głośnej muzyki, tym bardziej popadałam w nastrój pełen melancholii. Błażej przez cały ten czas ani razu do mnie nie podszedł. Co więcej, omijał mnie wzrokiem z taką obojętnością, jakbyśmy faktycznie byli sobie całkiem obcy. A może byliśmy? Po tylu latach może nie powinnam się temu dziwić?

– Dokąd ja u licha idę? – mruknęłam, rozglądając się dookoła podejrzliwie. Byłam już na drugim krańcu parku. Oparłam się plecami o drzewo, patrząc na rozświetlony budynek i nieruchomą taflę wody. Odchyliłam głowę do tyłu i zamknęłam oczy. Z premedytacją przywołałam stare wspomnienia. Wróciło poczucie winy, którego nigdy nie zdołałam się pozbyć. Wybór jakiego wtedy dokonałam… Ale przecież nie mogłam zrobić nic innego!

– Los bywa złośliwy – wymamrotałam, obejmując się ramionami.

– Dlaczego?

Huk armatni nie wywołałby większego wrażenia. Otworzyłam szeroko oczy, wpatrując się w stojącego naprzeciwko Błażeja. Miał na sobie koszulę rozpiętą pod szyją i z podwiniętymi rękawami. Luzacko i mało elegancko, ale w sumie to impreza dobiegała końca, a noc była wyjątkowo upalna.

– Jeszcze się pytasz! Przepraszam, nie wiedziałam, że trafię prosto na twój ślub.

– Wiem. Łukasz łkał mi w rękaw z tego powodu. Bredził coś o tym, że sprawił ci przykrość, a chciał jedynie, abyś się dobrze bawiła.

– Po tylu drinkach, faktycznie nieźle się bawiłam – uśmiechnęłam się mimo woli, unosząc głowę i łapiąc spojrzenie ciemnych oczu Błażeja. Dał krok do przodu i znalazł się niebezpiecznie blisko. Odległość kilku centymetrów, to nie był dobry dystans.

– Sądziłem, że powiesz coś o towarzystwie.

– Odsuń się – uniosłam dłoń, kładąc ją na jego piersi.

– Bo co? Masz nadzieję, że rzucę się na ciebie, zedrę sukienkę i zgwałcę w krzakach? – spytał rozbawiony.

– Weź przestań! – żachnęłam się. Na szczęście ani nie wyjął rąk z kieszeni, ani się nie ruszył. Stał sobie, przyglądając mi się jak dziwadłu w cyrku. Oczywiście, nie omieszkałam powiedzieć tego na głos.

– Dziwadłu? Nie, nigdy bym tak o tobie nie powiedział. – Momentalnie posmutniał. Podniósł ramię i bardzo delikatnie pogładził mój czerwony, gorący policzek. – Dlaczego się spóźniliście?

– Złapaliśmy gumę, nie powiedział ci tego?

– To było pytanie retoryczne głuptasie – uśmiechnął się, ale tak jakoś niewesoło. Jego palce wciąż pieściły moją twarz, dotarły do linii włosów, zanurzyły się w nich, potem cofnęły. – Gdybyście się nie spóźnili, to pewnie od razu bym cię zauważył. To także – sięgnął po moją lewą rękę i uniósł ją na wysokość naszych twarzy.

– No i co? Uciekłbyś sprzed ołtarza? – zadrwiłam, bo przyznam, że mnie zdenerwował.

– Tak.

– Pogięło cię!

– Tak.

– Powinnam już iść.

– Nie. – Oparł obie dłonie o pień drzewa, po obu stronach mojej głowy. – Nie skończyliśmy rozmawiać.

– Błażej, bądź poważny. To twoje wesele.

– Mam to w dupie. – Głos mu stwardniał, a w ciemnych oczach pojawiły się niebezpieczne błyski. Za to ja utkwiłam wzrok w jego ustach i trzeba przyznać, że momentalnie zaschło mi w gardle, a w głowie pojawiły się zakazane myśli. Ciekawe czy jego pocałunki byłyby dziś tak cudowne jak kiedyś? – Role się odwróciły, nieprawdaż? Teraz ty jesteś samotna, a ja żonaty.

– Jeśli to ci sprawia satysfakcję… – zrobiło mi się przykro, ale nie zdziwiły mnie te słowa.

– Satysfakcję?! Satysfakcję? – powtórzył z goryczą. – Po naszej ostatniej rozmowie zatrudniłem prywatnego detektywa. Przez ponad dziesięć lat dostawałem raporty o twoim życiu. Nie rób takiej oburzonej miny, to nie było nic intymnego. Po prostu nie chciałem przegapić waszego rozwodu. Pojawiłbym się wtedy, aby cię pocieszyć. Niestety, nie doczekałem się. Odpuściłem, a wtedy ten gojek umarł. Dokładnie trzy miesiące po tym, jak się poddałem.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Jego słowa mnie zaskoczyły, zaszokowały. Dziesięć lat? Słodki Boże! Miałam do czynienia z psychopatą!

– Wiesz – odparłam z gniewem – jakoś tego nie planował. To podłe, mówić o nim w ten sposób!

– Taa… Podłe – powiedział ze złością. – Nie mogłaś zadzwonić, skoro już byłaś wolna?

Nie wytrzymałam. Wymierzyłam mu solidny policzek.

– Bydlak! Sądzisz, że jedyną rzeczą, o której wówczas marzyłam, to wskoczyć w twoje ramiona? Kretyn! Moje małżeństwo nie było więzieniem! – krzyczałam, bo tym razem naprawdę mnie wkurzył. Błażej zacisnął usta z taką siłą, że zamieniły się w cienką kreskę. Zauważyłam, że był równie rozgniewany jak ja, chociaż nie rozumiałam dlaczego. I szczerze mówiąc, guzik mnie to obchodziło.

– Odsuń się, chcę wrócić!

Zaprzeczył ruchem głowy. Przygotowałam się na nagły atak, na pocałunek z zaskoczenia, na wiele rzeczy, ale nie na to, co zrobił. Osunął się na kolana, wtulił twarz w mój brzuch i objął biodra drżącymi dłońmi. Tak, drżały, doskonale to wyczuwałam.

– Co robisz wariacie?

Nie odpowiedział. Po prostu ściskał mnie i tulił się, jak złaknione czułości dziecko. To było dziwne i takie do niego nie podobne. Cóż, pomyślałam kwaśno, nie tylko ja nadużyłam alkoholu. I nagle zauważyłam, że jego ramiona zaczynają nieznacznie się trząść. Śmiał się, wciąż wtulony w moje łono. Chciałam odepchnąć go z oburzeniem, spytać, co go tak rozbawiło, ale nie zdążyłam, bo dotarło do mnie, że Błażej wcale się nie śmieje. On płakał.

To akurat była ostatnia rzecz, jakiej bym się po nim spodziewała. I sprawiła, że z żalu ścisnęło mi się serce, a gniew błyskawiczne wyparował.

– Daj spokój – wyszeptałam, pochylając się i gładząc jego zmierzwione włosy. – A nie dzwoniłam, bo byłam pewna, że dawno o mnie zapomniałeś.

– Ja? – uniósł głowę. Policzki miał mokre od łez, a oczy powiedziały chyba więcej, niż mogłyby to uczynić słowa. – Ja nie potrafię o tobie zapomnieć. Najpierw to było zwykłe zauroczenie. Potem, gdy zobaczyłem cię na tym przystanku… Wyglądałaś okropnie, nos ci się świecił, na głowie miałaś istne ptasie gniazdo, ale to byłaś ty. Przepadłem od pierwszego spojrzenia, chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Później każdy dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że muszę wygrać, muszę cię mieć. Przegrałem, ale nie wojnę, a bitwę – szeptał. – Czekałem, najpierw w nadziei, że zmienisz zdanie, potem po prostu na to, że zostawisz męża, albo on zostawi ciebie.

– Wiesz że te słowa przerażają? Mam wrażenie, że byłam twoją obsesją – w zadumie pogładziłam go po policzku, obrysowałam kontur ust.

– Obsesją? – powtórzył z goryczą. – Ten ślub to fikcja, zgrabny układ, bo sądziłem, że nie mam szansy na nic więcej. Żałuję, że nie sprawdziłem, co u ciebie, ale bałem się, że znów wpadnę w pułapkę własnych uczuć.

– Głuptas – figlarnie dałam mu pstryczka w nos. – Wstań, czas wracać do gości. I przestać rozpamiętywać przeszłość.

Wstał, chociaż nadal zaciskał palce na moich biodrach. Nie zmniejszył też dystansu pomiędzy nami. Za to moje serce ruszyło ostrym galopem, a kolana nieco zmiękły. Nie mówiąc już o słodkim, zniewalającym uczuciu, kumulującym się gdzieś w podbrzuszu i rozlewającym na całe ciało. Nic dziwnego. W mroku nocy, w blasku księżyca, w ustronnym miejscu z dala od ludzi, stałam w objęciach silnego, seksownego mężczyzny, który właśnie przed chwilą wyznał, jak bardzo mu na mnie zależało. Odepchnęłam od siebie myśl, że być może nadal mu zależy. Pochylał się nade mną, patrząc niezgłębionym spojrzeniem, jakby za chwilę miał mnie pocałować. Przyszpilił do drzewa swoim ciałem, chociaż nie było w tym żadnej brutalności czy przemocy.

– Kocham cię – powiedział ze spokojem, a ja zamarłam zaskoczona. – Kocham cię i nie poddam się, zwłaszcza teraz, gdy wiem, że mam szansę.

– Oszalałeś!

– Już to mówiłaś. Nie oszalałem.

Ujął moją twarz w obie dłonie i delikatnie mnie pocałował. A ja, gdy tylko poczułam dotyk jego ust, ich smak, przepadłam.

– Oszalałeś – powtórzyłam szeptem, przymykając powieki. – Błażej! Przecież to twój ślub! Przed kilkoma godzinami składałeś przysięgę.

– Co za różnica… – drobnymi pocałunkami pokrywał moją twarz i dekolt, delikatnie pieścił dłońmi ciało. – Rozwiodę się.

– Wariat! – powiedziałam ze zgrozą. Zamknęłam oczy i odpłynęłam, bo to co robił było tak rozkosznie przyjemne, że za nic w świecie nie potrafiłabym tego przerwać. Leniwymi ruchami gładziłam jego ramiona, przeczesywałam palcami włosy, błądziłam rękoma po karku i barkach. – A pomyślałeś chociaż przez chwilę o swojej żonie?

– Ależ ty bywasz upierdliwa – mruknął, prostując się. Przerwał tak nagle, że jęknęłam protestująco i bardzo niechętnie otworzyłam oczy. – Chciałabyś więcej, prawda? Zawsze chciałaś, tylko to twoje popieprzone sumienie na nic ci nie pozwalało?

– Ty nadal nic nie rozumiesz.

– Niby co mam rozumieć? – warknął, ze złością, puszczając mnie i dając krok do tyłu. – Wtedy twierdziłaś, że to z miłości do męża, któremu tak ochoczo przyprawiłaś rogi. Teraz wymawiasz się moją żoną, jakby cokolwiek cię obchodziła!

Poczerwieniałam. Trzeba przyznać, że potrafił być bezczelnym draniem.

– I ty twierdzisz niby, że mnie kochasz? – zadrwiłam. – A nie potrafisz spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Odsuń się! – rozkazałam, bo gdy chciałam go wyminąć, zastąpił mi drogę.

Przez chwilę miałam wrażenie, że zrobi coś, czego nie chciałam, lecz jednocześnie o czym skrycie marzyłam. Ale on się odsunął.

– Proszę, droga wolna.

Niby powinnam była sobie pójść, lecz jednocześnie wcale nie chciałam go zostawiać. Miał rację co do jednego – chciałabym więcej. Teraz nie musiałam tego ukrywać, zwłaszcza przed samą sobą. Ruszyłam do przodu, ale nie uszłam zbyt daleko. Zawróciłam i podeszłam do stojącego nieruchomo Błażeja.

– Co proponujesz? – spytałam drżącym głosem.

– Ja? – Uniósł zdumiony brwi. – Szalony seks tam w krzakach – wskazał przestrzeń za swoimi plecami.

– Błażej!

– Nie martw się, ty byłabyś na górze – puścił oczko, a potem mnie objął i pociągnął w stronę pałacu. – Chodź, bo na samą myśl, mi staje. Taki ze mnie niewyżyty erotoman. Skoro się upierasz, to załatwię sprawy osobiste, a później wrócimy do naszej rozmowy, zgoda?

– Zaczynam się czuć wyjątkowo podle.

– Nie powinnaś – wzruszył ramionami. – Nicola ma romans ze swoim żonatym szefem. Nie wie, że ja o tym wiem. Zgodziła się wyjść za mnie, żeby zrobić mu na złość. No i ma nadzieję, że tamten oszaleje z zazdrości.

– Ja cię kręcę! A ty? Po co się z nią ożeniłeś, skoro wiesz takie rzeczy?

– Bo ja wiem? Dla zabawy?

Zabrakło mi słów. Dla zabawy?

– Lubisz się bawić? – spytałam z przekąsem, akcentując ostatnie słowo.

– Najbardziej z tobą, jeśli takie rzeczy masz na myśli – roześmiał się. – Takie, prawda? Poczekaj, nie oceniaj mnie po jednym marnym numerku w szkolnej toalecie. Nie wspominając już o tym, że przez te kilka lat udoskonaliłem techniki.

– Czy nasze rozmowy się zawsze kręcić wokół tego samego tematu?

– Muszą – zerknął na mnie. I chociaż właśnie doszliśmy do bawiących się gości, to bezczelnie chwycił moją rękę i położył pomiędzy swoimi udami. - Sama widzisz.

Gwałtownie poczerwieniałam, przyciągając dłoń ku sobie.

– Błażej! Jesteś niepoprawny!

– Jestem podniecony – wyszeptał, pochylając się. – A wiesz, co jest najlepsze? Że czeka mnie dziś noc poślubna…

I poszedł sobie, zostawiając mnie tak wściekłą oraz rozgoryczoną, że mało brakowało, a pogryzłabym gości i zdemolowała stoły. A kiedy Błażej naprawdę wymknął się z Nicolą, pozostawiając rozbawione towarzystwo, o mało co nie oszalałam. Doskonale zdawałam sobie sprawę, co będą robić i nigdy w życiu nie byłam tak cholernie zazdrosna.

– Kochasz mnie? – syczałam pod nosem, już we własnej sypialni, dokąd trafiłam z butelką świeżo co napoczętego szampana. – Ja ci łajdaku pokażę, jak tylko się zjawisz! Ja ci kurwa pokażę miłość. Odgryzę ci tego fiuta przy najbliższej okazji!…

***

Na najbliższą okazję musiałam jednak poczekać. I to sporo, bo aż trzy miesiące. Szczerze mówiąc, to byłam pewna, że albo Błażej zrezygnował, albo wtedy za dużo wypił i po prostu bredził, co mu ślina na język przyniosła.

Kiedy zapukał do moich drzwi po raz pierwszy, w ogóle mu nie otworzyłam. Ale skubaniec był wytrwały i za drugim razem, schował się za plecami listonosza. Nie wypadało awanturować się przy obcym człowieku, więc zrobiłam to, kiedy już z furią zatrzasnęłam drzwi.

– Cześć – przywitał się wesoło, a ja z całej siły mu przywaliłam.

– Bydlę!

– A, to już wiem. Jesteś zła o tę noc poślubną? – spytał domyślnie, pocierając znieważony policzek.  – Czy o to, że tak długo musiałaś czekać?

– Nie czekałam. Wynocha z mojego mieszkania!

– Akurat – rozejrzał się dookoła, a potem wygodnie rozsiadł w jednym z foteli. – Chciałbym cię zabrać na wycieczkę.

– W dupie mam twoje zaproszenie. Nigdzie nie jadę. Kawy też nie dostaniesz – dodałam twardo, siadając naprzeciwko. Zła byłam jak diabli, ale też od razu pojawiły się zakazane myśli. Co by było, gdybym teraz usiadła na jego kolanach, zdjęła bluzkę, zaczęła się ocierać o jego ciało, całować te cudowne usta… Odruchowo zacisnęłam uda, co nie uszło jego uwagi.

– Chodź do mnie! – rozkazał ochrypłym szeptem, a w jego oczach pojawiło się pożądanie. – Chodź! – dodał niecierpliwie.

– Nie.

– Wy, kobiety! Mówicie jedno, myślicie drugie.

– Mów, co masz do powiedzenia i wynoś się, bo nie mam czasu na głupoty.

– Chodź! – warknął i więcej nie czekał. Oczywiście stawiłam zaciekły opór, który niewiele dał, bo nie tylko z Błażejem musiałam walczyć, ale i z własną słabością.

Był koniec lata i nadal panowały upały, to na szczęście nie ubrałam dziś sukienki, a dżinsy i zwykłą, bawełnianą koszulkę. Ale jemu to chyba nie przeszkadzało. Posadził mnie na swoich kolanach, tak, że plecami dotykałam jego torsu, a pupą wyczuwałam twardniejącego członka. Objął ramionami, unieruchamiając. Jedną rękę wsunął pomiędzy kurczowo zaciśnięte uda, drugą zacisnął na piersi, a ustami wodził po szyi i skraju policzka. Nawet jeśli na początku sapałam ze złości, to szybko mi przeszło. Zaczęłam się kręcić i cichutko postękiwać, gdy jego dłoń masowała moje krocze.

– No widzisz – wyszeptał. – Wiedziałem, że też masz na mnie ochotę. Nie zaprzeczaj, przecież to czuję.

Odpiął zamek spodni i wślizgnął się za pasek majtek. A kiedy mnie tam dotknął, naprężyłam całe ciało i sama poszukałam jego ust. Nieważne było to, że tak szybka kapitulacja była ostatnią rzeczą, jaką miałam zrobić. Nie uprawiałam seksu od ponad roku, a poza tym Błażej był… był… Ciężko to było określić słowami. On działał na mnie jak łyk mocnego wina, jak żaden inny mężczyzna.

– To tak nie miało być – powiedziałam, jąkając się. – Tak nie powinno być…

– A jak? Chcesz długiej, nudnej gry wstępnej? Mam przestać cię pieścić? A może nawet nie dotykać? Tego chcesz? – wydyszał te słowa prosto w moje usta. Kciukiem pieścił moją łechtaczkę, a ja wiłam się w jego objęciach, tak naprawdę niezdolna do żadnego protestu. Przez mgłę, jaka otoczyła mój umysł, usłyszałam chrobot klucza w zamku i wtedy gwałtownie otrzeźwiałam. Zerwałam się na równe nogi i bez słowa uciekłam do łazienki. Zdążyłam wejść do środka, zanim w mieszkaniu pojawił się mój syn. Nie liczyło się nawet to, że Błażej znalazł się w niezręcznej sytuacji. Bo spojrzałam w lustro. Ogromne, rozszerzone podnieceniem źrenice. Nabrzmiałe od pocałunku usta. Czerwień na policzkach i szyi. Boże! Całe szczęście, że zdążyłam uciec. Przecież nie mogłam się tak pokazać własnemu dziecku, nawet jeśli był nim całkiem dorosły syn.

Opryskałam twarz wodą i usiadłam na toalecie. Przymknęłam oczy i zaczęłam liczyć. Kiedy doszłam do trzystu, ktoś energicznie zapukał w drzwi łazienki.

– Mamo! – zaniepokojony głos Damiana. – Wszystko w porządku?

– Tak, tak. Już wychodzę – dodałam pośpiesznie. Przejrzałam się z obawą w lustrze, ale czerwień zniknęła. Więc wyszłam.

Damian właśnie przygotowywał kawę, a Błażej siedział w fotelu, szeroko uśmiechnięty i wcale niezmieszany. Przerwali też rozmowę na jakiś zupełnie obcy mej duszy temat, dotyczący ostatnich wydarzeń sportowych, zerkając na mnie z zaciekawieniem. Musiałam stanąć na wysokości zadania, lecz najpierw postanowiłam wybadać, co ten wampir naopowiadał mojemu dziecku.

– Widzę, że doskonale sobie poradziliście beze mnie.

– Tak – Błażej miał poważny głos i kpiące spojrzenie, które przeczyło tej sztucznej powadze. – Przedstawiłem się jako twój były uczeń i współpracownik.

– Aha – skwitowałam krótko.

Dalej poszło łatwiej. Ja byłam drętwa, mój syn zaciekawiony, a Błażej jak zwykle rozbawiony. W końcu do Damiana ktoś zadzwonił, więc w pośpiechu cmoknął mnie w policzek i wypadł z mieszkania.

Zostaliśmy sami.

– Nie ciesz się – powiedziałam, widząc jego pełną zadowolenia minę. – Zaraz wróci ze szkoły moja córcia.

Pokiwał głową z wyrazem udawanej rezygnacji.

– Szkoda. Myślałem, że dam radę zaliczyć cię bez romantycznej kolacji.

– Błażej!

– To co? Sobota wieczór? Pasuje ci?

– Nie wiem. Muszę się zastanowić.

– Pasuje. To jesteśmy umówieni.

– Bezczelny, zarozumiały drań! – sapnęłam z oburzenia.

– Pani profesor, proszę…

– Przestań mnie tak nazywać! – walnęłam pięścią w oparcie fotela, a on zmrużył oczy. – I nigdzie nie jadę! Wchodzisz do mojego mieszkania podstępem, obmacujesz mnie, narażając na kompromitację w oczach własnego dziecka, a po wszystkim jak gdyby nigdy nic, każesz się stawić na randkę, jakby to był dla mnie jakiś pieprzony obowiązek!

W końcu spoważniał. Wstał, ja również. Podszedł bliżej, ja chciałam się cofnąć, ale chwycił moje ramię, przytrzymując mnie w miejscu.

– Proszę – powiedział cicho, intensywnie się we mnie wpatrując. – Zgódź się. Spędzimy razem popołudnie, może nawet cały wieczór, a potem odwiozę cię do domu. I wtedy zdecydujesz, czy chcesz, abym pozostał w twoim życiu.

– Jesteś jakoś dziwnie pewien zwycięstwa – odparłam z przekąsem.

– Powiedzmy, że nie dopuszczam do siebie myśli o przegranej – uśmiechnął się krzywo. – Nie tym razem. Po prostu chciałbym abyśmy zaczęli od nowa. Nieśmiałe próby poderwania cię w liceum, zakończyły się fiaskiem. Później poniosłem znacznie bardziej spektakularną porażkę. A skoro przysłowie mówi, że do trzech razy sztuka, to może w końcu będę miał szansę?

– Jesteś okropny.

Ba! Jakbym miała jakikolwiek wybór. Kiedy tak stał tuż obok, to nie miałam siły na sprzeciw, nawet ten najsłabszy. W dodatku moja głowa pękała od natłoku myśli, wśród których jedna wysuwała się na prowadzenie. Byłam wolna! Mogłam zrobić to, na co będę miała ochotę. Skoro życie dało mi taką szansą, niby dlaczego miałam zrezygnować?

– Zgoda – odpowiedziałam suchym tonem.

– No widzisz, łatwo poszło – wyszczerzył zęby w uśmiechu, uchylając się przed ciosem. – Wracam do żony, a ty bądź gotowa na sobotę.

– Jak to do żony? – Aż musiałam usiąść na pobliskim krześle.

– Sprawy rozwodowe trochę trwają. Poza tym muszę być pewien, że tym razem mnie nie odepchniesz.

– Wynoś się łajdaku, bo nie odpowiadam za siebie! – wrzasnęłam, zrywając się z miejsca. – Ale już!

– Sobota, kwadrans po piątej – mrugnął łobuzersko, po czym wyszedł z mieszkania, nie czekając na odpowiedź.

– Ja ci dam sobotę! – mściwie pogroziłam mu pięścią, lecz w głębi duszy wiedziałam, że się ugnę. Pragnęłam go, pożądałam. Zresztą nie chodziło tylko o seks. To, że nie widzieliśmy się tyle czasu, nie miało żadnego znaczenia. Wręcz odwrotnie, moje uczucia były znacznie bardziej intensywne, bo nie hamowało ich poczucie winy.

– Ech – westchnęłam z rezygnacją, po czym podreptałam do szafy, aby znaleźć odpowiednio seksowny strój na sobotni wieczór.

***

Sobota. Kwadrans po piątej siedziałam przy stole, miarowo postukując palcami blat. Nie zdążyłam się jednak zirytować, gdy ktoś energicznie zadzwonił do drzwi.

– Masz szczęście – powiedziałam na powitanie. – Minuta spóźnienia i bym cię nie wpuściła. A listonosz w soboty nie chodzi – dodałam złośliwie, mierząc go od góry do dołu. Cholernik, wyglądał wyjątkowo dobrze. Luzacka postawa, luzacki ubiór; wytarte dżinsy, biała koszulka i ciemne adidasy. W prawej ręce długa, purpurowa róża, którą teraz mi wręczył, uśmiechając się szeroko.

– Nie marudź babo – cmoknął mnie w policzek, a ja momentalnie poczułam dziwną słabość w całym ciele. – Gotowa?

– Tak.

Nie ubrałam się elegancko, bo w końcu miał mnie zabrać na wycieczkę. Też miałam na sobie dżinsy, błękitną koszulkę z nadrukiem w postaci kolorowego motyla i z wąskim, głębokim wycięciem, w które teraz ciekawsko zaglądał Błażej.

– Daj spokój – odezwałam się suchym tonem. – Nie zachowuj się jak smarkacz.

– Przecież jestem młodszy? – uniósł brwi w górę. – Jestem?

– Gdzie jedziemy? – spytałam, zmieniając temat i sięgając po bluzę oraz torebkę.

– Niespodzianka.

– Mówiłeś coś o łonie natury.

– No… O łonie – zachichotał, a ja o mało co nie walnęłam go łokciem w bok. – Nie martw się, to nie będzie żaden dom rozpusty.

Po dżentelmeńsku przepuścił mnie w drzwiach, a gdy wyszliśmy na zewnątrz, objął w pasie i pociągnął w kierunku kobyły, która lśniła blaskiem lakieru w promieniach wieczornego słońca.

– Co to jest? Czołg?

– Nie, samochód. Terenowy. – Chwycił i wręcz wepchnął do środka. Przy okazji jedna jego ręka jakby mimochodem wylądowała na mojej pupie. – Lubię duże auta.

– Podobno im większy samochód wybrany przez faceta, tym mniejsze to, co ma w spodniach – powiedziałam złośliwie, dając mu po łapach.

– Sądzisz że mam małego?

Mogłabym skłamać i powiedzieć, że tak. Ale to byłoby kłamstwo szyte bardzo grubymi nićmi.

– Wyjątki potwierdzają regułę – przyznałam niechętnie. – To gdzie jedziemy?

– Nie powiem. To niespodzianka.

– Bagna, strome urwisko? – dopytywałam się mimo to. – Może stawek pośrodku ponurego boru? Ewentualnie wybieg tygrysów w zoo…

– Nie wiedziałem, że lubisz uprawiać seks w tak ekstremalnych miejscach? – zakpił.

– Jadę na wycieczkę, a nie uprawiać seks w ekstremalnych miejscach.

– Kiedyś byłaś mniej pyskata.

– Czy to aż taka tajemnica?

– Nie, bardziej niespodzianka. Tęskniłaś?

To ostatnie słowo zaskoczyło mnie do tego stopnia, że przez dłuższą chwilę nie potrafiłam nawet skoncentrować się na własnych myślach.

– Daj spokój – mruknęłam w końcu, odwracając głowę i przyglądając się uciekającej drodze. – Ale byłam zaskoczona, gdy znowu cię zobaczyłam.

– Ja też – westchnął. – I wściekły, bo nie mogłem zrozumieć, dlaczego wcześniej nie spostrzegłem twojej obecności.

– Spóźniliśmy się.

– Ten cholerny, złośliwy los…

– Serio uciekłbyś sprzed ołtarza? To byłoby wredne.

– A rozwód trzy miesiące po ślubie, to nie jest?

Przyglądałam się mijanej przez nas okolicy. Coraz mniej domów, coraz więcej lasów i coraz gorsza droga. Ale nie czułam strachu. Byłam pewna, że Błażej nie zrobi niczego, czego bym nie chciała. I tutaj właśnie leżał pies pogrzebany. Czego bym nie chciała… Sęk w tym, że z każdą upływającą minutą byłam coraz bardziej podekscytowana, podniecona. Moja silna wola i postanowienie trzymania go na dystans, topniały w błyskawicznym tempie i tak naprawdę jedyną rzeczą, o jakiej marzyłam, było wtulenie się w jego ramiona.

– Powiedz szczerze… Gdyby nie dzieci, zostawiłabyś go? – spytał cichym głosem, nie spuszczając wzroku z drogi. – Teraz już możesz być szczera.

– Sama nie wiem… Już co raz powiedziałam, że to nie był całkiem obojętny mi człowiek. Kochałam go. A ty mnie zafascynowałeś. To trochę taki wybór jak między dżumą a cholerą…

Gwałtownie dał po hamulcach, zatrzymując się na środku pustej drogi.

– Że co?...

– Zwariowałeś? – obejrzałam się przez ramię. – Chociaż zjedź na bok, bo ktoś nam od tyłu przywali.

– Ale między dżumą, a cholerą? – zmarszczył brwi, a w jego oczach błysnął gniew.

– Boże! To metafora. I na pewno nie powód, żeby hamować jak wariat!

– Przejechaliśmy właściwą drogę – powiedział ze śmiechem i zgrabnie zawrócił.

– Aż się boję spytać jaką.

Chociaż samochód z pewnością było przystosowany do jazdy po bezdrożach, to i tak strasznie trzęsło. Zwłaszcza gdy Błażej ignorując przetarty szlak ruszył na przełaj przez pole. Byłam pewna, że miejsce wybrał odludne, trudno dostępne, a przyświecał mu jeden cel – nie chciał, aby ktokolwiek nam przeszkodził.

– Daleko jeszcze?

– Kawałek. Spodoba ci się.

– Miejsce czy coś innego? – spytałam z ironią.

– Ech… Przecież gdybyś nie chciała, to nie wyciągnąłbym cię z domu żadnym sposobem – posłał mi kose spojrzenie. – Wiem, że umiesz być stanowcza. Skoro siedzisz teraz obok mnie, to znaczy, że chcesz dać nam szansę.

– Psychoanalityk się znalazł.

– Mam rację, prawda?

– Trochę. Dawno nie byłam na takiej wycieczce.

– Kłamczucha.

Po cholerę ja się z nim kłóciłam? Przecież miał rację, z czego oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę. Zgodziłam się na kolejne spotkanie, na wyjazd, na to, abyśmy trafili na odludzie. Zgodzę się też na znacznie więcej, w zasadzie to chyba na wszystko… Zerknęłam ukradkiem na jego profil, na silne dłonie zaciśnięte na kierownicy i moim ciałem wstrząsnął dreszcz.

Od tego dnia, gdy nieoczekiwanie trafiłam na jego wesele, czekałam aż się pojawi. To dlatego byłam taka wściekła, gdy zwlekał. W zasadzie mój gniew nie był wywołany jego zachowaniem, a własnymi pragnieniami. Tymi, które ciężko było mi ubrać w słowa, do których nie chciałam się przyznać nawet przed samą sobą.

– Jesteśmy.

Zatrzymaliśmy się i zamiast dalej rozmyślać nad moralnym aspektem znajomości z Błażejem, wyprysnęłam z auta, rozglądając się z zachwytem dookoła. Delikatnie pofalowany teren, łagodne wzgórza porośnięte lasem, puste już o tej porze roku pola. I cisza. Cisza, która dzwoniła w uszach, wprawiając mnie w dziwny stan oczekiwania. Czułam się jak napięta struna – wystarczyłby lekki dotyk, abym pękła z bolesnym jękiem.

– Rozłożymy kocyk, zjemy coś, porozmawiamy – mówił Błażej, jednocześnie otwierając bagażnik i wyjmując z niego to, co potrzebne. – Dobrze, że w tym roku wrzesień jest taki ciepły. Będę cię mógł…

Nie dokończył. Był tuż obok mnie, piastując pod pachą ogromny koc. Bez namysłu wykonałam półobrót, zarzuciłam mu ramiona na szyję i pocałowałam.

Wgryzłam się w jego usta, bezczelnie wepchnęłam do środka język, całym ciałem przywarłam do jego ciała, ocierając się, łaszcząc, prosząc o więcej. Byłam jak narkoman na głodzie, który właśnie dorwał się do upragnionej działki. Jedzenie? Rozmowa? Cholera! Ja chciałam seksu, pocałunków, pieszczot. Orgazmu! I chociaż nie poznawałam samej sobie, wszystko inne przestało się liczyć.

Ale nie tylko dla mnie. Silne, męskie dłonie chaotycznie i w pośpiechu błądziły po całym ciele, na podbrzuszu czułam coraz silniejszy wzwód, a pocałunki Błażeja były równie pełne głodu, co moje. Zaczął mnie rozbierać, z niecierpliwością szarpiąc opornymi spodniami. Nawet nie wiem kiedy wylądowałam w bujnej trawie. Zamknęłam oczy i prężyłam się, podczas gdy on obiema dłońmi masował uwolnione ze stanika piersi, przygryzał bezwstydnie sterczące sutki, bawił się nimi zadając ból i dostarczając rozkosz. Potem podciągnął się na wyprostowanych ramionach i wszedł we mnie tak gwałtownie, że cichutko zakwiliłam.

– Ciii – wyszeptał, delikatnie mnie całując, a jednocześnie zaczął się poruszać. Leżał pomiędzy moimi rozłożonymi udami, a ja objęłam jego biodra, myśląc, że w takiej chwili ciężar męskiego ciała jest jedną z najbardziej podniecających rzeczy, jakich można doświadczyć. Wciąż miał na sobie ubranie, czułam jego szorstkość, ocierającą się o moją nadwrażliwą skórę, zapach drażniący nos. Przyspieszył. Był coraz brutalniejszy. Przyssał się do moich warg i rżnął mnie z coraz większą siłą, z pasją, której już kiedyś dane mi było zakosztować. Nie mogłam jęczeć, bo kneblował mi usta swoimi. Wiłam się tylko w silnych objęciach, odrobinę zaskoczona, że wszystko tak szybko się potoczyło. Potem zaskoczenie zniknęło i pojawiła się czysta rozkosz. Krzyczałam, wyginając ciało w łuk, drapiąc paznokciami napiętą skórę pleców Błażeja, przeżywając niesamowity orgazm.

– Teraz możemy coś zjeść – odezwał się z rozbawieniem, gdy już w końcu uniósł głowę. Potem wstał, a jego lepiący się od spermy i soków członek, wyślizgnął się z mego wnętrza. Podał mi rękę, którą bez wahania ujęłam.

– Urwałeś mi guzik od spodni – powiedziałam z udawanym oburzeniem.

– Guzik? Trzeba było założyć sukienkę. Bez bielizny – dodał z błyskiem w oku, doprowadzając się do porządku.

– Dla jednego krótkiego numerku? Przecież to trwało z pięć minut… - ironizowałam.

– To był wstęp. – Rozłożył koc, a potem wrócił po ogromny, piknikowy koszyk. Po drodze zatrzymał się jednak i czule mnie pocałował. – Wciąż jestem tak podniecony, że w dupie mam i jedzenie, i rozmowę. A ty? – spytał schrypniętym głosem.

– Coś bym zjadła – odparłam, mrużąc oczy. Nie tylko on był tak podniecony. Ja nadal czułam głód, który mogłam zaspokoić tylko w jeden sposób. A wyrzuty sumienia dotyczące nagłej kapitulacji, posłałam w diabły! Położyłam rękę na wypukłości widocznej w spodniach Błażeja. Mówił prawdę, jego kutas nadal był twardy i ogromny. Pieściłam go przez gruby materiał dżinsów, obserwując jego twarz, pociemniałe oczy, drgające skrzydełka nosa, pierś unoszącą się w coraz szybszym oddechu. Uklękłam, powoli rozpinając suwak. Nie miał na sobie bielizny. Z rozbawieniem pomyślałam, że tak było praktyczniej, bo przecież od samego początku wiedzieliśmy, jak się skończy nasza wycieczka.

Dlatego on wynalazł odludne miejsce, a ja się na nie zgodziłam.

Sterczący z górę, ciemnopurpurowy penis był wspaniałym widokiem. Mimowolnie oblizałam się, a potem ostrożnie objęłam go wargami. Błażej jęknął, zamykając oczy i odchylając głowę do tyłu. Pochłaniałam tego olbrzyma kawałek po kawałku, wyczuwając smak swoich własnych soków. W końcu zatrzymałam się, lekko krztusząc i zaciskając palce na udach stojącego przede mną mężczyzny. Musiałam się zatrzymać, by był zbyt duży, abym mogła połknąć go w całości. Wycofałam się i powtórzyłam to, patrząc w górę, na wykrzywioną rozkoszą twarz Błażeja. Gdy otworzył oczy i napotkał mój zamglony wzrok, momentalnie poczułam, jak chwyta oburącz moją głową.

– Lubisz to? – wydyszał. – Chciałabyś żebym ci się spuścił do buzi?

Nie był brutalny. Pozwolił abym kosztowała, smakowała i bawiła się jego męskością. A ja z zapałem właśnie tak uczyniłam. Do ust dołączyła ręka, masująca twarde, nabrzmiałe jądra. Z rozbawieniem pomyślałam, że robię mu właśnie klasycznego loda. Też byłam podniecona, lecz pierwszy orgazm zaspokoił mnie na tyle, że mogłam teraz całkowicie poświęcić się dostarczaniu przyjemności. Od czasu do czasu, przesuwałam językiem po całej długości penisa, traktując go jak dużego lizaka. Mruczałam przy tym jak kotka, jakbym i ja odczuwała z tego powodu nieziemską rozkosz. W końcu Błażej nie wytrzymał. Zaczął mną sterować, wbijać się głębiej i głębiej, aż krztusiłam się z powodu braku oddechu i nadmiaru śliny. Pojękiwał, ja również.

– Tak, tak, tak! – powtarzał jak mantrę, podczas gdy jego członek zanurzał się i wynurzał się spomiędzy moich opuchniętych warg. Rżnął mnie w usta dokładnie w taki sposób, jaki uwielbiałam. Bezlitośnie, pokazując swą przewagę i siłę. Jednocześnie nie przekraczając pewnej granicy, za którą znikłaby przyjemność, a pojawił się strach i panika.

Niewiele mu było potrzebne, aby szczytować. Trysnął silnym, gorącym strumieniem, przyciskając moją głowę do swojego podbrzusza. Słyszałam jego przeciągły jęk, wyczuwałam niekontrolowane drżenie ciała. Bez sprzeciwu połknęłam cały ten ładunek, który znalazł się w moim gardle. A kiedy mnie puścił, spojrzałam w górę.

On patrzył w dół. Głośno dyszał, oczy miał pociemniałe, twarz zmienioną. Prowokacyjnie oblizałam usta i wstałam.

– Jeden głód udało mi się zaspokoić – roześmiałam się perliście. – Zjemy coś i się odwdzięczysz, zgoda?

Skinął głową. Nie zapinał już spodni, tylko w pośpiechu chwycił porzucony koszyk. Usiadłam obok niego, na dużym, puszystym kocu. Podał mi kieliszek, a potem nalał do niego wina.

– Mamy co świętować – mrugnął łobuzersko.

– Przecież prowadzisz – spojrzałam z wyrzutem na butelkę, którą trzymał w ręku.

– Tylko jeden, a w zasadzie pół kieliszka. Nie jestem kretynem.

Dałam łyka, delektując się nieco cierpkim, aromatycznym smakiem wina.

– Pyszne. Dokładnie takie, jakie lubię.

– Wiem. Pamiętam naszą rozmowę o gatunkach wina. Czerwone, półwytrawne, z bogatym bukietem.

– Pamiętasz? – Zdumiona uniosłam brwi. – Przecież od tamtej rozmowy upłynęło sporo czasu.

– I co z tego? Pamiętam wszystko, co dotyczy ciebie czy nas. – Postawił przede mną elegancko zapakowane pudełeczko. – Zrezygnowałem z tradycyjnych kanapek na rzecz sushi. Tutaj masz sos sojowy, wziąłem specjalnie całą butelkę, bo miałem nawet obawy, że będziesz go popijać zamiast wina – dokończył ze śmiechem.

– Zaczynam podejrzewać, że masz w domu tajemniczy pokoik, obwieszony moimi fotkami i ręcznie pisanymi informacjami – odparłam, dobierając się do zawartości pudełka. – Kiedy mówiłeś o detektywie i śledzeniu przez dziesięć lat, to było serio?

– Serio. – Błażej spoważniał, a potem lekko musnął palcami mój policzek. – Wiesz w jakim byłem stanie, gdy oświadczyłaś, że między nami koniec?

– Nie bardzo – przyznałam uczciwie. – Poszłam na zwolnienie, zaraz na drugi dzień po naszej rozmowie. Ale często się nad tym zastanawiałam.

– Zastanawiałaś? – W jego oczach błysnęła złość. – No tak, jak miło, że w wolnej chwili pochyliłaś głowę nad mym losem – dodał jadowitym tonem.

– Błażej!

– Błażej, Błażej! – przedrzeźniał mnie. Na efekt nie musiał długo czekać. Walnęłam go porządnie leżącym tuż obok trampkiem. Mogłam butelką z sosem sojowym, ale tego akurat było mi szkoda.

– Jak ci nie pasuje, to możemy wracać! – warknęłam, nieźle rozeźlona. Co za bydle! Kaja się i stroi fochy jednocześnie. No zrozum tu kobieto faceta! – Myślisz, że mnie było łatwo? Byłam równocześnie zakochana w tobie i w Krzyśku, moim mężu. Mało brakowało, a bym od tego zwariowała. Sądzisz, że miałam tylko wyrzuty sumienia z powodu zdrady? Nie, kretynie! Męczyłam się jak potępiona, usiłując o tobie zapomnieć i…

– Zapomnieć? No tak, czego innego mogłem się spodziewać!

– Błażej, litości! Co ty byś zrobił na moim miejscu? No powiedz mądralo, co byś zrobił? Nie wiesz, prawda? – ciągnęłam wzburzona. – Nie wiesz, bo nigdy nie byłeś w takiej sytuacji.

– Teraz jestem – odparł krótko.

Zamarłam.

– Jak to? – spytałam ogłuszona. – Twierdziłeś, że nie kochasz swojej żony? Mówiłeś o porzuceniu jej pod ołtarzem, o rozwodzie…

– Nie kocham – odwrócił wzrok, jakby chciał coś przede mną ukryć. – Dobrze, powiedzmy że rozumiem motywy twojego postępowania. Ale do cholery, nie mogłaś się chociaż zdecydować na krótki, niezobowiązujący romans?

– Idiota – skwitowałam krótko jego słowa. – Gdybyś lepiej mnie znał, wiedziałbyś, że to nie w moim stylu.

– A seks w szkolnej toalecie? To jest w pani stylu, pani profesor? – Teraz dla odmiany wlepiał we mnie bezczelne, rozbawione spojrzenie.

– Rozmowa coś kiepsko nam wychodzi.

– Racja. Więc…

Trzy sekundy później siedziałam na kolanach Błażeja, oplatając nogami jego biodra, z twarzą wtuloną w szeroką pierś. Pachniał sobą i jeszcze czymś przyjemnym, co pobudziło moje zmysły. Uniosłam głowę. Uśmiechnął się do mnie, delikatnie pieszcząc wnętrzem dłoni mój policzek.

– Naprawdę byłaś we mnie zakochana? Byłaś? Czy może wciąż jesteś i mogę mieć nadzieję na więcej niż dzisiejszy wieczór?

Miał taki poważny wyraz twarzy. I szczere spojrzenie. Dekadę temu patrzył na mnie tak samo, ale teraz… Z goryczą pomyślałam, że teraz byłam wolna. Przede wszystkim od wyrzutów sumienia. Z drugiej strony nie zrobiłam nic, aby moje życie weszło na taki właśnie tor. Nie zabiłam Krzyśka, nie szukałam kontaktu z Błażejem. To los zadecydował za mnie i nie powinnam czuć się z tego powodu winna.

– Ja… Możesz mieć nadzieję na więcej. – Posłałam mu nieśmiały uśmiech, przeczesując palcami krótkie włosy. To dziwne, ale czułam się w tym momencie jak nastolatka przed pierwszym seksem.

– Nie odepchniesz mnie znowu? – szeptał, pokrywając moją twarz pocałunkami. – Nawet nie masz pojęcia, jak to wtedy bolało.

– Pewnie nie mam. – W końcu jego wargi dotknęły moich ust. Niby spokojnie, jakby w spowolnionym tempie, ale tyle żaru było w naszym pocałunku, że momentalnie zapłonęłam niczym pochodnia.

– Masz ochotę na więcej?

– Na wszystko, co możesz mi dać.

– Bywam brutalny – wyszeptał mi do ucha. – Z tej strony raczej mnie nie znasz.

– To daj mi się poznać – prowokowałam go, kręcąc biodrami niewielkie kółeczka i ocierając się o jego męskość. – Tylko tym razem niech to potrwa trochę dłużej – zakpiłam.

– Dłużej? – Chociaż musiał wiedzieć, że żartowałam, to jego męska duma i tak została urażona. – Chcesz dłużej? Dostaniesz pani profesor, dostaniesz.

Nie cierpiałam, jak tak do mnie mówił, ale jego najwyraźniej to kręciło. Zaczął mnie rozbierać, jednocześnie pokrywając pocałunkami całe ciało. Dotyk silnych dłoni Błażeja działał niezwykle podniecająco. Prężyłam się i wyginałam, czasami głośno wzdychając, czasami cicho pojękując. Gdy skończył, położył mnie na plecach. Potem wstał i sam się rozebrał, nie spuszczając ze mnie pełnego pożądania wzroku. Trzeba przyznać, że nie pozostałam bierna. Rozłożyłam uda, jedną ręką pieściłam piersi, palcami drugiej pocierałam łechtaczkę. Kiedy Błażej upadł na kolana, pierwsze co zrobił, to uniósł w górę moją dłoń, oblizując umazane sokami z wnętrza, palce.

– Jak ty cudownie smakujesz – mruknął, oblizując ich opuszki. – Więc mam twoje pozwolenie na wszystko?

– Tak.

– Jesteś pewna? – Coś w jego głosie kazało mi się zreflektować.

– O ile nie zrobisz mi krzywdy – powiedziałam w końcu szeptem. – Nie zrobisz, prawda?

– Nie – roześmiał się cicho, a potem jednym ruchem obrócił mnie na brzuch. Zanim zdążyłam zareagować, zanurzył twarz w moich pośladkach, więżąc biodra w stalowym uścisku. – Nie – usłyszałam jeszcze – krzywdą bym tego nie nazwał.

Wypięłam pupę, rozchylając przy tym nogi. I chyba tutaj skończyło się moje racjonalne myślenie. Zwłaszcza, gdy poczułam, jak Błażej napiera twardym członkiem na drugą, znacznie ciaśniejsza dziurkę. Nie zaprotestowałam, a on powoli zanurzał się, jednocześnie całując moją szyję. Przyjemność splotła się z bólem, ale było w tym coś perwersyjnego i tak podniecającego, że gdy w pewnym momencie wbił się gwałtownie do samego końca, krzyknęłam, czując jedynie obezwładniającą rozkosz.

– Cudownie! – wyszeptał. A potem już tylko nasze spocone ciała drżały w chłodzie wieczoru, splecione, poruszające się w tym samym rytmie. Głośne jęki oraz namiętne szepty przecinały ciszę. Trwało to o wiele dłużej niż poprzednio i wkrótce zdołałam pożałować swojej prośby. W końcu nie miałam siły, aby utrzymać się na kolanach. Twarz wtuliłam w miękki koc, palce zacisnęłam w pięści. A Błażej wyprostował się, chwycił mnie za biodra i ruszył do szalonego galopu. Rżnął mnie ostro, zanurzając się po sam koniec, raz po raz wymierzając soczystego klapsa to w prawy, to w lewy pośladek. Nie był już czuły, przestał być namiętny. Ale miał rację, krzywdą bym tego nie nazwała…

– Chyba mam dosyć – powiedziałam sennie, tuląc się do jego piersi, gdy po raz kolejny przeżyliśmy wspólnie wspaniały orgazm.

– Nie tylko ty – zachichotał. – Obawiam się, że więcej mi nie stanie, choćby nie wiem co. Zresztą dawno nie zafundowałem sobie takiego maratonu. Kobieto! Ta twoja niewinna minka i udawana skromność, pewnie niejednego zwiodły na manowce.

– Wypraszam sobie! – spojrzałam na niego z udawanym oburzeniem.

– Wracamy? Może mógłbym u ciebie zanocować?

– Przykro mi, ale nie – pokręciłam głową.

– Wiem, dzieci – westchnął.

– Masz pecha, najpierw oficjalna część programu, później możemy pomyśleć o reszcie. Na początek chciałabym, abyście się poznali.

– Dobrze.

Usiadłam, prostując się, a potem otrząsnęłam z zimna.

– Brrr. Muszę się ubrać.

– I tak mieliśmy szczęście, bo wieczór jest wyjątkowo ciepły.

Potaknęłam ruchem głowy, rozglądając się za porozrzucaną garderobą. Kwadrans później siedzieliśmy już w aucie, które mknęło opustoszałą drogą w kierunku miasta. Pocałowałam Błażeja w policzek, a później wygodnie oparłam głowę o zagłówek, przymykając oczy. Milczał. Byłam senna i zaspokojona, wcale nie miałam ochoty na rozmowę. Marzyłam o własnym łóżku, najchętniej z nim pod pierzyną. Jednak nie mogłam tego zrobić, bo nie mieszkałam sama. Może nie byłam idealną matką, ale dobro dzieci zawsze stawiałam na pierwszym miejscu. Co by powiedziały, zastając nagiego faceta w drodze na poranne mycie zębów? Ubawiła mnie ta scena i postanowiłam jak najszybciej załatwić sprawę wzajemnego zapoznania.

– Jesteśmy.

Rozejrzałam się nieprzytomnie.

– Słodko wyglądasz – szepnął i pocałował mnie, zanim zdążyłam coś odpowiedzieć. – Gdybym mógł, to zaniósłbym cię do łóżka. A potem… – Zwinne palec wślizgnęły się pomiędzy moje uda. Od razu oprzytomniałam.

– Błażej! – jęknęłam, odtrącając go w popłochu. – Tutaj okna mają oczy.

– Co ty! Wszystkie etatowe plotkary już śpią.

– Akurat! Te baby mają szósty zmysł, jeśli chodzi o takie sprawy.

– No dobrze – westchnął. Wziął rękę, za to czule mnie pocałował. Zaledwie namiętny dotyk warg, to wszystko.

– Do zobaczenia – powiedziałam, wysiadając. Kiedy byłam w drzwiach, jeszcze raz się obejrzałam. Posłałam Błażejowi buziaka. Lecz gdy znalazłam się w mieszkaniu i wyjrzałam za okno, czarnego, lśniącego auta już nie było.

***

Siedząc przy porannej kawie, ze skwaszoną miną, rozmyślałam o naszym wczorajszym pożegnaniu. Takie mi się wydało mdłe, nijakie, ale z drugiej strony mogłam to zwalić na karb zmęczenia. Nie powiem, poczułam się wyjątkowo niepewnie, bo miałam nadzieję na jakiegoś czułego lub świntuszącego smsa. Na próżno i z to mnie lekka zaniepokoiło. W dodatku popsuło humor. Ledwie otworzyłam oczy, sięgnęłam po komórkę. A tam nic, zero widomości, zero nieodebranych połączeń. Owszem, ja też mogłam zadzwonić czy napisać, ale czułam w sobie dziwny strach. Co będzie jeśli Błażej nie odpowie?

Telefon milczał przez cały dzień. Najpierw byłam wściekła, potem coraz bardziej zrezygnowana. Znając małpią złośliwość tego padalca, odezwie się za tydzień, wymyślając sobie jakiś durny powód na usprawiedliwienie. Albo i się nie odezwie…

W końcu nerwy zżarły mnie do tego stopnia, że musiałam coś zrobić. Drżącą dłonią wybrałam Błażeja z kontaktów i czekałam na połączenie.

W zamian za to usłyszałam „nie ma takiego numeru”.

Zdębiałam. Jak to nie ma? Pomyliłam się przepisując go z tajnego notesu? Nie, w żadnym wypadku. Sprawdziłam eskę, która miała mi przypomnieć o sobotnim spotkaniu. O co tu do cholery chodziło? Skończył mu się abonament? Akurat dzień po naszej randce?! Nosz kurna! W takie zbiegi okoliczności to ja nie wierzę!

Bez wahania wybrałam numer Łukasza. Odebrał, lekko zasapany, ale nie zwróciłam na to uwagi.

– Cześć. Adres Błażeja poproszę! – warknęłam. Nieco osłupiały Łukasz podyktował mi go bez sprzeciwu, zresztą, niechby tylko się ośmielił zaprotestować! Nie namyślając się nad konsekwencjami, ubrałam się i wyprysnęłam z domu. Miałam jednakże dość rozumu, aby zawezwać taksówkę, bo cholera wie, czy będę w stanie prowadzić po wizycie u tego padalca.

Dom był nowiuteńki i tak odpicowany, że z podjazdu dałoby się jeść. Z trudem przypomniałam sobie, że Błażej był chyba właścicielem firmy informatycznej, ale zaraz wyleciało mi to z głowy, bo śmiałym krokiem weszłam na posesję. Brama, o dziwo była szeroko otwarta. Tuż przed garażem stała ta jego lśniąca kobyła. Z niechęcią pomyślałam jeszcze o szanownej małżonce, ale trudno, on zaczął. Porozmawiam z nim w jej obecności, wszystko mi jedno.

Skurczybyka znalazłam z tyłu, na tarasie. Siedział w fotelu, popijając kawę i gapiąc się w ekran laptopa. Chyba był sam i nie powiem,  nieco odetchnęłam.

– A, to ty – stwierdził obojętnie. – Zastanawiałem się, ile czasu zajmie ci wytropienie, gdzie mieszkam i pojawienie się tutaj.

Tak zaskoczył mnie tymi słowami, że wręcz zaniemówiłam. Był przy tym tak spokojny, a głos miał tak beznamiętny, że od razu poczułam w gardle wielką gulę, a żołądek zwinął mi się w supełek.

– Możesz mi wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi?

– Mogę. Najkrócej mówiąc, to koniec.

– Słucham? – Podejrzenia zamieniły się w pewność, ale wciąż nie znałam powodu.

– Koniec. – Odsunął komputer, a potem sięgnął po filiżankę. Nie wyglądał na przejętego tym, że się pojawiłam.

– Nie mówisz poważnie? – wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem.

– Mówię. Nicola spodziewa się dziecka, mojego dziecka. W końcu nie tylko trzymaliśmy się za rączki.

– Od kiedy o tym wiesz?

– Powiedzmy, że na tyle długo, iż przyspieszyło to naszą decyzję o ślubie.

– Czyli… Cały ten czas wiedziałeś?

– Tak. Nie powiem, że niczego do ciebie nie czuję, ale sama rozumiesz, rodzina jest najważniejsza.

Z trudem łapałam oddech. A więc to wszystko było jedynie zemstą? Próbą odegrania się za to, że go odrzuciłam? Tylko tym?

– Jak… – przełknęłam ślinę, zaciskając dłonie w pięści. – Jak mogłeś?...

– Przecież sama powinnaś wiedzieć, że to nie jest trudne – powiedział z ironią, wstając i wkładając ręce do kieszeni. Nie podszedł bliżej, nawet nie drgnął, mierząc mnie obojętnym wzrokiem. Takiego Błażeja nigdy nie widziałam, nawet nie sądziłam, że taki istnieje. Zimny, obcy, wyrachowany.

– Dobrze. – Na chwilę przymknęłam oczy, potem je otworzyłam, z trudem nad sobą panując. – Skoro tak, to nie mam tu czego szukać. Zrealizowałeś swój plan, więc napawaj się zwycięstwem.

– Cieszę się, że przyjęłaś to z takim spokojem.

To wszystko. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie, już nie powstrzymując łez napływających do oczu. Nie zatrzymał mnie. Wyszłam bez pożegnania, jakbym stała się dla niego kimś zupełnie obojętnym. A może cały czas tak było? Podczas gdy ja głupia cieszyłam się nowym szczęściem, on w duchu śmiał się z naiwnej idiotki.

Jak to możliwe, że ktoś, kto jeszcze wczoraj o tej samej porze całował mnie z taką czułością, dziś zachowywał się niczym drań?

***

Czasami ciężko jest poskładać życie do kupy. Mnie udało się to zrobić po raz drugi. Mijały dni, tygodnie, później miesiące. Na samym początku miałam nadzieję, że Błażej zrobił to specjalnie, aby po jakimś czasie pojawić się i oznajmić, iż była to z jego strony głupia zagrywka. W miarę upływu czasu, moja nadzieja sukcesywnie zdychała.

To nie był żart. On naprawdę chciał się jedynie zemścić i świadomość tego bolała najbardziej.

Minęły święta, nadszedł nowy rok. Przestałam już czekać, pogodzona z tym, co mnie spotkało. Zamiast rozpaczy pojawiła się złość, miłość zastąpiła kiełkująca nienawiść. Gdybym teraz dorwała drania, gdziekolwiek, chociażby na ulicy, przywaliłabym mu w tę bezczelną gębę nie bacząc na wszystko. Nie za to, że mnie odrzucił, ale z powodu motywów, jakie nim kierowały. Mogłabym zrozumieć, że zdecydował się pozostać przy żonie, mogłabym zaakceptować naprawdę wiele, ale nie to, że umówił się ze mną celowo, aby zaraz po tym porzucić. Nie to, że pragnął jedynie zemsty.

Pod koniec stycznia, przypadkiem spotkałam Łukasza. W trakcie rozmowy próbowałam wyciągnąć z niego interesujące mnie fakty. No i wyciągnęłam, żeby to piorun strzelił!

– Marko? Wiesz – zakłopotał się. – Niewiele wiem, bo wyjechał do Kanady. Ponoć dostał tam intratną fuchę. W zasadzie to wyjechali.

– No właśnie – roześmiałam się sztucznie. – Przecież nie zostawiłby świeżo poślubionej małżonki samej.

– Tam jakieś zawirowania były, chyba nie do końca tak różowo, ale nie znam szczegółów – przyznał uczciwie. Zamarłam, a głupia nadzieja od razu uniosła odrąbany z takim trudem łeb. – Ale teraz jest już wszystko w porządku, nawet mam gdzieś zdjęcie ich synka…

Nie musiał już nic mówić. Każde kolejne słowo dobijało mnie, pogrążało w rozpaczy. A kiedy Łukasz podstawił mi pod nos telefon z fotką słodkiego bobasa, nie wytrzymałam. Zdławionym głosem przeprosiłam niczego nie świadomego kolegę i uciekłam do łazienki. Prawie kwadrans zajęło mi opanowanie targających mną emocji i drugi, doprowadzenie do porządku zapłakanej twarzy. Kiedy wyszłam, Łukasz wyglądał na zaniepokojonego.

– Przepraszam – uśmiechnęłam się blado. – Chyba łapie mnie grypa żołądkowa.

– Zapłacę i podwiozę cię do domu – zaoferował rycersko. Skinęłam tylko głową, bo nie miałam ochoty się odzywać. Milczałam nawet podczas drogi. Dopiero wysiadając, podziękowałam mu, zapewniłam, że dam radę dotrzeć pod drzwi i pożegnałam. Kątem oka zauważyłam, że poczekał, aż zniknę w przepastnej klatce schodowej.

Z trudem wdrapałam się na pierwsze piętro, obiecując sobie, że rozpłaczę się dopiero w łazience, żeby przypadkiem nie wystraszyć dzieci.

I kiedy usiłowałam wsadzić klucz w zamek, co kiepsko mi szło, tak bardzo drżały mi ręce, ktoś ujął moją dłoń i pomógł mi to zrobić. Od razu wiedziałam kto.

– Ty!... – ryknęłam strasznym głosem, próbując się odwrócić. Na próżno. Zostałam wepchnięta do mieszkania i dopiero tam mogłam stanąć z nim oko w oko.

– Ano ja – odparł kwaśnym tonem. – A niby kogo się spodziewałaś?

– Wynoś się!

– Nie.

– Bo jak… – Nie wytrzymałam. Osunęłam się na ziemię, plecami dotykając ściany i rozpłakałam. Powinnam była mu przywalić, zwymyślać i posłać do diabła, a siedziałam na podłodze, zanosząc się płaczem.

– Cholera! – mruknął, po czym energicznym ruchem postawił mnie na nogach. Te odmówiły posłuszeństwa, więc chwycił mnie i zaniósł do salonu. Tam posadził na kanapie, a sam kucnął tak, że z dołu mógł obserwować moją zapłakaną twarz.

– Co się… hik!... tak gapisz? Hik!

– Bo nawet taka rozmazana i potargana, pięknie wyglądasz. – Bez pytania zaczął zdejmować moje buty. – Łukasz cię odwiózł? Czy wy?... – wzrok mu nieoczekiwanie stwardniał, twarz ściągnęła się w grymasie złości. – Coś was łączy?

– Tak! – zgrzytnęłam zębami ze złości. – Upojny seks!

– Serio? – Tym razem byłam pewna tego, że w jego oczach wyczytałam wściekłość.

– Bałwan!

– Czyli nie łączy?

– Gówno cię to powinno obchodzić!

– Gówno? Przyjechałem na kilka dni do kraju, postanowiłem sprawdzić co u ciebie i zaraz natykam się na jakiegoś fagasa! – warknął, a ja osłupiałam. Gapiłam się na niego bez słowa, zapominając nawet o łzach. Powiedzieć, że miałam ochotę zabić drania, to zbyt mało.

– Albo mam zwidy, albo zwariowałam – powiedziałam po dłuższej chwili.

– Nie zwariowałaś. Należą ci się wyjaśnienia – zasępił się, siadając obok mnie na kanapie.

– Chyba już wszystko wiem.

– Wiesz? Ten dureń pewnie pokazał ci fotkę mojego syna – zachichotał Błażej. – Fajna, dałem za nią całe dziesięć dolców na fotobanks. Nic nie wiesz, pani profesor. Kompletnie nic.

– Może wystarczająco, aby wywalić cię za drzwi? – spytałam jadowitym tonem.

– Rozwiodłem się.

– Niby co mam powiedzieć? Że mi przykro? Tak naprawdę to mam to gdzieś! – Chciałam się odsunąć na bezpieczną odległość, ale nie pozwolił mi.

– Mówiłem prawdę o tej zemście. Ale sądziłem też, że dam radę żyć dalej bez ciebie. Nie dałem – dodał pokornie. – W piątek miałem rozprawę rozwodową, w sobotę byłem już wolny. Nicola nigdy nie była w ciąży. Zełgałem. Wiedziałem też, że jeśli roześlę fotkę mojego potomka po rodzinie, trafi ona prędzej czy później do Łukasza, a stamtąd do ciebie.

– Idź już lepiej sobie.

– To źle, że jednak się zjawiłem?

Ręce opadały. Szczęka również. Nacierpiałam się, wylałam przysłowiowe „morze” łez, a ten baran przychodzi jak gdyby nigdy nic się nie stało i mówi, że się stęsknił. Odetchnęłam głęboko, wyprostowałam się i otarłam wierzchem dłoni mokre policzki. Dopiero potem na niego spojrzałam. Mało brakowało, a albo wybuchłabym płaczem, albo rzuciła mu się na szyję. Już prawie zapomniałam, jaki był przystojny i jakie wywierał na mnie wrażenie.

– Wyjdź – powiedziałam ze spokojem. – Po tym, co zrobiłeś i jak zrobiłeś, nie mam ochoty więcej cię oglądać. A już na pewno nie zaufam na tyle, aby po raz kolejny dać nam szansę.

– Założyłbym się z tobą, że nie masz racji, ale na razie co innego mi w głowie. – Puścił oczko i właśnie wtedy nie wytrzymałam, przywaliłam mu. Nie rozzłościł się, nie odsunął. Za to nadstawił drugi policzek.

– Tutaj możesz poprawić. A potem porozmawiamy.

– Nie. Nie mam ci nic do powiedzenia.

– Nie? – uniósł brwi w geście zdumienia. – Mówiłaś że mnie kochasz.

Nie był zmieszany. Przeciwnie, pojawił się bez odrobiny skruchy, jakby nic złego się nie wydarzyło, jakby nie milczał przez ostatnie cztery miesiące, pozwalając mi wierzyć w swoje szczęśliwe małżeństwo.

– Błażej, proszę – z trudem przełknęłam ślinę. – Idź sobie. Wystarczy. Zrobiłeś to. Sprawiłeś, że zasmakowałam podobnego bólu co ty, kiedy cię odtrąciłam. Tak, cierpiałam i nie chcę tego powtarzać.

– W takim razie zostanę. Właśnie po to, abyś więcej nie cierpiała.

Nie miałam możliwości wywalenia go za drzwi. Skuliłam się tylko w rogu kanapy, patrząc na niego w milczeniu. Bezczelnie odwzajemnił to spojrzenie.

– Stęskniłem się – powiedział miękko, dotykając opuszkami placów skraju mego policzka. – Cały czas tęskniłem. Miałem nadzieję, że upływ czasu to zmieni, ale bardzo szybko zrozumiałem, jak się mylę.

– Skrzywdziłeś mnie – odtrąciłam jego dłoń.

– Ja… Gdy wtedy powiedziałaś mi, że to koniec, nie wierzyłem w twoje słowa. Nie potrafiłem w nie uwierzyć. Wydawało się przecież, że jesteś we mnie zakochana równie mocno, co ja w tobie. Czekałem na jakiś znak, na telefon, na smsa. W końcu nie miałem siły dalej trzymać się z daleka. Podjechałem pod twój dom. Wychodziliście gdzieś, wszyscy czworo. Roześmiani, beztroscy – przy ostatnich słowach, głos zauważalnie mu zadrżał. – Pocałował cię, a ty odwzajemniłaś pocałunek. Wyglądaliście na szczęśliwych. Wycofałem się. Przez kolejne miesiące prawie nie trzeźwiałem. Stoczyłem się na samo dno. Poranek, kiedy obudziłem się we własnych rzygach, był najgorszą chwilą mego życia. I największym przełomem. Ale nie powrót do normalności okazał się najtrudniejszy. Musiałem zabić w sobie uczucie, pożądanie, nadzieję. To było najgorsze.

– Przykro mi – wyszeptałam. – Lecz gdybym miała zadecydować jeszcze raz, to zrobiłabym to samo.

– Bo nie kochałaś mnie tak, jak ja ciebie.

– Być może. Też cierpiałam, chociaż – zastanowiłam się – te cierpienia łatwiej było znieść, mając przy sobie ukochane osoby.

– Dla mnie ty byłaś taką osobą.

Uśmiechnęłam się ze smutkiem.

– Co chcesz osiągnąć, mówiąc mi to wszystko? Przebaczenia? Satysfakcji? Zrozumienia?

– Nie. Ciebie. Z powrotem chcę ciebie.

Objęłam się ramionami, przygryzając wargi. Owszem, tym razem moja nadzieja miała realne podstawy, ale z drugiej strony… Nie robił tego dla mnie, lecz dla siebie. Egoistycznie, samolubnie, chciał zaspokoić własne pragnienia. To nie była miłość.

– Błażej – spojrzałam na niego zamglonym wzrokiem. – Jak mogłeś? Skoro wiedziałeś, że uderzenie będzie celne i bolesne, jak mogłeś pozwolić, abym cierpiała? Gdybyś kochał mnie naprawdę, nie zrobiłbyś tego.

– Zrobiłbym. Mało o mnie wiesz – dodał z niechęcią.

– Zjawiasz się po tak długim czasie i nie prosisz, nie przepraszasz, ale żądasz! Wciąż tylko mówisz o tym, czego ty chcesz, o czym… – zamilkłam, bo napływające wartkim strumieniem łzy, nie pozwoliły mi na nic więcej. – To się nie uda.

– Uda się.

– Podaj mi chociaż jeden powód.

– Podam ci dwa. Kochasz mnie, a ja kocham ciebie.

– Nie wierzę w taką miłość.

Westchnął. Nie rozzłościł się, wyglądał raczej na zasępionego. I po raz pierwszy, na winnego.

– Postąpiłeś jak rozkapryszone dziecko, któremu nie udało się zdobyć upatrzonej zabawki. Nawet gdybym zgodziła się zaryzykować, to jaką miałabym pewność… Jaką miałabym pewność, że mnie pewnego dnia po prostu nie zostawisz, z błahego lub poważnego powodu?

– Postąpiłem głupio – przyznał z ociąganiem. – Powinienem był wtedy zadzwonić, ale tak byłem zacięty w swej złości, tak pragnąłem ci pokazać, jak cierpiałem, że nawet uczucia zepchnąłem na drugi plan.

– To cię nie tłumaczy. Przynajmniej w moich oczach.

– A może jednak? Stare przysłowie mówi, że do trzech razy sztuka. Może właśnie ten trzeci raz będzie dla nas ostatnim?

– Może – wzruszyłam ramionami. – Lecz na pytanie czy chcę po raz kolejny zaryzykować, odpowiem stanowczo nie.

– Uparta jesteś – zmarszczył brwi. – Ale ja także. Tym bardziej, że teraz nie stoi już nic na przeszkodzie.

– Stoi. Przeszłość. Twoje postępowanie, moje cierpienie.

Nie odpowiedział. Rozglądał się z wyjątkowo chytrą miną, a ja zastanawiałam się, co ten drań kombinuje. Podążyłam za jego wzrokiem i od razu zauważyłam niewielką torbę turystyczną, stojącą tuż przy drzwiach wejściowych. Dałabym sobie głowę, że nie należy ani do mnie, ani do żadnego z moich dzieci. W takim razie to Błażej musiał ją przynieść ze sobą.

– Twoje? – spytałam odruchowo.

– Tak. Przewidywałem trudności.

– Co w niej masz? Sznur? Młotek? Narzędzia tortur? – zadrwiłam. – Może worek na zwłoki?

– Nie. Bieliznę, kilka ubrań na zmianę, podstawowe kosmetyki, laptopa i butelkę wina.

– Hę?

– Wprowadzam się.

– Że jak?...

– Wprowadzam się. Do ciebie. Mogę spać na kanapie w salonie – dodał łaskawym tonem.

– Odbiło ci! – zerwałam się z miejsca, dopadając nieszczęsnej torby. – Zabieraj ją i wynocha, bo wezwę policję!

– To wzywaj. – Wygodnie rozsiadł się na kanapie, mierząc mnie bezczelnie zadowolonym spojrzeniem. – Posiedzę trochę i wrócę. Najpierw przez tyle lat żyłem nadzieją, później zemstą. Teraz mam tego wszystkiego dość. Poza tym nie pogardził bym takim słodkim bobasem, jak ten z fotki.

Aż dziwne, że nie eksplodowałam z wściekłości. Wszystko się we mnie gotowało, bulgotało, prawie że uszami poszła para. A najgorsze było to, że Błażej przyjmował moją furię z takim lekceważącym rozbawieniem.

Musiałam coś zrobić, inaczej pękłabym z nadmiaru emocji. Do wyboru miałam zabicie go albo skok z okna. Wybrałam pierwsze, mętnie myśląc, że nie warto przez drania tracić życia. Rozczapierzyłam palce i rzuciłam się w jego stronę. Chyba się tego spodziewał, bo skuteczna obrona pozwoliła mu przejść do natychmiastowego kontrataku. Wściekła i rozgoryczona, leżałam rozpłaszczona na dywanie, z dłońmi unieruchomionymi nad głową, a na patrzył na mnie z jeszcze większym rozbawieniem.

– Marysiu, daj spokój – pocałował mnie w czubek nosa, a ja warknęłam ze złością. – Ja cierpiałem przez ciebie, ty przeze mnie. To nie oznacza, że jesteśmy kwita, ale że możemy być także szczęśliwi, ja z twojego powodu, ty z mojego. Proszę cię, spróbujmy.

– Nie! Nic nie rozumiesz – rozpłakałam się nagle. – Jak mam ci zaufać po tym wszystkim? Jak mam być pewna, że w ciężkiej sytuacji, nie odwrócisz się do mnie plecami? Bo tak będzie wygodniej, łatwiej, a poza tym przecież wredna ze mnie suka, zasłużyłam sobie…

– Przestań! – Tym razem to on się rozzłościł. Puścił mnie, przeturlał się i oparłszy plecami o ścianę, zwiesił głowę. Ja również usiadłam, obejmując ramionami kolana i ścierając wierzchem dłoni łzy z policzków. Tak łatwo i jednocześnie tak trudno było mu wybaczyć, pogodzić się, zacząć od nowa.

– Pójdę już – odezwał się cicho Błażej po bardzo długiej chwili milczenia. Odwrócił głowę, abym nie mogła dojrzeć jego twarzy. Po drodze zabrał torbę i po prostu wyszedł. Nie trzasnął drzwiami, zamknął je całkiem normalnie. Zerwałam się i dopadłam okna.

Stał na zewnątrz, nieco z bok. Nie patrzył w kierunku okien mojego mieszkania, ale przed siebie. Twarz miał ściągniętą, bladą, oczy podejrzanie czerwone. Gdyby to nie zabrzmiało głupio, to powiedziałabym, że płakał…

Bez namysłu obróciłam się na pięcie. Wypadłam z mieszkania tylko w samym swetrze, nie kłopocząc się czymś takim jak kurtka, o czapce czy szalu nie wspominając. Błażej szedł przed siebie, wolno, prawie, że powłócząc nogami. Może i postąpił jak palant, ale chyba miał rację. Należało nam się szczęście, które mogliśmy sobie nawzajem podarować.

– Błażej! – krzyknęłam, doganiając go, chociaż strasznie ślizgały mi się nogi. Odwrócił się najwyraźniej zdziwiony, ale kiedy go dopadłam i rzuciłam na szyję, od razu z całej siły mnie objął. Lekkie zaczerwienie oczu świadczyło o tym, że chłopaki również płaczą, nawet te najbardziej twarde sztuki.

A ja zrozumiałam jedno. Rozpamiętywanie przeszłości nic nie da, nie doprowadzi do niczego dobrego. Jeśli dalej będę to robić, to wpadnę w tę samą pułapkę co Błażej, a zemsta stanie się dla mnie czymś ważniejszym od miłości. I pewnego dnia obudzę się samotna, z przeczuciem zmarnowanej szansy, ze złamanym sercem, którego nie da się posklejać w całość. Nie da się, bo nienawiść i rozgoryczenie jest kiepskim spoiwem. A jeśli zaryzykuję, przebaczę mu i przeżyję chociaż kilka szczęśliwych lat…

– Kocham cię draniu – wyszeptałam mu do ucha. – Kocham, chociaż tak bardzo mnie skrzywdziłeś i z takim trudem przyjdzie mi obdarzyć cię zaufaniem.

Westchnął. Patrzył na mnie z góry, poważnie, bez lekceważenia czy rozbawienia. Wciąż obejmował z taką siłą, jakby bał się, że mu ucieknę.

– Wiem – powiedział tylko. – Lecz nie mogę od nowa  napisać przeszłości. Co innego z przyszłością.

Potem pochylił się, opierając czołem o moje czoło.

– Marysiu… Kupię ci pistolet i jeśli kiedykolwiek wytnę jakiś numer, to możesz mnie bez wyrzutów sumienia zastrzelić. Chociaż z drugiej strony – usta rozciągnęły mu się w uśmiechu, w oczach zamigotały iskierki rozbawienia. – Co powiesz naszym dzieciom?

– Chyba moim?

– Nie, naszym. No co? Nie patrz na mnie z takim zaskoczeniem. Nie masz ochoty na takiego małego Błażejka? Albo dwóch? A może i trzech?

– Odbiło ci! – Odepchnęłam go z oburzeniem. – Żadnych dzieci!

– Żadnych? – zmrużył oczy. – To się jeszcze okaże.

W zasadzie to powinnam była wypłacić mu prawy sierpowy, poprawić kolanem w jaja i zostawić na środku ulicy. Powinnam.

Ale nie potrafiłam.

Może związek z nim będzie bardzo problematycznym szczęściem, lecz musiałam zaryzykować. Nie dlatego, że on prosił i wyznawał miłość, kajając się za popełnione błędy.

Dlatego, że sama go kochałam.

Oto Babeczka:

Matka, żona, matematyk. Pisze od bardzo dawna, publikuje od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie żyć bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez

Napisz nam też coś :-)