Pomyłka (I)

with Brak komentarzy

Pomyłka telefoniczna opowiadanie o przypadkowej znajomościJeśli nie byliście jeszcze na moim facebooku, to dla zachęty dodam dwie pierwsze części "Pomyłki", którą w całości opublikuję tutaj... ale kiedyś :D. Tam jest jej cztery części, piątą dodam dzisiaj. Miłego.

POMYŁKA cz. I
- Martyna, idziesz z nami na imprezkę do Bartka? - Huknęła ze słuchawki Tereska. - Zaczyna się za dwie godziny.
- W dupie tam. Nigdzie nie idę, chcę spać. - Zamarudziłam zmęczonym głosem.

Sesja, dużo nauki i niedosypianie, spowodowane chorym i platonicznym zakochaniem się w nieosiągalnym facecie, zniechęcały skutecznie do wszystkich rozrywek.
Facet kończył właśnie ostatni rok i miałam kolejne trzy lata żyć wyłącznie wspomnieniami brązowych oczu i czarnej czupryny. Nie wiem, jak to zniosę i mam tylko nadzieję, że z biegiem czasu mi minie.
Może chociaż troszkę zelżeje...
Facet był nieosiągalny, gdyż zawsze kręciły się koło niego laski. Te z półki z napisem: "Model wiecznie roześmiany i wypicowany na styl Barbie".
Do Barbie mi tak daleko, jak krowie do ryknięcia lwim głosem. Chociaż jej by było nawet łatwiej.
Jestem niska, gdyż dane mi było urosnąć do jedynych stu pięćdziesięciu centymetrów. Włosy skręcone mam w tak ścisłe loczki, że mogę je nosić wyłącznie spięte i rozczesywanie tego czegoś jest dla mnie najgorszą torturą. Dodatkowo biust zdecydował umiejscowić się w pośladkach, a usta konkurują wielkością z oczami, w wyniku czego wyglądam, jak przerysowana postać z kreskówki.
Jedni zachwycają się moją urodą, inni porównują mnie do Pokemona.
Tak, czy siak nie jestem i nigdy nie będę w typie Pawła i nawet nie próbuję. Bo jak tu się przebić przez smukły blond mur pancerny.
Ech,  dała Bozia taką urodę za karę.

- Martyna, no weź! - Poznałam, że Tereska zamierza wyciągnąć ciężką artylerię w postaci niezbitych argumentów. - Pośpiewałabyś trochę i Aśka będzie.
- No i co mi z Aśki? - Nie rozumiałam jej.
- Aśka ma numer Pawła...
- I co mi z jego numeru? - Udawałam.

Chciałam mieć jego numer, choć nie zamierzałam przecież dzwonić, by się umówić. Zawsze jednak mogłabym sobie popatrzyć na te cyferki i zamarzyć... Albo kartę telefoniczną, specjalnie na tę okazję kupić i usłyszeć jego "halo". Odpowiedzieć przecież nie odważyłabym się.
Z drugiej strony, gdyby się do tego odpowiednio przygotować, to mogłabym z nim trochę poflirtować, może nawet poświntuszyć. Marzycielka ze mnie...

- Chodź, bo ocipiejesz wreszcie od tego ciągłego wzdychania głupia krowo! - Wkurzyła się, czyli brak innych marchewek na zachętę. - Ostatnio obiecałaś, że zaśpiewasz!
- No dobsz.. - Łaskawie zgodziłam się, choć tak naprawdę to znęciła mnie okazja zdobycia numeru. - Ale nie zmuszaj mnie do picia, bo wiesz?
- Wiem. - Znudzony głos Tereski. - Masz słaby łeb i po alko świrujesz. Spoko wodza.
- No! Pamiętaj!
- Ta jes zingerko moja. - Cieszyła się, ja zastanawiałam natomiast, czy nie lepiej jednak zostać w akademiku, wleźć pod kołdrę i bezsennie marzyć o przydługich, czarnych włosach i ciemnych oczach wpatrzonych we mnie podczas...
- Będę po ciebie za półtorej godziny - kwiknęła Teresa i rozłączyła się.

Westchnęłam ciężko, oklapnęłam na łóżko i zapatrzyłam się w kłębowisko ciuchów w szafie.
Co tu ubrać?

Impreza, jak to impreza.
Za dużo alkoholu, zbyt wiele nagrzania seksualnego w ludziach i głośna muza. Dla mnie męczące, ale Tereska bawiła się wybornie. Właśnie wychaczała kolesia ze starszego roku i tylko przyglądałam jej się bacznie. Byłam tą od ratowania jej w chwilach zaczadzenia umysłu. Wtedy zawsze ktoś wołał mnie słowami: "Martyna, Teresa cię woła".
Oznaczało to, że albo spiła się na amen i musiałam ją odtransportować do naszego pokoju, albo jakiś facet zbytnio napiera na jej obfite wydekoltowanie, albo przeżywa alkoholowe rozstanie z niedoszłą miłością. Oczywiście taką, którą dopiero poznała i zakochała się pod wpływem procentów, lecz bez wzajemności.
Rozkręciłam się dopiero przy karaoke i jak zwykle mikrofon rozgrzewany był przede wszystkim moją dłonią i opluwany moimi ustami.
Jestem niska, ale ku zdziwieniu wszystkich, którzy nie słyszeli mojego śpiewu, mam głos jak... lew. Do szkoły muzycznej jednak nie poszłam, gdyż byłam... zbyt leniwa.
Śpiewałam, zbierałam oklaski i z każdą kolejną piosenką odpływałam w świat, do którego dostęp miałam wyłącznie ja. Ludzie w knajpie wymieniali się i większości nawet nie znałam. Teresa zniknęła i pewnie miętoli się właśnie z jakimś kolesiem gdzieś w kącie. Ja mam mikrofon i mogę śpiewać, a z każdą kolejną piosenką odlatuję coraz dalej.
Poprawka. Odleciałabym, gdyby nie...

Dęłam właśnie szlagier Whitney Houston "I will always love you", gdy nabierając powietrze zobaczyłam ciemne oczy wpatrzone we mnie i wymarzoną przeze mnie buźkę Pawła. Siedział przy stoliku naprzeciw prowizorycznej sceny, na jego kolanach grzała tyłek Barbie i ćwierkała mu coś do ucha wijąc się przy tym, jak jaszczurka.
Nabrałam powietrza i zapomniałam, jak się oddycha. Piosenka leciała, ja milczałam i nie mrugałam nawet.
Cholera, co on tutaj robi?! Przecież Bartek go nie zna, a to jego imrezka!
Nie podejmowałam już prób wokalnych, gdyż gardło sprzęgło mi się z żołądkiem i usztywniło w suchy drąg. Tereska wyłoniła się zdziwiona z cienia, który miał zapewne ukryć jej mizianki i badawczo przyglądała mi się. Co za ulga. Pomachałam do niej wesoło, lub chociaż z nadzieją, że tak właśnie wyglądam. Odłożyłam mikrofon na stół i poszłam do niej.

- Idziemy - stęknęłam, gdyż gardło nadal nie działało w części nawet sprawnie.
- Ale co się stało?! - Zaglądała mi w oczy widząc, że coś jest bardzo nie tak.
- On tu jest i widział, jak śpiewam! - syknęłam jej do ucha.
- Gdzie? - Próbowała mi wyjrzeć ponad ramieniem, za co spotkała ją kara w postaci wbicia moich pazurów w ramię.
- Nie wyglądaj kretynko, bo zobaczy jeszcze i domyśli się, że to przez niego się tak zatkałam - mówiłam spokojnie, lecz miałam ją ochotę kopnąć w piszczel.
- Dobra, ale ja nigdzie nie idę - odparła buńczucznie. - Chcę dopić piwo i tobie też polecam.
- Wypiję z tobą, bo mi zaraz emocje nosem pójdą krwawym potokiem. - Skierowałam się do baru i zamówiłam jasne z pianką.
- No stara, faktycznie cię siekło. - Teresa oglądała mnie sobie, jak szympansa. - Tu masz numer. Może zachce ci się pośpiewać mu na dobranoc przez telefon, chociaż z twoim głosem, to raczej na pobudkę.
- Wal się - burknęłam pieszczotliwie, jak to miałam w zwyczaju, gdy temat był drażniący.

Parsknęła, ale nie kontynuowała. Wpisałam szybko jego numer w telefon, gdyż karteczki nigdy się mnie nie trzymały i upiłam potężny łyk piwa.
Po pierwszym zamówiłam kolejne.

Rano skacowana i szczęśliwa, że mam dzień wolny przypomniałam sobie, że jednak nie do końca będzie wolny. Na dwunastą umówiłam się z bracikiem i nie mogłam mu odmówić. Miałam go zawieźć na rozmowę w sprawie pracy, więc pozostało mi tylko zwlec się z łóżka, wziąć ożywczy prysznic, zjeść cokolwiek, byleby zagryźć wczorajsze piwo i jechać z tym baranem.
Jak on mnie wkurzał!

Dwa lata temu dołożył się do remontu silnika i od tej pory wykorzystywał każdą okazję, by mi o tym przypomnieć i zrobić sobie ze mnie bezpłatną taksówkę. Benzyny na jego wożenie zużyłam już trzy razy tyle, ile włożył kasy w ten nieszczęsny remont.
No ale cóż. To ja byłam młodsza, a mimo to dostałam auto od rodziców. Chcąc nie chcąc musiałam się dostosować.
Podjechałam w umówione miejsce i starałam się zebrać do kupy. Jakoś muszę przeżyć do popołudnia. Zawieźć go, zaczekać i odwieźć z powrotem. Po co ja piłam to piwo?

Po pół godzinie oczekiwania zaczęłam się wkurzać, po kolejnym kwadransie gotować.
Mogłam leżeć w łóżku. Mogłam oglądać głupawe seriale z Tereską, albo po prostu marzyć o Pawle.
Stałam tymczasem pod własną szkołą i czekałam na świrniętego brata, który nie po raz pierwszy mnie wystawił i nie raczył nawet o tym poinformować.
Co tam! Siostrunia poczeka.
Kurwa mać!
Chwyciłam telefon i gotując się w środku, oraz walcząc z ostrością widzenia z powodu zalewającej mi oczu krwistej poświaty wściekłości, wybrałam numer i czekałam na połączenie.
Jak ja go zjebię! Suchej nitki na nim nie zostawię i nigdy już nie zawiozę jego dupkowatego tyłka nigdzie!

- Halo? - Niewinny i zaspany głos Michała.

Czyli nawet nie wstał jeszcze z łóżka!

- Słuchaj no podstarzały dupku. - Jad przepalał mi mikrofon w telefonie. - Umawiasz się ze mną, każesz wstać z łóżka, chociaż mogłabym jeszcze grzać dupę w pościeli, a sam wałkonisz się nadal?
- Co? - Widać nie obudził się do końca.

Już ja go obudzę!

- Jajco drogą szło! - Wrzasnęłam w mikrofon, przybliżając go z premedytacją do ust. - Po coś się umawiał, skoro zamierzałeś zabalować?! Rusz swój zgnuśniały zadek z łóżka i zapierniczaj tutaj w te pędy, albo zapomnij o darmowej podwózce na najbliższych pięć lat!

Wiedziałam, że jadę po nim trochę za ostro, ale tak rzadko pijam alkohol, że objawy kaca są dla mnie męką. Mogłam się wyżyć na bracie i zrobiłam to. Choćby za te wszystkie razy z dzieciństwa i okresu dorastania, kiedy dokuczał mi ile wlezie.

- Gdzie? - Widać, że go wkurzyłam, bo mu się głos zmienił.

I dobrze!

- Pod moją szkołą gamoniu. - Uniosłam oczy w górę.

Co za baran i sklerotyk.

- Jakbyś już zapadał na starczą demencję, to ci jeszcze przypomnę, że czerwone clio ma twoja wspaniałomyślna siostra i że będzie czekać najwyżej pół godziny, więc zagęszczaj ruchy, albo idź na autobus.

I rozłączyłam się, czując ulgę i przypływ energii. Wyżyłam się i było mi lepiej.
Jak sobie przypomnę tą pastę do zębów w majtkach i uczucie, gdy je założyłam. Jak się wtedy bałwan ubawił, a z nim jego koledzy...
Zdecydowanie nie miałam wyrzutów sumienia!

- Jestem! - Klapnął wreszcie na siedzenie pasażera, wyrywając mnie z marzeń o nieosiągalnym facecie.
- No nareszcie - powiedziałam przez zęby, odrywając głowę od zagłówka i sięgając do stacyjki.

Zostałam patrzeć z ręką na kluczyku i rozdziawioną buzią.
Na miejscu pasażera, uśmiechnięty i nieludzko piękny siedział nikt inny, jak... Paweł.

Pomyłka cz. II

Z bliska wyglądał jeszcze lepiej, niż oglądany z oddali połowy korytarza uczelnianego. Siedziałam, jak zaczarowana i wlepiałam w niego swoje wielkie ślepia, które z braku mrugania zaczynały już wysychać. Jeszcze chwila, a pokruszą mi się i wysypią z oczodołów.

- Darłaś japę, że mam ruszyć zgnuśniały tyłek, to jestem. - Błysnął zębami w podstępnym uśmiechu.
- Co ty do mnie mówisz? - Ręka opadła na kolano, pociągając za sobą kluczyki, a te z brzdęknięciem opadły na podłogę.
- Zadzwoniłaś, zjechałaś jak psa, więc jestem. - Uśmiechał się od ucha do ucha.
- Że ja do ciebie dzwoniłam niby?! - Mój przymroczony jeszcze piwnymi oparami umysł nie umiał poskładać wszystkiego do kupy.
- To gdzie niby ja mam jechać? - Rozparł się wygodnie w fotelu, dotykając przy okazji głową podsufitki. - No siostrunia. Wieź mnie wreszcie.
- Przestaniesz sobie ze mnie wreszcie jaja robić?! - Nadmiar emocji wydobył z mojego gardła tembr, który uruchamiałam zazwyczaj dopiero podczas śpiewania.

W niewielkiej przestrzeni samochodu zabrzmiałam co najmniej, jak trąba.

- Kobieto! - Paweł uniósł dłonie do uszu. - Słyszałem wczoraj, jak śpiewasz, ale nie jesteśmy w knajpie, więc oszczędź mi decybeli. Skoro nie wiesz dokąd jechać, to ja ci powiem.

Ogłupiałam jeszcze bardziej i patrzyłam nadal, na szczęście udało mi się już mrugnąć oczami.

- Poproszę na trening, a po treningu na śniadanie – ciągnął dalej z beztroskim wyrazem twarzy.
- Że co? - To już wypiszczałam.
- Z wywrzeszczanej przez ciebie telefoniczną drogą treści zrozumiałem, że miałaś dzisiaj wozić brata, ale ten cię wystawił. - Pochylił się do mnie, zakładając jedną dłoń za mój zagłówek, drugą kładąc na kierownicy. - Skoro mnie tak bestialsko wyciągnęłaś z pościeli, to teraz zrób coś z tym.

W pierwszym m odruchu cofnęłam się, osaczona jego luzem i nachyleniem się w moją stronę. Po słowach o wyciągnięciu go z pościeli poczułam gorąc i zaczęłam się pocić. Gdy natomiast jego twarz znalazła się tak blisko, a dłonie prawie objęły powietrze wokół mnie, włączyła się moja hetera.

- A dupa tam – warknęłam. - Sam sobie zrób i nie wzbudzaj we mnie wyrzutów sumienia. Też mogłam gnić w swoim wygodnym łóżku, a siedzę za kierownicą z obcym facetem obok.

Zbaraniał, a ja poczułam satysfakcję, że udało mi się to sprawić.

- Czyli mam spadać? - Uniósł brwi. - Nie ma mowy! Obudziłaś, opieprzyłaś, kazałaś przybiec, to jestem. Nie ruszę się stąd, więc jedziemy! - Sportową torbę z kolan przerzucił niedbałym ruchem na tylne siedzenie.
- Nie wiem, jakim cudem do ciebie zadzwoniłam, ale bardzo cię przepraszam. - Zaczęłam spokojnie. - Zawiozę cię w ramach przeprosin tam, gdzie chcesz i do widzenia. Ok?
- Gdzie ci się spieszy? -  Przyglądał mi się spod byka. - Masz wolne i nie możesz poświęcić go koledze ze starszego roku?

Mogłabym ci poświęcić i całe życie, pomyślałam.
Mam jednak taki charakterek, który każe oponować i dokuczać ludziom, których lubię. Znajomi wiedzą już, że jeśli kogoś polubię, to nie jestem dla niego słodko ujmująca i w tyłek wchodząca. Dokuczam moim ulubieńcom i otrzymuję to samo.
Może to przez nadmiar rodzeństwa?

- Czyli mam cię zawieźć, poczekać i przywieźć, tak? - Musiałam się upewnić, że jednak robię dziś za taksówkarza.
- No prawie – odpowiedział.
- Ok. - Odpaliłam silnik i zamierzałam ruszyć, lecz z wrażenia pomyliłam pedały, w wyniku czego samochód szarpnął i zgasł. - Sorry, kac. - Mruknęłam w ramach wyjaśnienia.
- Może lepiej ja poprowadzę, co? - Minę miał nietęgą i pełną zwątpienia w moje umiejętności, jako kierowcy.
- Ok. - Nie wahałam się z podjęciem decyzji tym bardziej, że dał mi szansę na choćby chwilowe opuszczenie ciasnej przestrzeni, wypełnionej wyłącznie jego zapachem, a ten był odurzający.

Wysiadłam z auta i obeszłam je, stając przy drzwiach pasażera.

- Mam ci jeszcze drzwi otworzyć? - Splotłam dłonie pod piersiami.
- Dam radę – odpowiedział z dziwnym wyrazem twarzy.

On na odsuniętym maksymalnie siedzeniu kierowcy, które zajmował całkowicie aż po sufit i ja, wypierdek mamuci obok. Patrząc na nas z boku, można by stwierdzić, że starszy brat wiezie gdzieś swoją małą siostrunię.
Małą i skacowaną.
Nigdy więcej piwa!

- Zgrabne to autko. - Rozglądał się po wnętrzu, odpalił silnik, pozałączał, co trzeba i ruszyliśmy.

Starałam się skupić na drodze, by wiedzieć dokąd jedziemy, lecz przerosło to moje siły. Co chwilę wzrok uciekał mi na jego opięte dżinsami uda, pracujące podczas zmiany biegów.

- To co porabiasz poza śpiewaniem? - Przerwał ciszę.
- Uczę się. - Poczułam ulgę, że podjął jakiś temat. - Czasami baluję i wtedy skutki tego są właśnie takie. - Parsknęłam. - Dzwonię do obcych facetów i robię im za taksówkę.
- Skoro obcy, to skąd miałaś numer? - Siekł celnie pytaniem.
- Nie wiem, jakim cudem wykręciłam taki zestaw cyfr. - Kłamałam mało przekonywująco, a z odmętów pijackiej pamięci wylazł obrazek pokazujący mnie wczoraj na imprezie i targowanie się z równie nietrzeźwą Tereską, że zadzwonię do niego.

O boże! Czy ja dzwoniłam wczoraj?
Nie drążyłam już tematu i on na szczęście również tego nie robił.
Zaparkował wreszcie pod jakąś halą sportową, wyłączył silnik i odwrócił się w fotelu do mnie.

- Chodźmy! - Uśmiechnął się tak, że cała krew w jednym momencie uderzyła mi do głowy.
- A nie mogę poczekać tutaj, jak przystało na grzecznego taksiasza? - Mój głosik był słodziutki, jak u dziecka chcącego coś wynegocjować coś z dorosłym.
- Tam jest automat z kawą. - Kusił śpiewnym tonem. - I wygodne fotele.
- Przekonałeś mnie! - Wyszłam szybko z auta i znów musiałam na niego czekać, bo nie ruszył się nawet na siedzeniu.

Czyżby chciał jeszcze coś powiedzieć?
On ze sportową torbą i ja ze swoim worko - torebką na wszystko pod pachą, wkroczyliśmy do luksusowego ośrodka sportowego. Dużo szkła, stali i ciepłe oświetlenie. Zapach dywanów i ich miękkość pod stopami, optimum temperatury utrzymywanej przez klimatyzację. Gdzie ja jestem?

Szłam obok niego w milczeniu, robiąc postój przy automacie z kawą i z parującym brązowym płynem kubkiem, pozwoliłam się zaprowadzić do wygodnej kanapy, naprzeciw ogromnej szyby. Za nią było ciemno, ale nie zajęło to w tej chwili mojego zaćmionego umysłu.
Piwo, jasny szlag...

- Grałaś kiedyś w squasha? - zapytał.
- Nigdy i myślę, że piłka mogłaby mnie zabić. - Uśmiechnęłam się, upijając łyk kawy.
- Powinnaś kiedyś spróbować. - Mrugnął, a mnie zalał miód w sercu, a gardło oparzył gorąc napoju.
- Cześć Paweł! - Z błogiego stanu wyrwał mnie gromki okrzyk dobiegający od drzwi. - Dziś dam ci taki wycisk, że się nie pozbierasz!

To był Bartek, a więc stąd Paweł na imprezie.

- Cześć. - Ich dłonie spotkały się w mocnym, powitalnym uderzeniu. - Zawsze tak mówisz, a potem kwiczysz i przegrywasz.
- Cześć Martyna. - Bartek powitał mnie zdziwionymi brwiami. - Co tutaj robisz?
- Robię za taksiarza. - Odparłam obojętnym tonem, choć w moim wnętrzu działo się tak wiele, że obawiałam się wylewu.

Nie zadawał na szczęście więcej pytań, ale wszedł do pomieszczenia z napisem „Szatnia”.

- Zaczekasz tu na mnie, dobrze? - Paweł pochylił się, a ja znów poczułam się osaczona jego spojrzeniem , na które zsunęły się czarne kosmyki włosów. - Zresztą i tak nie masz wyjścia. Mam kluczyki.

Mrugnął, odwrócił się i zniknął za drzwiami.
Kawa zaczynała powolny proces budzenia mojego umysłu, a ten  łączył fakty i wyszedł mi wynik prostego równania. Mam fuksa!
Tyle czasu wzdychałam do faceta, nie potrafiąc zebrać w sobie wystarczającej ilości odwagi, by do niego zagadać, więc COŚ pozwoliło mi na niego nawrzeszczeć, a tym samym ...co? Zainteresować go sobą?
Nie, no błagam. Gdzie, ja taka zwykła...

Tok moich rozmyślań przerwało zapalenie się światła w pomieszczeniu za szybą i wejście chłopaków z rakietami. Całą resztę zapamiętałam, jako pomachanie mi przez szybę dłonią, a następnie napierniczanka dwu wariatów w jedną piłkę. Przeskoki, ślizgi, upadki i szaleństwo ruchu, a wszystko do jednej piłki. Siedziałam zszokowana wysiłkiem i pasją wkładana przez nich w grę i rozbawiona tym równocześnie. Ciekawy pokaz energii i testosteronu skończył się w momencie, gdy dopijałam resztkę kawy.
Po kolejnych dwudziestu minutach Paweł i Bartek, szczęśliwi i rozluźnieni sportowymi endorfinkami wyszli z szatni.

- No panowie! - zawołałam. - Gladiatorzy z rakietami miast sprzętu bojowego! Piękny pokaz, tylko publiczność niewielka. Ilościowo i  wielkościowo również.
- Dobrze, że w gardle jesteś wielka, bo można by cie czasami nie zauważyć. - Wesoło rzucił Bartek.
Paweł natomiast uniósł brwi i milczał. Milczał i mierzył mnie wzrokiem, przez co poczułam się jeszcze mniejsza i cichsza nawet.
- To dokąd jaśnie pan życzy sobie teraz? -  - Musiałam jakoś przerwać tę wędrówkę oczu po moim ciele. - Łaźnie fińskie, salon odnowy biologicznej?

Nie wiedziałam, czy kąśliwość to kolejny z nowych objawów kaca, czy głupawka wywołana bliskością obiektu moich westchnień.

- Jeść – odparł z uśmiechem. - Zjadłbym konia z kopytami.

Dziwne, że przy okazji tych słów, patrzył na środkową część mnie. Chciał mnie speszyć, czy podpuścić.

W małej przestrzeni szklano metalowej, znów owionął mnie zapach i tym razem były to kosmetyki, którymi mył się po treningu. Miałam prowadzić, ale musiałam się wpierw opanować, gdyż wyświetlały mi się w głowie scenki jego nagości, mydlonej jakimś specyfikiem.
Zakryłam twarz dłońmi i potarłam ją, rozczochrując się przy okazji.

- Co ci? - Nachylił się, zaglądając ciekawie w oczy. - Kac?
- Już mi dobrze. - Głupawka nie ustępowała, ale postępowała i rozhuśtywała moje emocje. - Właśnie się budzę. Czyli chcesz jeść?
- Bardzo! - Uśmiechnął się olśniewającym uśmiechem, a mnie napłynęła do ust na ten widok ślina.

Boże! Co się ze mną dzieje?!

Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Napisz nam też coś :-)