Pożegnanie złośnicy (III)

with 29 komentarzy
dama za burtą
Trafnie niektórzy odgadli: Dama za burtą. Uwielbiam i film, i Goldie Hawn, o inspirację nie było więc trudno. Dziś wstęp krótki, za komentarze dziękuję, choć nawet już nie piszę, że odpowiem w wolnej chwil. Czort wie, kiedy taka będzie. Dostaniecie kawałeczek rozrywkowy, a z Szekspirem to chyba skojarzenie przez tytuł? Na szczęście "pączków róż" nie mam w planach 😀
Do zobaczenia w sobotę, chyba wieczorkiem, bo od rana moje dziecię ma szkolny festyn rodzinny. Aha, jeszcze jedno. Jedna z osób, które wygrały w konkursie nie dostała przesyłki. Osobiście wiem, że z pocztą różnie bywa, raz paczka dotarła do kupującego (czasy pozbywania się zbędnych lektur na allegro) po siedmiu miesiącach. Jakby ktoś jeszcze miał problem, pisać na pocztę.
I najserdeczniejsze życzenia urodzinowe dla jednej z czytelniczek! Tłuściejszy kawałek będzie ciut później, chociaż może mi się uda jednak dać coś wcześniej. Zobaczymy 🙂

 

Joanna z narastającą rozpaczą rozglądała się dookoła. To miałby być jej dom? Ta śmierdząca, na wpół zrujnowana nora? Patrzyła na zniszczone podłogi, pełną plam kanapę, lepiącą się od brudu kuchnię i popadała w coraz większe przygnębienie.

– Witaj w domu kochanie! – zabrzmiało radośnie za jej plecami. – Co prawda pewnie go nie poznajesz, ale nic nie szkodzi, wszystko ci wyjaśnię. Tu mamy kuchnię, salon, tam są drzwi do sypialni i łazienki. Na górze mają pokoje chłopcy.

– Na górze – powtórzyła słabym głosem. – Aż dziw, że to wszystko jeszcze się nie zawaliło pod ciężarem kurzu i pajęczyn.

– Nie przesadzaj. Sama chciałaś abyśmy kupili ten cudny domek.

– Ja? – powoli odwróciła się w jego stronę. Konrad o mało co nie wybuchnął śmiechem, patrząc na jej minę. – Ja chciałam?

– Twierdziłaś, że jest uroczo rustykalny.

– Rustykalny? – jęknęła. – Toż to prawdziwa rudera!

– E tam, przesadzasz. – Podszedł do lodówki i wpakował do środka kupione piwo. – Wymalujemy ściany, przegonimy karaluchy i będzie dobrze.

– Karaluchy? – Joanna gwałtownie pobladła. – Są tu karaluchy?

– W łazience – odpowiedział po krótkim namyśle Konrad. Usiadł na kanapie, kładąc nogi na niski stolik i sięgając za oparcie po na wpół opróżnioną butelkę piwa. – Trochę się rozpleniły, ale damy radę. No i pod deskami werandy ma swoją siedzibę rodzinka zaskrońców.

– Boże! – wyszeptała. Nie, to niemożliwe, by to miejsce było jej domem. Z drugiej jednak strony dlaczego ten mężczyzna miałby kłamać? Ba! Pozostaje jeszcze pytanie dlaczego poślubiła tego nieokrzesanego troglodytę? – Chciałabym się przebrać.

– Tam – machnął w kierunku odrapanych drzwi. – Twoje ciuchy są jeszcze niewypakowane, bo dopiero wczoraj przyjechaliśmy.

Mruknęła coś, znikając w sypialni. Wcale nie prezentowała się lepiej niż to, co już zobaczyła. Brudne okna, poszarpane firanki. Jedynie łóżko wyglądało względnie solidnie. Tuż obok niego stała jakaś potwornie stara, zniszczona walizka. Pełna obaw Joanna otworzyła ją i w milczeniu, bardzo długo przyglądała się zawartości.

To ma być jej garderoba?! Ostrożnie wyjęła dwoma palcami coś, co chyba było spódniczką. O dwa rozmiary za dużą, plisowaną, w dodatku w ohydny wzorek, który wyglądał jakby ktoś zwymiotował na materiał. Dalej bluzka. Biała, z bufiastymi rękawkami i masą koronek. Niemożliwe by ktokolwiek mógł nosić cos takiego!

Jednak szalę goryczy przechyliła bielizna. A zwłaszcza ogromne, bawełniane gacie z nogawkami w czarne grochy.

– I jak? Rozpakowałaś się już żabciu? – Konrad stał w drzwiach, oparty o futrynę, przyglądając się jej z nieukrywaną ciekawością. Radochę niestety musiał stłumić.

– To jest moje?!

– Jak w mordę strzelił. Sam ci kupiłem na naszą ostatnią rocznicę ślubu – pochwalił się dumnie.

– Rocznicę?

– Tak. Co prawda chciałem kupić elektroniczny otwieracz do butelek, ale zażądałaś czegoś osobistego.

Zamknęła oczy, z jękiem siadając na łóżku. To koszmar, z którego chyba się jeszcze nie obudziła.

– Biedactwo – rozczulił się obłudnie Konrad. – Czujesz się zagubiona? Zawołam dzieci… – Po czym odchylił się do tyłu i wrzasnął:

– Hej, smarkacze! Mamusia wróciła! Jazda na dół, przywitać się, bo później będzie zajęta robotą przy garach.

Na schodach załomotały trzy pary nóg. Chłopcy ustawili się w rzędzie, patrząc z ciekawością na skamieniałą ze zgrozy Joannę. Byli nieziemsko brudni, ale i też szalenie szczęśliwi. Zadanie jakie postawił przed nimi ukochany wujek nie tylko stanowiło źródło uciechy, ale i mogło być niezłą zabawą.

– Czołem matka! – wyrecytowali chórem.

– Kiedy obiad? – spytał najmłodszy. – Bo jestem tak głodny, że zjadłem gile z nosa Tomka.

– Spokój! – wrzasnął Konrad. Odwrócił się w ich kierunku puszczając oczko. Spisali się na medal. Cudowne dzieciaki! Będzie musiał wziąć ich potem na naprawdę duże lody. – Jak się zachowujecie smarkacze? Mama migiem się przebierze i przygotuje coś na ząb. Prawda pączusiu?

– Gile? – spytała z rozpaczą Joanna. W głowie miała istny chaos, a żołądek zwinął się w ciasny supełek.

– Smarki z nosa – uprzejmie wyjaśnił najmłodszy Arek.

– O boże, boże! – wyjęczała, waląc głową w oparcie łóżka. – Ja śnię, to musi być sen. Nie, nie sen. Koszmar!

– On tak zawsze robi, jak jest głodny – wyjaśnił najstarszy chłopiec.

– To kiedy to żarcie?

– No, matka – Konrad naprężył muskuły, posyłając jej olśniewający uśmiech. – Jazda do garów, dzieci mają rację, głodni jesteśmy. Amnezja czy nie, jeść trzeba.

Bardzo powoli wstała, nogą odpychając walizkę z całą tą koszmarną zawartością. Gdy przechodziła obok mężczyzny ten z całej siły klepnął ją w pupę. Wrzasnęła i poczerwieniała z oburzenia, na co męska część widowni zareagowała szalonym rechotem. Tak, bo śmiechem by tego nie nazwała.

– Jak ja lubię ten twój tyłeczek – powiedział z uznaniem Konrad. W duchu po raz kolejny gratulował sobie pomysłu. Co to była za rozkosz zapędzić nadętą panią dziekan do garów, a na dodatek bez konsekwencji klepać ją po zgrabnej dupci. Potem z rozbawieniem pomyślał, że to dopiero początek. Nie pożałuje sobie, oj, nie pożałuje.

Nie odpowiedziała, tylko pomaszerowała do kuchni. Stanęła pośrodku, rozglądając się z prawdziwym obłędem w oczach.

– Jest tu coś jadalnego? – spytała w końcu.

– Coś jest. Chyba w lodówce.

Otworzyła więc lodówkę. Pomijając piwo, stojące na prawie każdej półce, znajdowało się tam jeszcze kilka jajek i kawałek kiełbasy. Konrad pomyślał, że nawet jeśli nie umie gotować, to jajecznicy chyba nie zepsuje? Każdy potrafił ją przygotować.

– Tak, coś jest – powiedziała z przekąsem. – Co chcecie? Zupę piwną? Schabowego z kapsli czy purée z puszek?

– Nie irytuj się żabciu. Złość szkodzi urodzie.

– A ten syf dookoła to niby nie?

– Posprzątasz.

– Sama?

– A niby z kim? Ze mną? – zdziwił się, a potem w skupieniu obwąchał swoją pachę. Czas na popisowy numer. Specjalnie wygrzebał koszulkę z brudów.– No patrz, a sądziłem, że trzeba zmieniać ubrania co trzeci dzień. A tymczasem to noszę już tydzień i wcale najgorzej nie pachnie. Chcesz powąchać? – spytał z nadzieją.

Mina kobiety świadczyła, że z pewnością nie chce.

– Przecież lubisz pączusiu zapach prawdziwego faceta – kontynuował Konrad w upojeniu, zastanawiając się, kiedy pani dziekan w końcu wybuchnie, tracąc opanowanie. – Twoje własne słowa, słowo honoru.

– Dzięki temu wypadkowi odzyskałam widać zdrowe zmysły – odparła krótko, wyciągając z lodówki jajka i kiełbasę. – Marsz pod prysznic, a potem zmień ubranie. Wszystko – dodała z naciskiem. – A jak nie, to nie tylko nie dostaniesz obiadu, ale przysięgam! Całe piwo popłynie do najbliższej oczyszczalni ścieków!

I odwróciła się od zamarłego ze zdumienia Konrada, by wśród tego pobojowiska, odnaleźć patelnię, płyn do naczyń i względnie czystą ścierkę.

Oto Babeczka:

Czyli Agnieszka - matka, żona, fizyk. Piszę od bardzo dawna, publikuję od kilku lat. Staram się pisać z humorem, polotem i barwnie. Uwielbiam wywoływać w Czytelniku rozbawienie, podniecenie, a czasami zatrzymać Was w miejscu. Nie wyobrażam sobie życia bez pisania :-)

Ostatnio dodane przez