Pożegnanie złośnicy (V)

with 28 komentarzy
dama za burtą
To dziś się z Wami podzielę małym sekretem. Zresztą, podejrzewałam to od dawna, ale liczą się fakty, patrz dwie kreski na teściku. Oczywiście jestem w ciąży 🙂 Sam fakt mnie cieszy, ale czuję się za przeproszeniem h...! Non stop bym spała, czasami głowa mi się kiwa przy prowadzeniu samochodu, wszystko mnie boli, a mdli do potęgi. Najchętniej spędzam czas w bezruchu, leżąc na lewym boku, wpatrując się tępo w ścianę. Ja nie wiem, za pierwszym razem było bez problemów, jedynie pod koniec sapałam niczym miech kowalski, a teraz takie przeboje... Ciężko mi zasiąść przed kompem i pisać, powiem szczerze, że wszystkie dodatkowe zajęcia ograniczyłam do minimum. Uzyskany w ten sposób czas przeznaczyłam na spanie :-))) Mam nadzieję, że jak już mi minie, to wrócę do przynajmniej trzech postów na tydzień. Z pewnością zorientujecie się, kiedy ten fakt nastąpi ;-D
Aha. Następny post z opowiadaniem o wilkołakach. Zresztą, tam niedaleko do końca, może nawet pokuszę się o zakończenie tego cyklu do końca przyszłego tygodnia. Nic nie obiecuję, jedynie delikatnie i jakby mimochodem oznajmiam.

 

Tymczasem Joanna układając odzież na równiutkie i staranne kopczyki, obmyślała zemstę. Co za cham! Dla niego i tej bandy darmozjadów, którzy właśnie pojawili się w kuchni była jedynie służącą. Sprzątaczką, praczką i kucharką w jednym. No, sądząc z ilości dzieci, pan i władca z pewnością zaszczycał ją czasami chęcią na szybki numerek. Zarumieniła się po raz kolejny przeganiając niebezpieczne myśli. Żadne takie! Nie znalazła jakiejkolwiek biżuterii, odzież miała okropną, a kosmetyki… Szkoda mówić. Jeden krem, szare mydło, szczoteczka i połamany grzebień. Ten facet w ogóle nie dbał o nią jako o żonę. Jak mogła mu na to pozwolić?

Z furią zatrzasnęła szafę, a potem spojrzała na wiszące obok lustro. Trzeba jednak przyznać, że ten widok wcale nie poprawił jej humoru.

– Żabciu! – W kuchni rozległ się głośny, nieco zniecierpliwiony męski głos. – Kiedy śniadanko?

Wymamrotała pod nosem kilka niecenzuralnych słów i z impetem wpadła do kuchni. Chłopcy siedzieli przy stole, okładając się łyżkami i rykiem domagając się posiłku. Zacisnęła zęby i bez pośpiechu przygotowała kanapki, owsiankę oraz trzy kubki gorącej herbaty.

– Co to za breja? – Najstarszy Mikołaj wykrzywił się z niechęcią. – Nie chcę.

– Zjesz to, albo będziesz chodził głodny – wywarczała Joanna.

– Ja też nie chcę! – zaprotestował Tomek.

– I ja!

– Faktycznie, ta zupa mleczna niesmaczna jakaś. Pełno owsa i cholera wie jeszcze czego – podsumował Konrad, bezmyślnie mieszając łyżką w talerzu. – Żabciu, w szafie są dwa duże pudła płatków czekoladowych.

– Są niezdrowe. Będziecie jeść owsiankę. Od dziś, codziennie rano – oświadczyła mściwie Joanna.

– Nie jesteśmy końmi. Podaj płatki.

– Sam je sobie przynieś.

– Od obsługi tutaj jesteś ty – oświadczył marszcząc brwi z niezadowoleniem. – Masz być szybka, zwinna i posłuszna, taka, jaką sobie ciebie wychowałem. Nie chcę zaczynać wszystkiego od nowa.

– Wychowałeś? – spytała z niedowierzaniem. A potem gwałtownie poczerwieniała i rzuciła się w kierunku szafki. Szalejącym w jej duszy uczuciom, mogła dać ujście tylko w jeden sposób. Kilka sekund później problematyczne pudło z płatkami wylądowało na podłodze, a jego zawartość rozsypała się barwną smugą.

Chłopcy uradowani pokazem, postanowili się przyłączyć. Pierwsza porcja owsianki wylądowała na ścianie, druga na obliczu Konrada i rozgorzała regularna bitwa. Joanna stała pośród tego wszystkiego, bardziej osłupiała niż rozwścieczona i ocknęła się dopiero, kiedy Arek chlusnął jej prosto w twarz zawartością swojego talerza.

Okazało się i że chłopcom skończyła się amunicja. Chichotali teraz szatańsko, patrząc na zamarłą w bezruchu kobietę, rozczochraną, w zbyt obszernej koszuli i ociekającą biało szarą breją.

– Joanno – odezwał się Konrad. – Zachowałaś się  bardzo źle. Nie dość, że zmarnowałaś płatki, to na dodatek nabałaganiłaś. Chłopcy! Marsz na górę, umyć się i przebrać. A ciebie moja droga, czeka kąpiel.

Nie zdążyła wykrztusić ani słowa, kiedy zerwał się od stołu, dopadł jej i podniósł w górę.

– Co… – jęknęła, gdy wyniósł ją na zewnątrz.

Konrad nie odpowiedział. Rzucił bez litości na ziemię, choć na szczęście bujna trawa zamortyzowała upadek. Po czym odkręcił wodę i chwycił wąż ogrodowy. Kiedy we wciąż oszołomioną kobietę uderzył pierwszy strumień lodowatej wody, wrzasnęła przenikliwie.

– Przestań!

– Trzeba cię umyć brudasie. A nie zasłużyłaś na kąpiel w łazience.

– Cham!

Piszczała, próbowała uciec, ale on zawsze był silniejszy. Kiedy w końcu przestał, wyprostowała się i odgarnęła mokre włosy z twarzy. Koszula lepiła się do ciała, z nosa kapało, a ona po prostu miała ochotę się rozpłakać. Takie poniżenie! O, nie! To koniec. Zażąda rozwodu. Co za bezczelny, prymitywny prostak. Jakim cudem wytrzymała z tym tutaj tyle lat? Jakim cudem dorobili się trójki dzieci?

– Ty!... Ty…

– Co ja? – spytał ze spokojem, obserwując ją z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Koszula była uszyta z cienkiego materiału, a Joanna nie miała nic pod spodem. Trudno było się oprzeć takiemu widokowi. Konrad z trudem przełknął ślinę, ajego oczy powoli wędrowały po całej sylwetce stojącej przed nim kobiety. Wiedział, że jest piękna, ale dopiero teraz miał okazję z dokładnością przyjrzeć się długim, smukłym nogom, pełnym piersiom, każdemu szczegółowi podkreślonemu jeszcze przez mokrą, oblepiającą skórę tkaninę. Ten widok działał w niezwykły sposób na wszystkie jego zmysły, pewnie znacznie bardziej niż gdyby stała tu przed nim naga. Ujrzał to oczyma wyobraźni i prawie zabrakło mu tchu. Przecież w końcu uchodziła za jego żonę. A gdyby tak…

Zrobił dwa kroki w jej stronę, a ona, nagle jakby wyczuła jego zamiary. Cofnęła się w popłochu, uderzając plecami w ścianę domu.

– Chcę się przebrać – oświadczyła w desperackiej obronie. Może i miała amnezję, ale trudno było nie zrozumieć wyrazu oczu stojącego przed nią mężczyzny.

– Po co? – spytał cicho. – Wyglądasz cudownie.

– Jest mi zimno.

Uśmiechnął się z niedowierzaniem. Nic dziwnego, już od samego rana panował wściekły upał.

– A mnie wręcz przeciwnie – dłoń Konrada była gorąca i zdecydowana. Przestał się zastanawiać nad ewentualnymi konsekwencjami, nad tym, że jego plan zakładał całkiem coś innego. Miał jedynie ochotę ją pocałować.

Chciała się wyrwać, uciec, ale on był szybszy, silniejszy. Objął ją i przyciągnął, drugą ręką odgarnął mokre kosmyki z twarzy. A ona nie zaprotestowała, unieruchomiona dziwną bezsilnością, czymś, co zapierało dech w piersiach i sprawiało, że zniknęła niechęć, a w zamian pojawiło się słodkie, omdlewająco rozkoszne uczucie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Przynajmniej nie pamiętała, by tak było.