Sarnina (XIX)

with 4 komentarze

Sarnina (XIX)

erotyka z pogranicza fantasty

 

SARNINA

J.Gibson

korekta i wdzięki: T.P.

 

część dziewiętnasta

Pojawił się na chwilę w Oak Fort, by wydobyć z pnia dostojny cylinder, po czym teleportował się na skraj swego boru, gdzie poganie żegnali swych umarłych. Postąpił wedle wskazówek Welessy, co zagwarantowało mu bezproblemowe wejście do Krainy Umarłych Paganaku. Odźwierny poprowadził go długim korytarzem, a gdy z niego wyszli, oczom Benjamina ukazała się rozległa równina. Czarna ziemia wydawała się zruszona i przy każdym kroku stopy boga zapadały się w nią. Gdzieniegdzie białe kości wystawały na powierzchni gotowe ranić i kaleczyć, lecz nie stanowiły zagrożenia dla Pinoceja. Porozrzucane czaszki obserwowały go bacznie, o ile można powiedzieć tak o przedmiocie bez oczu. Wszystkie były skierowane w jego stronę. 

– Gdzie ten przeklęty pałac? – wrzasnął, a jego krzyk przepędził czerwone chmury z szarego nieba. Zdecydował się podążyć za nimi. Pamiętał dobrze, że Welessa kazała kierować się w dół, do najniżej położonego punktu. – Czyli gdzie? Którędy mam iść? –  Rozejrzał się po płaskim pustkowiu. Ani jednego wzniesienia, ani jednej doliny. Kroczył z wiatrem, który przeszywał jego plecy zimnem. Nie mógł kontrolować temperatury ciała tak, jak to robił na powierzchni, lecz nie martwił go chłód. Czaszki obracały się w jego kierunku, zatem uczucie, że jest obserwowany znalazło swoje potwierdzenie. – Welessa! – Zmęczył się. Z każdym krokiem potrzebował coraz więcej siły, tak jakby cały czas szedł pod górę. W tej właśnie chwili Benjamin zorientował się, że zamiast oczom, powinien wierzyć odczuciom. Zawrócił. Przyspieszył kroku, a biegło mu się lekko, z górki. – W dół – wymamrotał pod nosem zadowolony. –  Prosto do pałacu Welesa! – zawołał głośniej. Na horyzoncie dostrzegł sylwetkę, więc mamiony myślą, że to Welessa pędził co sił w nogach. – Welessa! – krzyknął, a postać zatrzymała się. Teraz bez trudu mógł ją dogonić. Jednak im mniejsza dzieliła ich odległość, tym bardziej upewniał się, że nie jest to córka Pana Umarłych. Piękność, bogini zapewne, odziana w zwiewne sukna, które na wietrze więcej odsłaniały niż zakrywały, hipnotyzowała kuszącymi kształtami i rumieńcem spełnionej kochanki. Wyciągnęła rękę do Benjamina, a zrobiła to w bardzo flirtujący sposób. 

Leśniczy nachylił się by ją pocałować na przywitanie, lecz nim jego usta dotknęły ciepłej dłoni kobiety, ta spoliczkowała go.

– Jak mogłeś?! – wrzasnęła oburzona.

– To my się znamy? – Zachowawczo odsunął się na bezpieczną odległość.

– Miałeś pilnować mojego jedynego dziecka! – Ruszyła na leśniczego z pogardliwym spojrzeniem i srogo wymierzonym w niego palcem. – Zaufałam ci! Zgodziłeś się pomóc, a teraz…

– Soe jest twoją córką? – Kobieta przytaknęła, więc Benjamin kontynuował. – Idę do Welesa po Soe. Wskaż mi drogę, a wrócę ci ją.

– Weles też idzie. Po ciebie. –  Wskazała palcem przestrzeń za plecami.

Bóg odwrócił się i z przerażeniem oszacował liczność trupich legionów. Czaszki, które do tej pory obserwowały go tylko, wyłaniały się z ziemi całymi szkieletami. Zgrzytanie szczęk, a także klekotanie kości przypominały gradobicie z piorunami. 

– Biegiem! – wrzasnęła bogini i oboje rzucili się do ucieczki.

– Kim jesteś? 

– Pinocej, jak możesz nie pamiętać… – zaczęła, lecz urwała stwierdziwszy, że kłótnie w tej sytuacji nie mają najmniejszego sensu. – Lela. Jestem Lela.

– Dlaczego poprosiłaś mnie, żebym zaopiekował się Soe? –  Benjamin pociągnął boginię za rękę, zauważywszy, że zostaje nieco w tyle.

– A dlaczego ty tego nie pamiętasz? 

Benjamin spojrzał przez ramię, a to co zobaczył wymalowało się przerażeniem w jego oczach. Co kompletniejsze szkielety biegły na przodzie, za nimi zaś formowała się wielka fala kości i czaszek. Trupi legion deptał uciekinierom po piętach.

– Szybciej! – zawołał, lecz w tej samej chwili Lela potknęła się. – Ratuj Soe! –  Pomógł kobiecie wstać, a sam stanął twarzą w twarz ze śmiercią. – No już! – ponaglił, gdy prawym prostym oddzielił czaszkę od kręgosłupa pierwszemu legioniście.

Lelo z niepokojem spojrzała w górę. Wiedziała już, że nie zdąży uciec, za to Benjamin walczył nadal, nieświadomy, że cień, który go przykrywa, zwiastuje koniec. Wysoka ściana kotłujących się kości opadła na parę bogów. Hałas jaki temu towarzyszył zagłuszył kobiece wołanie o pomoc. W miejscu, gdzie stali Lela i Pinocej, koścista fala zamierała i cichła. W końcu słychać było tylko wiatr. 

Wśród Cielców krążą legendy, że każda istota, która utonie pod ciężarem Trupiego Legionu, staje się częścią tegoż legionu. Taki los nie spotkał jednak Benjamina. Z trudem i ogromnym wysiłkiem wygrzebał się spomiędzy szkieletów.

– Lela! – zawołał zachrypniętym głosem. Zanurzał dłonie w połamanych kościach i nie zważając na to jak bardzo go ranią, szukał bogini. Wspomógł się węchem i już po chwili wyławiał zapomnianą przyjaciółkę na powierzchnię. – Lela, słyszysz mnie? Lela, obudź się! –  prosił i ponaglał. Kątem oka widział, że szkielety na nowo zwierają szyki. – Lela, błagam!

Stwierdziwszy, że nie uda mu się ocucić bogini, przerzucił ją sobie przez ramię, po czym brodząc w kościach po kolana ruszył w kierunku widniejącego na horyzoncie pałacu. Kiedy odszedł od legionu na bezpieczną odległość, ułożył kobietę na ziemi. Z zaskoczeniem zauważył, że podłoże zdawało się być zbite w bryłę, jasnoszarą, jakby pył, w który zamieniają się z czasem kości, a ten na skutek wysokiej wilgotności, stworzył skorupę. Leśniczy zdjął koszulę i ułożył ją pod głową dawnej przyjaciółki, żeby choć odrobinę zmniejszyć jej dyskomfort.

– Lela, nie mamy na to czasu! Obudź się! 

Bogini uniosła powieki, a po policzkach popłynęły łzy.

– Nie mam siły, Pinoceju – wyszeptała. – Musisz mnie zostawić.

Ziemia zadrżała, oznajmiając tym samym wymarsz Trupiego Legionu. Benjamin poczuł się bezsilny. Odór porażki wywołał w nim złość, a ta gromadziła się w pięściach. Zaciskał je coraz bardziej. Im bliżej byli żołdacy, tym pewniej bóg czuł się ze swoją mocą. Wiedział, że w pojedynkę nie ma szans, a świadomość tego potęgowała jego wściekłość. Zostawił Lelę, sam ruszył na legion. Biegł gotów na zderzenie ze ścianą śmierci, lecz nie gotów umrzeć. Na ostatnich metrach wymierzył cios w ziemię. Powstałe pęknięcie leśniczy powiększył kolejnym uderzeniem. W końcu odepchnął nogą przeciwległy brzeg, a ziemia rozstąpiła się ukazując przepaść bez dna.

Pinocej obserwował, jak głębia pożera Trupi Legion. Koścista fala nie dosięgła ziemi, na której stał. Donośny, niedźwiedzi ryk oznajmił zwycięstwo boga nad śmiercią. 

Benjamin wrócił do Leli, wziął ją na ręce i poniósł w kierunku pałacu Welesa.

– To niemożliwe. – Szept Leli stawał się coraz bardziej wyraźny. – To niemożliwe, nie mogłeś zachować mocy. Powiedz, czy to co widziałam, to zwykła halucynacja? Pinocej, przecież to nie jest możliwe.

Benjamin burknął tylko, bo sam nie był w stanie wyjaśnić skąd czerpie siłę. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Soe – to wokół niej krążyły jego myśli. Po co potrzebuje jej Weles? Dlaczego więził ją tyle lat zamiast od razu zrealizować plan? A Lela, czyż nie wiedziała, że jej córka jest przetrzymywana przez Pana Krainy Umarłych? 

– Jeśli moje oczy nie myliły się, postaw mnie, bym mogła ci się pokłonić.

– Bredzisz.

– Soe cię wybrała, przepowiednia spełniona. 

Wierciła się, przez co Benjamin stracił równowagę i upadł na kolana. Mimo to uchronił Lelę przed upadkiem. Ta od razu złożyła niski pokłon przed obliczem Pinoceja.

– Przestań, proszę. – Pomógł jej się podnieść. – Musimy iść, dasz radę? – Przytaknęła, więc złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Narzucił szybkie tempo. – O jakiej przepowiedni mówisz?

– Soe jest dzieckiem zakazanym – zaczęła niepewnie.

– Co to znaczy?

– Jej ojcem jest Eros.

Benjamin spojrzał na Lelę z niedowierzaniem. Wszelakie kontakty między celestialsami i cielcami były przez długi czas zakazane pod karą śmierci, a prawo to egzekwowali na równi Perun i Zeus. 

– Nie patrz tak na mnie! Miłość nie zna zasad, za to przynosi owoce. Mi dała Soe. 

– Eros wie? – zapytał Benjamin, myśląc o tym, że wsparcie tak silnego boga pomogłoby uwolnić jego Sarninkę.

– Nie mogłam mu powiedzieć. Mojry zakazały. 

– Mojry nie mogą wejść do Paganaku.

– Zatrzymały mnie w drodze na spotkanie z Erosem, w lu… – Lela potknęła się. Benjamin znów pomógł jej wstać.

– A przepowiednia?

– Właśnie wtedy ostrzegły mnie, że urodzę najsilniejszego boga, przed którym złoży pokłon Paganak i Nowy Olimp. Rozumiesz chyba, że takie dziecko stanowiło zagrożenie dla Peruna i Zeusa. Ukrywałam się u straźniczki pustynnych wrót Paganaku. Tam urodziłam nie boga, a drobną, słabą dziewczynkę. Moją małą Soellę. Jest podobna do mnie? 

Pytanie zaskoczyło Benjamina, przystanął więc i przyjrzał się Leli dokładnie. Przez chwilę nie wierzył słowom, które usłyszał. 

– Nie wiesz jak wygląda Soe? Ale to ty prosiłaś, bym ją chronił, prawda?

– Kiedy widziałam córkę po raz ostatni, miała zaledwie roczek. Zostawiłam ją pod opieką strażniczki. 

– Porzuciłaś ją? – zapytał z lekką pretensją w głosie, choć sam nie postąpił lepiej wobec Sarniny.

– To nie była decyzja kierowana sercem, możesz mi wierzyć. 

– A czym się kierowałaś, prosząc mnie o pomoc?

– Twoim sercem.

Benjamin westchnął pogardliwie. Nie uważał się za dobrodusznego, a mimo wszystko to on był godny ochrony wyjątkowej dziewczyny. Historia opowiadana przez Lelę, choć chaotyczna, to powoli układała się w całość. 

– Na pewno moje serce miałaś na myśli? – dopytał, po czym kiwnięciem głowy zasugerował lekką zmianę kierunku. – Lela, tylko szczerze i w skrócie. – Wskazał palcem sylwetkę Welessy tuż obok wejścia do pałacu. 

– Twoi rodzice wykradli przepowiednię z Archiwum Mojrowskiego. Dowiedzieli się o Soe, nie wiedziałam tylko dlaczego chcieli ją zabić, a w skorumpowanym Olimpie tylko ty jeden mogłeś postawić się ojcu. Rozumiesz chyba mój wybór. 

– Jesteś pewna, że chcieli zabić Soe?

– Wtedy byłam pewna.

– A teraz?

– Teraz widzę, że Mojry miały rację w jednym. Przed Soellą będą się kłaniać, ale królować nie może sama. Zauważ, że nasze boskie geny dbają o to, by rodzaj męski był silniejszy. Soe uczyni najsilniejszym tego, z którym się zwiąże. – Lela uśmiechnęłą się do Welessy, która w geście przywitania uśmiech odwzajemniła.

– Kłamstwo, inaczej już dawno byłbym najsilniejszy – skwitował krótko, po czym zwrócił się do bogini śmierci. – Którędy?

Welessa szepnęła do czaszki zawieszonej wysoko na kościstych drzwiach, a te otworzyły się. Bez słowa prowadziła gości poprzez labirynt. A nie był to byle jaki labirynt. Ciasno zwarte szkielety tworzyły jego ściany i przesuwając się, zmieniały właściwą drogę do centralnej komnaty pałacu. 

– Można szybciej? – ponaglał Benji.

– Dawno tu nie byłam! – odburknęła Welessa, a jej oczy na chwilę zaszły mgłą. – Tędy. – Wskazała kierunek, lecz w tej samej chwili przejście zamknęło się tuż przed jej nosem. Ściany zmieniły położenie, zamykając tym samym troje bogów w ciasnym pomieszczeniu. – Ojciec wie, że idziemy – jęknęła. Pogładziła jedną z czaszek i szepnęła do niej, tak jak to zrobiła przy wejściu. Tylko tym razem jej prośba została wyśmiana. Okrążające ich szkielety opuściły swoje żuchwy i machały nimi w niemym śmiechu. 

– Pozwolisz, by cię zatrzymały? – odezwała się Lela do Benjamina.

Pinocej zacisnął pięści. Nabrał powietrza i wymierzył cios prosto w czaszkę, która znajdowała się na wysokości jego wzroku. Dłoń wpadła w kościaną ścianę, ale nie rozbiła jej w drobny mak. Bóg odłamywał kości jedna po drugiej, lecz powstałe zniszczenia szybko się odbudowywały.

– Użyj mocy – podpowiedziała Lela.

Welessa wywróciła oczami na tę absurdalną propozycję, lecz zanim werbalnie wyraziła swoje zdanie, Benjamin wsparł się oburącz o ścianę, a siła wytworzoną siłą zamieniał kości w pył. Szedł pewnym krokiem, robiąc długi tunel w ścianie, która wydawała się nie mieć końca. 

– Jak to możliwe? – zapytała spadkobierczyni Krainy Umarłych.

– To Soella… 

– Nie Soella! – Benjamin wszedł w słowo Leli. – Nie ma żadnej przepowiedni! Paganak po prostu umiera. Byłem z twoją córką stulecia temu i wiem, że nie miała wpływu na moją siłę. – Poirytowany pchnął wirujące powietrze przed siebie, a to zmiażdżyło ostatnie rzędy szkieletów. Sam nie mógł uwierzyć we własne możliwości. 

– Mimo tego, że nie przeszliście przez wrota swaćby, jesteście w spójności. Jesteście w.... – Bogini miłości próbowała zebrać myśli, szukała odpowiedzi. – Owocnym związku! – wyszeptała, a widząc dezorientację  w oczach Benjamina wyjaśniła. – Wasza miłość wydała owoc, a owoc ten uprawomocnił wasz związek.

 


No to jak? Wszystko jasne? Potraficie przewidzieć zakończenie?

A ja jeszcze takie ogłoszenie mam, wiec ...

UWAGA!!! UWAGA!!! UWAGA!!!

Newslettery czytajcie, bo tam zacne rarytaski na Was czekają z okazji Walentynek.

Oto Jadzia Gibson:

Cześć! Jestem taką samą dziewczyną jak ty. Mam dwie nogi, dwie ręce, a nawet i dwa cycki by się znalazły. Szczęśliwie posiadam również palce, którymi dla was wystukuję moje sprośne fantazje. Mam też ogromne poczucie humoru – twierdzą tak przynajmniej dwie osoby: ja i mój Zygmunt. A czy wy dołączycie do tego grona?

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. A
    Aricca
    | Odpowiedz

    A ja nie dostaję newsletterów cały czas 😭

    • Babeczka
      | Odpowiedz

      Bo ni ma newsletterów 🙂 Dobra, obiecuję że zbiorę siły i coś dam, chociaż dwa razy w miesiącu…

  2. Babeczka
    | Odpowiedz

    A ja sobie zaczekam na zakończenie, potem poczytam całość przy kieliszku wina i pysznym ciachu :-)))

  3. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Normalnie, “szał ciał i uprzęży” 🙂 Córka Erosa! Nieźle! Bardzo nieźle 🙂 Masz takie pomysły, że klękajcie narody. Benji coraz bardziej na supermana nam tu wychodzi – mimo że wcale parcia na supermeństwo nie ma. Żył sobie spokojnie w borze, doglądał swych nimf… a tu masz… taka historia. Nawet nie próbuję zgadywać zakończenia, bo za Chiny nie wymyślę 🙂 Wątek w Welessą jest super. Mobilne ściany z kościotrupów… ech, nic, tylko film kręcić.

Napisz nam też coś :-)