fbpx

Sarnina (XX)

with 10 komentarzy

Sarnina (XX)

 

erotyka z pogranicza fantasty

Sarnina

J.Gibson

część dwudziesta - ostatnia

 

*– Podejdź tu, kochana. – Z ciemności wysunęła się dłoń sina i żylasta.

Bryza pchnęła dziewczynę, bo ta ociągała się. Soe podeszła, lecz zachowałą bezpieczny dystans.

– Bliżej! – zagrzmiał silny głos, a Soella drgnęła zalękniona. – Jeszcze bliżej. – Niecierpliwił się Weles. Bogini ociągała się, więc wyszedł z ciemności ukazując swoje oblicze. I bogini i wróżka zamarły z przerażenia. – Utrzymanie legionów w sile kosztuje mnie bardzo dużo, jak widzicie. – Wskazał wyliniałą brodę. Ale nie tylko ona budziła wstręt. Jego twarz wyglądała, jakby ktoś naciągnął za dużą skórę na czaszkę. Głębokie zmarszczki na czole, wiszące policzki, zapadnięte oczy z luźno wiszącymi dolnymi powiekami nie stanowiły przyjemnego widoku. Nos spiczasty i garbaty jak dziób sępa sprawiał wrażenie doklejonego. – Nie takiego mnie pamiętasz, kochanie, wiem. – Złapał Soe za rękę i szarpnął w swoją stronę. Chciał pokazać, że ten ostatni krok do zmniejszenia między nimi odległości i tak zrobi ona, wedle jego życzenia. – Za chwile ujrzysz moje  młodsze oblicze. Wystarczy, że przejdziesz ze mną przez wrota swaćby, kochanie. – Pstryknął palcami, a szkielety tkwiące w ścianach komnaty, wyszły na zawołanie i utworzyły olbrzymie wrota. – Już czas. – Wymamrotał błogosławieństwo, które wyryło się w cokole wrót, a te otwarły się, by ukazać oblicze Swata. 

– Nie! – Soe wyrwała dłoń z ręki Welesa. – Nie ma dobrej woli z jego strony, a z mojej nie ma żadnej! – poskarżyła się kapłanowi. Jego gniewny wzrok utkwił w Panu Krainy Umarłych.

– Welesie, znowu? – kapłan złamał kołacz na kolanie i rzucił nim za siebie. – Która to? Setna, dwusetna? Swaćby nie będzie!

– Ostatnia, Swacie. Jestem pewny, że możemy się jakoś dogadać. – Złapał Soe pod rękę i siłą zaciągnął w objęcia wrót. – Zwolnię cię z obietnicy jaką złożyłeś umierającej kochance – kusił, lecz kapłan tylko pokręcił nosem.

– I jeszcze zapewnisz mi ochronę przed nekromantami. Parszywce wzywają mnie częściej niż ty na swoje swaćby.

Na znak dobicia targu kiwnęli sobie głowami. Obrzędy zaczęto pomimo protestów panny młodej. Żeby nie przeszkadzała wołaniem na pomoc Pinoceja, wciśnięto jej w usta ogromny kawał kołacza, a jeden ze szkieletów zadbał o unieruchomienie jej. Kilka minut później było po wszystkim. Bryza brawami gratulowała nowożeńcom. Mniej zgnili umarli, na których jeszcze trzymały się ubrania, rozpoczęli biesiadę weselną. Weles zasiadł na swym tronie, Soe posadzono tuż obok. Mogła z bliska obserwować, jak rośnie niepokój jej świeżo poślubionego męża. Obserował dłonie, spoglądał w swoje odbicie w pucharze i niecierpliwił się coraz bardziej. Wzdrygnęła się, gdy kościste palce zacisnął na jej udzie. 

– Być może nie sama swaćba, a wspólna noc zagwarantuje mi twoją przychylność? – szepnął do ucha swej wybranki. Nie próbował domyślić się jakie słowa tłumi wetknięty w jej usta kołacz. Uniósł kielich w toaście i opróżnił go jednym łykiem. Napełnił naczynie po brzegi nektarem, po czym wykruszył ciasto z buzi Soelli. Jak tylko wypluła ostatnie okruszki, pociągnięciem za włosy odchylił jej głowę i siłą napoił. Krztusiła się, co tylko rozbawiło Welesa. 

– Pinocej na to nie pozwoli! – Szarpała się w kościstych objęciach szkieletowego tronu. 

– Nikt nam nie przeszkodzi! – zapewnił, po czym zaborczo pocałował swą małżonkę. Jak tylko oderwał od niej usta wrócił do obserwacji swych dłoni. Zaciskał i prostował palce w oczekiwaniu na zmiany, które nie nadchodziły. Jego stan nie poprawiał się wcale. 

Umundurowany trup bez nosa i jednego oka dokuśtykał do swego władcy z wiadomością. 

Soe próbowałą dosłyszeć cokolwiek, lecz klekot tańczących szkieletów i muzyka utworzona głównie z bębnów uniemożliwiały jej zadanie. Po minie małżonka wywnioskowała, że nie była to dobra wiadomość. Pinocej musi być blisko – pomyślała, a uśmiech, którego nie mogła pochamować jeszcze bardziej zdenerwował władcę Krainy Umarłych. Oderwał głowę posłańcowi.

– Wiesz co robić! – wrzasnął wpatrując się w jedyne oko trupa, po czym cisnął głową przez całą długość komnaty weselnej. Głowa nie roztrzaskała się na ścianie, tylko została w nią wchłonięta. Rozkaz wydany. Biesiadnicy kolejno wnikali w ściany; muzyka cichła w miarę jak ubywało tańczących. W końcu pozostalo tylko czworo: nowożeńcy, Bryza i Swat.

– Czy możemy jakoś to przyspieszyć? – Weles uniósł rekę obwiązaną lnianym warkoczem. 

– Nie działa? – zdziwił się kapłan. Stanął pomiędzy przyjacielem i jego wybranką, by dobrze przyjrzeć się więzi, którą sam zaplatał, a wróżka zaczarowała. Nie zauważył, że Soe wykorzystała sytuację; wyciągnęła mu zza pasa obrzędowy nóż, po czym skryła go w fałdach sukienki. – Jeden koniec na twojej prawicy, jeden na jej lewicy – tłumaczył Swat. – Usługa wykonana. Teraz twoja część: zdjąć po skonsumowaniu i ukryć w bezpiecznym miejscu, żeby zapewnić małżeństwu wspólne lata.

Na sugestię konsumpcji małżeńskiej Soellę obsypała gęsia skórka. Szybciej Pinio! – błagała w myślach.

– W takim razie zadośćuczyńmy tradycji. – Zaśmiał się Weles w głos. 

– Nie! – krzykneła bogini. – Pinocej już tu jest, prawda? Za chwilę pojawi się tu, a wtedy nawet Perun ci nie pomoże.

– Milcz niewdzięczna! – Bryza zganiła pannę młodą. – Pinocej cię sprzedał. Nic dla niego nie znaczysz, złotko. 

– Mylisz sie!

– Czyżby? – Tym razem to wróżka śmiała się w głos. – Wiedział, że upuszczam krew z jego nimf aż wyzioną ostatnie tchnienie i przyprowadził cię do mnie aaahahaha! Na rzeź! Na wymianę za lisią kochankę! Przehandlował cię, głupia! A ty gardzisz mężem, który dał ci tron?!

– Nie prawda – szepnęła Soe. Słowa Bryzy boleśnie raniły. Czuła jak nogi uginają się pod nią. Miłość, która do tej pory kierowała jej życiem, okazała się kłamstwem. Nie doświadczy “żyli długo i szczęśliwie”, nie doświadczyła tego nigdy. Zapewne nie doświadczy wcale, a już na pewno nie jako żona Welesa. Spojrzała z pogardą na swego małżonka. 

– Pomogę ci zapomnieć o tym łgarzu – zaproponował ze sprośnym uśmieszkiem, po czym szarpnął warkoczem. Ciagnął Soe w stronę komnat sypialnianych. 

Bogini wyjęła nóż z ukrycia i próbowała przeciąć nim więź małżeńską. To tylko rozbawiło Welesa. Wróżka bowiem poczyniła odpowiednie zaklęcia, by zapewnić nierozerwalność tej relacji. Jak tylko Soella zdała sobie z tego sprawę, wymierzyła ostrze w swoje serce. Widziała przerażone twarze Welesa i Bryzy, ale nie słyszała co do niej mówią. Tak jakby zamkneła się we własnej głowie i słyszała jedynie własne myśli, czuła ich lodowaty dotyk. Pinocej zdradził ją. Oszukał! Nie kochał prawdziwie. Myśl o nim przeszywała jej serce bólem. Spojrzała na nóż, potem na zmartwionego małżonka. Chciała, żeby jej oprawcy zapamiętali ją właśnie przez tą chwilę. Kiedy odwróciła głowę w stronę wróżki, zauważyła jak męska dłoń łapie ją za szyję, po czym miażdży kark. Bryza upadła. Zdążyła mrugnąć, a Pinocej zniknął. Nagłe szarpnięcie ręki obwiązanej warkoczem zwróciło jej wzrok na małżonka. Leżał rozłożony na łopatki, przygnieciony niedźwiedzią łapą. Z rozerwanej krtani, pulsującym strumieniem płynęła czarna krew. 

Niedźwiedzi ryk oznajmił zwycięstwo. Głośne trzaski kości oraz tąpnięcia podłoża nie wróżyły nic dobrego. Pałac rozpadał się, tak jak cała Kraina Umarłych – wraz ze śmiercią stwórcy straciły spoiwo. Ściany szkieletów zamieniły się w pył, a ten uniósł się wokół Pinoceja i Soe tak gęstą mgłą, że choć byli na wyciągnięcie ręki, to jedno nie widziało drugiego. 

Kiedy Soe poczuła ciepły dotyk na dłoni, wiedziała, że to Benjamin. Przytulił ją, lecz nie odwzajemniła gestu. 

– Tak bardzo się bałem, że nie zdążę – szepnął nachyliwszy się do jej ucha. Zmartwiony brakiem reakcji ze strony ukochanej, położył sobie jej dłoń na piersi, na sercu, tak jak to zwykła robić, by przywołać jego wspomnienia. Znów czuł ciepło jej dotyku. Ciepło, które ukazywało jej postać nawet w ciemnościach umierającego pałacu. Przekazywała mu nieprzyjemne wspomnienie, sprzed kilku chwil, gdy Bryza wyjawiła szczegóły dotyczące wymiany Liszki.

– Pinocej?

– To prawda, Soe – odpowiedział przygnębionym tonem. – Wtedy nie wiedziałem wszystkiego. Nie pamiętałem wszystkiego, Soe… Ja… 

Zamiast się tłumaczyć, złożył na ustach bogini pocałunek i nim wyraził wszystkie uczucia, których nie umiał ubrać w słowa. Sarnina odczytała je bezbłędnie. Przyciągnęła go mocniej do siebie i z równą żarliwością odwzajemniała pieszczotę ust.

Przez gęste powietrze do kochanków docierało echo okrzyków Welessy “Umarł władca! Niech żyje królowa!” powtarzane po kilkakroć działało niczym zaklęcie. Kraina Umarłych przestała drżeć. Pył nabierał na ciężkości i gromadził się nisko, a delikatny wietrzyk klarował widoczność.

Umarł Weles! Niech żyje Welessaa! – zabrzmiało tuż obok splecionych przytuleniem ciał, lecz ani Soe ani Benjamin nie zamierzali od siebie odstąpić. Dopiero głos Leli obudził ich z intymnego letargu. Sarnina rozglądała się w poszukiwaniu nawołującej jej bogini, lecz widoczność nadal była w znacznym stopniu ograniczona.

– Ja znam ten głos. Pinocej! Ja znam ten głos!

Bóg rozłożył ręce, po czym z całej siły złączył dłonie. Klaśnięcie roznosiło się falą dźwiękową, która zepchnęła pył aż na horyzont. 

 

Pośrodku pustkowia stało ich czworo: leśniczy z boru, spełniona przepowiednia, nowa władczyni i matka utracona. Każde świadome nowej roli jaką przyjdzie im odegrać. 

 


Nie uwierzycie!

Mam dziś urodziny!

A skoro mam dziś urodziny, to nie będę psuła wam humoru opowiadaniem bez szczęśliwego zakończenia. Wersja mniej szczęśliwa, czyli taka alternatywna,, pójdzie na wattpadzie, żebym nie dreczyła Was koszmarami.

Jak już mówiłam, mam te urodziny i tak jakby nie zdążyłam zrobić korekty - nie martwcie się, jak tylko skończę świętować mój... któryś tam rok chodzenia po tej ziemi, to poprawię wszystkie literówki, powtórzenia i inne zmory interpunkcyjne.

A teraz powiedzcie mi: JAK WAM SIĘ CZYTAŁO SARNINKĘ?

Oto Jadzia Gibson:

Cześć! Jestem taką samą dziewczyną jak ty. Mam dwie nogi, dwie ręce, a nawet i dwa cycki by się znalazły. Szczęśliwie posiadam również palce, którymi dla was wystukuję moje sprośne fantazje. Mam też ogromne poczucie humoru – twierdzą tak przynajmniej dwie osoby: ja i mój Zygmunt. A czy wy dołączycie do tego grona?

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. A
    Aśka
    | Odpowiedz

    100 lat, 100 lat niechaj żyje i pisze nam :*
    Spełnienia marzeń i pozytywnego bzika żeby było weselej 🎂🎉 A opowiadanie MEEEGAAA 😀

    • J.Gibson
      | Odpowiedz

      Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję

  2. Babeczka
    | Odpowiedz

    Żeby nam Jadzia, Julków, Klap i Sarnin więcej pisała i żeby drukiem to wydawała, ku uciesze gawiedzi i swej własnej satysfakcji! Sto lat!!!

    • J.Gibson
      | Odpowiedz

      Dziękuję, buziak, buziak, buziak

  3. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    A się Soelli Pan Młody trafił! Ło matko! Bałam się, że Pinocej nie zdąży i biedna Soe skonsumuje “święty związek małżeński” – a tfu, tfu! Chociaż do tego by pewnie nie doszło, bo Soella użyłaby noża na swym biednym złamanym sercu i byłoby po sprawie. Skopałoby to Pinoceja po całości. Ciekawa jestem mocno alternatywnego zakończenia – przeżył ktokolwiek? 🙂 Tyle że totalny pogrom nie miałby aż takiej siły rażenia i emocjonalnego sponiewierania czytelnika jak uśmiercenie jednej strategicznej postaci, co nie? 🙂 Przygotuję chusteczki i napój wzmacniający 🙂 Zdanie finałowe jest mocno obiecujące – będzie ciąg dalszy? Poczytałoby się jeszcze o perypetiach Pinosia, jego przyjaciół i wrogów. Nie wątpię, że pomysłów by ci nie brakło. Najbardziej to mnie ogrami ustrzeliłaś 🙂
    Czytało się baaaaardzo dobrze – było i dramatycznie, i śmiesznie, i mrocznie, i erotycznie – czytelniczy full wypas 🙂
    Sto lat, sto lat… w zdrowiu, szczęściu i miłości 🙂 Chwytaj w żagle dobre wiatry i nie dawaj się czasem szarej codzienności. Całusów moc niech będzie z Tobą 🙂

    • J.Gibson
      | Odpowiedz

      Dziękuję Tony. Stu lat to chyba nie dam rady dozyc… psychicznie🤣🤣🤣
      Zdecydowałam się na zakończenie rodzaju “balsam na rany”, ale masz rację, planuję strategiczne usmiercenie 😈😈😈
      Ogry zapadły ci tak w pamięć?

      • T
        Tony Porter
        |

        Pomysł z “przerabianiem” dzieci przy wykorzystaniu wróżek jest przedni 🙂 Czegoś takiego to się po ograch nikt nie spodziewał 🙂 Szczególnie po zaistnieniu w naszej świadomości Shreka i Fiony 🙂

      • Babeczka
        |

        Ohydnie fascynujący 😉

  4. A
    Aricca
    | Odpowiedz

    Sarninkę kocham miłością wielką ❤️

    • J.Gibson
      | Odpowiedz

      No to jest nas więcej,🙃🙃🙃

Leave a Reply to J.Gibson Cancel reply