Sarnina (VIII)

with 11 komentarzy

Sarnina (VIII)

z pogranicza baśni i fantazjii

Sarnina

J.Gibson

część ósma

 

Jeśli dzięki tej chwili przypomnę sobie szybciej, to żałować nie będę! – wykrzyczał w gniewie. Rozdarł sukienkę na plecach bogini, by móc podziwiać smukłość talii i krzywiznę kręgosłupa. Obserwował ramiona raptownie unoszone oddechem. Słowa odbijały się w jego głowie niczym echo “Nie w gniewie! Proszę!”, “Będziesz żałował”. Dlaczego miałby żałować? Nina przestała walczyć. Uroniła łzę jedną, małą i iskrzącą się złotem. A kiedy wyraz jej uczuć upadł na stół i niczym koralik odbił się trzykrotnie, po czym poturlał, Benjamin wiedział, że zawiódł. Nie wiedział jak bardzo. Złapał łzę aurumską nim spadła na podłogę. 

Kochasz mnie – stwierdził szeptem. – Kochasz mnie! – powiedział głośno, gdy obrócił boginię i posadził na blacie. – Nina. Złote łzy są wyrazem krzywdy doznanej od kogoś kogo kochamy. – Ujął w palce jej brodę i zmusił, by spojrzała mu w oczy. – Nie znamy się, a ty mnie kochasz? Nina!

Przytaknięciem potwierdziła słowa Benjamina, a potem wtuliła się w jego pierś. Poczuła na plecach ciężar boskich dłoni. Kiedy przycisnął ją do siebie wiedziała, że ta bliskość swym ciepłem indukowała proces przywracania pamięci.

W miarę jak kojący spokój ogarniał serce boga, zagarniał on ciało Sarniny coraz mocniej. Zamknął oczy, a powieki posłużyły za ekran dla powracających wspomnień. Pejzaż jednosekundowych ujęć pokazywał więcej niż poprzednim razem. Usta rozświetlone uśmiechem, zalotne spojrzenie, włosy targane wiatrem, jego palce badające obojczyk i wnikające pod materiał bluzki na ramieniu, pocałunek złożony w zagłębieniu między piersiami. Obrazy, które pokazywały przyjemne wspomnienia, nagle zakłócił krzyk. Jego nagłość oraz intensywność bólu, który wyrażał, odrzuciły boga od Sarniny. Wszystko zniknęło. Metr przed nim na stole siedziała bogini z zaczerwienionymi od płaczu oczami. 

Nie zostawiaj mnie, proszę – łkała, wyciągając w jego kierunku dłoń. – Tak bardzo chciałabym ci opowiedzieć o wszystkim, ale… – zawiesiła głos.

To mów – szepnął, gdy wplótł palce w jej własne, tak jak to widział we wspomnieniu. Nie zatrzymał się na dłoni. Sunął opuszkami, unosząc luźny rękaw aż do ramienia. Stanął blisko, by przyjrzeć się swej podopiecznej. W tej właśnie chwili nabrał pewności, że Nina jest bohaterką przywołanych retrospekcji. Obca, a zarazem bardzo bliska. Trudno mu było oswoić myśl, że łączyło go z boginią głębsze uczucie, skoro teraz nic do niej nie czuł. Nie tak całkiem nic, bo ochotę miał niemałą skosztować jej ciała. – Nina, mów żesz!

Odpowiedziała mu jedynie przeczącym kręceniem głową.

Dobrze – powiedział łagodniej i znów przytulił dziewczynę. Nie zrobił tego, by ją pocieszyć. Chciał użyć podstępu w celu wydobycia prawdy. Nachylił się do ucha ukrytego pod kosmykami i wyszeptał znane mu z dawnych czasów przywołanie. – Morfelina, Morfelina Morfelina. 

Zanim wypowiedział imię pogromczyni bezsenności po raz trzeci, ciało Niny zwiotczało i opadło na niego. Od razu wyczuł aurę celestialsa. Zaproszenie przyjęte – pomyślał. Tuż za nim w mgnieniu oka zmaterializowało się kobiece ciało. Wysoka bogini, o skórze ciemnej jak noc, nie wyglądała na zadowoloną wezwaniem.

Na kiszoną walerianę! Co znowu?! – Piskliwy głos wyraził pretensje tuż za plecami boga. – Pinocej? Pinoś mój?

Mhy hy – Spruce mruknął twierdząco, podrzuciwszy Sarninę na rękach. 

Myślałam, że to znowu jakieś bractwo Goddemii usypia nimfy dla zabawy. Ależ mnie zaskoczyłeś! Ileż to już czasu się nie widzieliśmy? Wiek  cały! – Bogini snu z ciekawością odgarnęła włosy z twarzy Sarniny. – No wiesz! Nigdy bym nie pomyślała, że będziesz zmuszony usypiać panny żeby z nimi sypiać – dociekała ze śmiechem, gdy Benjamin skierował kroki w stronę łóżka. Ułożył boginię wygodnie i bez odrywania od niej wzroku odezwał się do przyjaciółki.

Wpuść mnie.

Do jej snu?

Nie. Morfelina, wiesz o co mi chodzi.

Pinocej! Ty mnie przed Radą postawisz za takie uczynki na lokalsach. Wiesz, że nie mogę, nie wolno mi! – Stanęła po przeciwnej stronie łóżka, by złapać spojrzenie Benjamina. 

Sar… Nina nie jest człowiekiem. – Mówiąc to, wyciągnął niedźwiedzi pazur na palcu wskazującym i szarpnął nim skórę dłoni leżącej. 

Bogini! A jakże! Oj, Pinocej. – Pokręciła przecząco głową, cmokając. 

Oj, Morfelina! – Przedrzeźniał przyjaciółkę. – Już zapomniałaś kto cię ratował przed synami Posejdona?

Niepotrzebnie! – Złożyła ręce na piersi i uniosła się fochem. – Skoro sam nie byłeś zainteresowany – gestem wskazała swe ciało – to trzeba było się nie wtrącać.

Nachylając się nad Niną, zbliżali swe twarze do siebie.

Morfelina!

Pinocej!

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym bogini skradła całusa przyjacielowi i z chichotem odsunęła się od niego. 

Nie zachowuj się jak kilku dziesięciolatka! Te czasy mamy dawno za sobą – pouczał, podchodząc do niej bliżej.

Nie tęskno ci do nich? Do nas? Nie tęskno ci do mnie? – Zarzuciła ręce na ramiona Benjamina i przysunęła usta blisko jego warg. Kiedy rozchylił je, obudził w przyjaciółce nadzieję na pocałunek. 

Tobie, jak widzę tęskno. – Roześmiał się. – Wiem, że potrafisz. Morfelina, wpuść mnie do jej wspomnień. 

Przynajmniej użyłeś proszącego tonu. – Westchnęła z rezygnacją. – Dobrze. Zasady są proste: nie ingerujesz we wspomnienie, jesteś biernym obserwatorem. Jasne? I jeszcze jedno, ja cię usypiam, ona cię budzi.

Jak to ona mnie obudzi?

Tak jak ja usypiam. – Zachichotała rozbawiona, po czym pocałowała Benjamina, a w miarę jak pogłębiała pocałunek, jego ciało popadało w coraz głębszy sen. Kiwnięciem palca położyła przyjaciela tuż obok nieznanej jej bogini. Kiedy oddech przyjaciela zdradzał sen głębokim pochrapywaniem, nachyliła się do niego na zetknięcie warg i złapała w usta jego ciepłe tchnienie. Napełniła nim policzki, aż wydęły się chomiczym zwyczajem. Kolejny krok był równie łatwy. Zbliżyła twarz do Sarniny, ścisnęła palcami jej policzki, by rozchylić usta, odczekała chwilę na wdech bogini, po czym wypuściła z policzków tchnienie Benjamina. 

Na zdrowie, kochaniutka – szepnęła, siadając prosto. Przyjrzała się śpiącej parze, a uczucia jakie wydobył z niej ten widok wyraziły się gęsią skórką i niepokojącym dreszczem. – Deja vu? 

***

Ogromne słońce prześwietlało wspomnienie swoim jaskrawym blaskiem. Benjamin musiał przyzwyczaić wzrok do intensywnych żółci i pomarańczy. Pod stopami piasek gorący niczym rozżarzone węgle, nad głową nieboskłon nieskalany chmurą, wokół pustka. Pustynia. Na horyzoncie majaczył obraz oazy. Nogi same poniosły boga w jej kierunku. Nie. Nie tylko nogi. Jego ciało, ale czuł się w nim jak obcy. Widział wszystko, słyszał, czuł, lecz zgodnie z tym co obiecał Morfelinie, nie ingerował. Igranie ze wspomnieniami należało do czynności zakazanych.

Na horyzoncie pojawiła się sylwetka jeźdźca. On również kierował się w stronę oazy. 

O nie! – krzyknął Benjamin, a właściwie tylko jego usta krzyknęły, bo  był więźniem swego ciała. – Nie! Tylko nie on! – ryczał, przyspieszając krok. Zmienił się w niedźwiedzia i w takiej formie dotarł do prowizorycznej chaty pośród palm daktylowych. Starsza kobieta, której twarz zdobił geometryczny tatuaż, leżała martwa. Druga, o wiele młodsza, walczyła z intruzem. – Zostaw ją! – wychrypiał niedźwiedź i rzucił się na oprawcę.

Benjamin z niedowierzaniem obserwował jak jego przeciwnik zmienia się w białego niedźwiedzia. Przez kilka minut toczyli zwierzęcą walkę. Żaden z walczących nie myślał o poddaniu się. W słońcu pustyni ich siły szybko słabły i w końcu obaj opadli w gorący piach, wznosząc tuman kurzu. Gruba sierść nie służyła dobrze w tak gorącym klimacie, więc wrócili do ludzkich sylwetek. Krótka chwila na oddech i intruz znów rzucił się na Benjamina. Tym razem nie pazury były jego bronią, tylko sztylet, który zdążył wyciągnąć ze skrytki w siodle. Podczas nierównej walki Benjamin został poważnie zraniony w bok. Według jego wspomnień, bliznę ciągnącą się od pachy aż do pępka, zadał mu jeden z tytanów. Tymczasem wspomnienie Sarniny zdradzało całkiem inne okoliczności. 

Benjamin odczuwał ból samoleczącej się rany. Przeciwnik wykorzystał to i po chwili bóg boru leżał na łopatkach z ostrzem wymierzonym w gardło. Sztylet zatapiał się w skórę i tkanki znajdujące się pod nią. Boska krew spływała pozłacanym strumieniem. Benji wyczuł jej smak również w ustach. Odkaszlnął i splunął przeciwnikowi w oczy. Chwila dezorientacji zapunktowała dla boga. Ostatkiem sił przerzucił intruza na plecy, a wyrwany sztylet wbił prosto w serce napastnika. Docisnął go mocniej całym swoim ciężarem, aż po samą rękojeść, potem przesunął w bok. Chrupnięcie kręgów świadczyło o tym, że ostrze przecięło kręgosłup. Benjamin zamarł nad gasnącym ciałem mężczyzny. Jego krew była czerwona, ludzka. 

Skąd zatem umiejętność przemiany? – rozmyślał.

Matka nie byłaby z nas dumna – wychrypiał umierający, nim wydał ostatni oddech. 

 Matka? – Benji był zaskoczony słowami przeciwnika. Przecież jego rodzice już dawno zakończyli swe celestialne życie, a jako lokalsi umarli niewiele później. Był jedynakiem!

Długą chwilę trwał nad denatem. Nie dlatego, żeby upewnić się o jego śmierci, ale dlatego, że oprócz bólu zamykającej się rany bolało go coś jeszcze, a ból ten był wielowymiarowy. W końcu Benjamin zauważył kilka złotych korali i zrozumiał, że to jego własne łzy. 

To nie może być prawda! – krzyczał zamknięty w swojej własnej głowie! – To nie mógł być mój brat! Nie jestem bratobójcą!

Benjaminowi nie pozostało nic innego jak obserwować co wydarzy się dalej. Jego ciało leczyło się samo. Powoli, niestety. Zdarzało się to w przypadku, gdy rana nie była jedynie fizyczna. Na słaniających się nogach podszedł do dziewczyny opłakującej starszą kobietę. Rozpoznał ją od razu. Nina. Zwinęła się obok martwej niczym wystraszone zwierzę. 

Mnie nie musisz się obawiać – szepnął Benjamin, kiedy uklęknął obok. Sprawdził dla pewności tętno kobiety. 

Nina nieufnie spogląda na niego. Była wystraszona. Jej ciałem targał szloch, ale były to łzy zwyczajne. Ani srebrne, ani złote.  Wciąż przeczesywała włosy przyjaciółki, jakby ta miała się za chwilę obudzić.

Nie możesz tu zostać sama. – Bóg boru rozejrzał się po pustynnym bezkresie. – Znasz jakieś bezpieczne miejsce? 

Dziewczyna pokręciła przecząco głową. 

Nie szkodzi. Ja znam. Jestem za słaby, by nas tam teleportować. – Uśmiechnął się, żeby dodać Sarnince otuchy. – Pojedziemy konno, pięć dni do miasta, a potem w górę rzeki. Jeśli odzyskam siły w drodze, teleportuję nas szybciej. Co ty na to?

A Belea?

Jej już nie pomożemy. – Zagwizdał na konia, ten posłusznie przybył na zawołanie. – Powinniśmy już ruszać. – Wspiął się na siodło z jękiem bólu, a jak tylko grymas twarzy wrócił do pogodnego, wyciągnął dłoń do dziewczyny. – Czas na nas. Ktoś na pewno szuka Pichtona. Lepiej, by nas tu nie zastał. Pinocej – przedstawił się, widząc wahanie dziewczyny.

Soella. – Nina chwyciła zakrwawioną dłoń Benjamina i wspięła się na siodło tuż za nim.

Wiem. – Uśmiechnął się do niej.

A więc to jej prawdziwe imię! – pomyślał Benjamin. – Piękne! Dlaczego nie zdradziła go od razu? W leśniczówce? Dlaczego o tym nie pamiętam? – zastanawiał się.

Podróż była nudną i mozolną przeprawą przez tereny, które Benjamin uznałby za obce. Tymczasem, jego odpowiednik we wspomnieniach doskonale odnajdywał się na pustyni. Jechali bezustannie przez kilka dni, żadne z nich nie wypowiedziało podczas tej drogi ani jednego słowa. Kiedy Soella zmęczona ciągłą jazdą i żarem omdlała, Pinocej chwycił ją nim spadła z konia, a potem przerzucił na swoje kolana i wiózł nieprzytomną. Słyszał bicie jej serca, więc utratą świadomości nie przejął się zbytnio. Dopiero gdy końskie kopyta zastukały o kamienną drogę prowadzącą do miasta, dziewczyna ocknęła się z jękiem.

Zatrzymamy się tu na kilka godzin. – stwierdził zachrypniętym głosem Pinocej. – Kupimy prowiant, ubrania oraz… – Zamyślił się, po czym podszedł do przechodzącej niedaleko  kobiety i rozmawiał z nią w lokalnym języku. Po chwili dobił targu. Wrócił do Soelli, która rozprostowywała nogi. – Lepiej byś się nie rzucała w oczy. – Narzucił chustę na blond włosy z zielonymi końcówkami. – Trzymaj się blisko mnie, dobrze?

Przytaknęła, starannie zawiązując głowę chustą. Jej oczy zdradzały niepewność i wewnętrzną walkę. 

Pinocej, dlaczego powinnam iść z tobą? – zapytała, gdy weszli między stragany.

Co masz na myśli Soe? – oddał pytanie, rzucając na dłoń sprzedawcy kilka złotych monet, po czym wybrał najbardziej dojrzały z owoców i podał go dziewczynie. – Zjemy coś porządnego za chwilę. Wytrzymasz?

Tak. – Przegryzła soczystą skórkę i z rozkoszą wysysała sok. – Chciałabym wiedzieć, dlaczego pojawiłeś się w moim domu właśnie tamtego dnia.

Powiedzmy, że to prośba znajomej – rzucił odpowiedzią przez ramię. – Smakuje? 

Benjamin obserwował oczami Pinoceja wspomnienie Niny, czyli Soelli, ale myślą analizował nowe informacje. Po pierwsze: brat. Nie miał brata! A nawet gdyby miał, to nie mógłby go przecież tak po prostu zabić. Po drugie: znajoma. Jaka znajoma poprosiła go o przysługę? No i przedstawił się jako Pinocej – imię nadane mu przy urodzeniu, ale odkąd stanął na ziemi zastąpione innym. Jako opiekun boru, leśniczy, występował pod inicjałami B.S. – Benjamin Spruce. 

Soella też wyglądała na skonsternowaną całą sytuacją. Niestety, podczas rozmowy nad talerzem strawy, dziewczynie nie udało się wyciągnąć nowych informacji. Została za to obsypana zapewnieniami, że póki Pinocej jest blisko, to nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. 

Czy znasz kogoś, kto udzieliłby ci schronienia? Znasz kogoś, komu mogłabyś zaufać? Czy w tej chwili, ktoś inny niż ja, mógłby ci pomóc? – zapytał poirytowany przesłuchaniem.

Nie. Nie mam nikogo! – Nerwy Soelli również były napięte do granic. – Dobrze wiesz, że jestem tylko strażniczką wejścia do świata Paganaku. Moją jedyną rodziną była Belea. Widziałeś co się z nią stało! – Popłakała się.

Pinocej westchnął ciężko i opadł na oparcie drewnianej ławy. 

Obawiam się, że od dziecka karmiono cię kłamstwami, Soe.

To powiedz mi prawdę! – krzyknęła.

Ciiiii. – Rozejrzał się nieufnie. W gospodzie, oprócz nich, było niewielu klientów. Wstał, wyciągnął dziewczynę zza stołu i trzymając ją blisko siebie, poprowadził do stajni, gdzie czekał na nich koń. 

Pora ruszać. – Zauważył jak niechętnie Soella wspina się na grzbiet. – Przed nami szmat drogi. – Jęknął, podciągając ciało na siodło.

Rozdarty bok już dawno powinien się zagoić! – spostrzegł Benji. 

Podczas podróży nie dowiedziała się zbyt wiele. Pinocej bowiem unikał odpowiedzi na pytania o Pichtona, ale smutniał przy tym wymownie. Ignorował również szereg innych ciekawskich myśli, którymi go bombardowała. 

Kiedy dotarli do kryjówki w gęstych górskich lasach, księżyc srebrzył się wysoko. 

To tu? – szepnęła, gdy Pinocej pomógł jej zejść z konia.

Tu. 

Gołymi rękami rozerwał pnące chwasty, które zasłaniały drzwi skalnej kryjówki. W chwili, gdy je otworzył niebo rozdarła błyskawica, a ze środka wyleciały nietoperze. Dziewczyna z sercem wciśniętym w gardło ze strachu, doskoczyła do boga i uwiesiła się jego ręki. Trzymała się niczym koala drzewa.

To właśnie w tej chwili Pinocej poczuł, że naprawdę jest za nią odpowiedzialny. Nie tyle ze względu na "znajomą", ile z własnej woli. Przytulił drżącą, kruchość dziewczęcego ciała i tak właśnie zastała ich ciemność. W progu.

Gdzieś w oddali zawyła chorgła, której stwórcę przysłoniły burzowe chmury. Wilczy alfa odpowiedział jej swoją tonacją. Wysokie nuty skrzydlatych krwiopijców wymieniały się z pohukiwaniem ptasich mędrców. Dźwięk łamanych gałązek, jakby ktoś podchodził coraz bliżej. Las już wiedział o przybyciu nowych gości. Nocna zmiana nad ranem przekaże wieści dziennej, ale zachowa swój rytuał, jakby nigdy nic. 

Kolejna błyskawica, kolejny grzmot. 

Pinocej bez trudu odnalazł palenisko i odrzuciwszy kilka gałązek rozniecił ogień. 

Przyniosę drewno – oznajmił, po czym wyszedł.

Pioruny były jedynym źródłem światła, ale nie przeszkadzało mu to. W sekundowym blasku dojrzał uschnięte drzewo, które przeciągnął pod same drzwi górskiej kryjówki. Sam zszedł niżej do strumienia. Rozebrał się i usiadł w uskoku skalnym, gdzie bystra woda wyrzeźbiła w kamieniu głęboką do pasa misę. Chłód rozbudził zmęczone drogą ciało, ukoił ból rany. Pinocej odchylił głowę i oddał jej ciężar skale. Przez zamknięte powieki prześwietlały się neonowe żyły błyskawic. 

Benjamin wiedział, że to nie chwila relaksu. To czas wewnętrznej walki. Bitwy myśli. Robił tak dotychczas. Zanurzał się w wodzie i pozwalał myślom płynąć z nurtem. Pinocej nie różnił się w tym względzie od leśniczego Spruce'a. W końcu dzieliły ich tylko lata. Długie lata, sądząc po owłosieniu. 

Wiatr nabierał sił, a ogromne krople deszczu rozsypały się po ziemi. Pinocej pośpieszył do kryjówki. Rozłupał piętą konar, który wcześniej przyciągnął pod same drzwi i wszedł do środka w akompaniamencie burzowego preludium.

Soella siedziała przy dogasającym palenisku, z kolanami wciśniętymi pod brodę. Nie udało jej się ukryć, że z niecierpliwością czekała powrotu Pinoceja. Tylko oczy zdradzały, że płakała. 

Oboje wiedzieli, że ta noc nie skończy się dla nich błogim snem. Zbyt wiele niedomówień zaprzątało myśli.

Koń upomniał się o uwagę, więc bóg skierował swe kroki ku niemu. Skinieniem dłoni, niczym wirtuoz muzyki, namówił iglaste do splecenia swych gałęzi nad koniem. 

Musi ci wystarczyć. – Pogłaskał zwierzę po szyi. Wziął kosze z jedzeniem, po czym wrócił do dziewczyny. Zaproponował jej owoce, lecz nie była głodna. Wyciągnął więc koce z zakurzonej skrzyni, która tkwiła w kącie skalnej wnęki i przygotował coś na kształt posłania.

Soella położyła się, ale zasnąć nie mogła. Co chwilę zmieniała pozycję. 

Jutro wymyślę coś wygodniejszego – powiedział Pinocej, lekko poirytowany jej wierceniem.

Nie przeszkadza mi twardość podłoża, tylko… Jego chłód – dokończyła po chwili.

Trzeba było nie zdejmować sukna – pouczył. Widok dziewczyny w samej halce przywoływał rozmaite myśli.

Czy mógłbyś…?

Pinocej zdjął mokre ubranie i położył się obok zanim w pełni wyartykułowała prośbę. Kiedy przytuliła się do jego boku, ułożyła głowę na jego ramieniu, a dłoń na jego piersi, wiedział, że jest stracony. Jej ciało pasowało idealnie do jego własnego. Ciepło, które biło od niej i spokojny oddech zasypiania nadawały harmonijny rytm biciu jego serca. Podniecenie budziło się do życia. Tylko rwący bok przypominał, że nie czas na swawolę lędźwi. Pinocej próbował wyplątać się z objęć Soelli, bo myślał, że już śpi.

Nie odchodź, proszę. – Przywarła szczelniej, a boskie ciało przeszył sztylet bólu.

Naciskasz na ranę – wycharczał z kaszlem.

Położę się z drugiej strony – zaproponowała, a on przytaknął.

Dziewczyna zamiast wstać i obejść posłanie, dźwignęła się na rękach. Próbowała przenieść ciężar ciała nad Pinocejem. Niestety, jej kostka zaplątana w koc nie pozwoliła wykonać manewru z wdziękiem. Kiedy udem otarła się o męską bieliznę, Pinocej nie krył rozbawienia.

Soe, zaraz zacznie ci przeszkadzać inna twardość. 

Nie zrozumiała aluzji.

Złapał dziewczynę za biodra i uniósł tak, że nie mogła kolanami sięgnąć do podłoża. Potem położył po swojej prawicy, a ona przytuliła się równie mocno co wcześniej. Głaskał jej nagie ramię, wsłuchiwał się w przyspieszające bicie serca. Czuła to samo co on. Głód, którego nie zaspokoi żadna strawa. Jego palce wnikające pod ramiączko halki, badające obojczyk, sunące wzdłuż pulsującej tętnicy szyjnej w górę, potęgowało apetyt na coś całkiem dla niej nowego. 

Soe? – szepnął, a kiedy uniosła głowę i spojrzała mu w oczy, zbliżył usta do jej ust. Nie pocałował. Po prostu otarł wargami, po czym przesunął je na policzek. 

Jesteś zbyt intensywna, żebym sobie odmówił – szepnął Pinocej. Czując jak jej ciało się spina, nie pozostawił cienia wątpliwości co do swoich zamiarów. Zaczął całować linię szczęki.

Co ze mną robisz? – spytała, gdy odkryła pragnienie rodzące się nie tylko w głowie. Każda komórka jej ciała dotknięta przez Pinoceja błagała o więcej.

On zaś nie dosłyszał pytania. Żądza przysłoniła mu jasność myślenia. Delikatnie obarczał Soellę ciężarem swojego ciała, okrywał sobą i pocałunkami. Stanowczym chwytem uniósł jej kolano na wysokość swego biodra, po czym zsunął palce po udzie. Ułożył się między jej nogami i sugestywnie pocierał męskością ukrytą w szortach o jej wrażliwe miejsca, których już nie zakrywała halka. 

Pinocej? – sapała.

Mhy hy? – Jego usta właśnie wracały do miejsca, gdzie zaczęły swoją podróż. 

Nie powinniśmy. – Złapała go za włosy i zmusiła, by spojrzał jej w oczy. – Chyba nie powinniśmy – powtórzyła, a spojrzeniem wyraziła wszystkie swe obawy.

Chyba? To mało przekonujące słowo. – Roześmiał się. Palcami sunął w dół jej ciała, a dotykiem swym wywoływał gęsią skórkę. – Przekonaj mnie.

Nie chcę! – jęknęła, kiedy przykrył dłonią jej kobiecość.

Trudno mi w to uwierzyć. 

Roztarł w palcach gęste ciepło, produkt uboczny jej podniecenia, a potem zsunął bieliznę i pozwolił swemu pożądaniu doświadczyć tej samej lepkości. Ocierał się delikatnie, naciągając soczyste nitki na swą męskość.

To powiedz mi raz jeszcze, Soe, jak bardzo tego nie chcesz – wyszeptał wprost w jej usta.

Nieznacznie pokręciła przecząco głową, ocierając nosem o jego własny. Czuła się przytłoczona tą bliskością. Onieśmielona boską nagością.

Tak myślałem.

Miała przymknięte oczy, ale kiedy przyłożył wargi do jej ust, czuła jak bardzo ich skóra jest naciągnięta uśmiechem. Naparł biodrami, a Soella zorientowała się, że to ostatni moment, by przerwać tę niebezpieczną zabawę. Wsparła dłonie na piersi Pinoceja w bezowocnej próbie odsunięcia go. Kiedy chciała wyartykułować swój sprzeciw, on uznał rozchylone wargi za zaproszenie do pocałunku. W chwili, gdy językiem wdzierał się w jej usta, zaborczy penis wtargnął w jej kobiecość. 

Jęk stłumiony jego oddechem, bunt ciała słabnący z każdym następnym posunięciem. Gorąc rozlewający się nie tylko po podbrzuszu, ale ogarniający również uda. To wszystko pokazało Soelli jak bardzo chce być w czyimś posiadaniu. Odwzajemniła pocałunek, a zrobiła to w taki sposób, że nie tylko Pinocej doświadczył jego wyjątkowości, ale również jedyny widz tego przedstawienia uwięziony w jego głowie. 

Kiedy Benjamin oderwał usta od Soe, patrzyła na niego rozradowanymi oczami. Nie Soe. Nina. Benjamin był znów sobą, nie tylko wspomnieniem. Po Pinoceju został mu wzwód i silna potrzeba dokończenia wspomnienia. Pocałował boginię, zachłannie zagarniając jej ciało pod siebie. Nina nie pozostawała dłużna. Guzik po guziku rozpinała koszulę.


Mam nadzieję, że tą dłuższą częścią wynagrodziłam choć odrobinę moją wakacyjną nieobecność.

Jestem dziś do waszej dyspozycji.

Zapraszam, opowiedzcie mi o wrażeniach po przeczytaniu tej części, opowiedzcie o swoich wakacjach, a może ja zdradzę wam to i owo o moich,

Oto Jadzia Gibson:

Cześć! Jestem taką samą dziewczyną jak ty. Mam dwie nogi, dwie ręce, a nawet i dwa cycki by się znalazły. Szczęśliwie posiadam również palce, którymi dla was wystukuję moje sprośne fantazje. Mam też ogromne poczucie humoru – twierdzą tak przynajmniej dwie osoby: ja i mój Zygmunt. A czy wy dołączycie do tego grona?

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. P
    PAT
    | Odpowiedz

    Kuźwa wiedziałam żeby nie czytać tego w pracy….🙄 dzisiaj wieczorem czytam od pierwszej części …. muszę sobie przypomnieć tekst 🤔 w sumie to brakowało mi tych środowych czytanek…. good job 👏

    • J.Gibson
      | Odpowiedz

      Oj czytaj PAT czytaj! Bo akcja teraz bedzie sie zageszczac.
      Jestem ciekawa, co mi opowiesz, gdy przypomnisz sobie tekst.
      Wlasnie pisze czesc 9 i szykuję tam kilka wskazowek dla czujnego oka.

  2. A
    Anonim
    | Odpowiedz

    😁 mnie też

    • J.Gibson
      | Odpowiedz

      Oh dziekuję!

  3. Babeczka
    | Odpowiedz

    Powiem ci, że nie mam żadnego pomysłu na rozwiązanie. Coś tam mglistego się rysuje, ale tylko mglistego 🙂

    • Jadzia Gibson
      | Odpowiedz

      Od razu uprzedzam, ze zrezygnowałam z pomysłu na konflikt iście w Edypowym wydaniu. Czy to zawezilo ci prognozy na ciąg dalszy😂😂😂

  4. Jo Winchester
    | Odpowiedz

    Ja też przy wolnej chwili będę musiała odświeżyć cały tekst 🙂

    • Jadzia Gibson
      | Odpowiedz

      Odswiezaj, bo teraz to juz bedzie tylko jazda po bandzie😂😂😂

  5. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    Jestem świeżo po seansie “Pewnego razu… w Hollywood” i film mocno mi w głowie siedzi, więc komentarz może być ciut nieskoordynowany 🙂 W kwestii zaskakiwania odbiorcy, to Jaga dorównuje Tarantino 🙂 Retrospekcja wielce interesująca i oczywiście, nic nie wyjaśnia, tylko budzi następne pytania. Morfelina – kolejna interesująca postać, ze sporym apetytem – i Pinoś, i synowie Posejdona:), i malowniczymi określeniami: “na kiszoną walerianę” 🙂 🙂 Wrażenia Morfeliny – “gęsia skórka i niepokojący dreszcz, Deja vu” – ciekawe, bardzo ciekawe. Świetny pomysł z tym różnicowaniem łez – malownicze i takie… bajkowe, a może raczej baśniowe.
    Benji znowu pokazał się nie od najlepszej strony – grzecznym chłopcem to on zdecydowanie nie jest. “Jesteś zbyt intensywna, żebym sobie odmówił” – niezły tekst, Benji 🙂
    Co do wydarzeń z przeszłości, to zagadka goni zagadkę: “Nie! Tylko nie on!” – znaczy się, że Benji z przeszłości, której nie pamięta (co jest bardzo ciekawe i natrętnie pcha się hipoteza, że ktoś mu “dysk” wyczyścił albo przeformatował) znał Pichtona – białego niedźwiedzia. Ludzka krew u zmiennokształtnego? Brat?! No to się porobiło… znaczy się, diabli wiedzą co, bo nie mamy pojęcia o co w tym wszystkim chodzi 🙂 I kto jest matką Pinoceja? Pinoś wiedział też, że Nina nazywa się Soella. I co za “znajoma”? Z którego świata? Benji był pewien, że nie mógłby zabić własnego brata – co się wydarzyło w jego rodzinie, czego tak naprawdę strzegły Belea i Soe, że Pichton chciał je zabić, a Benji w ich obronie zabił brata? Spory ciężar gatunkowy na tym spoczywa. Czym jest świat Paganaku i czego dotyczyły kłamstwa, którymi karmiono Soellę? “Po Pinoceju został mu wzwód…” – niezła pamiątka 🙂 A scenka miłosna bardzo apetyczna 🙂 Potrafisz dobrać słowa, by delikatnie i zmysłowo zmagania miłosne przedstawić, a zarazem bez popadania w “ochy” i “achy”. Aż tak bardzo ta “inna twardość” nie przeszkadzała Soe 🙂 Cześć mocno wypasiona i soczysta – można wybaczyć dwutygodniową absencję 🙂 No ale tak, przecież trzeba wziąć ciurkiem dwa tygodnie urlopu, żeby świadczenie urlopowe wypłacili 🙂

    • Jadzia Gibson
      | Odpowiedz

      Juz widzialas Pewnego razu?
      I jak?
      Obsada kosmiczna!
      Morfelina tez minsie podoba. A kojarzysz taka kreskowke Beetlejuice? No to tam trzeba bylo powiedziec trzy razy jego imie zeby go przywolac i tak mi sie to spodobalo, ze ja zawsze na Zygmunta wolam trzy razy i on sie pojawia. A odbywa sie to mnie wiecej tak:
      Ja:Zygmunt.!
      Zygi: Co?
      Ja[glosniej]: Zygmunt!!
      Zygi: Czego?
      Ja [zdzieram gardlo]: Zygmunt!!!
      No i on w koncu do przychodzi, czyli sie pojawia. Po pechowych trzynastu latach razem skrocilismy ten dialog do trzech zawolan Zygmunta. Okazalo sie, ze jak nie robie dluzszych zpacji miedzy Zygmuntb a Zygmuntb to on nie ma kiedy wtracic swoje wiec przychodzi od razu😂😂😂
      Jesli chodzi o łzy to natchnelo mnie “łzy jak grochy”.
      Pinocej nie jest taki do rany przyłóżb ale zdazy sie wybielić.
      Puzle w koncu wskocza na swoje miejsceb bo kazzda tajemnica odgrywa mniejsza lub wieksza role w tworzeniu tego brazu, ale juz blizej niz dalej.
      Iesze sie, ze scenka przypadla do gustu.
      Urlop potrzebny był.
      Rany Julek! 2 zaczal zycie dzieki temu urlopowi. Jak i wiele innych projektow, ktore rozpoczelam.
      Dziekuje Tony, ze ze mną jesteś!
      Komentarze od ciebie to czysty miód. Ja najbardziej lubie ciemnyb gryczany. On tez chyba do tych najgestniejszych nalezy. I te twoje komentarze sa dla mnie takim miodem… 😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘😘

  6. T
    Tony Porter
    | Odpowiedz

    “Pewnego razu…” to prawdziwa filmowa uczta, a obsada wymiata. Nie jestem wielbicielką Brada Pitta, ale nie sposób się nim w tej roli nie zachwycić. Taki duet z Leo tworzą, że paluszki lizać. Polecam zdecydowanie.
    “Sok z żuka” kojarzę tylko w wersji filmowej – doskonałej zresztą. Dłuższa spacja dawała Zygmuntowi czas do namysłu – zupełnie niepotrzebny 🙂 A tak, komenda raz-dwa i Zygmunt stawia się na rozkaz.
    Zaniepokoiłaś mnie tym “zdąży się wybielić” odnośnie Pinosia. Zdąży przed czym? Oby nie przed śmiercią. Własną bądź Soelli!!!
    Benji żywił przekonanie, że w przeszłości Ninki znajdzie rozwiązanie i przyczynę porwań jego nimf, a tymczasem zdaje się, że jego przeszłość jest nie mniej, o ile nie bardziej, istotna w tej sprawie.
    Urlop zawsze jest potrzebny 🙂 Cieszę się, że tak efektywnie go wykorzystałaś, bo stęskniłam się za dziadkiem Edwardem, a i ciekawa jestem Twoich literackich pomysłów.
    A proszę bardzo 🙂 Ja dziękuję, że pozwalasz się swymi opowieściami delektować 🙂 Gryczany miodzik dobry jest, oj, bardzo dobry. Aha! Żeby za słodko nie było, to powiem, że “kilkudziesięciolatka” pisze się razem – wprawdzie Word to podkreśla, ale słownik ortograficzny upiera się przy łącznej pisowni 🙂

Napisz nam też coś :-)