Skręt

with 2 komentarze

Skręt opowiadanie erotyczne sf o seksownym przedstawicielu innego gatunku.- Cholerny świat! - mruknęłam, uchylając okno w samochodzie.

Siedziałam w aucie, które właśnie odmówiło dalszej jazdy. Stałam na leśnej, słabo uczęszczanej drodze i myślałam co tu dalej zrobić. Nie znam się na autach, więc nie naprawię sama. Paliwo jest, więc to nie to. Zostawić go tu nie mogę, bo jadę właśnie na samotny tydzień w głuszy w letnim domku rodziców i mam pełny (aż za pełny) bagażnik jedzenia, ciuchów i innych najpotrzebniejszych.

- Cholerni faceci! - właśnie się rozstałam. Mojemu byłemu zachciało się innych, niż moja, piczek. Kutafon jeden!
Mieliśmy jechać razem na ten upojny tydzień, a teraz jadę sama i upajać się będę... winem i własnymi palcami...

Telefon! No właśnie... Znaleźć go w torebce... Ta... Scyzoryk, portfel, podpaski, trzy opakowania prezerwatyw (cholerni faceci!), kosmetyki, perfumy, skręt... Skręt?! O cholera! Zupełnie o nim zapomniałam! Od miesiąca nosiłam pudełeczko z prezentem od kumpeli. Zabawne. Jak można o czymś takim zapomnieć??? Telefon! Jest.

Brak zasięgu. Nie dziwota, na takim zadupiu. Wysiadłam i zaczęłam szukać sygnału, chodząc z telefonem przed nosem. Nic i dalej nic. Oddaliłam się już sporo od samochodu i zaczęłam wpadać w lekką panikę. A jak nikt tędy nie przejedzie przed zmrokiem? Jak w horrorach... Spać w aucie w lesie? No nie wiem... Muszę pomyśleć. Wróciłam do samochodu. Zapaliłabym papierosa. Czasami mnie nachodzi na nikotynkę, ale jej nie miałam. Pewnie w domku letnim są jakieś fajki, ale do celu było co najmniej dziesięć kilometrów. Była trzynasta, a od najbliższej chałupy dzieliło mnie około siedmiu kilometrów. Mają traktor to mnie ściągną. Ok. To jest dobry pomysł!

Spojrzałam na skręta. Czemu nie? Ściągnę ze dwa machy, to się odprężę. Wcisnęłam zapalniczkę, ciekawa czy zadziała. Pstryknęła i wyskoczyła. Działa!

Zaczęłam się zaciągać. Mam śmieszny organizm. Wszelkie używki momentalnie działają i niestety szybko ze mnie wietrzeją. W efekcie, gdy impreza się już rozkręca, ja mam właśnie kaca i brak ochoty na dalszy ciąg. Z trawą jest to samo. W momencie wdechu czuję, że otoczenie się zmienia. Teraz spowalniało, a ja dostrzegałam kolory wyraźnie i ostro. Ostra zieleń igieł na choince przy oknie pasażera wyglądała jak setki cienkich palców, dotykających szkła. Jakby pieściły szybę i chciały wedrzeć się do środka i mnie dotknąć. Ciekawe, jaki jest ich dotyk? Muszę to sprawdzić. Otworzyłam okno i pociągnęłam gałązkę. Nie chciała się widać rozstać z gałęzią, więc musiałam szarpnąć. W efekcie kawał gałęzi miałam w aucie a ja sama wylądowałam na plecach, w poprzek siedzeń. To było śmieszne! Śmiałam się jak idiotka, prawie płacząc i obejmując gałąź w aucie. Wyglądała jak kochanek między moimi nogami. Podnieciła mnie ta myśl. Pomagając sobie zębami, urwałam gałązkę i dokładnie ją oglądałam. Była piękna, dokładna i pachniała. I kuła w język, gdy ją polizałam. Chciałam ją przeprosić za złe potraktowanie. Było ciepło, a mnie gorąco. Pocałowałam ją i dotknęłam nią swojej szyi. Delikatne ukłucia rozlewały się ciepłymi plamami po skórze. Wymacałam w popielniczce skręta i pociągnęłam. Za mocno, w efekcie zaczęłam kaszleć. Zgasiłam go i wyciągnęłam butelkę wody spod siedzenia. Piłam zachłannie. Woda smakowała jak słoneczny napój, a bąbelki pieściły język i podniebienie. Ciekawe, jak bym je czuła na skórze? Przechyliłam butelkę nad piersiami. Mokra plama powiększała się, a materiał oblepił skórę piersi, później brzucha. Woda wsączała się w spodenki. Odczuwałam ją jak chłodną rękę kochanka, którą ten wsuwa mi w majtki. Wsunęłam więc swoją, dziwiąc się, jak bardzo oddzieliłam się od niej. Odbierałam ją, jak obcą dłoń. Byłam mokra. Czułam to na palcach, które w siebie wsunęłam.

Nagle zauważyłam, że igiełki gałęzi, która nade mną zwisała zaczęły się wydłużać i ożywać. Poruszały się powoli we wszystkich kierunkach, jakby czegoś szukały. Sięgnęłam do nich ręką i stwierdziłam, że są miękkie i delikatne w dotyku. Igiełki na moment znieruchomiały, a po chwili zaczęły oplatać moje palce. Cała gałąź rosła, rozszerzała się i gęstniała, przybliżając się do mnie. To nie było przerażające, raczej fascynujące. Igły pełzły po moim udzie, jedne w górę, inne w dół, ale nie krępowały moich ruchów. Były jak dotyk wprawnego kochanka. W końcu wpełzły pod moje spodenki. Poczułam, że materiał się napina i cienkie "palce" gałęzi rozrywają materiał. To samo działo się z moją koszulką. Ubranie było potargane, a moje ciało pieściły setki delikatnych, zielonych języczków. Zaczęłam się wić porażona tą pieszczotą. Igiełki poruszały się między moimi udami, po cipce, zagłębiały się w niej, inne kuły sutki i oblepiały szczelnie piersi i szyję. Inne zapełzły w moje usta i bawiły się moim językiem. Czułam się jakby miał mnie wchłonąć ten leśny kochanek. Igiełki, które drażniły wejście do cipki, stwardniały i zgęstniały. Nie mogłam uwierzyć temu co odczuwam! Poczułam, jak wypełniają mnie w środku. Stawały się coraz cieplejsze i twardsze, ale sprężyste, jak... penis. Czułam jak wypływają ze mnie soki, byłam podniecona jak nigdy dotąd! Poruszył się we mnie. Najpierw powoli i delikatnie, jakby sprawdzał, czy mnie nie skrzywdzi. Jęknęłam chcąc więcej. Próbowałam przytulić do siebie tą zieloną istotę. Zaczął się we mnie poruszać, głębiej i szybciej. Cały czas czułam dotyk setek palców, na piersiach na brzuchu, szyi, pośladkach... Nawet między palcami stóp. Gdy myślałam, że nie mogę poczuć więcej, igiełki zaczęły twardnieć pod moimi pośladkami i dociskać mnie mocniej do gęstwiny gałęzi. Rozwarły lekko moje pośladki i zaczęły się we mnie powoli wdzierać od tyłu. Jęczałam i gładziłam nieregularną powierzchnię mojego kochanka. Teraz i w pupie czułam dotyk wydłużających się palców. Ruchy zieleni przyśpieszyły, jakby dostosowując się do mojej rosnącej wciąż rozkoszy. Pragnęłam mocniej i szybciej. I tak się stało. Zacisnęłam powieki i odbierałam tylko doznania, zapach lasu, kołysana w ramionach zieleni. Wypełniała mnie od środka, oblepiała na zewnątrz, czułam jej gwałtowne ruchy w środku... I wreszcie błysk światła połączył się z głośnym szumem lasu i moim krzykiem. Rozkosz rozlewała się po mnie i we mnie nie chcąc osłabnąć. Znikałam i się rozpływałam...

PUK, PUK, PUK.

Zamarłam. Czy to mi się wydaje? Cisza.

PUK, PUK, PUK.

- Proszę pani! - a więc jednak mi się nie wydawało. - Czy z panią wszystko w porządku?

Zerwałam się. Czyli tamto mi się tylko śniło? Szkoda, bo było piękne... Po stronie kierowcy stał... policjant i pukał o wpółotwarte okno czarodziejską różdżką. O kurczę! To tak teraz wyglądają policyjne pałki?

- Co pani tu robi? - zauważyłam, że jest młody i przystojny. Uśmiechał się dwuznacznie, patrząc na moje, dobrze widoczne pod mokrą koszulką piersi i stojące sutki. Nie poczułam o dziwo wstydu, tylko dreszczyk podniecenia pod pieszczotą jego oczu. Pochylił się bliżej szyby i zaciągnął się znanym mu, najwyraźniej zapachem.

- Co my tu mamy?... - zawiesił głos. - Raczy się pani używkami, będąc kierowcą? - uniósł pytająco brew.

Opuściłam szybę samochodu do końca.

- Niedoszłym kierowcą - odparłam. - Auto mi zdechło.

- I co teraz? - zapytał, wędrując wzrokiem od moich piersi niżej na moje uda.

- Czekam na wybawcę - uśmiechnęłam się zalotnie, czując dreszczyk w lędźwiach spotęgowany działaniem trawy i snu - Może pan mnie wybawi... PANIE WŁADZO? - zapytałam ochryple.

Patrzył na mnie z rozszerzonymi źrenicami. Policyjną pałkę wciąż opierał o krawędź okna. Podniosłam dłoń i zaczęłam wodzić palcem po czubku pałki.

- Będę wdzięczna - uśmiechnęłam się.

Wyprostował się, przez co nie widziałam jego twarzy. Przegięłam? Nie. Pochylił się znowu.

- Czego pani potrzeba? - zapytał, patrząc mi w oczy.

Nic nie odpowiedziałam, bo co tu mówić. Oblizałam usta ciekawa, co zrobi dalej. Przez okno wsunął policyjną pałkę i obrysował jej czubkiem moje usta, przesunął ją w dół i przejechał po szyi, pomiędzy piersi i do sutka, który, wydawało mi się, stwardniał jeszcze bardziej. Jęknęłam i zamknęłam oczy. Dotyk się urwał. Otworzyłam oczy. Jego twarz był tuż przy mojej. Czułam jego ciepły, pachnący miętą oddech. Pocałował mnie, jakby mnie badał ustami. Pocałunek trwał i się pogłębiał, rozpalając moje przytępione, a może wyostrzone skrętem zmysły. Przestał mnie całować i tylko patrzył. Znów przysunął mi do ust pałkę policyjną i wodził nią po wargach. Wysunęłam język i polizałam czubek. Był słony jak... Zaczęłam go ssać i lizać zagłębiając w ustach. Patrzył na to z z zaciśniętymi szczękami. Znów się wyprostował. Teraz na wysokości oczu miałam jego rozporek. Wyciągnęłam rękę i rozpięłam suwak, guzik, wreszcie go miałam w dłoni. Twardy i cudownie pachnący. Przez chwilę go wąchałam. Niecierpliwie przysunął biodra bliżej, napierając czubkiem na moje usta. Tak jak wcześniej jedną, tak teraz drugą "pałkę" zaczęłam wpierw lizać, a po chwili ssać czubek i coraz głębiej brać w usta. Jedną dłonią obejmowałam go u nasady, a drugą pieściłam jądra. Zaczęłam się w tej czynności zatracać, robiąc to coraz szybciej i gwałtowniej. Usłyszałam jego jęk, a po chwili gorąca sperma wystrzeliła mi w usta. Połykałam ją łapczywie, smakowała, jak nic dotąd. Męskością, lasem i czymś jeszcze. Delikatnie wylizywałam ostatnie krople wypływające z drgającego członka, gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwi samochodu. Zapomniałam się zdziwić, raczej zaciekawiło mnie, kim jest druga osoba. Do mojego auta podszedł drugi policjant. Też mi się podobał. Choć w obecnym stanie napalenia, nawet człowiek z trawy by mi się spodobał...

- Masz ochotę na więcej? - uśmiechnął się do mnie.

- Tak - wyszeptałam.

- To wysiądź z auta.

Szarpnęłam za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły. Siłowałam się z klamką.

- Blokada - beznamiętnie stwierdził.

No tak, blokada drzwi, zapomniałam. Nacisnęłam "odblokuj" i chwiejnym krokiem wysiadłam.

Patrzył mi w oczy. Speszyłam się.

- Pani zachowanie jest bardzo nieroztropne - stwierdził.

- Co przedstawiciele władzy robią w środku lasu? - spytałam bezczelnie.

Nic nie odpowiedział, tylko ujął mnie za łokieć i poprowadził na przód samochodu, odwrócił mnie tyłem do siebie i pchnął na maskę auta. Zawsze kręcił mnie ten filmowy gest policjantów. Oparłam się o rozgrzany metal i wypięłam pupę. Najpierw głaskał tylko i ugniatał moje pośladki przez spodenki. Po chwili ściągał je powoli, ciesząc zapewne oczy krągłościami i widokiem mojej spuchniętej i ociekającej sokami cipki. Wysupłałam się z ze spodenek i czekałam na ciąg dalszy. Myślałam, że od razu we mnie wejdzie, tymczasem poczułam jego język. Jęknęłam i wypięłam pupę jeszcze bardziej. Drażnił językiem moją łechtaczkę, przygryzał pośladki i wsuwał we mnie język. Gdy już myślałam, że więcej nie zniosę i eksploduję, wstał i zaczął rozpinać spodnie. Przyglądałam mu się przez ramię. Jego penis był dłuższy. Ujął go w dłoń i zaczął mnie nim okładać po pupie, by po chwili wejść we mnie na kilka centymetrów. Znów go wyjął i poklepywał mnie nim po pośladkach.

- Zerżnij mnie wreszcie! - prawie wykrzyczałam.

Zaśmiał się, po czym wbił się we mnie mocno. Jego powolne ruchy rozpalały mnie do czerwoności. Zaczęłam jęczeć. Czułam zbliżający się orgazm. On też to wyczuł i nagle przestał. Miałam go ochotę uderzyć. Ze złością zdarłam z siebie koszulkę. Zmusił mnie bym uklękła i wzięła go do ust. Czułam ssanie w dole brzucha i głodną pustkę w cipce. Na szczęście mój pierwszy kochanek postanowił ją wypełnić. Wszedł we mnie i zaczął mnie gwałtownie rżnąć. Czułam, że dłużej nie wytrzymam. Nie umiałam już ssać kutasa w moich ustach. Po prostu zaciskałam dłonie na biodrach mężczyzny, a usta na jego penisie i zaczęłam się poddawać obezwładniającym falom rozkoszy. Mężczyzna, którego miałam w ustach, objął dłońmi moją głowę i... zaczął mnie pieprzyć w usta, szybko i głęboko. Po chwili znieruchomiał, a porcje jego spermy spływały mi prosto do gardła. Wypuściłam go z ust, niezdolna już do niczego poza odczuwaniem przyjemności i gdyby nie silne ramiona kochanka za mną, byłabym upadła. Choć wydawało mi się to niemożliwe, jego ruchy przyspieszyły, aż w końcu krzyknął i znieruchomiał. Widziałam światło eksplodujące w mojej głowie i rozlewające się po całym ciele... Znikałam...

PUK, PUK, PUK.

Co jest?

PUK, PUK, PUK.

- Pani! Nic pani nie jest? - to z zewnątrz samochodu. - Miała pani wypadek, czy cuś?

Cholera! To też mi się śniło! Ja pierdziu! Co ja wypaliłam?!?! Za oknem stał starszy facet w koszuli z podwiniętymi rękawami, w spodniach na szelkach i mimo upału, w kaszkiecie na głowie. Tutejszy. Szybko usiadłam i przetarłam oczy.

- Dzień dobry - uśmiechnęłam się słabo. - Auto mi się popsuło.

- Przysnęło się pani - ni to spytał, ni to stwierdził. - Przyślę tu koguś do pańci z traktorem, to odholujemy ją.

- Będę bardzo wdzięczna - co za ulga. - Dziękuję - dodałam.

- Pani tu poczeka.

No pewnie, że poczekam, pomyślałam, a gdzie niby miałabym iść? Wsiadł na furmankę i klnąc siarczyście, starał się ominąć mój samochód po wyboistym "poboczu". W końcu pojechał. A ja siedziałam i przeżywałam najzajebistszy seks mojego życia, który miał miejsce... w mojej głowie. Po godzinie usłyszałam, a później zobaczyłam - pyrkający i trzęsący się traktor. Nawrócił na polance nieopodal i podjechał do mnie tyłem. Z pojazdu wyskoczył facet. O cholera! Ten to był przystojny...

- Czy pan jest naprawdę? - spytałam.

Zatrzymał się w połowie drogi z osłupiałym wyrazem twarzy.

- Mam nadzieję - stwierdził z uśmiechem. - A nie wyglądam?

- Sama już nie wiem - wyciągnęłam rękę w geście przywitania. - Barbara.

- Cześć - odwzajemnił gest - Andrzej.

- Aaauuu!!! - krzyknęłam.

- To żebyś nie miała wątpliwości czy to naprawdę. Uszczypnięcie to ponoć najlepszy sposób.

Rozbawił mnie. Nie mogłam nie zauważyć, że mi się przygląda. Najwyraźniej też mu się podobałam.

- Gdzie cię odholować?

- Na końcu wioski jest domek letni. To około dziesięciu kilometrów stąd - wyjaśniłam.

Podczepił moje auto na hol.

- Wskakuj i jedziemy.

Jechaliśmy długo, ale nigdzie mi się przecież nie spieszyło. Na miejscu odczepił moje auto.

- Mogę wieczorem wpaść zajrzeć pod maskę, jeśli chcesz. Znam się trochę - uśmiechnął się nieśmiało.

- Poproszę - ucieszyłam się - Z nieba mi spadłeś.

Nic już nie odpowiedział, tylko wskoczył do traktora i poturlał się nim do wioski. Wypakowałam wszystko z bagażnika, załączyłam i zapchałam jedzeniem lodówkę i poszłam się umyć. W końcu odświeżona, uspokojona, ale wciąż podniecona złapałam telefon i po znalezieniu zasięgu zadzwoniłam do Agnieszki.

- Cześć Baśka - przywitała mnie.

- Coś ty mi za zioło dała zmoro?!?! - nakrzyczałam na nią na wstępie.

- Chcesz mi powiedzieć, że miesiąc czekałaś z wypaleniem tego? - zdziwiła się Aga.

- Tak wyszło - odparłam. - Co to było?!?!

- Sama nie wiem. Też to dostałam w prezencie. I jak ci było? - spytała ze śmiechem. - My z Tomkiem przez dwadzieścia godzin nie wychodziliśmy z łóżka, a na drugi dzień nie umiałam chodzić, tak mnie cipka bolała, ale było super.

- Daj spokój! - Ja się z drzewem, a później z policjantami pieprzyłam! - Przebij to!

- Że co?!?

- Nic, nic. Jutro ci wyjaśnię - i pozostawiając ją z niedosytem informacji, rozłączyłam się.

Właśnie pod domek podjechało niewielkie terenowe auto, z którego wyskoczył Andrzej. Wyciągnął skrzynkę z narzędziami i podszedł do mojego auta. Stwierdziłam, że dosyć podglądania, idę do niego. Może jednak ten tydzień będzie przyjemniejszy niż myślałam. Hmmm. No i mam jeszcze pół skręta w popielniczce...

Tego popołudnia, Andrzej zbadał moje auto i stwierdził, że padł najwidoczniej alternator, a w ślad za nim akumulator. Udawałam, że owszem, rozumiem co do mnie mówi, oczywiście awaria i tere fere. Tak naprawdę nie wiedziałam o czym do mnie gada, ale przystojny był, więc na tym się skupiłam. Niestety, po przejściu do innych tematów okazało się, że jesteśmy permanentnie niekompatybilni. Jego strasznie zmaterializowane poglądy, zniechęciły mnie skutecznie do zagłębiania się w jego psychice i uniemożliwiły dalsze poznanie. Po prostu nie moja bajka. Dla mnie nie ma namiętności bez fascynacji facetem. Tu jej nie mogło być. Bez szans. A seks uprawiany jak sport pozostawał wyłącznie w mojej głowie. Podziękowałam za pomoc, zaproponowałam zapłatę i uprzejmie się wycofałam z dalszego ciągu. Wkurzył się, ale oszacowawszy widać swoje szanse i "zabiegi", które musiałby powziąć bez gwarancji sukcesu, odpuścił. Szybko odpuścił, trochę zabolało...

Noc przespałam bardzo nerwowo i niespokojnie, z częstymi pobudkami pomiędzy sennymi majakami. Miałam powtarzający się sen. Atakowała mnie zieloność. Napierała na mnie zapachem i dotykiem ruchliwych odnóży. Budziłam się zlana potem, z uczuciem strumieni prądu, pełzających po skórze. Może usuwałam właśnie toksyny, które dobrowolnie przyjęłam, paląc skręta? Nad ranem zmęczona i wkurzona zwlekłam się z łóżka i stwierdziłam, że czas na śniadanie. Zrobiłam sobie kawę, herbatę, kanapki, włączyłam radio i myślałam. Zapętliłam się doszczętnie w odtwarzaniu snu o zielonym kochanku. Zawładnął całkowicie moim umysłem. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym jak o jego palcach i... ciele? A gdyby tak przywołać ten sen jeszcze raz? Gdyby zapalić jeszcze raz i przywołać go z odmętów mojego umysłu? Przestałam jeść i prawie przestałam oddychać. Musiałam to zrobić! Musiałam poczuć TO ponownie! Zerwałam się od stołu, zgarnęłam po drodze zapałki i pobiegłam do auta, do popielniczki. Wyjęłam śmierdzącego peta i poszłam do sąsiedniego lasu. Pomyślałam, że wśród drzew łatwiej mi będzie GO przywołać. Usiadłam pod drzewem, odpaliłam zapałkę i zaciągnęłam się ostrożnie. Tempo otoczenia zaczęło spowalniać. Jeszcze jedno zaciągnięcie i zgasiłam peta, owinęłam go w papierek i schowałam do kieszeni. Czekałam. Minuta, dwie, nic... Nie rozglądałam się na boki, nie chciałam umundurowanych fantazji. Chciałam JEGO! Zamknęłam oczy i zaczęłam wołać wewnątrz głowy. Przyjdź błagam, przyjdź do mnie! Nic się nie działo. Byłam tu sama i samotna, w pełnym życia lesie. Zdjęłam buty i przywarłam stopami do ciepłego mchu oraz... igiełek. Znajome uczucie zaczęło się rozpływać wzdłuż nóg w górę i dalej po ciele. Przyjemny, elektryzujący dreszczyk. Otworzyłam szeroko oczy w nadziei, że już tu jest. Przy drzewie przede mną był ni to krzew, ni to powój, którego wcześniej nie widziałam. Czy to już?! Czy to ON? Podpełzłam do TEGO na czworaka i patrzyłam. Poruszył się, nie jak od podmuchu wiatru, ale jak ożywiona roślina. Gałązki wysunęły palczaste odnóża w moją stronę i dotknęły mojej twarzy, delikatnie, jak motyle. Badały policzki, kształt nosa i ust, zielone palce zaczęły się wydłużać, obejmując teraz uszy, szyję i pełznąc dalej po plecach.

- Kim jesteś? - gdy zadałam to pytanie, palce zatrzymały się i usłyszałam szum liści... igieł? Czekałam. Nie mogłam przecież usłyszeć słów, odpowiedzi, której w takiej sytuacji udzielają ludzie. Rozmawiałam z CZYMŚ. Jak to COŚ ma się ze mną porozumieć?

- Kim jesteś? - ponowiłam pytanie.

Znów szum, ale inny, jakby włączyły się w ten szum dźwięki, jakie wydaje delfin. Zaintrygowana, czekałam.

- Porozum się jakoś ze mną - poprosiłam. Starałam się wysłać tą prośbę słowem i umysłem. Odpowiedź usłyszałam natychmiast w głowie, czystą i dźwięczną.

- Jestem zmiennokształtny.

Byłam zszokowana. Boże! Czy to wpływ toksyn, mącących moje postrzeganie rzeczywistości?!

- Co to znaczy? - znów zapytałam umysłem.

- Jestem z innego wymiaru, znalazłem się tutaj przez przypadek i dzięki tobie.

- Nie rozumiem! Jak to przez przypadek? - klęczałam tak w objęciach zielonych wijek, patrząc w bezkształtną masę igieł i zieleni, próbując zrozumieć swój... omam?

- To znaczy, że znalazłem się tu, ponieważ przyciągnęła mnie tu energia. Gdy przemieszczałem się obok... obiektu, w którym byłaś, przepływałem przez najbliższe mojej budowie twory twojej natury, przyciągnęła mnie twoja energia. Wessała mnie, a ja wessałem ją. To mnie uratowało i dało mi energię by żyć.

Nic z tego nie rozumiałam. Może spotkałam właśnie UFO, ale gdzie spodek? Jest owszem zielony, ale... ON powinien być zdaje się człekokształtny i z wielką głową... oczami...

Ciekawość walczyła ze strachem i podnieceniem, od którego prawie dygotałam.

- Czy mnie skrzywdzisz? - spytałam.

- My nie krzywdzimy, to wbrew naszym zasadom. Nie zabieramy niczego niezbędnego innym istotom do życia. Wziąłem tylko twój prąd, dałaś mi go - i znów niejasna odpowiedź.

- Co rozumiesz przez stwierdzenie, że wziąłeś mój prąd? - chciałam wiedzieć.

- Wziąłem prąd z obiektu, w którym siedziałaś i ten, który wyprodukowałaś - odparł zwięźle.

- Wyprodukowałam prąd? - to mnie zaintrygowało.

- Tak. Gdy dotknąłem twojej powłoki, twojego ciała, odebrałem uderzenie bardzo silnego strumienia energii. Wasze źródło światła nie pozwala na szybką regenerację sił, nie tak jak nasze. Zacząłem słabnąć i opadać z sił. Mogłem zginąć gdyby nie ty.

Tego było już za wiele, niczego z tego nie rozumiałam.

- Jak ja wyprodukowałam prąd i jak ty go wziąłeś!! - to już wykrzyczałam w głowie.

- Dotknąłem twojego ciała i poczułem silne wibracje, gdy przylgnąłem na większej powierzchni, twoja energia wsączyła się we mnie jak woda, a gdy wszedłem do ciebie, do środka, twój prąd po prostu mnie poraził. To było uczucie, którego doświadczyłem po raz pierwszy. Takiego źródła nie ma w naszym wymiarze. Dziękuję - dodał na zakończenie.

On dziękuje? On kpi! Mogę mu oddać cały swój prąd w ten sposób, jeśli dobrze zrozumiałam co miał na myśli...

- Więc dotknij mnie znowu - poprosiłam.

Cisza. Nic nie mówił, a ja nie wiedziałam gdzie patrzeć, normalnie patrzyłabym w oczy osobie, którą proszę o coś takiego. Ale tu nie było oczu...

- Barbara! - tego już nie usłyszałam w głowie.

- Barbara! Gdzie jesteś? - to był głos Andrzeja. Udam, że nie słyszę.

- Barbara!!! - głos stał się natarczywy i wiedziałam, że nie mam wyjścia, muszę iść, bo nie odpuści.

- Idę, jestem w lesie - wydarłam się wpatrzona w zieloność. Płakać mi się chciało, że muszę GO zostawić.

- Przyjdź do mnie. Znajdź mnie proszę - poprosiłam w głowie.

- Przyjdę - usłyszałam szept w mózgu.

Powlokłam się w stronę domku. Andrzej, uczynny i honorowy człowiek przyprowadził mechanika samochodowego, który to następnie stwierdził awarię taką i siaką i wymianę tego i owego w cenie takiej takiej i śmakiej. Pierdoły, którymi nie miałam ochoty teraz zaprzątać swoich myśli. Umówiłam się na cenę, termin i pa pa. Nie mogłam się doczekać, aż sobie pójdą. Poszli wreszcie, a ja siedziałam na werandzie, patrząc w las, na zachodzące słońce, bzyczące owady i mgłę sunącą po polach naprzeciwko. Kiedy minął dzień? Był dopiero ranek... Czy ON przyjdzie? I jak przyjdzie? Wyrośnie przede mną z ziemi? Zaczęło się ściemniać.

Zamknęłam się w domku i w ciszy czekałam. Przyjdzie, czy też z wywietrzeniem skręta rzeczywistość pozostanie tylko rzeczywistością? Zwykła i oczywista.

Mijały godziny, a ja bezczynnie leżałam i nasłuchiwałam dźwięków z zewnątrz. Nic nowego, żadnych INNYCH dźwięków.

- Jestem - to słowo w mojej głowie było jak uderzenie.

Podskoczyłam na łóżku, na którym w niezmienionej pozycji spędziłam ostatnie trzy godziny.

- Gdzie jesteś? - przestraszona, zadałam to pytanie na głos - Gdzie jesteś? - powtórzyłam w głowie.

- Tutaj - krótka odpowiedź.

Rozglądałam się, nerwowo szukając kępy zieleni, ale nic takiego nie dostrzegłam. Nagle, wzrok mój przykuł nieznaczny ruch obok kominka. Domek był drewniany na zewnątrz i wewnątrz, więc zauważyłam tylko zamazanie kształtów słojów na deskach ściany obok kominka. Wstałam i podeszłam bliżej by zbadać zjawisko. Przede mną stał ON. Wyglądał jak ściana, był z drewna, nie potrafiłam określić jego kształtu. Oniemiałam.

- Długo mnie szukałeś? - wydusiłam w końcu.

- Nie musiałem cię szukać. Wyczuwam twoją energię bardzo mocno. Znam ją. Czekałem aż pójdą ci inni twojej rasy. Musiałem mieć pewność, że nie wrócą - wyjaśnił - Kim oni są? Są inni niż ty.

- Są mężczyznami, samcami mojego gatunku, ja jestem samicą. To samce tworzą w nas taką energię. Tą samą, której tak potrzebowałeś - wyjaśniłam.

- Czy oni ci się podobali? - zapytał - Czy wolała byś żebym wyglądał jak oni?

- Nie wiem - zdziwiło mnie to pytanie. - Jesteś niezwykły. Czy jesteś samcem?

- Tak - odparł, wtopił się w ścianę, zniknął.

Stałam osłupiała, coraz bardziej powątpiewając w swoje zdrowie psychiczne. Po pewnym czasie usiadłam, czy raczej padłam na łóżko. To wszystko musiało być snem. Była już noc. Takie rzeczy się przecież nie dzieją! Nie chciałam usnąć, nie umiałabym nawet.

PUK, PUK, PUK.

- Kto tam? - spytałam wystraszona.

- Wpuść mnie - krótka odpowiedź.

Podeszłam wystraszona do drzwi. Zdawałam sobie sprawę, że jestem bardzo oddalona od najbliższych domów, że można by mnie tutaj ukatrupić, a ja mogłabym sobie wzywać pomocy na próżno. Podeszłam do drzwi. Wyjrzałam przez okienko przy drzwiach. Za nimi stał Andrzej. Nagi! Cholera!

- Jest późno Andrzeju. Wróć jutro. Dziś z autem raczej nic nie zrobisz - uśmiechnęłam się, uchylając minimalnie drzwi. Zwariował? Pijany, czy naćpany?!

Nic nie odpowiedział, tylko patrzył.

- Wróciłem. Wpuść mnie - powtórzył.

Dopiero teraz zauważyłam, że mówiąc, nie porusza wargami.

Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- To ty?! - z niedowierzaniem spytałam w myślach otwierając drzwi na oścież. - Dlaczego wyglądasz jak on?!

- Czy to źle? Myślałem, że taki kontakt będzie łatwiejszy - wyjaśnił.

- Jak ty to robisz?! Możesz być wszystkim, czym zechcesz? - spytałam zszokowana.

- Tylko przez jakiś czas. To męczy i zabiera energię. Dużo energii. Wolę być waszą... zielenią. To nie męczy.

Boże, jakie to pogmatwane, pomyślałam, zastanawiając się równocześnie, czy to usłyszał. Weszłam do środka, a on za mną. Starałam się zbagatelizować fakt, że jest nagi.

- Jesteś słaby? - zmartwiłam się - Tyle starania. Żeby mnie nie odstraszyć?

- Jestem. Musiałem znaleźć tego samca, którego postać przybrałem i przeobrazić się. To wyczerpujące - odparł.

W głowie błysnęła mi myśl. Myśl, która z głowy popłynęła do serca i do brzucha, mrowiąc lędźwie.

- Chodź - poczułam dreszcz na myśl o tym, co chciałam zrobić. - Pomogę ci.

Podszedł z twarzą bez wyrazu, zero mimiki.

- Połóż się - poprosiłam - Dam ci moją energię, mój prąd... - mruknęłam.

- Jak ty to robisz? - chciał wiedzieć - Jak sprawiasz, że nie słabniesz, oddając tyle siebie?

- Słabnę, ale tylko na chwilę, później czuję się jeszcze lepiej - wyjaśniłam pokrętnie. Jak mogłam mu objaśnić seks?

Leżał na wznak, a ja zdejmowałam z siebie odzież, której nie było zbyt wiele. Obserwował mnie. Naga położyłam się obok niego, napawając oczy ciałem, którego postać przybrał. Dobrze wybrał. Andrzej był pięknym modelem. Zastanawiałam się, jak udało mu się tak dokładnie go odwzorować. Klatka piersiowa, brzuch, włoski na skórze i mięśnie... Bałam się spojrzeć niżej. Czy i ten szczegół odwzorował? Spojrzałam. Był pięknie spokojny, okolony drobnymi włoskami. Patrzyłam coraz bardziej podniecona i ciekawa, czy to skopiowane ciało zadziała tak, jak jego naturalny dla mnie wzorzec. Dotknęłam jego piersi, zniżając dłoń na brzuch. Jaki ma smak? Polizałam szyję, pierś, zaczęłam ssać sutek. Jęknął, jego ciało reagowało. Przejechałam po idealnie szorstkim udzie ręką, a po brzuchu językiem. Pomruk rozkoszy rozlał się w moim umyśle. Musiałam go posiąść! Ujęłam jego męskość w dłoń i zacisnęłam palce. Jęk w umyśle spotęgował się i zawibrował w brzuchu. Poczułam ssanie, które żądało spełnienia. Jeszcze nie! Poruszyłam dłonią zaciśniętą na jego penisie, a on napiął ciało gwałtownie porażony tą pieszczotą, otworzył usta jakby mu brakło powietrza. Patrzyłam zafascynowana. Musiałam go posmakować! Objęłam go ustami i pieściłam językiem. Jego krzyk usłyszałam w umyśle i... w uszach. Krzyknął! Gardłowo i niekontrolowanie. Pieściłam go, sama podniecając się tą nierzeczywistą sytuacją i władzą, którą nad nim miałam w tej chwili. Językiem poznawałam kształty jego powłoki, nos wchłaniał zapach, który wydzielał, dłońmi obejmowałam jądra, gładziłam brzuch, aż w pewnym momencie usłyszałam krzyk, ludzki krzyk. Złapał mnie za włosy i znieruchomiał. W ustach poczułam smak... lasu, słońca i... światła?! Wystraszyłam się, że może go jeszcze bardziej wycieńczyłam i zabrałam mu energię. Usiadłam na posłaniu i patrzyłam. Oddychał szybko. Jak na człowieka, normalna reakcja. Powieki miał zaciśnięte. W końcu otworzył oczy.

- Co to było? - to pytanie zadał na głos, po naszemu, po ludzku!

- Seks - odparłam po prostu. - Coś dla nas normalnego i codziennego... jeśli dobrze trafisz... - wiedziałam, że ostatniego nie zrozumie.

- Czy wasza populacja zdaje sobie sprawę jak potężnym źródłem mocy dysponuje?! - usiadł gwałtownie. - Dzięki takiej energii można tworzyć nowe istnienia! - stwierdził ze zszokowaną miną.

- My właśnie tak tworzymy nowe pokolenia, taki bonus od natury... rozkosz - odparłam.

- Musicie być bardzo szczęśliwą rasą - stwierdził.

- Zdziwiłbyś się - mruknęłam, myśląc o "szczęśliwości" ludzkiej rasy.

Czy naprawdę mamy tyle szczęścia i go nie doceniamy?! Czy aż tak tępi i ograniczeni jesteśmy w postrzeganiu świata? Pewnie tak. Nie o tym jednak teraz myślałam. Wciąż byłam podniecona. Pragnęłam spełnienia moim na wskroś ludzkim ciałem. Słabym i ograniczonym, a jednocześnie, jak się okazuje, uzbrojonym w ogromny przymiot - seksualną energię.

- W naszym świecie... wytwarzanie energii jest obustronne - nie wiedziałam jak to wytłumaczyć, jak ująć w słowa - Daje obopólną rozkosz - zdawałam sobie sprawę, że brzmi to niejasno, ale jak to wytłumaczyć?!

- Nie rozumiem - odparł po prostu.

- Wiem! - wkurzyłam się na barierę, na niemożność wytłumaczenia czegoś tak skomplikowanego, a za razem prostego.

- U nas, gdy uprawiamy seks, tak jak my przed chwilą, obie strony doznają tak silnych uczuć, takiej rozkoszy, jak ty przed chwilą.

- Rozkoszy? Zaczekaj. Muszę ją zdefiniować w umyśle, który skopiowałem... To trudne - zmartwił się.

- Wiem - stwierdziłam i równocześnie pomyślałam, że umysł Andrzeja może mieć ciut inne postrzeganie rozkoszy, kasa...

- Pokażę ci - uśmiechnęłam się do NIEGO. - Po co słowa?

Nic nie mówił, tylko patrzył.

Pchnęłam go znów na posłanie.

- Pocałuj mnie - szepnęłam, ale widać nie zrozumiał mojej prośby. - Daj mi usta, przylgnij do mnie - poprosiłam.

Leżąc na boku, przysunął się do mnie i objął mnie ramieniem w pasie.

- Dotykaj mnie, mojego ciała - szepnęłam.

Zaczął gładzić najpierw moje plecy, po chwili pośladek. Zarzuciłam udo na jego biodro i przesunęłam je wyżej, przylegając do niego. Starałam się nakierować jego dłoń by zawędrowała między moje nogi. Zrozumiał widać, gdyż zaczął badać palcami przedziałek między pośladkami i niżej, bliżej źródła mojej rozkoszy. Gdy palce natrafiły na śliskość mojej kobiecości, zaczęły ją badać, zagłębiając się do środka i rozprzestrzeniając się na zewnątrz... To już nie była zwykła ludzka dłoń. Mojego wnętrza i pośladków dotykały teraz te same, delikatne macki, którymi dotykał mnie w lesie. Jęknęłam i przylgnęłam do niego jeszcze mocniej.

- Znów czuję twoje wibracje - powiedział to wprost w moje usta - Twoją rosnącą energię.

Nie byłam teraz w stanie rozmawiać. Pocałowałam go.

- Rób to co ja - poprosiłam.

Z otwartymi szeroko oczami, starał się oddać pocałunek. Uczył się ruchu warg i języka. Wplotłam palce w jego włosy, pieściłam uszy, szyję i plecy. Jego język nie był tylko językiem. Również zmieniał kształt w moich ustach. To było niesamowite doznanie, piorunujące i podniecające nieznanym uczuciem. Chciałam poczuć go jeszcze bliżej, jeszcze bardziej. Położyłam się na plecach. Widziałam jego język, wracający do poprzedniego kształtu.

- Połóż się na mnie - poprosiłam.

Powoli, ostrożnie zrobił to.

- Czy ty się mnie nie boisz? - zapytał - Nie przerażam cię zmieniającym się kształtem? Wy ludzie tak nie robicie.

- Nie, zmiennokształtny - odparłam. - Fascynujesz mnie.

Wyglądał, jakby starał się zrozumieć co mam na myśli.

- Nie mów teraz, całuj mnie - wyszeptałam, przyciągając jego głowę do swojej.

Pocałował pewniej, wiedząc jak to zrobić. Mogłam dotykać jego skóry, która była żywa, ale w inny sposób niż moja. Każde miejsce, którego dotykałam, oddawało dotyk mojej dłoni, jakby to ciało chciało zatrzymać moje palce wydłużając tę pieszczotę, spowalniając mój ruch. Każdy centymetr naszych przylegających do siebie ciał, mrowił. To było jak energia, przepływająca ze skóry w skórę, jak elektryczność, mikro wyładowania. Wiedział, że dotykając mnie w najintymniejszym miejscu, wywoła natychmiastową reakcję. Nie przerywając pocałunku, wcisnął dłoń pod moją pupę i rozpoczął wędrówkę palcami, pełznąc nimi w kierunku cipki. Nie mogłam się doczekać penetracji tymi ruchliwymi i delikatnymi... palcami? Odnóżami? Dotyk, a równocześnie delikatne, mrowiące ukłucia czułam wewnątrz i na zewnątrz. W ustach i na piersiach, udach...To było tak mocne doznanie, że nieoczekiwanie szarpnął mną orgazm. Nie spodziewałam się tego. Za szybko! Krzyknęłam, a on zamarł.

- Czy zrobiłem ci krzywdę? - zapytał wystraszony.

- Nie - szepnęłam - Było cudownie.

Znów najwyraźniej szukał definicji tego pojęcia.  Pchnęłam go na plecy i teraz byłam na górze, na nim. Nic nie mówił. Chciałam jeszcze. Znów usta przy ustach i ciało przy ciele. Zaczęłam się o niego ocierać. Miałam nadzieję, że jego ciało zareaguje na tą pieszczotę. Tak też się stało, zaczął twardnieć i rosnąć, pobudzany ruchami mojej śliskości. Ocierałam się coraz szybciej, dysząc. Podniosłam się i dłonią nakierowałam go by się na niego nabić. Powoli obniżałam się przyjmując z ulgą każdy jego gorący centymetr. Starał się na mnie patrzeć, ale przegrywał najwyraźniej walkę z przybranym obecnie ciałem. Poruszałam się na nim w górę i w dół, przyspieszając. Wydawało mi się, że widzę iskierki na jego ciele... i na swoim też! Dotknęłam jego skóry obserwując, jak iskierki opływają moje palce, przepływają po przedramieniu w górę, rozszczepiają się na szyję i na twarz łaskocząc, drugim strumieniem pędząc na piersi i w dół, wirując w miejscu naszego złączenia i rozpływając się po jego ciele we wszystkie strony. Iskrzył elektrycznością. Czułam zapach prądu! Przestawałam nad sobą panować. Położyłam się na nim, ruszając się teraz coraz szybciej. Czułam delikatne wyładowania we włosach i za uszami. Nasz pot błyszczał? Nie! Świecił, skrzył się, jak setki maleńkich lampek. On nie umiał patrzeć, a może patrzył od wewnątrz? Czułam zbliżające się spełnienie, rozkosz płynącą z prędkością prądu po mnie i we mnie... i w nim. Obok swoich doznań, odbierałam również jego odczucia, tak samo pełne zdziwienia i oszołomienia. Zbliżał się do szczytu w tym samym tempie, dociskając mnie dłońmi coraz mocniej. Krzyknęłam, porażona mocą, z jaką się we mnie wdarło to uczucie. Krzyczeliśmy oboje, drżąc. Usłyszałam huk, ale nie potrafiłam podnieść powiek. Zacisnęły się, a pod nimi łzy. Leżałam na nim długo, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, czas nie miał teraz znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Było tylko TERAZ. Po czasie, jakimś, udało mi się wreszcie otworzyć oczy. Nic nie widziałam. Dziwne, bo przecież lampa obok łóżka świeciła... Usiadłam, a następnie ostrożnie wstałam. On milczał, nawet się nie poruszył. Nic. Zaniepokoiłam się. Musiałam zaświecić światło. Macając ręką ścianę, przesuwałam się w kierunku włącznika. Pstryk. Jasno. Obróciłam się w kierunku łóżka. Obserwował mnie. W ciemności?

- Nic ci nie jest? - zapytałam.

- Nie umiałem wchłonąć takiej ilości energii - zdziwił się - To dziwne...

- Tak, TO było dziwne - uśmiechnęłam się.

Podeszłam do łóżka.

- Au! - poczułam ból w stopie.

Nadepnęłam na coś, na szkło. Skąd tu potrzaskane szkło? Usiadłam na kanapie, a on obok mnie. Stopa krwawiła i wystawał z niej spory odłamek. Już wiedziałam skąd się wziął.

- Żarówka wybuchła! - stwierdziłam, patrząc zdumiona na lampę przy łóżku.

- To dlatego, że nie pomieściłem takiej ilości energii - odparł poważnie - Pokaż ranę.

- Znasz się na tym? Mnie już jest słabo... - faktycznie, było mi słabo i robiło mi się niedobrze, gdy patrzyłam na czerwony kawałek żarówki wystający z rany.

- Rozumiem waszą budowę. Naprawię cię - zabrzmiało to śmiesznie.

- Napraw - zaśmiałam się - Później możesz naprawić auto.

Patrzył na mnie, nie rozumiejąc. Podniosłam nogę, zobaczymy co z tego wyjdzie. Przybliżył do niej twarz, a następnie palcami wyciągnął szkło. Syknęłam, zabolało. On natomiast nakrył ranę dłonią, która zaczęła zmieniać kolor na zielony, rozpływać się i zlewać z powierzchnią stopy. Poczułam, że wnika w ranę. Nie bolało, mrowiło i lekko szczypało. Zaintrygowana, obserwowałam przemianę kształtu z powrotem w dłoń i... moją zdrową stopę! Poza śladami krwi, nic! Żadnej rany.

- Musisz mi o sobie opowiedzieć więcej - wydusiłam zdumiona.

- Opowiem - zauważyłam jego lekki uśmiech.

Więc jednak miał mimikę. Zapatrzyliśmy się w siebie, a czas spowolnił. Bez skręta...

Bałam się usnąć. Obawiałam się, że gdy rano otworzę oczy jego już nie będzie, a wszystko okaże się tylko snem. Walczyłam z sennością, ale w końcu usnęłam. Rano obudził mnie głód i pragnienie. Pić! Jeść! Niestety nie było nikogo obok. Poczułam się samotna i wściekła. Rozpłakałam się w poduszkę. Pocieszyłam się, że chociaż sny mam piękne. Usiadłam na łóżku i wysmarkałam nos. Na szczęście nie miałam w zwyczaju szybkiego zrywania się z łóżka i to mnie uratowało. Na podłodze leżały kawałki szkła z... żarówki?! Czyżby to jednak nie był sen? Sięgnęłam po buty, wytrząsnęłam ich zawartość na wypadek, gdyby w środku były jakieś odłamki i włożyłam je na stopy. Na podłodze była niewielka plama zaschniętej krwi. Założyłam koszulkę, majtki, byle szybciej, byle by go znaleźć. Wyjrzałam przez okno. Siedział na werandzie, na schodach, nagi i nieruchomy. Ulga... Gdy wyszłam z domu, powoli odwrócił się i uśmiechnął.

- Jak ci? - zapytał.

- Dobrze - odwzajemniłam uśmiech - Nie możesz tu tak siedzieć na golaska i to jeszcze w czyjejś postaci.

- Dlaczego? - zdziwił się.

- A gdyby przyszedł tu twój pierwowzór? Spotkał by siebie u mnie? Jak myślisz, jak by się poczuł?

- Nie wiem - odparł.

- Musisz wyglądać inaczej. Takiego ciebie tu znają. Możesz się zmienić? - byłam ciekawa.

- Oczywiście, ale stracę dużo energii.

- Nie martw się - usiadłam obok niego. - Zregeneruję cię... z przyjemnością.

- Jak mam się zmienić? - zapytał.

- Czy możesz zmienić kolor włosów? Na czarny?

- Mogę, ale muszę widzieć ten kolor - spojrzał na moje jasne włosy.

- Zaczekaj, przyniosę gazetę - wiedziałam, że nie wie o co mi chodzi. - Tam są zdjęcia ludzi.

W ubikacji znalazłam kilka czasopism z dużą ilością zdjęć tak zwanych celebrytów. Rozbawił mnie pomysł, że mogłabym go przemienić w Brada Pitta, bądź inną ekranową szyszkę. Ha, ha! Dobre. Usiadłam i zaczęłam kartkować. Czułam się jak dziecko w Disneylandzie!

- Ok. Takie włosy - wskazałam na zdjęcie jakiejś piękności z długimi, kruczoczarnymi włosami.

Miałam na myśli kolor, tymczasem on skopiował nie tylko ich czerń, ale i długość. Wyglądało to niesamowicie. Jego włosy zaczęły po prostu rosnąć. Spłynęły mu po ramionach aż do pasa.

- O kurdę... - tyle byłam w stanie powiedzieć - Teraz twarz.

- Taki nos - pokazałam palcem zdjęcie. - Takie oczy i takie usta. - Wow...

Efekt był piorunujący. Czerń włosów, niebieskie oczy, pięknie wykrojony nos i pełne usta. Właśnie stworzyłam twarz.

- Tak lepiej? - zapytał.

- Zajebiście - błyskotliwie odparłam - Bardzo dobrze - poprawiłam się - Reszty nie zmieniamy.

- No więc... - zaczęłam, jak się nie zaczyna - Skąd jesteś?

- Z sąsiedniej galaktyki - odparł po prostu, jakby to była najzwyklejsza sprawa.

- Jak się tu znalazłeś... dostałeś - drążyłam - Opowiedz mi więcej o sobie, o waszej planecie.

- Nasza planeta jest podobna do waszej, tylko powietrze nie jest tak gęste i nie ma takiej różnorodności gatunków jak na waszej. Możemy zmieniać powłokę ciała, więc możemy opuścić planetę pod warunkiem, że przystosujemy strukturę powłoki do poruszania się w kosmosie. Zagęszczamy się. Tego się trzeba nauczyć. Przez dłuższy czas nie musimy uzupełniać zapasów energii oraz tlenu, ponieważ w próżni nie męczymy się tak szybko.

- Dlaczego się tu znalazłeś, kiedy i dlaczego Ziemia? Ilu was tu jest? - nie mogłam się doczekać odpowiedzi.

- Jestem tu od... waszego około roku. Szukam planety, na którą moglibyśmy się przesiedlić - odpowiedział bezbarwnie. Ze smutkiem? - Dwa gatunki toczą u nas walkę o przetrwanie. My, Zmiennokształtni, żyliśmy dotąd spokojnie obok Światłonów. Dawniej nasze współistnienie było możliwe. Zajmowaliśmy sąsiadujące ze sobą obszary. Niestety Światłoni są rasą agresywną. Ich rozwój poszedł w innym kierunku niż nasz. Zaczęli rozwijać energochłonną technikę. Tak oni jak i my, potrzebują do życia światła planety centralnej, odpowiednika waszego Słońca. Nasza planeta jest mniejsza niż wasza, a promieniowanie planety centrum jest o wiele silniejsze niż na waszej. Światłoni zaczęli się szybko rozmnażać i zaczęło im brakować miejsca. Zajmowali po kolei nasze tereny i zabierali nam światło. Ich struktura ciała przystosowana jest do szybkiego pobierania, ale i do szybkiego oddawania energii. Tak właśnie unicestwiali nasze istnienia, paląc je szybką emisją energii, pobranej z centralnej planety i zajmując kolejne podbite obszary. Ich rasa skazana jest na zagładę, nie starczy im wkrótce miejsca. Zepchnęli nas w nizinne rejony planety. Tam światła jest mało, głodujemy. Niektóre osobniki przekazują swoje rezerwy energii, by inne mogły przetrwać i... giną. Jest nas coraz mniej - umilkł i wbił wzrok w deski schodów.

- Dlaczego nie przesiedlicie się tutaj? Do nas? - zapaliłam się, czując się równocześnie jak zdrajczyni własnej rasy, Ziemian.

- Przyjęlibyście nas? - podniósł na mnie wzrok.

- Nie mogę odpowiadać za wszystkich Ziemian, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Ludzie są raczej podobni do waszych Świtałonów, ale biorąc pod uwagę wasze możliwości przystosowawcze i to, że do przeżycia wystarczy wam energia, którą wydzielamy w trakcie seksu... Wiesz, wielu ludzi oddało by wiele, by móc kochać się tak, jak my wczoraj. Ja sama nie potrafię przestać o tym myśleć - powiodłam palcem po jego ustach - Bardzo bym chciała to powtórzyć.

- Teraz chcesz? - patrzył na mnie tymi "nowymi" oczami.

- Bardzo - mruknęłam, wstałam i pociągnęłam go za sobą do domku - Ustalmy coś. Gdy poczujesz, że chcesz się ze mną kochać... uprawiać seks, powiesz mi to. Dobrze?

- Dobrze. Chcę się kochać - stwierdził stanowczo, a mnie ta jego zmieniona powłoka mężczyzny z długimi czarnymi włosami i jego naga postać, przyprawiły o motyle w brzuchu i mrowienie między udami.

Położyłam się na łóżku, a on obok.

- Wiesz, musisz mieć jakieś imię, ziemskie imię. Może Filip? - czekałam co powie.

- Mogę być Filip - uśmiechnął się - Pierwszy krok na nowej planecie?

- Tak. No może drugi - zamruczałam wodząc palcem po jego piersi i w dół. - Filipie... pragnę cię - widziałam, że znów nie rozumie. - Chcę się z tobą kochać, to znaczy - zrozumiał.

Przysunęłam się bliżej, zanurzając palce w jego włosy, tak piękne i tak łatwo "wyhodowane".

- Chciałabym tak umieć. Tak się zmieniać w dowolnej chwili. Mogłabym być piękna... - rozmarzyłam się.

- Jesteś piękna - stwierdził po prostu - Świecisz energią.

Zastanowiło mnie to stwierdzenie. Świecę energią, więc jestem atrakcyjna... Niewiele się to różniło od naszego postrzegania piękna. Atrakcyjny, znaczy zdolny do posiadania potomstwa. Ładne geny i możliwości do ich utrzymania. Zrozumiałam. Jestem atrakcyjna, bo mam energię. On jest atrakcyjny bo... mi się cholernie podoba. Stop myślom. Zdjęłam z siebie niepotrzebny balast odzieży. Pocałowałam go. Odpowiedział ochoczo, językiem i dłońmi, badającymi moje ciało bez zahamowań. Nie wiedział w końcu jak MY to robimy, działał instynktownie, kierował się moim podnieceniem, wibracjami, wzrostem energii we mnie. Dotykał moich pleców, pośladków i ud. Jego dłonie rozpływały się po moim ciele we wszystkich kierunkach równocześnie. Miałam pełną świadomość, że kocham się z kimś, kto może mi dać wręcz nierealną rozkosz i komu ja mogę dać więcej niż potrzebuje. Nie myślałam o miłości, nie myślałam w ogóle... Czułam jego podniecenie i swoje pragnienie. Pragnienie by poczuć go w środku.

- Wejdź we mnie - znów patrzył nie rozumiejąc. - Objęłam go dłonią i szepnęłam - Chcę go poczuć w środku, w sobie, w cipce... - zrozumiał.

Był teraz na mnie i... patrzył. Nic nie robił, tylko patrzył.

- Wiesz, to dla mnie dziwne, że osobnik innej rasy dzieli się sobą ze mną. To takie... inne! Czuję wdzięczność i... No nie wiem. Czuję się tak dziwnie i... radośnie?

- Wejdź... - nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć. Coś ściskało moje gardło, a w oczach zapiekło. Na szczęście to uczucie zdominowało inne, rozkosz. Wchodził we mnie, wciąż na mnie patrząc.

- Iskrzysz - szepnął - Świecisz i iskrzysz.

Nie chciałam już słów. Oplotłam go udami, przyciągając do siebie.

- Pieprz mnie, kochaj... - wyjęczałam.

Zaczął się we mnie poruszać, patrząc mi w oczy. Jego włosy pieściły moją twarz, pełzały po szyi i ramionach.

Słyszałam swoje jęki, wbijałam mu paznokcie w ramiona.

- Tak... mocniej... szybciej!

Poruszał coraz szybciej, sam tracąc kontrolę nad ciałem. Słyszałam swoje i jego jęki. Zaczęłam krzyczeć, czując zbliżające się spełnienie.

- Filip... Błagam... Filip - jęczałam, obejmując jego ramiona, chcąc przyciągnąć go jeszcze bliżej.

I wtedy nadeszło spełnienie, gwałtowne i porażające. Oboje mieliśmy rozwarte szeroko oczy i rozchylone usta. Filip znieruchomiał, a jego usta zaczęły... świecić?! Widziałam snop jasnego światła, który jakby falował i... wpływał w moje usta. Nie czułam smaku, tylko mrowienie na języku i podniebieniu i dalej rozpływające się w głąb ciała.

- Co to było? - wyszeptałam po dłuższej chwili zszokowana.

- Oddałem ci część energii, którą stworzyliśmy. Jak się czujesz? - chciał wiedzieć.

- Syta - zdziwiło mnie to stwierdzenie, ale to było najtrafniejsze określenie mojego stanu - Spokojna, szczęśliwa i syta... Dziwne, bo od wczorajszego śniadania nic nie jadłam, ani nie piłam i nie czuję takiej potrzeby. Jakbyś zaspokoił wszystkie moje potrzeby, kochając się ze mną?! Jak to możliwe?!

- Wy ludzie też możecie z tego czerpać, właśnie to odkryłem dzięki tobie. Dlaczego tego nie robicie? - zapytał zdziwiony.

- Nie potrafimy. Nie wiemy, że tak można. Mój Boże! - zepchnęłam go z siebie. Musiałam usiąść, byłam wstrząśnięta. - Czy ty wiesz co to znaczy?! Jesteście genialni! - wykrzyknęłam. - Możemy stworzyć idealną symbiozę! Możemy wspólnie uleczyć naszą planetę. Musicie tu przybyć! Nasze rasy są dla siebie stworzone!!!

Usiadł również, czekałam co powie, a on tylko patrzył i milczał.

- To zmieni waszą planetę - odpowiedział w końcu spokojnie.

- Tak! Na lepsze! Nie będzie głodu, chorób, bo wiecie jak uleczyć nasze ciała. Nie będziemy musieli prowadzić masowej produkcji zwierząt na rzeź. Dzięki wam możemy stać się LUDŹMI, nie potworami, którymi jesteśmy teraz! Wypełniają nas żądze i pragnienia. Pragniemy tylko zaspokajać zmysły. Jeść, pić, pieprzyć, a jeśli nie możemy, to zabijemy, żeby to komuś odebrać. Zatracamy się w pogoni byleby MIEĆ... - zasmuciły mnie własne słowa, ale było to najtrafniejsze podsumowanie ludzkości. W końcu sama tak żyłam. Chciałam, żeby mi było dobrze. Dobra praca, fajne mieszkanie, imprezy ze znajomymi w klubach, dobre jedzenie, seks, alkohol... Tak żyłam z dnia na dzień, kiedyś miałam założyć rodzinę i dalej... konsumować.

Znalazłam się właśnie w zwrotnym momencie mojego życia, teraz mogło się ono całkowicie zmienić.

- Sprowadzisz tu WAS Filipie? Wiesz, że to najlepsze rozwiązanie waszych i naszych problemów - musiałam go przekonać. - Pomogę ci, zrobimy to razem!

- Tak - patrzył mi w oczy z nadzieją i... radością? - Ale to potrwa. Muszę wrócić i zorganizować ucieczkę. Nie wszyscy Zmiennokształtni potrafią się dostosować do podróży na Ziemię. Muszą się szybko nauczyć. Poza tym musimy opuścić planetę tak, by Światłoni tego nie zauważyli, też mogli by tu dotrzeć, a ich zamiary są zawsze złe.

- Ile ci to zajmie - spytałam, bojąc się jego odpowiedzi.

- Rok waszego czasu, może dwa.

- O Boże - jęknęłam - Dopiero poznałam smak szczęścia i muszę się z nim rozstać na tak długo?

Poczułam łzy pod powiekami. Moja egoistyczna część duszy nie chciała się z nim rozstawać. Smolić ludzkość, smolić inne rasy. Zostać z nim tu na zawsze, kochać się i tak żyć. Wiedziałam, że on myśli inaczej, nie zgodziłby się na to. Filip patrzył na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

- Też nawet nie marzyłem  żeby mnie coś takiego spotkało. Miałem wiele szczęścia, że trafiłem wtedy na ciebie, że mnie tak hojnie obdarowałaś i przyjęłaś do siebie. I chcesz więcej. Wrócę najszybciej jak zdołam - obiecał.

- Będę na ciebie czekać. Na was wszystkich, tutaj. Wróć - poprosiłam. Nie musiałam się przy nim wstydzić słów. Był taki piękny i czysty... Przytuliłam się do niego. Całowałam jego twarz, śmiejąc się a równocześnie płacząc. Działo się ze mną... WSZYSTKO. Natłok uczuć we mnie szalał.

- Kocham cię - usłyszałam swój głos. Nie wiem dlaczego to powiedziałam, ale tak się właśnie czułam. Kochałam tego przybysza. Bolało mnie zbliżające się rozstanie i już za nim tęskniłam - Kocham cię.

Całowaliśmy się zachłannie, wiedząc, że musi nam starczyć na dłuższy czas. Położył się na mnie i zaczął zmieniać kształt. Czułam pocałunki na całym ciele równocześnie, mrowiące i elektryzujące. Wypełnił mnie w środku, pokrył sobą całą powierzchnię mojej skóry. Nic nie widziałam, tylko czułam. Delikatne wyładowania elektryczne na brzuchu, plecach, udach, twarzy i w ustach. Umiejętnie pobudzał wszystkie receptory, a ja pragnęłam żeby to trwało w nieskończoność. Spełnienie przychodziło powoli, wciąż narastając, jakbym była prowadzona po linii rozkoszy, wciąż w górę, coraz to bardziej stromą, coraz szybciej i szybciej... I w końcu wybuch światła w mojej głowie zakończył tą rozkoszną torturę. Nie mogłam się ruszyć. Orgazm obezwładnił moje ciało, nie umiałam podnieść powiek. Zapadłam w sen. Gdy się obudziłam, leżał obok, piękny i spokojny, patrząc na mnie.

- Znów było inaczej - powiedziałam schrypniętym głosem.

- Tak, ale musimy nad tym popracować - uśmiechnął się - Przypaliliśmy pościel - wskazał na prześcieradło.

- Kiedy... ruszasz? - smutno to zabrzmiało.

- Teraz - pogłaskał mnie po policzku - Wrócę. Pamiętaj o tym.

- Będę czekać - głos mi się załamał.

Usiadł na łóżku i ujął pasmo moich włosów.

- Chciałbym mieć przy sobie część ciebie. Dasz mi? - okręcił sobie wokół palca pasemko.

- Tak - wyciągnęłam z szafki przy łóżku nożyczki i ucięłam pasemko. - A ty?

Nic nie powiedział, tylko wziął ode mnie nożyczki i odciął spore pasmo i mi je podał. Włosy w miejscu przecięcia świeciły jak końcówki światłowodów. Patrzyłam na nie zafascynowana.

- Do zobaczenia Barbaro - pierwszy raz nazwał mnie po imieniu - Mam cię w sobie - przyłożył pasmo moich włosów do swojej piersi i... wchłonął je. Pocałował mnie i wstał.

- Do zobaczenia - wyszeptałam jak echo.

Podszedł do ściany i... zniknął. Cholera! Lepszy niż Copperfield... Cholera! Lepszy niż wszystko co mnie do tej pory spotkało...

Ten rok był zwrotny w moim życiu. Wszystko się zmieniło, a właściwie ja wszystko zmieniłam. Czekałam na Filipa. Rzuciłam pracę, sprzedałam mieszkanie, z którego dotąd byłam taka dumna i za zgodą rodziców, do których należał domek na wsi, zaczęłam go odnawiać. Tak rodzice, jak znajomi stwierdzili, że oszalałam. Agnieszka podejrzewała nawet, że albo mam raka albo wessała mnie jakaś sekta. Bawiło mnie to, ale przecież nie mogłam im wyjaśnić sprawy. Co bym miała powiedzieć? Zakochałam się w kosmicie i czekam na jego powrót wraz z pobratymcami? Taaa... Już to widzę. Następnego dnia zajęłabym "przytulny" pokoik z miękkimi ścianami i z drzwiami bez klamek. Sprzedałam wszystkim wersję o depresji i chęci posmakowania życia na wsi, wśród kur, marchewek własnej hodowli i ciszy. Wszystko spieniężyłam, meble, książki, kolekcje gadżetów kuchennych, a kasę ładowałam na konto. Nie wiedziałam w końcu, jak długo przyjdzie mi żyć w oczekiwaniu na Filipa. A gdy wróci, bo innej myśli nie dopuszczałam, pewnie przydadzą się pieniądze na adaptację... NOWEJ RASY. Boże! Czy ja dobrze zrobiłam?! Postanowiłam nie zadawać sobie tego pytania. Do prac remontowych wzięłam dwóch miejscowych. Pracowali szybko, a ja gotowałam im i chłodziłam ich "miłosne" zapędy. Rozbudowałam domek o niewielką szklarnię z wejściem wprost z domku i ociepliłam budynek. Chciałam być samowystarczalna żywieniowo. Garaż, z pomocą zaprzyjaźnionego gospodarza, przerobiłam na kurnik. Po pół roku miejscowi traktowali mnie już nie jak paniusię z miasta, ale jak SWOJĄ. Życie na wsi okazało się inne niż oczekiwałam. Ludzie byli życzliwi i pomocni, praktycznie codziennie ktoś mnie odwiedzał, nikogo nie gonił czas, bo trzeba zrobić to czy tamto, wszystko mogło poczekać. Jedyne, co mnie doprowadzało do szewskiej pasji, to próby wyswatania przez starsze i młodsze gospodynie, które mnie odwiedzały. Starsze, bo widziały we mnie niezłą partię dla swoich synów, a młodsze, bo wietrzyły zagrożenie dla swoich mężów. Wszystkim powtarzałam, że czekam na Filipa, mojego narzeczonego, który jest w Chinach na kontrakcie. W szczegóły nie wnikałam, żeby się nie pogubić w kłamstwach. Większość kiwała głowami ze zrozumieniem, nie dając najwyraźniej wiary moim słowom. Miałam to w dupie. Czas mijał, dni spędzałam w szklarni, w lesie na zbieraniu jagód, jeżyn, grzybów i chrustu, bądź sprzątając, gotując, ot zwykłe czynności życia codziennego. I czekałam. Wciąż wracałam myślami do przeżyć sprzed ponad roku, drżąc ze strachu przed możliwym kolejnym rokiem czekania. Wieczorami, godzinami ćwiczyłam kolejne pozycje jogi, Wreszcie miałam na to czas, gadałam z Agnieszką przez Skype, z internetu nie chciałam rezygnować, bądź czytałam książki albo... leżałam w łóżku i... marzyłam o Filipie. O jego ciele, ustach, dłoniach, czarnych włosach. W pudełeczku, które trzymałam w szufladzie przy łóżku, miałam schowany swój skarb, pasmo jego włosów. W wieczory takie jak ten, nalewałam sobie kieliszek wina, wyjmowałam je i pieściłam nimi ciało. Wąchałam je i całowałam, łaskotałam nimi skórę. Odkryłam, że w miarę mojego rosnącego podniecenia i ich kontaktu ze skórą, końcówki zaczynały skrzyć coraz jaśniej. Dzięki tej małej kitce wiedziałam, że nie zwariowałam i że nie uroiłam sobie mojego leśnego kochanka, że czekam na realną istotę.

Dziś byłam niemiłosiernie napalona. Samozaspokajanie się nie przynosiło już oczekiwanego efektu. Nie po tak długim okresie abstynencji seksualnej. Nie brałam pod uwagę innego faceta niż Filip. Nie umiałabym. Znów pod powiekami widziałam jego piękną twarz i szeroko otwarte wpatrzone we mnie oczy. Słyszałam jęk rozkoszy, gdy przyciągam go do siebie, zaciskając uda wokół jego bioder i przyciągając go tak blisko, że wbija się we mnie po same jądra. Dawkowałam sobie te obrazy pieszcząc się dłońmi, jedną piersi, drugą płatki cipki, coraz szybciej, głębiej i mokrzej. Byłam na skraju...

- Tęskniłaś? - zamarłam na ten dźwięk.

Otworzyłam oczy, stał obok łóżka. Mam omam, czy wreszcie nadszedł ten dzień?

- Filip - wyszeptałam. - Wróciłeś?

- Przecież obiecałem - uśmiechał się lekko. Nic się nie zmienił, czy może raczej jego powłoka.

Pochylił się nad łóżkiem, nade mną. Włosy spłynęły mu z ramion na moje nagie piersi. Zajrzał mi w oczy, jakby szukając w nich historii ostatniego roku.

- Widzę, że tęskniłaś - spojrzał na pasmo włosów, które trzymałam w palcach, świecące moim podnieceniem.

- Wziął je ode mnie i przyłożył do swoich włosów. Natychmiast się wchłonęło, a energia pobrana z nich rozpłynęła się jak maleńkie światełka w górę i w dół włosów.

- Jak mi tego brakowało - odetchnął z ulgą jak palacz, który zaciąga się dymem papierosa po długiej przerwie.

Skoczyłam na niego rozsadzana radością i tęsknotą.

- Jesteś - całowałam go w szalonym tempie - Jesteś nareszcie!

Wisiałam na nim, oplótłszy go nogami i ramionami i śmiałam się z radości, której nie umiałam opanować.

- Kochajmy się - trzęsłam się z podniecenia - Teraz!

- Zaczekaj - próbował mnie od siebie odkleić - Nie jestem sam.

- Aaa... - zrozumiałam i opuściłam stopy na ziemię - Przepraszam, nie pomyślałam.

- Nie przepraszaj - uśmiechnął się słabo - Jestem bardzo słaby. My wszyscy.

- Wy wszyscy? - złapałam się za głowę. - No tak! Przecież miało was być wielu! Ilu? - spytałam z wahaniem.

- Tylko około stu... - posmutniał - Wielu z nas zginęło z rąk Światłonów zanim dotarłem z powrotem na naszą planetę, później gdy odlatywaliśmy na Ziemię i w podróży. Nie wszyscy byli gotowi dość silni. Widziałem ich ciała ,dryfujące bezwładnie w przestrzeni za mną... - schował twarz w dłoniach.

- Chodź do mnie - musiałam go przytulić.

Staliśmy tak w bezruchu sycąc się poczuciem bliskości i ciepłem ciał.

- Chodź - powiedział w końcu odrywając się ode mnie. - Musisz mi pomóc. Niektórzy są na skraju wyczerpania. Musimy im pomóc!

- Zaczekaj - wstrzymałam go. - Ubiorę się tylko.

- To nie będzie potrzebne - spojrzał mi twardo w oczy. - Musimy ich posilić. Naszą energią.

Powoli docierało do mnie co czym mówi.

- Mam się z nimi kochać?! - wykrztusiłam.

- Nie - zaprzeczył. - Ze mną. Tak im pomożemy.

Pociągnął mnie za rękę, a ja poszłam za nim jak lalka na sztywnych nogach, zszokowana.

Wyszliśmy na werandę. Był późny wrześniowy wieczór. Owionął mnie chłód. Objęłam się ramieniem, wytężając wzrok i starając się dojrzeć coś w ciemnościach. Żadnych postaci tylko gęstwina przed gankiem, jak mur z roślin. Nie były nieruchome, szeleściły jakby drżąc. Bałam się tego, co za chwilę ma się stać, na to się nie przygotowałam.

- Chodź. Wiem, że o wiele cię proszę, ale oni... umierają - patrzył mi w oczy błagalnie - Bez twojej pomocy wszystkich stracę! Zawiodę...

Nie zawiedziesz - ujęłam jego dłonie. - Mówiłam ci, że zrobimy to razem.

Zeszliśmy po schodach w kierunku gęstwiny, trzymając się za ręce. Czułam się jak prekursor, pionier i bałam się, ale to chyba normalne. Stanęliśmy przed NIMI nic nie mówiąc. Zieleń rozstąpiła się, wpuszczając nas do środka. Wchodziliśmy w nią coraz głębiej. Czułam, że się za nami zamyka, że mnie dotyka, badając delikatnie, jakby z obawą. Mój strach odpływał, ustępował jakiemuś bardziej uduchowionemu uczuciu, natchnieniu. Stanęliśmy pośrodku tej zieleni. Filip obrócił mnie twarzą do siebie i ujął ją w dłonie.

- Dziękuję - wyszeptał - Dziękuję.

Pocałował mnie delikatnie, jakby smakując moje usta.

- Dziękuję - powtarzał.

- Nie dziękuj - uśmiechnęłam się - Całuj. Tęskniłam za tym przeszło rok.

Wpiłam się w jego usta mocno, głęboko penetrując wnętrze językiem. Zarzuciłam mu ramiona na szyję i roześmiałam się radośnie. Nie bałam się już! Czułam radość. Byłam szczęśliwa! Zaczął mnie całować i tulić coraz mocniej. Czułam, że stapiamy się w jedność. Zieleń przybyszów była blisko, wibrowała, ale nie dotykała nas. Filip usiadł na ziemi i pociągnął mnie za sobą. Położyliśmy się na ziemi kontynuując pocałunki i pieszcząc się dłońmi. Moje ręce błądziły po jego ramionach, plecach, pośladkach, wplątywały się we włosy. Czułam rosnące podniecenie i... iskrzenie. Czułam, że jest twardy, a ja tak długo go pragnęłam, tęskniłam. Teraz był przy mnie, a za chwilę miałam go poczuć w środku. Drżałam na myśl o tym.

- Nie chcę dłużej czekać Filipie - ujęłam jego sztywną męskość - Wejdź we mnie. Od tak dawna o tym marzę.

Przetoczył się na mnie, między moje uda i pchnął. Jego jęk był jak pieszczota. Znieruchomiał i tak trwał. Zarejestrowałam jeszcze moim otumanionym umysłem, że macki zieleni naokoło nas zaczęły się wydłużać delikatnie nas dotykając. I wtedy on się poruszył, najpierw powoli, po chwili szybciej, a ja odpłynęłam, zaczęłam czuć i tylko czuć. Doznania mnie zalały. Zaciskałam kurczowo palce na jego ramionach i czułam, prąd przepływający między naszymi ciałami i rozkosz, którą mi dawał. I słabłam. Z każdym kolejnym pchnięciem coraz bardziej odpływałam i słabłam, jakby wszystkie kolejne zmysły wyłączały się. Zdołałam jeszcze tylko otworzyć oczy, by po chwili je zamknąć od oślepiającego światła, które rozchodziło się falami każdego kolejnego pchnięcia Filipa. Płynęło od naszych ciał poprzez macki, które oblepiały nas w każdym miejscu ciała, którym się nie stykaliśmy. Kolejne słodkie pchnięcie i... straciłam przytomność. Ocknęłam się otulona pościelą z Filipem przy moim boku. Miał przerażony wyraz twarzy i łzy w oczach.

- Przepraszam - to były pierwsze słowa, które zarejestrowałam - Przepraszam Barbaro.

Już drugi raz nazwał mnie po imieniu.

- Za co? - zdziwiłam się.

- To było za wiele dla ciebie, ale tak się o nich bałem. Przepraszam - powtórzył.

- Żyją? - spytałam.

- Tak! Dzięki tobie - uśmiechnął się ostrożnie. - Dziękuję.

- Nie dziękuj - uśmiechnęłam się słabo. - Może teraz coś tylko dla nas?

- Tak! - powiedział z gorliwością dziecka. - Od razu poczujesz się lepiej. Nie powinienem był wymagać od ciebie tak wiele naraz. Przepraszam.

- Nie gadaj tyle - mruknęłam. - Całuj. Tak długo na to czekałam.

Przytulił mnie mocno, trochę za mocno. Po chwili całował usta, twarz, piersi i niżej. Gdy dotarł między moje nogi, obudziłam się na dobre.

- Filip! - krzyknęłam.

- Co?! - wystraszył się.

- Skąd wiesz jak TO robić? - zdziwiłam się.

- Nie wiem. Działam instynktownie - wyjaśnił - Robię to, co sprawia ci najwięcej przyjemności. Czy tak jest źle?

- Nie idioto! - roześmiałam się. - Macie na Ziemi świetlaną przyszłość!

Na szczęście już nic nie mówił, tylko całował... jeśli tak to można nazwać. Jego język pieścił łechtaczkę, wśliznął się do mojego wnętrza i zapełzł między pośladki. Czułam dotyk i napór we wszystkich najbardziej erogennych miejscach równocześnie.

- Filip... - błagam. - Nie przestawaj!

Odbywałam szybką wspinaczkę po stromiźnie rozkoszy, która gwałtownie osiągnęła szczyt falą światła w mojej głowie, rozlewając się po ciele aż po czubki palców. Zasłaniałam dłońmi usta, starając się nie krzyczeć. Nie wiem po co... Otworzyłam oczy. Pochylał się nade mną, zaglądając mi w oczy.

- Czujesz się lepiej? - zapytał.

- Tak - odparłam. - Ale chcę jeszcze lepiej.

- To dobrze - mruknął.

Dziwne, jak dobrze przebiegała jego adaptacja. Stawał się coraz bardziej człowiekiem. Był bardziej ludzki niż większość znanych mi Ludzi.

Wszedł we mnie powoli, jakby delektując się. Patrzył na mnie opierając się na łokciach.

- Co znaczy wasze "kocham cię? - zapytał.

Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć.

- To znaczy... - starałam się znaleźć jakieś wyjaśnienie w głowie, tym trudniejsze, że był we mnie, a ja byłam oszołomiona doznaniami. - To znaczy, że nie umiesz bez tego kogoś żyć, istnieć, że nic bez TEJ osoby nie ma sensu.

- Kocham cię - powiedział po prostu. - Kocham cię - powtórzył.

Czułam łzy, które cisnęły mi się do oczu. Objęłam go ramionami, chcąc wyrazić gwałtowność własnych uczuć.

- Ja też cię kocham - stwierdziłam.

Kochaliśmy się długo i powoli. Wszystko działo się tak, jak dziać się miało. Byliśmy w tym miejscu wszechświata, w którym mieliśmy się w danej chwili znajdować.

Nie umiałam usnąć, za bardzo byłam podekscytowana jego powrotem.

- Czy oni są już... nakarmieni? - nie wiedziałam czy to dobre słowo.

- Nie - posmutniał. - Wiele energii jeszcze potrzeba. Mam nadzieję, że jutro znów damy im jej trochę.

- Też mam taką nadzieję Filipie - przytuliłam się do niego jak kotka - Może oddamy im trochę tego co teraz wytworzyliśmy, a później znowu i znowu?

- Na prawdę tyle możesz? - roześmiał się nie dowierzając.

- Przez ponad trzynaście miesięcy musiałam się zadowolić własnymi palcami - tłumaczyłam mu. - Kobieta w moim wieku może się kochać praktycznie bez przerwy. Szczególnie z kimś tak wyjątkowym jak ty - wodziłam palcem po jego piersi, obserwując ślad iskierek tuż za moim palcem - Jesteś niesamowity.

- To ty jesteś niesamowita - mruknął - Dobrze, ale najpierw musimy oddać to co nagromadziliśmy, więcej energii nie pomieścimy.

Wstał, a ja za nim. Wyszliśmy w noc. Mur zieleni wciąż tam był, drżał jakby spokojniej.

- Muszą się czuć zagubieni? - spytałam. - Nowa planeta, wielu z nich straciło pewnie rodziny?

- Tak - odparł smutno. - Ale po tak długim czasie terroru Światłonów dla wszystkich to i tak ulga. Wiedzą, że tu nikt ich nie będzie chciał zabić, jeśli oczywiście będziemy dość sprytni.

Wyciągnęłam rękę w kierunku zieleni, a ta ostrożnie jej dotknęła i zaczęła oplatać coraz wyżej w kierunku ramienia.

- Weźcie moją energię - poprosiłam ich w myślach. - Zostawcie tyle, żebym mogła wyprodukować jej dla was jeszcze więcej.

Poczułam mrowienie w całym ciele, jakby ożywcze działanie kofeiny, która cofa się kolejno z każdej komórki ciała. Słabłam. Zaczęłam być coraz bardziej senna. Wtedy macki cofnęły się. Filip stał z boku i patrzył. W końcu i on podszedł do przybyszów i jedną falą uwolnił z siebie energię, która popłynęła po ich powierzchni, rozświetlając ich na chwilę. Było ich tak wielu...

- Nauczysz mnie tego? - poprosiłam - Tak wyrzucać z siebie energię? Tak ją kierunkować?

- Spróbuję - uśmiechnął się do mnie.

Wróciliśmy do domku. Kochaliśmy się całą noc, powtarzając "karmienie" przybyszów jeszcze kilkakrotnie. Zastanawiałam się czy seks może się znudzić, ale czy jedzenie gdy się je urozmaica znudzi się?

- Musimy coś wymyślić. Nie mogą tak rosnąć przed domem. Ludzie zdziwią się, że wyrósł mi żywopłot w ciągu nocy. Czy możemy ich zmienić w ludzi? - byłam ciekawa.

- Nie wszystkich. Tylko część z nich jest na tyle dojrzała, żeby przybrać tak skomplikowaną postać.

- Ilu? - chciałam wiedzieć.

- Może trzydziestu, czterdziestu - zachmurzył się

- Co z resztą? - zastanawiałam się - Może mogą być roślinami w mojej szklarni?

- Mogą być dopóki nie dorosną - potwierdził.

Na łóżko wskoczył Gutek, mój kocur, którego przygarnęłam. Właściwie to on do mnie przyszedł kilka miesięcy temu. Ot wolny duch, który czasami potrzebuje kontaktu z człowiekiem, ciepła jego domostwa, pieszczot i trochę jedzenia. Bywało, że mieszkał ze mną kilka dni, a potem znikał i znowu wracał.

- Co to? - zdziwił się Filip.

- Przedstawiam ci Gutka. To mój kot, a ja jestem jego człowiekiem - odparłam głaszcząc Gutka za uszami.

Wykonywał właśnie dziki taniec wokół mojej ręki, był głodny. Filip ostrożnie wyciągnął rękę i również pogłaskał Gutka. Kot ufnie przerzucił zaloty na jego rękę.

- Kot - zaśmiał się Filip. - Inni mogą się zmienić w koty! Mają prostszą budowę.

- No, może kilkoro z nich mogłoby. Nie możemy mieć sześćdziesięciu kotów, bo ludzie stwierdzą że jestem wariatką i zaczną je tępić. Mam też kury, to jeszcze prostsze stworzenia. Sześć kotów, dwadzieścia kur, to nie wzbudzi podejrzeń, może ze dwa psy. Mogliby się też zmienić w ptaki, na około jest las, to nikogo nie zdziwi.

- Mądra jesteś - pochwalił mnie, głaszcząc po twarzy.

Wczesnym rankiem, z gotowym planem działania wstaliśmy i ubraliśmy się. Filipa właściwie sama ubrałam, przeciwko czemu protestował jak dziecko.

- Po co mi te ubrania? - złościł się. - Ograniczają mnie tylko.

- Wariacie - śmiałam się z niego. - Zrozum, że my tak robimy i jeśli będziesz paradował na golasa, to niedługo cała wieś przyjedzie oglądać naturystę z miasta. Chcemy przecież spokoju.

- Dobrze - zrezygnował w końcu. - Ubiorę to.

Nie traciliśmy czasu, Filip pogrupował współtowarzyszy. Tych we wcześniejszym stadium rozwoju od razu skierował do mojej szklarni, bądź pozwolił im się się przeobrazić w kwiaty, które kwitły wokół domu i w bluszcz pnący się po werandzie. Zieleń kipiała teraz wzdłuż płotu a kwiaty buchały kolorami. Czułam się jak w ogrodzie botanicznym. Nie chciał nikogo na razie nikogo pozostawiać w lesie. Po kilku godzinach kilka kotów siedziało na werandzie.

- Nie mogą być takie nieruchome - zwróciłam się do Filipa. - Powiedz im, żeby naśladowały Gutka.

- Sama im powiedz. Przecież potrafisz. Traktuj ich jak mnie.

Stałam, patrząc na stadko stworzeń wpatrzonych we mnie jednakowymi oczami.

- Musicie być podobni do stworzenia, które odwzorowaliście - poprosiłam ich w myślach - Nie tylko ciałem, ale i zachowaniem. I musicie zmienić kolory - zaczęłam się rozpędzać - Ty będziesz koloru moich włosów - przysunęłam się do najbliższego kota wyciągając dłoń, a w niej pukiel swoich włosów...

Nie cofnął się, tylko zmienił po prostu kolor. Zaśmiałam się radośnie, bo był to niesamowity widok.

- A ty koloru włosów Filipa - podbiegłam do Filipa i pociągnęłam go za włosy.

- Au! - stęknął. - Delikatniej.

- Przepraszam - zrobiłam minę niewiniątka - Ale jestem taka podekscytowana, że ledwo nad sobą panuję.

- Widzę właśnie - zaśmiał się.

Kot natychmiast zrozumiał i... stał się czarny. Znów wybuchnęłam śmiechem i pogłaskałam kota, a on zadrżał.

- Coś zrobiłam źle? - spojrzałam na Filipa.

- Nie... Właśnie się dowiedziałem, że twoja radość też wytwarza energię! Nie tak silna, jak ta, gdy się kochamy - zawiesił głos - Uwierz, dla nich, w obecnym stanie to ogromne, życiodajne dawki.

Bawiłam się tak, ciesząc się jak dziecko i zmieniając kolejne koty, mieszając ich kolory, zmieniając jednemu ogon, drugiemu dając białe łapy, trzeciemu żółte oczy. Kręciły się wokół mnie, jak prawdziwe kociaki, sycąc się moją radością. Przyszła pora na kury. Z tymi poszło łatwo. Złapaliśmy jedną z moich niosek i pozwoliliśmy Zmiennokształtym zbadać ją, obmacać. Po chwili na placu przed domem roiło się od kur, część prawdziwych, dziobiących ziemię i część stojących bez ruchu. Dostałam ataku śmiechu, a Filip patrzył na mnie, nie rozumiejąc powodu mojego zachowania.

- Musicie zachowywać się jak inne kury, znaczy zwierzęta, których postać przyjęliście - tłumaczyłam moim "nowym" nioskom - Nie możecie stać jak posągi.

Zrozumiały.

- Nie musicie dziobać ziemi, ale jak zobaczycie, że ktoś z Ludzi do nas idzie, to róbcie i to - poprosiłam.

- Ilu zostało? - spytałam Filipa na głos.

- Trzydziestu czterech - odparł - Ci są gotowi by się przeobrazić w ludzi.

Patrzyłam na pokaźną "kępę" Zmiennokształtnych, czekającą na swoją kolej.

- Dzień dobry sąsiadko - usłyszałam głos dobiegający zza furtki.

- Drgnęłam wystraszona.

- Nie w porę? - przy furtce stała Leokadia, młoda kobieta z dzieckiem, które przyglądało się Filipowi, chowając się za matką.

- Dzień dobry Leokadio - przywitałam się. - Poznaj mojego narzeczonego, Filipa - wzięłam go pod ramię i pociągnęłam w kierunku furtki otwierając ją przed gośćmi. - Zapraszamy na kawę.

Leokadia wyciągnęła rękę w geście powitania, a Filip patrzył na nią nie rozumiejąc.

Wzięłam jego prawą dłoń i wepchnęłam ją w dłoń Leokadii.

- Wybacz. Filip dużo czasu spędził za granicą i zdaje się zapomniał o kilku naszych zwyczajach - mruknęłam przepraszająco.

- Witam - trzymał jej rękę w bezruchu. - Filip jestem. Człowiek.

- To widać, kochanie - parsknęłam.

Spojrzał na mnie zdziwiony. Trzeci krok... Weszliśmy do domu, a ja zajęłam się zaparzaniem kawy, herbaty, wyciągnęłam ciasteczka dla Przemcia, jak zdrobniale nazywała go matka.

- Nareszcie się doczekałaś - Leokadia z uśmiechem patrzyła na Filipa, a ten na Przemka.

Wiedziałam o czym myślał, chciał kogoś przemienić w dziecko. No właśnie! To było mądre, mieć dziecko... dzieci. Nikogo by to nie dziwiło, a one mogły by się przecież uczyć i nie zawsze rozsądnie zachowywać. Plan był genialny!

- Doczekałam się - patrzyłam na Przemka roziskrzonymi oczami. - Niedługo dołączą do nas dzieci.

- Macie dzieci? - spytała zaskoczona Leokadia. - Nic nie mówiłaś.

- Tak. Filip ma trójkę z pierwszego małżeństwa - rozpędzałam się.

- Rozwodnik? - spytała z widoczną dezaprobatą.

- Nie. Wdowiec - zrobiłam poważną minę - Żona umarła dwa lata temu. Miała raka - dodałam szeptem.

- O cholera - stwierdziła krótko - To znaczy, bardzo mi przykro. Przepraszam.

- Chodźcie - zmieniłam temat - Pokażę wam krzewy, które kupiłam w mieście. Chcemy je zasadzić dzisiaj.

Wstaliśmy od stołu i poszliśmy na podwórko, gdzie na swoją przemianę czekała grupa Zmiennokształtnych.

- No ładne - stwierdziła Leokadia ostrożnie.

Najwyraźniej nie zrobiły zbytniego wrażenia na jej praktycznym guście.

- Dotknijcie. Są bardzo mięciutkie i delikatne - powiedziałam na głos - Poznajcie ich - poprosiłam w myślach przybyszów.

Przemek dotknął zieleni bez wahania.

- Mamo! - wykrzyknął - Są jak kurczaczki!

- Faktycznie - Leokadia też się nie powstrzymała - Miękkie. To my już nie przeszkadzamy. Zajmijcie się swoimi sprawami. Pewnie musicie nadrobić czas - uśmiechnęła się do mnie dwuznacznie.

- O tak - mruknęłam przytulając się do Filipa.

- Dużo masz kotów - zdumiała się Leokadia - I kur!

- Nie chcesz kilku? - wskazałam na nioski. - Za dużo ich już mam. Chętnie wymienię na wasz miód, albo trochę drewna.

- Pewnie - ucieszyła się.

Handel wymienny pomiędzy mieszkańcami był czymś zwyczajnym, codziennym.

- Do widzenia - pożegnali się i poszli.

- Udało się - szepnęłam chodź miałam ochotę krzyczeć - Filipie, będziemy mieli dzieci.

POLECANE OPOWIADANIA

Piwnice

Przebudzenie

Fotostory

Oto Mikakamaka:

Czyli Monika - matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Odpowiedzi

  1. Mariet Węgorowska
    | Odpowiedz

    “Filip jestem. Człowiek.”
    YOU MADE MY DAY!
    Śmiechłam ; D
    skąd Ty bierzesz te pomysły? ; D

  2. mika kamaka
    | Odpowiedz

    Czasami coś mi się przyśni.
    Np. “Doll” powstała po śnie. Przyśniło mi się miasto, wszystko w odcieniach brązu, nawet niebo. Nie było tam grozy, po prostu inaczej. Na niebie unosiły się balony i fruwała pompowana lalka z dużymi cyckami. Komuś się urwała, do wentyla na plecach miała przywiązany sznurek. Nie była wiecznie zdziwioną wersją gumilaly, takie ładne jej wydanie i w szpilkach w dodatku! Fruwała po tym niebie i śmiała się swoim idiotycznym: hihihi.

    Gdy jadę autem, stoję w korkach też wykluwają się pomysły. Często się wtedy chihram, jak na przykład po wymyśleniu epilogu do ostatniej części Baraki.
    Jest to również mój najlepszy sposób na zaśnięcie :-).
    Fajna muzyka sama nasuwa obrazy do łeba mi 😉

Napisz nam też coś :-)