Takaja żyzń cz. XXX

with 10 komentarzy

Zanim zaczniecie czytać ostrzegam że fajerwerków tutaj nie ma.
Ot, życie zwykłe.

Kolejne dni upłynęły szybko i przyznam, trochę dziwnie. Adam jakby się mną najadł. Dużo czasu spędzał w pracy, wracał wieczorem zmęczony i padał wcześnie, nie zagajając nawet o nocną wizytę. Gdy się wreszcie zreflektował i dorwał mnie na piętrze podczas sprzątania jednej z łazienek, ja byłam niedysponowana i musiałam mu odmówić. Gdy mam okres, jestem obolała, zmierzła i ostatnie o czym bym mogła pomyśleć, to seks. Marzę wtedy o łóżku, kuble herbaty i spokoju.

W następnym tygodniu staliśmy się dumnymi posiadaczami paszportów i zaczęły się przygotowania do wyjazdu.

– Co mamy zabrać Adasiu? – Klapnęłam w kuchni naprzeciw niego, odrywając go fascynującej treści, którą sczytywał z ekranu laptopa. – Na wyjazd, z rzeczy.
– Jak najmniej ślicznotko. – Zamknął laptopa, dopił kawę i wstał. – Strój kąpielowy i jakieś spodenki, mało wszystkiego.
– Coś się tak ostatnio zapracował? – Musiałam zadać nurtujące mnie pytanie.

Obawiałam się, że może jednak chce się wycofać z propozycji wspólnego wyjazdu i tylko nie wie, jak to zrobić.
– Żeby wyjechać, muszę podgonić kilka projektów – wyjaśnił. – W przeciwnym razie telefon będzie mi brzęczał przez cały wakacyjny pobyt w miejscu, w którym nie chcę gadać przez telefon.
Poczułam ulgę i zrobiło mi się głupio, że mierzyłam go miarką ojca, który nigdy nie dotrzymał danego słowa, kończąc temat na jego omówieniu.
– Tatuś dostał premię w pracy i ma dla was niespodziankę! – oznajmił nam pewnego dnia ojciec, będąc oczywiście pod wpływem alkoholu.
Tylko wtedy zdarzało mu się być wesołym i zauważał nas.

– Pójdziemy jutro do wesołego miasteczka! – Uniósł ręce w górę. – Co wy na to?

Odpowiedziały mu okrzyki radości, podekscytowane planowanie jazdy na karuzeli i jedzenia waty cukrowej.

Rozmawiał wtedy z nami przez blisko pół godziny śmiejąc się i opowiadając, jak to postukamy się w elektrycznych samochodzikach i pohuśtamy na krzesełkach staromodnej karuzeli, a na strzelnicy nauczy Tomka strzelać do kwiatka.

Na opowieściach się skończyło. Następnego dnia przyszedł do domu ledwie przytomny i uwalił się na wersalkę. Premia została przepita z kolegami, bracia wypłakali oczy i usnęli ze zmęczenia.

Nie uwierzyli mu nigdy więcej, a jeśli nawet, to ukrywali to doskonale.
Z czasem ojcu nie chciało się nic obiecywać, w końcu z nami rozmawiać, a później ledwie nas zauważał.

– Na kiedy planujesz wyjazd? – Byłam podekscytowana wyprawą, czymś czego nie poznałam jeszcze.

– W tydzień pozapinam to, co trzeba i możemy ruszać – odparł z uśmiechem, który nie zakrył jednak zmęczenia.

Musiał naprawdę bardzo cisnąć z pracą, gdyż oczy miał lekko podkrążone i cały był trochę przyszarzały.

– Powiesz mi po pracy, jak się przygotować do podróży? – Dopytałam o ostatnią rzecz, która mnie trapiła.

Zdawałam sobie sprawę, że kilkunastogodzinna podróż wymaga przygotowania, ale nie wiedziałam jakiego.

– Dobrze, Kasiu – sapnął, a mi się zrobiło głupio, że wypytuję go o takie pierdoły.

W końcu musi projektować budynki, coś mówił też o odbiorach i zezwoleniach…
– Albo wiesz co? – Starałam się przyoblec twarz w wesołość. – Poszukam informacji w internecie. Jeśli czegoś nie znajdę, wtedy cię zapytam.

– Dobrze, Kasiu. – Tym razem nie sapnął, ale widocznie się ucieszył. – Do zobaczenia wieczorem.

I pojechał, ja zostałam i guglałam.

Fora, porady, opinie i opisy podróży innych. Tych z dziećmi, z psami, samotnych…
Łykałam wszystko, czytając z zafascynowaniem to, co inni piszą. Wszyscy byli Chorwacji zakochani.
Po kilku godzinach miałam w głowie mapę podróży, wyznaczone po drodze przystanki, opłaty za winiety i autostrady policzone i plan zwiedzania zaplanowany.

Podniecenie podróżą przełożyło się na szał działania. Gotując obiad planowałam zakupy.

Zwykłe sklepy nie wchodziły w grę, nie pogrzało mnie jeszcze i nie planowałam w najbliższych latach owego pogrzania. Miałam plan zakupów w ciuchlandii.

Teraz jest fajnie i słodko, ale nie mam mieszkania, środki odłożone nie są pokaźne, jedyną osobą przynoszącą dochody dla naszej czwórki jestem ja, więc heloł! Ciuchlandia musi wystarczyć.

W myślach wciąż tkwiły mi słowa Oliwii, że Adam do niej wróci, gdy mną się nacieszy, bo zawsze wraca.
Teraz było cudnie, wydawało mi się nawet, że go kocham, ale czułam ciężar odpowiedzialności za braci. Wiedziałam, że gdybym miała wybierać między nimi, a Adamem, nie było by zastanawiania się. Wybrałabym braci.

Czy ja jestem nienormalna? Czy potrafię kochać tak, jak bohaterki romantycznych książek, które swojego czasu czytałam? A może te opowieści pisane były przez złaknione miłości i niekochane osoby i dlatego pominęły realny element rzeczywistości w swoich książkach?

Może one pochodziły po prostu z normalnych rodzin i nie miały takich dylematów, jak ja…

Szatkowałam kapustę, napierniczając się z myślami. Bracia zwiedzali okolice z Mirą, mieli też iść na lody. Co, jak co, ale lody zawsze były wspaniałą atrakcją. Połączenie lata, z mroźną słodyczą na języku, to najlepszy sposób na przekupstwo i zmuszenie ich do poświęceń. No i jeszcze sprawienie im radości, a to właśnie Mira lubiła najbardziej, dogadzać im. Swoją drogą chłopaki, potrafili wdzięcznie odpłacić szczerym zachwytem i uwielbieniem, którego przyszywanej babci nie szczędzili. Mira ich pokochała, a ja pokochałam ją, ale to była bezpieczna miłość, bez zagrożeń.
Po czternastej wpadła do kuchni umorusana trójka głodomorów i jazgocząc, zaczęła mi grzebać w garach i patelniach, wywołując tym samym moją smoczą złość. Goniłam ich brudne łapy drewnianą łyżką, rozchlapując przy okazji sos na blaty wokoło, oni tymczasem bawili się świetnie. Ja już widziałam sprzątanie, którego sobie narobiłam nieostrożną złością.

Pogoniłam wszystkich do kąpieli, nie mając ochoty na szorowanie ubłoconych krzeseł.

– Co oni robili?! – Zszokowana uświnieniem chłopaków, zapytałam Mirę.
Ta natomiast uśmiechała się błogo, jakby patrzyła na trzy anielątka odbijające balonik, a nie głodomory wykruszające brud na posadzkę wokół.
– Łapali żaby w rowie melioracyjnym – oznajmiła z rozanielonym wyrazem, pomarszczonej twarzy. –  Pójdę wykąpać przed obiadem Kacperka.

I wyszła.

Ja zostałam osłupiała, nie rozumiejąc jej ckliwego stanu. Ale pewnie nie mogłam tego zrozumieć.

Gdy będę w takim wieku i dane mi będzie bawić wnuki, lub co najmniej bratanków, pewnie zidiocieję podobnie i pozwolę się smarować pastą do zębów i czesać włosy w kucyki. W dziesiątki kucyków!

Rozlałam zupę do talerzy, te ustawiłam na przeogromnym stole i czekałam na młodocianych zbójów. Ci przyszli weseli, czyści i już spokojniejsi, wysiorbali zupę, zjedli drugie danie i rozpełzli się do pokoi. Kacper nauczył się ostatnio samodzielnego wyszukiwania programów telewizyjnych i był to dla mnie, jako siostry-matki zastępczej, przełom.
– Coś taka strapiona dziecko? – Spokojne oczy Miry skupiły się na mnie bez reszty. – Nad czym tak myślisz?
– Nad tym wszystkim Mirciu – odparłam smętnie. – Teraz jest błogo i wszystko się układa, ale… Nie wiem! – Spojrzałam w jej mądre oczy, szukając zrozumienia. – To nie tak powinno wszystko być!
– Dziecino. – Mieszała łyżeczką w białym kubku z namalowanym słoniem.
Słoń miał trąbę opuszczoną w dół. Powolne okręgi wykonywane łyżeczką pewnie dawno już rozpuściły cukier, ale ruch trwał.
– Kocham Adama, jak syna. – Potarła pogodne zmarszczki naciągając skórę twarzy, a ta bardzo wolno wracała na poprzednie miejsce. – Widzę jednak, że chłopak zachowuje się co najmniej nieodpowiedzialnie. Unika zobowiązań.
Uniosła kubek, odsuwając łyżeczkę na bok tak, by nie dziabała jej w oko.
– Ty Kasiu jesteś mądra, więc uważaj by nie zajść w ciążę. – Powoli odstawiła kubek, wpatrując się w powierzchnię herbacianego naparu. – Czy wyjdzie z tego miłość i coś na zawsze? Nie wiem. Szanuj się jednak dziecko, bo ten szacunek, to najcenniejsze co masz!
Nie powiedziała więcej, skupiając się na zawartości kubka, a ja nie dopytywałam. Wiedziałam o czym mówi, nie potrzebowałam więcej objaśnień.
– Dorze Miro. – Podsunęłam jej talerzyk z kupnymi herbatnikami. – Jutro chcę jechać na zakupy i mam pytanie, czy zajmiesz się chłopaczyskami.

– Z przyjemnością Kasiu. – Radosny uśmiech bycia potrzebną rozświetlił jej twarz. – Z przyjemnością.

Autobus, kilka przystanków, kilkanaście schodów i królestwo używanych ubrań przesiąkniętych dziwną wonią środka dezynfekującego. Setki wieszaków, a na nich ciuchy dla naszej czwórki. Wzięłam żółty koszyk na ramię i zaczęłam buszować między stojakami z wieszakami.

Uczucie swobody wyboru i jakiegoś tam luzu finansowego działał na moje zmysły rozkosznie. Wreszcie mogłam coś kupić sama i robiłam to nie tylko z potrzeby zakrycia szmatką dupy. Robiłam to dla siebie, by ładnie wyglądać dla niego, by poczuć się lepiej.
Miałam wyznaczoną kwotę do wydania, lecz ciężko było mi się w niej zmieścić. Kąpielówki dla chłopaków, t-shirty i spodenki. Zgarnęłam kilkanaście wieszaków z ciuchami, które do mnie mrugały nawołując i kusząc i zasunęłam zasłonkę przymierzalni. Wszystko leżało na mnie idealnie i krzyczało, bym zabrała to z sobą. Ale ja nie mogłam!
Chciałam mieć te piękne ciuszki, ale wiedziałam, że to wykracza poza moje możliwości. Każdy ciuch leżał perfekcyjnie i zakwiliła w głowie myśl, że może faktycznie jestem kształtna i dobrze wyglądam w ubraniach.
Ale nie mogłam ich kupić, to byłby zbytek.
Dostaniemy mieszkanie, trzeba je będzie wyremontować i za coś żyć.

A jeśli Adam w międzyczasie stwierdzi, że mój młody tyłek nie jest spełnieniem jego dojrzałych marzeń i wykopie go w dal?!

Nie mogłam sobie folgować. To tylko chwila przyjemności, a konsekwencje mogą być co najmniej smutne…

Zakupiłam trzy sztuki kusych pareo, jeden strój kąpielowy i rzeczy, wcześniej wybrane dla chłopaków.
Nie przekroczyłam stówy.

I tak byłam szczęśliwa i dzierżyłam w ręku dużą, zielonkawą jednorazówkę, napakowaną ubraniami, na które zarobiłam siłą własnych mięśni.

I dupą, podszepnął skrzydlaty demon w mojej głowie. Nie czaruj się ślicznotko, szeptał nadal, twój sprężysty tyłek załatwił kilka spraw i odciążył resztę mięśni od zbędnego wysiłku.
– Spierdalaj – warknęłam, szokując tymi słowy przechodzącą obok kobietę. – Nie mam ochoty słuchać cię teraz.

Gnałam uśmiechnięta do domu, majtając napchaną siatką i planując ekspresowe pranie, równie szybkie suszenie i przymierzanie ciuszków.
Kilka miesięcy temu nie uwierzyłabym, że znajdę się w tak sprzyjających okolicznościach.

Z bananem na twarzy wparowałam do domu i pognałam do kuchni, mając nadzieję spotkać tam Mirę. Chciałam się pochwalić zakupami.
Przy stole ze smutnymi oczami siedziała Mira, a obok niej moja wściekła, na zużytej twarzy matka.
– Myślałaś, że cię nie znajdę mała wywłoko?!

Darmowe opowiadania mailem!

Wystarczy zapisać się na listę

I agree to have my personal information transfered to MailChimp ( more information )

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.

Powered by Optin Forms
Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonymous
    | Odpowiedz

    Ciężki ten odcinek. :/ hmmm…. oczywiście czekam na następny; mam jednak nadzieję, że będzie trochę lżejszy, a to dzisiejsze zmierza w jakimś dobrym kierunku. ML

  2. Anonymous
    | Odpowiedz

    Zwykłe życie też jest ciekawe ;p,mnie się podoba i oczywiście czekam na każde następne opowiadanie:) K.

  3. Anonymous
    | Odpowiedz

    Dobrze, że temat matki wyszedl bo bez tego byloby nie reane. Mika, może poprostu pisz kolejne przygody a Zakończenie przyjdzie samo.

  4. Anonymous
    | Odpowiedz

    Real life małego miasteczka,nareszcie!

  5. Asia
    | Odpowiedz

    ‘Zużyta twarz’ przed moimi oczami ukazały się usta rozciągnięte od … (przemilczmy :D). Tak w cichej nadziei czekałam na ‘matkę’, niech namota! 🙂

  6. Anonymous
    | Odpowiedz

    Znam taką mamuśkę.Wory pod oczami,jakby kartofle w nich nosiła,bruzdy wokół ust,śmierdzący nikotyną oddech,żółte zęby,wyjechana poza kontur warg szminka,teatralny makijaż oczu,mający zatuszować zmarszczki,rzadkie natapirowane włosy koloru”burgund”,bluzka w “panter”i obcisłe spodnie.I pazury!Długie,pomalowane krzykliwym kolorem(do wyboru),strach rękę podać,albo po prostu się zbliżyć,bo gestykuluje po włosku i może zranić.
    l_b

  7. Anonymous
    | Odpowiedz

    Super nie mogę cie doczekać kolejnej części

  8. Anonymous
    | Odpowiedz

    Nie podoba mi się strona, w którą to zmierza. Matkę Kasi i Oliwię trzeba up….dolić.

  9. Anonymous
    | Odpowiedz

    nie moze byc na rozowo

  10. Anonymous
    | Odpowiedz

    W życiu owszem… Ale to jest opowiadanie. I naprawdę nie w każdym opowiadaniu trzeba tragizować. Wątek słuszny, że ją znalazła, ale wnioskowałbym o happy end z hukiem. Czy naprawdę mało macie sytuacji i rzeczy w realnym życiu, które powodują smutek, złość i depresję, żeby jeszcze w opowiadaniu się dołować?

Napisz nam też coś :-)