Takaja żyzń cz. XXXII

with 14 komentarzy

Trochę perypetii, jak to w życiu ;-).
ps. w pierwszą część opowiadania radzę czytać, nie jedząc…

Podróż przebiegła spokojnie, nie licząc kilku „drobnych” incydentów.
Gdy młodziaki się pobudziły, od razu zaczęły wołać jeść, pić, sikać. Nie chciałem robić zbyt wielu postojów. Uporanie się z ich głodem i pragnieniem nie było trudne, młoda podawała im kanapki i picie.
Problem pojawił się przy okazji parcia na młode pęcherze. Zjazdu na parking nie widziałem, a przystawać na poboczu nie chciałem.
Wpadłem na genialny, moim zdaniem pomysł.

– Sikajcie do pustej butelki – zaproponowałem swobodnie.

Najpierw cisza, a po chwili jazgot.
– Ja sikam pierwszy! – Tomek wyrwał butelkę po mineralnej z rąk Kasi. – Ty obsiurasz butelkę i nie mam zamiaru paćkać się w twoich szczochach!

– Ja obsikam?! – pienił się Arek. – Chyba ty! Nie jestem jakiś siusiumajtek i umiem porządnie celować!
– Ta! – parsknął Tomek. – Widzę rano, jak wygląda deska. I ty niby masz cela? Potrafisz nawet zapomnieć klapę podnieść.
– Bo rano to jestem zaspany i dlatego! – oburzył się Arek. – A teraz już nie chce mi się spać, więc ja pierwszy!
– Ja jestem najstarszy, więc ja mam pierwszeństwo. – Zawyrokował Tomek i na ten argument młodszy nie miał już kontry.

Dumny z własnego pomysłu uśmiechałem się pod nosem, gdy w tym czasie Tomek korzystał z zaimprowizowanego wucetu. Sikał i sikał, a ja nie potrafiłem wyjść z podziwu dla pojemności tak młodego pęcherza. Po nim sikał Arek, w końcu przyszła kolej najmłodszego, który pobudzony najwyraźniej, dźwiękiem dwu, chlupiących strumieni moczu, zaciskał ręce na swoim siusiaku i podskakiwał z wykrzywioną miną. Widziałem tę minę we wstecznym lusterku i aż żal mi go było.
– Arek, pomóż Kacprowi – rozkazała młoda. – Potrzymaj mu butelkę

– Nie ma mowy! – sprzeciwił się Arek. – Nie będę mu jeszcze siuroka trzymał!
– Nie masz trzymać siuroka, tylko butelkę z waszymi sikami, bo jest ciężka! – Wkurzyła się nie na żarty. – Ale już!
– No dobra… – mruknął pod nosem Arek. – Ale uważaj, jak lejesz!

Kacper, czerwony na twarzy, z wysiłku powstrzymywania moczu, wysupływał się ze spodni.
I tu nastąpił pierwszy wypadek. Nim Arek nałożył mu szyjkę butelki na końcówkę, ten nie wytrzymał i popuścił. Popuścił na rękę Arka, a ten z obrzydzeniem cofnął butelkę i nie dość, że Kacper nie zdołał już opanować sikania i zsikał się na fotel i gdzie tam jeszcze poleciało, to jeszcze butla, do połowy wypełniona moczem, wyśliznęła się Arkowi z reki i wpadła między fotele.

Co stało się z płynną zawartością, łatwo się domyślić.

Arek się wydarł, Kacper rozpłakał, Tomek śmiał, ja milczałem zaciskając szczęki, młoda starała się zatrzymać choć część ciepłego płynu w plastiku, wnętrze samochodu wypełnił zapach świeżej uryny.
– Przepraszam Adamie – powiedziała cicho, czerwieniąc się, aż po cebulki włosów. – Jak dojedziemy, to posprzątam.
Głód minął mi całkowicie, o senności nawet nie wspomnę. Musiałem uchylić okno, by wywiać choć trochę tej woni.
– Niedobrze mi – jęknął Arek. – To przez ten smród ty obszczywaczu! – To było do Kacpra.

– Ja nie chciałem – jęknął Kacper, po czym rozpłakał się ponownie.
– Daj mu spokój! – warknęła młoda. – Jak nie przestaniesz, to zacznę opowiadać, co ty robiłeś w jego wieku!

Chwila przerwy, z kwileniem malucha w tle i do moich uszu dobiegł dziwny dźwięk.

Coś, jakby bulgotanie w kotle, a następnie przeleciała mi obok ramienia zawartość żołądka Arka. Część wylądowała na moich kolanach, część na ramieniu i spływała po szyi, reszta cudnie upstrzyła skórzaną tapicerkę, dywanik i zapewne fotele.

Zrobiło mi się niedobrze i powstrzymałem się, by nie zacząć krzyczeć i nie wysadzić ich wszystkich na poboczu i pojechać dalej samemu.
Zjechałem w najbliższy zjazd, na parking i zahamowałem z impetem. Nie słuchałem przeprosin młodej, wkurwiał mnie płacz Kacpra i chwila tylko dzieliła od wybuchu, albo zwymiotowania.
Przez smród i ze złości na własny pomysł. Pomysł tego wyjazdu.

Wyłączyłem silnik i wyskoczyłem z auta.

– Idę się umyć – warknąłem i pognałem ku pompce, ściągając po drodze koszulkę.
Dzięki Bogu, trafiliśmy na prawie puste i świetnie wyposażone miejsce postoju.
Robiło się już jasno, gdyż dzień wstawał powoli, mogłem więc oszacować zanieczyszczenia, którymi oberwałem.
Nie było tak źle, ale znów poczułem mdłości, widząc kawałki niestrawionej kiełbasy, którą nadziane były kanapki.
Odkręciłem parkingowy kran i ku uciesze innej robiącej postój, kulturalnie spożywającej prowiant na ławce opodal, rodziny, myłem się pod lodowatą wodą. Starałem się zmyć z siebie resztki i nie obeszło się, bez zdjęcia spodni. Nie płukałem ich nawet, myłem siebie.
W samej bieliźnie, z ubraniami zwiniętymi w kulkę, wróciłem do samochodu.

Młoda starała się na mnie nie patrzeć, lecz uchwyciłem jej zaciekawiony wzrok, gdy podchodziłem do drzwi i tłumiony uśmiech.
Nie czułem już złości, choć miałem opór przed wejściem do zanieczyszczonego wnętrza.

Postarała się widać, jak umiała. Reklamówka pełna zużytych, mokrych chusteczek jednorazowych i mokre plamy, nie noszące jednak śladów resztek pokarmowych, oraz ręcznik rozłożony na moim siedzeniu. Dobrze, że to skóra.
Inna tapicerka wchłonęłaby wszystko i oddawała zapachy przez najbliższy rok.
– No dobra – zawołałem najspokojniej, jak potrafiłem. – Dwadzieścia minut przerwy i ruszamy dalej. Jeśli ktoś chce sikać, wymiotować, albo kupę, to teraz. Umyć można się tam. – Wskazałem kran, wystający z betonowej misy.
Dzieciaki, jak na komendę poodpinały pasy i z widoczną ulgą na twarzy pognały we wskazanym kierunku.
– Strasznie mi przykro Adamie… – zaczęła młoda.

– Daj spokój – przerwałem jej. – To nie twoja wina. Niczyja zresztą. Jedźmy, dojedźmy i odpoczywajmy.

Widziałem w jej oczach brak wiary w spełnienie mojego życzenia.
Zmartwiło mnie to trochę.
***

Reszta drogi odbyła się już bez przygód.

Było mi głupio z powodu zabrudzeń, którymi bracia uraczyli samochód Adama. Wszystko to wynikło z tego, że nigdy dotąd nie podróżowaliśmy tak daleko, a właściwie w ogóle.
Ostatnia godzina w zamkniętej przestrzeni, była najtrudniejsza dla chłopaków. Smrodek nie zelżał, jeść w tych okolicznościach nie chciał już nikt, a głodni byliśmy wszyscy. Tyłki bolały od wielogodzinnego siedzenia i co chwilę któryś z pytał, czy daleko jeszcze.
Widoki za oknami przyciągały oczy zestawieniem gór i błękitnej wody, z której się wyłaniały. Kręte, wąskie drogi ograniczyły prędkość jazdy, jednak dawało to okazję do dokładniejszego przyjrzenia się mijanym domkom, altankom przy drodze, służącym najwyraźniej, jako zacienione miejsce do parkowania aut. Kolejnym plusem wolniejszej jazdy było uchylenie okien i wpuszczenie ciepła z zewnątrz, a wraz z nim zapachów świeżego powietrza.
W końcu Adam zjechał z drogi i zaczął wspinać się samochodem pod górę, dróżką wijącą się między domami. Zabudowania były coraz rzadsze, aż w końcu jechaliśmy po w miarę równym, choć pochyłym podłożu, mając przed sobą już wyłącznie drzewa. Wszystko, co nie było spakowane, lub miało choćby odrobinę luzu w pojemnym bagażniku, klekotało teraz i przesuwało się. Huśtało nami, a ja modliłam się, by któryś z braci nie puścił znów pawia. Może i dobrze, że nic nie jedliśmy. Gdy myślałam już, że jestem o krok od wstrząśnienia mózgu, Adam zaśmiał się i wskazał widok, wyłaniający się zza drzew przed nami.
Niewielki, skalny domek, ogrodzony murkiem z kamienia i gęstwina zieleni naokoło, oraz skała za budynkiem. Gdy podjechaliśmy bliżej stwierdziłam dopiero, że skała nie była za domem, ale dom był w nią wkomponowany, jakby przyklejony. Wyglądało to, jakby budynek i ogrodzenie wyrastały z obrośniętej zielenią góry. Efekt rozdziawił mi usta, co Adam oczywiście zauważył.
– Tak samo zareagowałem za pierwszym razem – stwierdził z zadowolonym uśmiechem. – Zaczekaj, aż zobaczysz wszystko, co to miejsce kryje.
Nie mogłam się doczekać.
Skrzydlata zmora w mojej głowie musiała oczywiście popsuć mi radość i szepnąć jadem: Myślisz, że jesteś pierwszą kobietą, którą zaprosił w to miejsce? Pewnie Oliwia była tu już z dziesięć razy i miała nad tobą przewagę naiwniaczko. Nie miała bachorów z sobą i mogła skupić się wyłącznie na przyjemnościach. Nikt nie rzygał i nie sikał w aucie. Nie wygrasz z nią.
Miałam ochotę znów kazać spierdalać tej francy w głowie, ale mogłam to zrobić wyłącznie bezgłośnie. Nie przyniosło mi to zbytniej ulgi.
Zaparkowaliśmy i zaczęliśmy się wyczołgiwać z auta. Zdrętwiałe kończyny i zamulone umysły reagowały bardzo powoli.
– Nie wyłączysz silnika? – zapytałam widząc, że Adam idzie ku bramie budynku, pozostawiając samochód na chodzie.

– Nie – odkrzyknął. – Musi trochę pochodzić na jałowo po tak długiej drodze.
Hm, pomyślałam, coś nowego znowu.

Dzieciaki o wiele szybciej dokonały rozruchu mięśni i wyprzedziły Adama.

Adam wpuścił ich przez furtkę i pociągnął do środka placu ciężkie ramiona bramy. Musiałam mu pomóc pchając je, gdyż zieleń oplotła deski, tworząc w ten sposób żywą blokadę.

– Weź klucze i otwórz domek. – Podał mi smycz z ciężką, podzwaniającą zawartością, jakiej nie powstydziłby się nawet klucznik. – Z okiennicami ci pomogę, są toporne.
I zawrócił do auta, a moja skrzydlata zmora odezwała się oczywiście od razu: Widzisz głupia, często tu musiał bywać z kobietami wie więc, że baba nie poradzi sobie z okiennicami.
– Spierdalaj! – warknęłam, bo mogłam i zaczęłam dopasowywać kolejne klucze do zamków.
Zamki ustąpiły oporując, drzwi otworzyłam z wysiłkiem. Widać dawno nikt tu nie przebywał i choć wewnątrz nie czuć było zaduchu, to jednak powietrze stało w bezruchu i nie pachniało zbyt przyjemnie.

Macałam po ścianie w poszukiwaniu włącznika, by rozjaśnić wnętrze.
Namacałam, pstryknęłam i nic. Prądu nie dowieźli.
Wyszłam więc na zewnątrz, rozglądając się wokoło. Dzieciaki rozpełzły się po zakamarkach, zwiedzając.

– Chodźcie tutaj! – Usłyszałam krzyk Arka. – Nie uwierzycie!
Pobiegłam w kierunku, z którego dobiegał głos. Minęłam załom skalny, w który wbudowany był domek, kilka iglastych i komicznie pogiętych, gęstych drzewek i po raz kolejny, w przeciągu kwadransu wmurowało mnie z wrażenia. Kilkanaście metrów nad głowami wisiała kamienna półka, wystająca z powierzchni góry. Z tej półki spływała woda, tworząc spory wodospad wpadający w maleńkie jeziorko poniżej. Zatchnęło mnie z wrażenia. Reszta mojej familii stała zachwycona i wpatrzona w połyskującą w promieniach słońca, drgającą powierzchnię wody. Oto spełnienie marzeń. Gorąc powietrza, świeżość zieleni i życiodajny zakątek z naturalnym miejscem do ochłodzenia ciała.
– Pięknie prawda? – Adam szepnął mi do ucha.
Nie słyszałam kiedy do mnie podszedł, ale nie dziwiło to. Tak bajkowego miejsca nie widziałam dotąd.
I ten zapach lasu i wilgoci.
– Najpiękniej – odpowiedziałam. – Dziękujemy.

– Nie ma za co – radość w jego głosie.
– Będziemy się tutaj kąpać? – Pierwszy z bezruchu odblokował się Kacper.
– Jeśli jest głęboko, to tylko z nami! – Włączyła się we mnie matka węsząca zagrożenie.
– Nie jest głęboko. – Uspokoił mnie Adam. – Ale jeśli nie umiesz jeszcze pływać, to i tak trzeba zachować ostrożność. Nawet w wannie można się utopić.
– Żadne z nas nie umie pływać – mruknął zawstydzony Tomek.
– To się nauczycie tutaj i w morzu. – Wesoło odparł Adam.
– Super! – To były trzy głosy, zgodnie oznajmiające radość.

Mój głos nie działał, uwiązł w gardle ze wzruszenia.
– Chodźmy się zadomowić. – Adam pociągnął mnie żartobliwie za włosy. – Ciekaw jestem, czy domek wam się spodoba.
Dzieciaki pobiegły oczywiście przodem, za nimi wolniej Adam, ja zostałam nie mogąc oderwać oczu od cudowności ukształtowanej przez artystkę naturę.
– Zaczekajcie chwilę, włączę prąd. – Z ogromną latarką w ręce, Adam zanurkował we wnętrzu domu.
Staliśmy w progu, zaglądając ciekawie, on tymczasem trzaskał się, przesuwał coś i otwierał skrzypiące drzwi. Niewiele mogłam zobaczyć w szybko przesuwającym się po sprzętach snopie światła latarki, a ciekawość która mnie ogarnęła, popychała wręcz fizycznie do środka.
Coś warknęło, zakrztusiło się mechanicznie i wpadło w miarowy rytm, w którym rozpoznałam dźwięk silnika.
Bardzo powoli, jakby budząc się ze snu, żarówka nad naszymi głowami zapłonęła żarem w środku, rozjaśniając kolejne metry pomieszczenia.
Szczęka opadła mi ponownie…

Darmowe opowiadania mailem!

Wystarczy zapisać się na listę

I agree to have my personal information transfered to MailChimp ( more information )

I will never give away, trade or sell your email address. You can unsubscribe at any time.

Powered by Optin Forms
Oto Mikakamaka:

Matka i żona, do zeszłego roku również gastronom. Miłość do pisania pojawiła się nagle i intensywnie trwa od pięciu lat. Kocham pisać o ludziach i tym, co dzieje się w ich głowach. Miłość i seks rodzi się w głowie, więc staram się nie pomijać niczego istotnego ;-)

Ostatnio dodane przez

Komentarze

  1. Anonymous
    | Odpowiedz

    Zupelnie rozne od “Dlugu” ale spodobalo mi sie bardziej 🙂

  2. laid back
    | Odpowiedz

    Mnie też.

  3. Anonymous
    | Odpowiedz

    Hmmm…. jakoś wydaje mi się wymęczone to opowiadanie. Ale to tylko moje zdanie. Bardziej podobało mi się “I stałam się”. Akcja szybko się rozwijała, człowiek się zaciekawiał i wkręcał. Ale to moje wrażenie, pozdrawiam.

    • mika kamaka
      | Odpowiedz

      Jedne opowiadania są “szybkie”, inne nie. To nie jest. Ma już prawie sto stron i nie muszę się spieszyć z jego zakończeniem. Nie chcę, bo połknęłabym dużo tego, co po drodze.
      Jest o zmianie porąbanego życia w normalne, więc normalności dużo być musi.
      Męczyło mnie w połowie i chciałam je uciąć, pozabijać bohaterów, ale zmieniłam zdanie.
      Teraz sobie płynie 🙂

    • Anonymous
      | Odpowiedz

      Zdecydowanie nic nie przebije “I stalam sie” oraz “Pijawy” ale Takaja nie jest zla 🙂

    • Anonymous
      | Odpowiedz

      A mnie się podoba. Niech się ciągnie w swoim tempie. Ja do swojego związku dojrzewałem (skutecznie) kilka ładnych lat. Czuję niejakie pokrewieństwo duchowe do Adama.

      Aprecjator

    • Anonymous
      | Odpowiedz

      Wracając do mojego komentarza. Nie mówię, że normalność mnie nudzi. Ale trochę tempo dodawania i fragmenty. Albo dodaje się po kolei albo nie. Ty prowadzisz bloga i ty decydujesz. Ale ja wolę jak jest jedno opowiadanie i część po części. A nie pare opowiadań na raz i się gubić zaczynam kto w końcu z kim jest, Pozdrawiam.

    • mika kamaka
      | Odpowiedz

      Masz rację i zgadzam się z Tobą całkowicie.
      To mój pierwszy blog i uczę się go po prostu.
      Taki jest plan, jedno opowiadanie przetykane beką 😀
      Pozdrawiam również.

  4. Anonymous
    | Odpowiedz

    Hahahah wlasnie sie rozsiadłam z obiadkiem w dłoni, chcąc zacząć czytać, a tu “ps. w pierwszą część opowiadania radzę czytać, nie jedząc…” Dzieki 😀 Wróce do opowiadania za jakieś poł godzinki ;))

  5. Anonymous
    | Odpowiedz

    fajna część, nawet nie wiesz jak się ucieszyłam, ze nie zamierzasz zamordować bohaterów ani skończyć byle szybko 🙂 pozdrawiam M.

  6. Anonymous
    | Odpowiedz

    Kochana Miko, nareszcie! 😀
    A mam taką sugestię, małą, malutką prośbę…
    Dałoby radę kiedyś coś skrobnąć o gabinecie masażu? 😀 Nie wiem, czy to tylko moja fantazja, żeby trafić do salonu, a masażystą okazał się seksowny sąsiad…
    Może mi ulegniesz 😀
    Dzięki za kolejną część :*
    Edzia

  7. laid back
    | Odpowiedz

    Nie śmiejmy się z butelki.Mnie kiedyś kubek z McD uratował rzyć(z serii żenujących historii;-).

Napisz nam też coś :-)