Wakacyjny epizod (XIX)

with Brak komentarzy

Rozdział 19

New job

IZA

Przed bramę Aleksandra przyjechałam przed czasem. Kwadrans przed piątą wyłączyłam silnik stwierdzając, że punktualnie o piątej zadzwonię domofonem. Zdawałam sobie sprawę z faktu, że tchórzę i przedłużam nieuniknione. Wczoraj byłam chojrak, ale odwagę podsycił alkohol. Dziś byłam mniej do przodu, szczególnie po tym, co mówiła pani Ula. Po pierwsze odradzała mi układ, w który zgodziłam się wejść. Mówiła, że nie chce brać w tym udziału i przyczynić się do tego, że muszę robić coś wbrew własnej woli.

Dobre sobie! Najlepsze, że nie powiedziałam jej, że ma to być pozowanie na golasa. Zgrabnie pominęłam ten szczegół twierdząc, że potrzebuje modelki. Wtedy pani Ula przypomniała sobie, ze faktycznie kiedyś Olek, jak ładnie zdrobniła jego imię, robił coś dla parafii. Automatycznie założyła, że mam pozować, jako modelka przy tworzeniu postaci świętej. Nie wyprowadzałam jej z błędu, bo to, że kazał mi się rozebrać do rosołu świadczyło jasno o tym, że na świętą raczej mnie nie chce. Tata podszedł do tematu równie podejrzliwie, ale ewidentnie tak mocno pragnął tej przebudowy, że dotarła do niego tylko część moich słów.

Drugą sprawą, która była nie do końca fair w stosunku do dzieciaków i reszty załogi obozu było to, że miał mnie zastąpić Filip. Nie miał uprawnień do bycia opiekunem, więc tak naprawdę łamaliśmy prawo. Gdy jednak dopadały mnie dylematy, czy postępujemy dobrze, przypominałam sobie, że robimy to zdwój bardzo ważnych powodów. Pierwszym jest niesprawiedliwość, z jaką od lat żyje pani Ula i jej syn. Matka samotnie wychowująca dziecko, którą wieś odsunęła poza swoją społeczność za to, że śmiałą wyjechać za granicę i to tam zrobiła sobie dziecko. W dodatku śmiała chcieć prowadzić po powrocie interesy. Sama, bez męża i rodziny, czy znajomości. Gdy przypominałam sobie wredny wyraz twarzy tej suki z Karczmy pod bocianem, momentalnie odchodziły mi wszystkie dylematy. To przez nią i jej zapijaczonego męża, pani Ula z synem od lat żyli nad wyraz skromnie. Latem zarabiali tyle, by mieć na przetrwanie chłodnych miesięcy. Niewielki zasiłek łatał dziurę budżetu rodziny. Do tego to, co udało się dorobić dzięki zbieraniu grzybów i jagód i sprzedawaniu ich kobiecie na targowisko w mieście. Nie powinno być tak, że ktoś czerpiąc profity ze znajomości, utrudnia tym samym życie komuś innemu.

Działałam w imieniu czyjegoś dobra i jakaś egoistyczna część mnie czuła się z tym dobrze. Bo robię coś dla innych, bo może tym pomagam. I nie czarujmy się, nie robiłam tego w czasie wolnym. Była to alternatywa dla pilnowania dzieciaków. Miałam leżeć, może siedzieć na golasa i po prostu być.

- Wchodzisz, czy chcesz jeszcze posłuchać świergotu ptaków?

Napisz nam też coś :-)