Wakacyjny epizod (XVII)

with Brak komentarzy

IZA

Gdy szłam spać, było grubo po północy. Z Ulą i tatą siedzieliśmy przy ognisku, mimo że już dawno wygasło. Nie sposób było jednak przerwać rozmowy, gdy widziałam podekscytowanie taty. Jego zapał wywołał we mnie dwojakie uczucia. Z jednej strony cieszyłam się, bo od śmierci mamy zapadał się w coraz głębszym zobojętnieniu, jakby powoli wyłączał uczucia. Dzień za dniem upływał mu na długich spacerach z psami, czytaniu książek i niczym poza tym. Nie spotykał się praktycznie z nikim, bo jak twierdził, znajomi mają swoje życie. Inne, pełne rodziny, a on poza mną nie ma nikogo. Gdy chciałam jadać z nim obiady, albo wyciągnąć go na rower, co kiedyś z mamą bardzo kochał, mówił, że nie będzie mi zawracał głowy i że mam się zająć sobą. W efekcie spotykaliśmy się tylko raz w tygodniu, a on, wieczny uparciuch zapewniał mnie, że tak będzie najlepiej.

Teraz patrzyłam na innego tatę. Takiego, którego nie widziałam od lat. Oczy błyszczały mu z ekscytacji i cały dzień był na wysokich obrotach. Uśmiech praktycznie nie schodził mu z twarzy i, o dziwo, postanowił wrócić do trenowania biegania! Dyscypliny, którą mnie zaraził, gdy jako nastolatka zaczęłam się martwić figurą. To tata kupił mi pierwsze buty do biegania i poinstruował, jak zacząć, żeby się nie zniechęcić. To on w końcu motywował mnie, gdy traciłam zapał podczas biegu w lesie. Truchtał obok mnie, dopingując słownie i ignorując moje zrzędzenie i marudzenie. Dzisiaj sam ubrał buty do biegania, koszulkę i spodenki i z psami przy boku wybiegł rano na przebieżkę.

Te wszystkie zachowania cieszyły mnie i tylko wyciszałam głosik w głowie, który szeptał, że tacie odbiła palma. Że włoży w ten mazurski interes wszystkie oszczędności życia, a później będzie tego żałował. Że nie powinien ryzykować, bo ma przecież córkę i...

I w tym momencie wymierzałam sobie mentalnego plaskacza w twarz, bo kimże ja jestem, żeby tak egoistycznie podchodzić do człowieka, który ofiarował mi w życiu tak wiele. Mężczyzny, który stracił miłość swojego życia, pochował ją i tylko ja mu o niej przypominałam. Zdawałam sobie sprawę z faktu, że wystarczyłoby, bym na głos poddała w wątpliwość jego pomysł, a na pewno zrezygnowałby ze swoich planów. Z ciężkim sercem, wbrew rodzącym się, pełnym nadziei marzeniom, po cichu, bo dla córki, gdyż tak będzie najlepiej.

Nie potrafiłabym odebrać mu tej nadziei. Rodzącej się właśnie nowej przyszłości, w której być może zwiąże się z panią Ulą. I nie będzie to uwłaczające ani dla mnie, jako jego córki,ani dla mamy, która na pewno życzyłaby mu szczęścia i powodzenia.

Pełna rozsadzających mi głowę myśli, położyłam się do łóżka przekonana, że będę miała problem z zaśnięciem. Myliłam się. Ledwie przyłożyłam głowę do miękkiej poduszki, a pięć minut później spałam już głębokim snem.

Napisz nam też coś :-)