
***
Siedziałam na fotelu, a naprzeciwko mnie półnagi Konrad. Mój wredny szef, któremu chciałam zagrać na nosie, lecz w efekcie to on zagrał na moim. Siedziałam, blada, z wielką gulą w gardle, z bolącym żołądkiem, wątrobą i całą resztą narządów wewnętrznych, z sercem walącym jak oszalałe i ze łzami w oczach.
– Wiedziałeś? – zapytałam w końcu szeptem.
– Tak.
– Od kiedy?
– Od samego początku. Wypadek nie był wypadkiem, amnezja miała zmylić wroga. Przyznam, że twój głupi pomysł był mi niezwykle pomocny.
– Czyli… nie zabijesz mnie? – W moim glosie wyraźnie zabrzmiała nadzieja.
– Śmierć byłaby zbyt prosta. – Wygodnie się rozsiadł, opierając ramiona o zagłówek sofy. – Najpierw tutaj posprzątasz. Pieniędzy zainwestowanych w ten koszmarny wystrój nie odzyskam, więc wszystko odpracujesz. Będziesz na każde moje skinienie, wykonasz każdy rozkaz. Bez sprzeciwu, bez szemrania, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
– A jeśli nie będę chciała pójść na ten układ?
– Ze mną się nie zadziera – uśmiechnął się i nie wiem skąd, pojawiło się skojarzenie hieny żerującej nad padliną. – Masz rodzinę, znajomych, pomagała ci przyjaciółka…
– Wystarczy, zgadzam się – powiedziałam i pomyślałam „oby cię szlag trafił, padalcu”! Niestety minęły czasy, gdy mogłam to wykrzyczeć mu prosto w twarz. Potulnie pochyliłam głowę i tylko gapiłam się na moje drżące dłonie.
– Dwanaście tysięcy pięćset pięć złotych to wydatki z mojej karty. Cierpienie moralne dwadzieścia tysięcy. Samo mleko to połowa i chyba nie muszę tłumaczyć, o co chodzi. Dzieląc to przez twoją stawkę godzinową, masz do odpracowania osiemset godzin czyli trzydzieści dwa dni. Po tym zostaniesz zwolniona dyscyplinarnie, znikniesz i nigdy więcej się nie spotkamy.
– Zgadzam się.
– Na pewno? – Uniosłam wzrok i napotkałam nieco podejrzliwe spojrzenie szefa. – Tak po prostu?
– Winna jestem tylko ja i moje głupie pomysły.
– Do rana ma być tutaj posprzątane, a wszystko, co nie należy do mnie, musi trafić na śmietnik. Zrobię test białej rękawiczki, więc się postaraj. Witasz mnie śniadaniem, żegnasz kolacją. Menu będę ustalał na bieżąco. Codziennie jedziesz ze mną do biura i nadal gramy swoje role, ty mojej narzeczonej, ja faceta z amnezją. Nie masz prawa samowolnie się oddalić, spotykać z kimkolwiek, nie masz prawa do niczego, zrozumiałaś?
– To już chyba lekka przesada! – Gniew stłumił strach, bo serio, przesadził. – Może i oddychać nie mam prawa? Albo jeść?
– Mała dieta by nie zaszkodziła. – Spojrzał na mnie dwuznacznie, potem to spojrzenie powędrowało w okolicę moich bioder. – Nawet większa nie zaszkodzi.
– Jeszcze słowo, a do posprzątania będę też miała jednego trupa.
– Gdy jesteśmy sami, nie powinnaś się zwracać do mnie na ty.
– Tak jest panie prezesie! – warknęłam, wstając. – Od czego mam zacząć?
– Ode mnie. – Nie wiem jak, ale w mgnieniu oka siedziałam na jego kolanach, otoczona ramieniem i z męską dłonią, która zacisnęła się na moim karku.
– Takich usług nie ma w pakiecie – wyjąkałam, próbując się uwolnić i wstać.
– Dlaczego? – Palcami przeczesał moje włosy, a ja w panice pomyślałam, że przecież już wcześniej dziwnie się zachowywał. – Mówiłem, że masz być na każde moje skinienie.
– Ale nie na takie. W tej chwili mnie puść! Nie jestem w nastroju do żartów i nie jestem w twoim typie.
– Skąd wiesz, że nie jesteś w moim typie?
– Bo mam za dużą pupę, jestem za gruba, za mało wytworna i powinnam się zatrudnić jako strach na wróble.
– W sumie racja – mruknął, a mnie drgnęła ręka, żeby mu przywalić za te słowa. – Tylko tego nie rozumiem – dodał, a później chwycił moją dłoń i położył pomiędzy swoimi udami.
Zaczerwieniłam się aż po korzonki włosów.
– Tak się dzieje, jak tylko cię dotknę – wyszeptał, łaskocząc oddechem moją szyję. – Nie rozumiem tego i nie potrafię z tym walczyć. Nigdy wcześniej tak nie miałem i przy innych kobietach nadal nie mam. Przy Kalinie to on się wręcz schował w sobie, tak mnie brzydził jej dotyk. Próbuję sobie wmówić, że jesteś zbyt zwyczajna, o przeciętnej urodzie, masz nadwagę, bałaganisz, brak ci umiejętności brylowania w towarzystwie, kiepsko gotujesz, świeci ci się nos…
– Zabiję cię, draniu! – syknęłam, próbując wydłubać mu oczy. Przegiął i to sporo.
– Ale mój kutas i tak ma inne zdanie – dokończył ze śmiechem, unieruchamiając moje ramiona. – Powiedzmy, że zredukuję czas trwania umowy do piętnastu dni za pewną przysługę.
– Jeśli będę miała możliwość odgryzienia go, to możemy ją nawet wydłużyć do roku.
– Czyli nie chcesz?
– Nie! – wrzasnęłam i od razu wylądowałam na podłodze. Po prostu mało delikatnie mnie zepchnął.
– To nie. – Wrócił zimny drań. Powoli wstał i teraz patrzył na mnie z góry. Obojętnie, z pogardą. – Zacznij sprzątać, do rana nie zostało dużo czasu. Ja idę spać, więc rób to po cichu.
Zostałam sama, ale to akurat przyniosło ulgę. Związałam włosy, zdjęłam płaszcz i rozejrzałam się dookoła. Do rana? W życiu nie dam rady. Westchnęłam i zaczęłam pracę od wypicia kieliszka wina. Cztery godziny później w przedpokoju stały ogromne worki ze śmieciami, a ja siedziałam na podłodze w salonie, z głową opartą na siedzisku sofy. Ledwo żyłam, a oczy same mi się zamykały. Niestety, została mi jeszcze jedna łazienka i sypialnie. Spróbowałam wstać, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa. Nie, całe ciało odmówiło.
– Tylko kilka minut – wymamrotałam i zasnęłam.
Obudził mnie strumień lodowatej wody wylany prosto na moją głowę.
Wrzasnęłam, zrywając się na równe nogi. Obok stał Konrad z miską w dłoniach i grymasem niezadowolenia na twarzy.
– Nie skończyłaś sprzątać, nie ma śniadania i nie jesteś gotowa, aby za pół godziny jechać do pracy.
– Wredny padalec! – rozpłakałam się i rzuciłam w niego poduszką. Tylko to miałam pod ręką. – Nie jestem robotem!
– Umowa była inna.
– W dupie mam twoją umowę! – Otarłam oczy wierzchem dłoni.
– Dobrze, skończysz wieczorem, ale doliczę dwa dodatkowe dni. – Ani trochę nie ruszyły go moje łzy. Drań jeden! Stanowczo za mało dałam mu popalić, gdy była ku temu okazja.
– Jeden dzień! – Nie zamierzałam tak łatwo się poddać.
– Dwa.
– Jeden i koniec, kropka.
– Dwa! – syknął.
– Pomyśl racjonalnie, dwa dni dłużej będziesz sztywniał, a to jest chyba niezdrowe.
Poczerwieniał.
– Dwa i nie kłóć się ze mną.
Dobrze, odpuszczę, ale pożałujesz, pomyślałam mściwie. Odwróciłam się na pięcie, po drodze zgarnęłam z walizki kosmetyki i zniknęłam w drzwiach łazienki.
To nie tak, że o siebie nie dbałam. Jednak na co dzień preferowałam dyskretny makijaż, włosy spięte w ciasny węzeł na karku i skromne, schludne ubrania oraz buty bez obcasów. Tym razem poszłam na całość. Po szybkiej kąpieli wmasowałam w skórę mój ulubiony balsam i przystąpiłam do doskonalenia własnego wizerunku. Ciemne pasma spięłam luźno, wypuszczając kilka kosmyków, aby nadać fryzurze nieco frywolności. Zazwyczaj tylko cieniowałam rzęsy, ale tym razem dodałam też czarną kreskę i odrobinę cieni. Potem był róż, kilka kosmetycznych trików, a na końcu moja ukochana szminka w kolorze czerwonego wina. I to ona dała efekt wow!
Nie poprzestałam na makijażu. Owinęłam się ręcznikiem i to tak niewielkich rozmiarów, że ledwo zakrył mi pupę. Spryskałam skórę na ramionach wodą i na boso, pomaszerowałam prosto do kuchni, gdzie siedział Konrad popijając poranną kawę i czytając najnowsze wiadomości ze świata rekinów biznesu. Odruchowo uniósł głowę i skamieniał.
Wrednie przedefilowałam mu przed nosem, a potem wspięłam się na palce, żeby wyjąć filiżankę z szafy. Ręcznik się lekko uniósł, ale nie zleciał, bo od góry przytrzymałam go dłonią. Później ze spokojem, wciąż się nie odwracając, zrobiłam sobie kawę i dopiero wtedy wykonałam półobrót i spojrzałam na padalca.
– Za chwilę będę gotowa – odezwałam się, opierając o rant blatu, podczas gdy on bez słowa gapił się na moje nogi. Przyznam, że były niezłe, ale nie sięgały nieba i do modelek z wybiegu było mi daleko. – Tylko wypiję. Bez porannej kawy ciężko mi się dobudzić.
– Robisz to specjalnie? – W końcu spojrzał mi w oczy. Głos miał lodowaty, ale dostrzegłam też gniew. Dobrze, był wściekły i to bardzo.
– Ja? Ależ skąd! – skłamałam.
– Wiesz czym może się to skończyć?
– Czym? Przecież nie gustujesz w tak dużych pupach. – Lekko się odwróciłam, perfidnie wypięłam i klepnęłam z całej siły dłonią w prawy pośladek.
Nie odpowiedział, lecz pulsująca żyłka na skroni powiedziała więcej niż słowa. Powinnam odpuścić, ale postanowiłam dolać oliwy do ognia. Obok, na blacie leżały banany…
Niewinny owoc zamienił się w okrutną broń służącą zemście. Tylko kobieta potrafi coś takiego zrobić. Jadłam go powoli, prowokująco, udając zamyśloną, dopóki nie usłyszałam głośnego rumoru.
Konrad zerwał się z miejsca i zniknął w drzwiach sypialni. Pośpiech wskazywał, że jednak banan spełnił swoje zadanie. Zaciekawiona ruszyłam na poszukiwania i znalazłam szefa pod prysznicem. W ubraniu i dam głowę, że pod strumieniem zimnej wody.
– A trzeba było się nie targować o ten jeden dzień – mruknęłam.
Wyszliśmy z mieszkania pół godziny spóźnieni. I to nie była moja wina, bo ja wyszykowałam się na czas. Konrad nie powiedział ani słowa, czyli osiągnął najwyższy stopień wściekłości i zamienił się w lodowego potwora. Dojechaliśmy do firmy, on zniknął za drzwiami gabinetu, ja usiadłam przy biurku i dopiero wtedy zaczęłam się śmiać.
Zawsze uważałam, że nie nadaję się na feme fatale, a tutaj taka niespodzianka. Wystarczyła czerwona szminka, zbyt mały ręcznik i jeden, średniej wielkości banan. Chciał trzydziestu czterech dni? Dobrze, dostanie, ale na moich warunkach. Już ja mu dam popalić! Sam zrezygnuje po dwóch tygodniach, wywalając mnie na zbity pysk.
Szef ani razu mnie nie wezwał, nie wyszedł też z gabinetu. Zjadłam w spokoju lunch, wypiłam kawę, wywiązałam się ze swoich obowiązków i została mi jeszcze godzina. Postanowiłam zaryzykować i zobaczyć, czy nie pękł przypadkiem z wściekłości. Co prawda nie wierzyłam w takie szczęście, ale różnie bywało.
Poprawiłam makijaż, rozpięłam górę bluzeczki, tak żeby zza materiału kusząco wyłaniał się zarys piersi, przeciągnęłam szminką po ustach i grzecznie zapukałam. Nikt nie odpowiedział, więc weszłam bez pozwolenia.
Konrad uniósł głowę znad biurka. Sam mój widok wystarczył, żeby od razu skoczyło mu ciśnienie.
– Czego chcesz? – warknął.
– Prezesie, potrzebny jest pana podpis. – Podeszłam bliżej i położyłam przed nim plik dokumentów.
– Podpis? – powtórzył szyderczo, nurkując spojrzeniem w moim dekolcie. Tylko na ułamek sekundy, bo twarda z niego była sztuka.
– Podpisane, a teraz wypierdalaj!
Wróciłam do siebie, przygotowałam kolejną kawę i oparłszy łokcie o blat, zaczęłam rozmyślać nad moją sytuacją.
To był mężczyzna, na którego widok płeć piękna mdlała, słaniała się i spazmowała. Nawet z tym jego wrednym charakterem dziewięćdziesiąt dziewięć procent kobiet i tak padało przed nim plackiem. Ten jeden procent to byłe sekretarki… No dobrze, ale co taki facet widział we mnie? Tak, byłam ładna, może dla niektórych nawet piękna, wzrostu średniego, z lekką nadwagą i sporym temperamentem. Mogłam się podobać, mogłam nawet być czyjąś Julią, ale przecież nie dla niego.
Byłam pewna, że kłamał, kiedy mówił o swoim podnieceniu, ale teraz zwątpiłam. Ten lodowaty prysznic świadczył o czymś innym.
Ciężko było go rozgryźć. Tym udawaniem amnezji załatwił mnie koncertowo, swoją drogą ciekawe dlaczego powiedział, że wypadek nie był wypadkiem? A najdziwniejsze było to, że nie zażądał dzisiaj ani żadnego super zdrowego posiłku, ani idealnie zaparzonej kawy. Niczego się nie czepiał, za to najwyraźniej mnie unikał.
Chwyciłam mokrą chusteczkę i starłam szminkę z ust. Lepiej nie ryzykować, bo co będzie, jeśli faktycznie mu odbije i się na mnie rzuci? W starciu z tym wielkoludem nie miałam szans, zwłaszcza jak się porządnie wkurzy. Zemsta za dwa dodatkowe dni się udała, teraz wystarczy zacisnąć zęby, wytrzymać określony czas i poszukać nowej pracy.
Do końca zostały dwa kwadranse, gdy zadzwoniła moja mama.
– Olinka! – Zawsze tak do mnie pieszczotliwie mówiła. – Ciotka coś u nas zostawiła i trzeba jej wysłać.
– Aha – mruknęłam, bo właśnie przyszło mi do głowy, że będę musiała coś wymyślić dla rodziny w ramach usprawiedliwienia mojej nieobecności oraz braku pensji. Ostatnio skłamałam, mówiąc, że zanocuję u Kini, bo jest chora i potrzebuje pomocy, ale przecież nikt nie uwierzy, że choroba potrwa cały miesiąc! Dobrze, zastanowię się później.
– Syn sąsiada, Tomek, wpadnie i zostawi to u ciebie w pracy. Powinien być za niecały kwadrans.
– Dobrze mamo – zgodziłam się potulnie.
– Tylko pamiętaj, priorytetem, bo ciotka bardzo tego potrzebuje.
Nie zapytałam czego, bo w sumie mało mnie to interesowało. Tomek pojawił się po niecałych dziesięciu minutach, z tajemniczym wyrazem twarzy dostarczył mi coś małego owinięte w papierowy ręcznik kuchenny, życzył udanego dnia i zniknął.
– Kto to był? – Pytanie padło tak niespodziewanie, że zawiniątko wyleciało mi z rąk i uderzyło o podłogę.
– Chcesz mnie zabić? – Teatralnym gestem złapałam się za serce. – Syn sąsiada, mama kazała mi coś wysłać. A właśnie… – przykucnęłam i podniosłam z ziemi coś dziwnego.
Przez chwilę patrzyliśmy na to z Konradem w całkowitej ciszy. Konkretnie w połowę sztucznej szczęki, nieco już zużytej i po upadku także bez dwóch zębów z przodu.
– Zębów jeszcze nie wysyłałam poleconym – powiedziałam słabo. – Cholera, dwa odleciały. I co teraz? Dentysta w Niemczech drogi, a ciotka najwyraźniej zapomniała górnej połowy szczęki i biedna pewnie nie ma czym jeść. Widzisz, co zrobiłeś?
– Ja? – Konrad wyglądał na mocno ogłuszonego.
– Wystraszyłeś mnie. Muszę poszukać jakiegoś ortodontę czy coś w tym stylu. Niech na jednej nodze to naprawi, bo matka mnie zabije. Nie mam pieniędzy – zafrasowałam się, ale zaraz rozjaśniłam. – Dobrze, dołożymy jeszcze z dwa dni i posłużę się twoją kartą. Jakoś nie było kiedy oddać – dodałam na usprawiedliwienie, a Konrad spojrzał na mnie groźnie.
– Nie będziesz…
– To też twoja wina! – podsunęłam mu szczękę pod nos i wtedy wypadł jeszcze jeden ząb. Szef lekko pozieleniał i odruchowo cofnął się o krok.
– No dobrze, ale nie chcę dwóch dni, a czegoś innego.
Zanim głupio zapytałam co, objął mnie, przyciągnął i pocałował. Kolejny raz trafił w prawe ucho, bo zręcznie wykręciłam głowę, a potem przywaliłam mu tym, co trzymałam w ręce. Czyli sztuczną szczęką mojej ciotki z Monachium. Niestety, nie była to rzecz nadająca się do walenia w cokolwiek i posypała się reszta zębów… Spojrzałam na to, co zostało i zaczęłam się śmiać.
Piałam, wyłam i płakałam ze śmiechu, podczas gdy Konrad patrzył na mnie zdegustowany. Było z czego, bo nigdy, nawet w najbardziej szalonych marzeniach nie przypuszczałam, że przyłożę mojemu wrednemu szefowi sztuczną szczęką ciotki, którą miałam wysłać listem poleconym. I to podczas próby namiętnego pocałunku.
Tak, nawet moja wyobraźnia miała swoje granice. Życie bywało zaskakujące, pomyślałam, patrząc jak wściekły Konrad oddala się z jednym ułamanym zębem we włosach.
I to na samym czubku głowy.
Leave a Reply