
***
Na szczęście te nędzne resztki dało się uratować, chociaż musiałam się wytłumaczyć i mamie, i ciotce. Naprawa z wysyłką zajmą trochę czasu, więc najrozsądniejsze wydało przyznanie się do winy. Mama trochę marudziła, ciotka się nie przejęła, a Konrad bez słowa przełknął płatność kartą z jego nazwiskiem.
Dwa pierwsze dni niewoli upłynęły całkiem spokojnie. Oczywiście dostałam zjeb za brak jednego pomidorka w kanapce i znów podarł pismo, bo brakowało w nim przecinka. Próbował też wylać kawę, lecz nie zdążył, bo zawartość kubka wylądowała na jego głowie.
– Ty! – ryknął, ociekając brązową cieczą.
– Ano ja – odpowiedziałam, wycofując się w kierunku drzwi. – Mam dosyć. Jak ci nie smakuje, rób ją sam.
– Umowa…
– Tak, wiem, umowa zakładała całkowitą niewolę bez grama sprzeciwu. Jak będziesz się tak zachowywał, za każdym razem przyniosę kawę z dużą ilością mleka i poproszę, aby dla ciebie specjalnie było przegotowane – dodałam złośliwie się uśmiechając. Wykorzystałam powszechną męską słabość, jaką była niechęć do przegotowanego mleka.
– Posprzątaj tutaj! – warknął, ale tematu kawy nie kontynuował.
Zrobiłam co kazał i machając mopem, ukradkiem mu się przyglądałam. Siedział przy biurku i rozmawiał przez telefon po francusku. Przez ten krótki czas pracy przekonałam się, że perfekcyjnie zna sześć języków. Niemiecki, rosyjski, francuski, hiszpański i japoński. Zwłaszcza ten ostatni wprawił mnie w zachwyt. Teraz patrzyłam na tę szczupłą, wyrazistą twarz o ostrym podbródku i zastanawiałam się, jakby wyglądał, gdyby mu tak włosy zaczesać do tyłu i ubrać go w luźną, lnianą błękitną koszulę. Do tego czarne okulary oraz lekki ślad zarostu. Niestety golił się z niezwykłą dokładnością, nie zostawiając ani trochę pola dla wyobraźni. Garnitur leżał na nim jak druga skóra, ale ja wiedziałam też, że bez garnituru wygląda równie dobrze.
Oparłam się na mopie i zagapiłam.
Jacht, bezmiar oceanu i mężczyzna o aparycji tego padalca, lecz z dużo lepszym charakterem. Stałby za sterem, w tej błękitnej koszuli, z podwiniętymi rękawami i z niezwykłą precyzją prowadził łódź w kierunku niewielkiej zatoczki. Małego miejsca w raju. Za jego plecami ukazała się kobieta i nie muszę dodawać, jak wyglądała. Już prawie podchodziła, aby namiętnie pocałować ukochanego, gdy coś uderzyło w moją głowę.
Szef rzucił we mnie jakimś biuletynem.
– Skończyłaś?
– W sumie tak – westchnęłam, bo trudno było oderwać się od marzeń.
Otworzył szufladę i wyjął stamtąd te swoje cholerne, białe rękawiczki. Celebrując każdy ruch, założył je i wstał.
– Sprawdzę – powiedział beznamiętnie.
– Aż dziwne, że seks chciałeś uprawiać bez tego nad wyraz potrzebnego rekwizytu do gry wstępnej – zadrwiłam.
– Nie chciałem, ale musiałem podtrzymać narrację, że jesteśmy parą. Jesteś zbyt niechlujna – dodał z obrzydzeniem.
– O, tak. Widziałam jak się intensywnie szorowałeś pod strumieniem zimnej wody wczorajszego ranka.
– Gorąco jest, chciałem się ochłodzić.
– Następnym razem wsyp sobie do gaci mrożonego groszku.
Nie odpowiedział, ale uniósł ramię i pomachał mi przed nosem palcem wskazującym.
– Jest ślad – oświadczył z satysfakcją.
Przez chwilę przyglądałam mu się bez słowa, po czym chwyciłam szklankę z niedopitą wodą i roztrzaskałam ją na podłodze.
– Teraz jest większy i na pewno go zauważę – powiedziałam z podejrzaną słodyczą w głosie, podczas gdy Konrad dochodził do siebie po szoku. – Posprzątać? Czy najpierw sprawdzisz?
Eksplozja przypominała tę starożytną, z Pompejów, ale ja nie dałam się pogrzebać pyłom wulkanicznym. Ze spokojem odczekałam, aż skończy wrzeszczeć, po czym złowieszczo machnęłam mu mopem przed twarzą.
– Wynoś się! – wydarł się szef. – I żebym do końca dnia nie musiał cię oglądać!
– Pańskie życzenie jest dla mnie rozkazem, prezesie – oświadczyłam, po czym wycofałam się z pola bitwy, nawet nie posprzątawszy do końca po kawie.
Kilka minut później patrzyłam, jak w kierunku gabinetu podąża świńskim truchtem kilka sprzątaczek. Bladych i przerażonych, bo legendy o okrucieństwach szefa krążyły wśród personelu na różnych szczeblach. Nawet cieć dostawał wytrzeszczu oczu i zaczynał się jąkać, gdy ktoś wspomniał prezesa.
Zajęłam się pracą i tak mi upłynęło kilka godzin. Można by powiedzieć, że wręcz komfortowo bez kontaktu z tym padalcem. Niestety, nadszedł czas powrotu i tutaj zostałam ukarana.
– Nie jedziesz ze mną – powiedział lodowatym głosem.
– Tak jest! – zgodziłam się ochoczo, chociaż te słowa wypowiedziałam już do męskich pleców. Kiedy zniknął, spakowałam się bez pośpiechu i wyłączyłam telefon postanawiając udawać, że się wyładował. To na wypadek, gdyby jednak zmienił zdanie.
Dzień był piękny, wciąż młody, słoneczko świeciło jak wściekłe, lekki wiatr rozwiewał włosy, a ja z kubkiem cappucino w ręku, wracałam sobie do ponurego Mordoru w wyjątkowo dobrym humorze. Skorzystałam z autobusu i dwa ostatnie kilometry pokonałam w tempie ślimaczym, tym razem sącząc kupione w mijanym sklepie piwo bezalkoholowe.
Szef powitał mnie w drzwiach.
Ramiona miał skrzyżowane, w oczach błysk mordu, a usta surowo zaciśnięte.
Głupi palant nie przewidział, że jeśli on wróci swoją wypasioną limuzyną, a ja środkami komunikacji miejskiej, to z obiadu nici.
– Dlaczego nie odbierasz? – wycedził.
– Bateria mi padła – oświadczyłam beztrosko.
– Mój obiad!
– Tak, twój. Smaczny był? – zapytałam z autentyczną ciekawością. Zanim wylądowałam na etacie niewolnicy, posiłki dostarczała mu specjalna firma cateringowa, która jako jedyna sprostała wysublimowanym gustom pana prezesa. Na miesiąc zrezygnował, a posiłków z jakiejkolwiek restauracji by nie tknął, chociażby miała i z dziesięć gwiazdek Michelina. – Ja zjadłam po drodze hot–doga i frytki belgijskie. Pyszne, tłuściutkie, ociekające sosem – dodałam, z radochą obserwując, jak lekko zzieleniał.
– Nie obchodzą mnie twoje pospolite upodobania. Marsz do garów i przygotuj kolację!
– Frytki?
– Ale już! – Stracił cierpliwość i chwyciwszy mnie za ramię, zaciągnął do kuchni. Po czym nagle przypomniało mu się, że ma szczątkową mizofobię i pchnął mnie w kierunku łazienki.
– Doprowadź się najpierw do porządku – warknął.
No to doprowadziłam. Odświeżający prysznic zajął mi cały kwadrans, a razem z dodatkowymi atrakcjami wyszło ponad pół godziny. Założyłam szlafrok i wyszłam z łazienki, od razu natykając się na ponurego, posapującego ze wściekłością, szefa.
– Co tak długo?
– Co mam przygotować? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. – Makaron srandeltte z owocami morza w sosie pieczarkowym?
– Coś szybkiego i prostego, głodny jestem.
– Frytki?
– Odpuść sobie złośliwości i bierz się do roboty. Nie mam nastroju na słowne utarczki.
– Szybkiego? – zamyśliłam się. – W zamrażalce są pierogi z truskawkami z Biedronki.
– Do roboty! – ryknął, tracąc resztki opanowania. – Masz kwadrans.
– A jak nie, to co? Udusisz mnie? – zapytałam z ciekawością, otwierając lodówkę. – Są też pierogi z serem z Lidla. Co wolisz, danie z kuchni portugalskiej czy z kuchni niemieckiej?
Jak on się spienił! Na szczęście duży, kuchenny nóż w mojej dłoni powstrzymał jego zapędy.
Przygotowałam łososia w sosie koperkowo limonkowym z warzywami na parze. Konrad łaskawie skonsumował dwa kawałki, nawet burknął jakby dziękuję i uciekł do gabinetu. Ja posprzątałam i poszłam do własnej sypialni, bo dostałam jedną z gościnnych. Długi spacer zrobił swoje i nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam.
– Muszę dziś odwiedzić mamę i powiedzieć jej, że nie będzie mnie w domu znacznie dłużej – oznajmiłam szefowi przy śniadaniu.
– Ile ty masz lat? – spojrzał na mnie zdegustowany.
– Nie chodzi o to, ile mam lat. Skoro razem mieszkamy, należy im się jakieś wytłumaczenie.
– Wytłumaczenie?
– Nie każdego rodzice porzucają w głębokim lesie z paczką zapałek i scyzorykiem, aby samotnie walczył o byt.
– Nie przesadzaj. Dzisiaj nie, pójdziemy wybrać dla ciebie kreację.
– Jaką? – zapytałam nieufnie. – Będę teraz pracować w biurze w lateksowym kombinezonie z batem w ręku?
– Dobry pomysł, ale nie – patrzył na mnie z rozbawieniem. Trochę to było do niego niepodobne, ale już przywykłam, że czasami wykazywał całkowicie ludzkie odruchy. – Jutro jestem zaproszony na imprezę u kontrahenta, pójdziesz ze mną. Wolne dostaniesz w niedzielę.
– Może być. – Zaintrygował mnie, ale nie pytałam o więcej.
– Kawa była za ciepła o dwa stopnie – wskazał na pustą już filiżankę.
– Boże, to tylko dwa stopnie!
– Pomyśl sobie, co by się stało, gdyby o tyle zmienił się kąt nachylenia osi ziemi.
– Może dłużej bym mogła spać?
– Ta kawa jest najlepsza, gdy serwujesz ją w określonej temperaturze.
– Możesz przyjąć, że to błąd pomiarowy. Naprawdę chcesz pójść ze mną na zakupy?
– Nie lubię przykrych niespodzianek – mruknął. – A cholera wie, co sama wybierzesz. Za pięć minut przed drzwiami – rzucił jeszcze, wstając od stołu.
– Mam zabrać smycz i kaganiec?
Spojrzał na mnie przeciągle, lekko się uśmiechając.
– Może kiedyś to wypróbujemy, moja sypialnia nie takie rzeczy widziała.
Nie odpowiedziałam, ale gdy się odwrócił, pokazałam język jego plecom. Dziecinnie, ale tylko na ten dziecinny gest było mnie w tej chwili stać.
Kawę mi darował, ale źle przygotowana kanapka wylądowała w koszu. Co z tego, że nie ja ją przygotowywałam. Potem były dokumenty, margines mu się nie zgadzał, później bałagan na biurku, bo szklanka po wodzie stała w złym miejscu, doszukał się tez kurzu na moim biurku, wkurwił go jeden dyrektor i w sumie to marudził przez cały dzień. A jeszcze miałam z nim jechać na zakupy…
Udaliśmy się do najdroższego butiku w mieście, gdzie cena zwykłej apaszki była większa niż moja miesięczna pensja. Milczałam, bo skoro zamierzał za to zapłacić, nie powinnam się wtrącać. Bydlę rozsiadło się na kanapie z miną udzielnego księcia, baby z obsługi dostały rumieńców na twarzy i krążyły dookoła niego niczym muchy nad gównem, a ja potulnie przycupnęłam obok, czekając na rozwój sytuacji.
– Ubierzcie ją tak, żeby przypominała kobietę – rzucił nonszalancko, a mnie od razu podskoczyło ciśnienie. – Koszt mało ważny, ale skompletujcie całość, od bielizny, po buty.
No i zaczęła się jazda.
Konrad zażyczył sobie stroju formalnego, wizytowego, na wysoki połysk. Pierwsza sukienka była za długa, druga zbyt krótka, trzecia zbyt obcisła, czwarta miała za głęboki dekolt, piąta kolor. Jaśnie hrabiego nie tak łatwo było zadowolić. W dodatku okazało się, że mają problem z rozmiarem, większość ciuchów to rozmiar trzydzieści cztery, może trzydzieści sześć. Szef zachmurzył się, obsługa pobladła i latała jak opętana, próbując znaleźć coś odpowiedniego. W sumie to powoli zaczynałam się dobrze bawić, ale niestety właśnie wtedy znaleźli to coś odpowiedniego.
Sukienka była długa, z głębokim rozcięciem, dekoltem w łódkę i falującymi rękawkami. Maksymalnie prosta, w kolorze czerwonego wina, doskonale podkreślała każdy szczegół figury, na dodatek w niezwykle wdzięczny sposób. Nawet sama sobie się spodobałam. Błysk w oczach Konrada powiedział, że jemu również.
– Ta – zadecydował błyskawicznie. – A teraz reszta.
– Nie będę tego odpracowywać – zastrzegłam na wszelki wypadek. Pani dookoła zastrzygły uszami, a szef momentalnie poczerwieniał. – Ty wyszedłeś z propozycją, ty płacisz.
– Firma płaci, to przyjęcie biznesowe – warknął, nerwowym gestem luzując krawat.
– I dlatego kupujesz mi gacie za pięć stów? – zapytałam z niedowierzaniem. – Mam tam zrobić striptease albo tańczyć przy rurze?
– Zamknij się i wybieraj!
Może i bym umilkła, zajęta luksusową bielizną, gdyby nie rzuciła mi się w oczy metka z ceną przy wybranym biustonoszu.
– O matko jedyna! – jęknęłam, aż echo poszło po sklepie, łapiąc się za pierś. – Zwariowałeś? To pół miesiąca mojej pracy!
Szef nie wytrzymał. Zerwał się na równe nogi, chwycił za ramię i zaciągnął do przymierzalni. Tam zostałam mało elegancko przyciśnięta do ściany, unieruchomił mi ramiona nad głową, a potem już tylko sapał ze złością, patrząc na mnie z góry.
– Pomyślałaś, jak mogą zostać odebrane twoje słowa?
– W sumie to nie – przyznałam.
– Więc bądź już cicho i niczego więcej nie komentuj.
– Boję się sprawdzić cenę sukienki.
– To się nie bój. Ja płacę, ty wybierasz, tylko to.
– Lepiej mnie puść, bo pomyślą, że bierzesz zaliczkę – powiedziałam, bo nagle dotarł do mnie komizm sytuacji.
Dziwne, ale posłuchał, chociaż miałam wrażenie, jakby lekko się ociągał. Wrócił na sofę, ja do działu z butami i godzinę później już byliśmy w jego mieszkaniu.
Zgodnie z moimi przewidywaniami, kiedy sprawdziłam w końcu cenę na metce sukienki, to o mało nie zeszłam na zawał. Z namysłem jej się przyjrzałam, pomacałam i pomyślała, że faktycznie, doskonały materiał i jeszcze leszy krój, ale żeby kosztowała aż tyle kasy? A ze mnie, wampir jeden, ściągał głupie dwanaście tysięcy za takie fajne gadżety.
– Nie chcę kolacji. Idź wcześniej spać, jutro czeka nas długi dzień – powiedział, zdejmując marynarkę i rzucając ją na oparcie fotela. Trochę mnie to zaskoczyło, bo nigdy wcześniej nic podobnego nie zrobił. Według jego upodobań, to już prawdziwy bałagan, taka jedna marynarka przewieszona przez oparcie.
Przygotowałam sobie wannę pełną pachnących płatków róży, włączyłam muzykę, zapaliłam świecie i przyniosłam z kuchni kieliszek wina oraz dwie truskawki. Maseczka z truskawek zawsze miała zbawienny wpływ na moją cerę. Co prawda wino przez przypadek wylałam, ale reszta zaspokoiła moje potrzeby i w końcu zadowolona postanowiłam, że trzeba iść spać. Wynurzyłam się cała w pianie, zarzuciłam na siebie kusy szlafroczek i zaczęłam wychodzić z wanny. Jakoś tak niefortunnie, bo wdepnęłam w rozlane wino, którego posprzątanie zostawiłam oczywiście na później. Stopę miałam mokrą, marmury okazały się niczym tafla lodowiska, więc z głośnym rykiem wywinęłam potężnego koziołka. Ryk był na tyle głośny, że zwabił Konrada…
Leave a Reply