Za jakie grzechy! (XIII)

with Brak komentarzy

Zapraszam d***

Zapraszam do motylowego sklepu, gdzie czeka na Was nie tylko przedsprzedaż nowej książki, ale też specjalna oferta - z kodem kobieta2026 zrobicie zakupy 20% taniej! Link tutaj >>> kliknij <<< Korzystajcie, bo naprawdę warto!!!

***

Jeśli myślimy o tym samym, to pozostanę przy miesiącu.

Jaki pamiętnik? – Znienacka zmienił temat rozmowy. – O mnie?

Po jego przeczytaniu byłam pewna, że jesteś tłustym, podstarzałym marudą o wybujałym ego i wyjątkowo wrednym charakterze. Tylko tłusty się nie zgadza – dodałam złośliwie.

Podstarzały? – No oczywiście, jedynie to porównanie go zainteresowało. – Podstarzały?! – wysyczał.

To przecież nie ja pisałam, więc co tak na mnie patrzysz. – Na wszelki wypadek odrobinę się odsunęłam.

Gdzie ten pamiętnik?

W sejfie. Trzymam dla następnych niewolnic, jakie trafią na to stanowisko.

Masz mi go przynieść!

Nie – oświadczyłam bezczelnie, bo miałam już kilka stron wkładu własnego w to dzieło. Podczas rozmowy delikatnie się wycofywałam w kierunku drzwi, więc teraz bez problemu umknęłam z biura. Nie wzięłam tylko pod uwagę, że Konrad ruszy za mną, pozostawiając mi tylko jedno wyjście.

Własnym ciałem zablokowałam dostęp do szuflady, rzucając się na nieszczęsne biurko, aby zabezpieczyć dowody zbrodni całych pokoleń umęczonych sekretarek. Wczepiłam się palcami w rant blatu i leżałam tak rozpłaszczona, podczas gdy ten padalec usiłował mnie oderwać. Kto wie, pewnie by mu się udało, gdyby tuż obok nie rozległo się dźwięczne „ding”.

Oboje odruchowo spojrzeliśmy w kierunku drzwi windy, te otworzyły się majestatycznie, ukazując przybyłych gości, pięciu nobliwych panów w eleganckich garniturach. Gapiliśmy się na nich, oni na nas, a ja nagle uzmysłowiłam sobie, jak to musi wyglądać dla postronnego obserwatora. Pech chciał, że mój szef zmienił taktykę i zamiast ciągnąć mnie za nogi, przygniótł własnym ciałem i usiłował oderwać moje zaciśnięte palce od blatu.

Biurko, na tym biurku rozczochrana baba, z rozchełstaną bluzką, bo Konrad zdążył uszkodzić moją garderobę, leżący na tej babie pan prezes, czerwony na gębie i z szaleństwem w oczach, na dodatek groźnie posapujący.

Scena jak z gorącego pornola…

Towarzystwo w windzie skamieniało, nie ruszając się ani na krok, drzwi zrobiły kolejne „ding”, zamykając się powoli, a mój szef w końcu oprzytomniał.

Pięć minut później opanowany, wciąż nieco różowawy na gębie, tłumaczył swoim kontrahentom, że potrzebowałam pierwszej pomocy, a on mi jej udzielał, usiłując zastosować chwyt Heimlicha. Jakoś nie wyglądali na przekonanych i wyjaśnienia uznali za prawdziwe jedynie przez grzeczność. Ja starałam się być niewidoczna, chociaż Konradowi raz udało się ukradkiem uczynić pewien znaczący gest – przejechał palcem pod szyją i od razu wiedziałam, że będzie ciężko.

***

Przeżyłam. Darł się tak, że aż szyby w oknach drżały, ale do rękoczynów nie doszło. Oznajmił tylko, że jeszcze się ze mną policzy, nie precyzując metody rozliczenia i zamknął w gabinecie. Wyszedł stamtąd po trzech godzinach i oznajmił:

Masz jechać do domu i przygotować kolację. Wrócę po spotkaniu i nie muszę chyba przypominać, że nie chcę cię już dziś widzieć.

Wzruszyłam ramionami, bo akurat to mi pasowało. Towarzystwo tego bubka żołędnego w żaden sposób nie było dla mnie atrakcyjne.

Po drodze wstąpiłam na ulubionej lodziarni, później zrobiłam zakupy i w mieszkaniu zjawiłam się ze sporym opóźnieniem.

Normalnie w pospiechu zabrałabym się za przygotowywanie posiłku, ale co mogłam poradzić na to, że facet wywoływał we mnie tyle negatywnych uczuć? Zanim pokonałam wewnętrzny opór, minęła kolejna godzina. W końcu westchnęłam i wzięłam się do roboty. Na poprawę humoru puściłam sobie przeboje z youtuba i padło akurat na polską klasykę.

Byłam w połowie roboty, gdy z głośnika ryknęło Dziwny jest ten świat Niemena. Na co dzień unikałam wszelkich przyśpiewek, głównie z litości dla przypadkowych słuchaczy, bo o ile pień był głuchy i niemuzykalny, to przy mnie zasłużyłby na miano divy operowej. Zawtórowałam Czesiowi Gdzie jeszcze wciąż i dalej poszło już samo.

Byłam akurat przy fragmencie, gdzie artysta pastwił się nad frazą Nie! Nie! Nie! Nie! a ja z zapałem mu wtórowałam, gdy mój wzrok padł na stojącego nieopodal szefa. Urwałam w pół słowa, bo pan prezes wyglądał nieco dziwnie. Oczy miał wielkie jakby go coś od tyłu dziabnęło w cztery litery, usta otwarte jak do krzyku i wyglądał na wyraźnie zaszokowanego.

Racja, mój talent wokalny mógł przerazić nawet najodważniejszego człowieka.

Zaraz kończę! – zaintonowałam na wysoką nutę, a wtedy uniósł ramię i wskazał na mnie palcem.

O… o…

Prądu nie było, mam opóźnienie – zełgałam w natchnieniu.

Pa… pa… – Machał tym palcem w moim kierunku, aż poczułam się nieswojo.

Kurczak już gotowy, jeszcze sosik i…

Pali się! – ryknął w końcu, a ja odwróciłam się i wtedy to zobaczyłam.

Naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem ścierka znalazła się na jednym z palników. Za to zadziałałam błyskawicznie, chwytając to, co miałam pod ręką czyli pudełko z mąką. Mąka niestety miała tę właściwość, że rozpylona nad źródłem ognia jeszcze go podsycała…

Konrad odepchnął mnie i złapał szklankę z wodą. Niestety, zanim zdążył nią chlusnąć, włączyły się zraszacze i coś cicho zaczęło piszczeć.

Pół godziny później siedziałam naprzeciwko ubranego w szlafrok szefa, lekko pociągając nosem, bo drań jeden nie pozwolił mi się przebrać. Nie pyskowałam tylko dlatego, że wystarczył rzut oka na kuchnię oraz salon i od razu odechciewało mi się dyskusji.

Czy ty to robisz specjalnie? – wycedził w końcu.

No, nie – bąknęłam. – Samo wyszło…

Kupiłem ci drogą sukienkę, bo mieliśmy iść na bankiet, to skręciłaś kostkę, aby uniknąć wyjścia. Skompromitowałaś mnie dziś przed ważnym kontrahentem, a teraz jeszcze to – zatoczył ręką dookoła. – Teraz tak uczciwie przyznaj, co byś zrobiła, będąc na moim miejscu?

Od razu wyobraziłam sobie piękną scenę – odludne miejsce, ciemny las i szumiące złowrogo drzewa, równie ciemna noc, głęboki dół i ja opierająca się o trzonek łopaty nad tym dołem. Wizja była tak realistyczna, że aż się wzdrygnęłam.

Dokładnie tak. – Konrad chyba miał tę samą wizję, bo tylko pokiwał głową. – Wynoś się i żebym cię nie musiał jutro oglądać. Powiedzmy, że masz dzień wolny, ale odpracujesz za niego cały tydzień.

To nie… – urwałam w pół słowa, bo na mnie spojrzał, a ja od razu ujrzałam swoje zwłoki w tym głębokim dole wykopanym w lesie. Tydzień to i tak niewiele jako zadośćuczynienie za to wszystko, co dziś się wydarzyło.

Wstałam z cichym westchnieniem.

Dobrze, wezmę tylko moje rzeczy. Prześpię się u przyjaciółki.

Kinia może i wyglądała na zaskoczoną, gdy wprosiłam się do niej na noc, ale kiedy jej wszystko opowiedziałam, śmiała się tak, że mało nie pękła. Popłakała się, usmarkała i straciła głos, ale kiedy tylko na mnie spojrzała, zaczynała śmiać się od nowa. Na samym końcu jednak powiedziała:

Kochana, jeśli on przeżył, słysząc twój śpiew, to powiem ci szczerze, nic już go nie złamie.

Leave a Reply