
***
Konrad stanowczo oznajmił, aby nie zwracała się do niego per pysiaczek, misiaczek czy mój ogierze. Udałam obrażoną, ale w sumie miałam to gdzieś. Dziś został wypisany i zabierałam go do domu…
Mieszkanie zmieniło się nie do poznania. Dominował landrynkowy róż, kotki, pieski, jednorożce, słowem było tak słodko, że nawet mnie zemdliło.
Po drodze wyjaśniłam mu, że razem mieszkamy, a on pozwolił mi urządzić nasze gniazdko według własnego gustu. Spochmurniał, lecz nic nie powiedział. Ogólnie mało mówił, wyglądał za to na przygnębionego, bo pewnie coś mu nie grało, ale nie pamiętał co.
– Witaj w domu, kochanie! – wrzasnęłam radośnie, otwierając drzwi.
Na szczęście zdrowy facet w tym wieku, nie umiera na zawał, wylew czy udar.
Najpierw wyraźnie zbladł, potem gwałtownie poczerwieniał. Widać mu ten różowy kolor podniósł ciśnienie do maksimum.
– To moje mieszkanie? – upewnił się, jak już posadziłam go na kanapie i podałam szklankę wody, którą wypił duszkiem.
– Nasze.
– Jest… – zamknął oczy i chwilę posapał. – Takie różowe.
– No wiem, uwielbiam ten kolor – szeroko się uśmiechnęłam, bo na skroni Konrada dostrzegłam wyraźnie wypukłą, pulsującą żyłkę. – Chodź, zaprowadzę cię do sypialni, odświeżysz się, weźmiesz prysznic…
– Dobrze.
Zostawiłam go samego, ale nie odeszłam od drzwi. Czekałam na reakcję, gdy wejdzie do łazienki. Urządziła ją Kinia i nie trzeba dodawać, że w niczym się nie ograniczała.
Dywaniki z jednorożcami. Mydełka jednorożce. Ręczniki z jednorożcami. Poduszka na kibelek z jednorożcem. Kubeczki do szczoteczek z jednorożcem… Tam wszystko było tęczowe i z jednorożcem. Nawet papier toaletowy…
Ciszę przerwał ogłuszający ryk. Czyli Konrad nie wytrzymał. Potem była cała wiązanka przekleństw, a na końcu wypadł z sypialni, doskoczył do jednej z kuchennych szafek, wyjął z niej butelkę i wypił duszkiem równo połowę. Potem już tylko sapał, czerwony i spocony.
– Kochanie, co się stało? – zapytałam fałszywie zaniepokojona.
– Nic – wydusił, unikając patrzenia mi w oczy. – Miałem skurcz w łydce.
– Och, biedactwo! – rozczuliłam się. – Kupię ci jakieś witaminki. Będziesz brał razem z lekiem na potencję, to nie zapomnisz.
– Lekiem… na… potencję? – wydukał. – Ja?
– Ciągły stres, zła dieta, to wszystko sprawiło, że siadła ci hydraulika – dodałam ze smutkiem. – A taki był z ciebie byczek w pomidorkach.
– Mnie… siadła… hydraulika?
– Niestety – poklepałam go ze smutkiem po ramieniu. – Ale nie martw się, nikt nie podejrzewa. Zrobię coś do zjedzenia, zgoda? Twoje ulubione danie.
– Są tutaj inne łazienki?
– Są – zapewniłam go gorliwie. Kinia spisała się na medal i prócz jednorożców był motyw świnki Peppy oraz wróżki Zębuszki. Gdzie by nie poszedł, to szlag go trafi.
– Skorzystam z innej.
– Bardzo proszę. – Sięgnęłam po fartuszek z mordą słodkiego kociaka na froncie. – Biorę się za gotowanie, a ty pobaraszkuj pod prysznicem.
Widać jednorożce go uodporniły, bo nie było kolejnego ryku wściekłości. Podczas gdy mój szef zażywał kąpieli, ja zajęłam się przygotowaniem obiadu. Ziemniaki, zasmażana kapusta, schabowy i kompot suto okraszony cukrem, słodki aż do przesady. Zresztą kompot to pestka, kapusta była lepsza, roztaczając cudowny aromat domowego obiadku z rodzaju kuchni, których Konrad nie znosił.
– Gotowe! – oznajmiłam radośnie, gdy tylko pojawił się w salonie.
– Co tak cuchnie? – wykrzywił twarz.
– Kapusta – odparłam niewinnym tonem. – Na smalcu domowej roboty.
Przysięgałbym, że odrobinę zzieleniał.
– Dlaczego kapusta? – wyrwało mu się z wyraźną rozpaczą.
– Lubisz.
– Ja? Ja???
– Uwielbiasz – oświadczyłam z całym przekonaniem, na jakie było mnie stać. – Nawet kiedyś uprawialiśmy seks z zasmażoną kapustą na domowym smaloszku z gęsiną. Zjadałeś ją prosto w mojego brzucha.
Chyba przegięłam, bo minę miał nieco dziwną.
– A na sutkach zawiesiłaś sobie krążki cebuli? – zapytał z przekąsem, siadając przy stole.
– Skąd wiesz?
– W końcu uwielbiam cebulę…
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Czyżby odzyskał jakieś wspomnienia? Na pewno niewiele, bo inaczej już próbowałby mnie udusić. Ale jakaś myśl musiała się pojawić w tej łepetynie i stąd ten sarkazm w głosie.
– Ziemniaki bez koperku? Jak mogłaś zapomnieć?
– Eee… – Znów mnie zaniepokoił. Nałożyłam mu sporą porcję na talerz, drugą dla siebie, a potem już tylko jedliśmy w milczeniu. Co dziwne, Konrad nie pogardził nawet tą nieszczęsną kapustą.
– Będę w gabinecie i masz mi nie przeszkadzać – oznajmił, odsuwając pusty talerz. – Na kolacje zrób coś lekko strawnego, może ta hydraulika siada po twojej tłustej i kalorycznej kuchni? Zresztą, tobie też by się przydała mała dieta, bo ledwo się mieścisz na krześle. Jak przed ślubem nie schudniesz, to nici z małżeństwa – dodał groźnie, po czym wziął jedno piwo z lodówki i faktycznie zniknął za drzwiami gabinetu.
Straciłam apetyt. Żadna kobieta nie lubi słuchać, że jest za gruba. Co prawda wiele się po tym bubku żołędnym nie spodziewałam, ale przynajmniej unikał osobistych wtrętów. Tym razem znieważył moją pupę, którą nagle wydała mi się przerażająco ogromna.
– Dupek – mruknęłam z urazą. – Dostaniesz na kolację dwa liście sałaty pokropione oliwą.
Posprzątałam, a później wyszłam z apartamentu, aby zadzwonić do Kini i zdać jej raport. Oboje z Michałem zaskoczyli mnie, bo czatowali przed wejściem i zaciągnęli do ulubionej knajpki. Zdałam im relację i czekałam na wnioski.
– Zjadł?
– Mało brakowało, a by talerz wylizał – przyznałam niechętnie.
– Mówiłaś, że nienawidzi takich potraw?
– Byłam tego pewna, ale teraz… – zamyśliłam się. – Jak myślicie, da radę flaczkom po warszawsku? Nic dziwniejszego nie potrafię przygotować.
– Czernina! – Michała olśniło. – Możesz przecież zamówić i tylko udawać, że przygotowałaś.
– O, czernina też dobra – ożywiłam się. – Może jeszcze żołądki albo inne podroby?
– Ola… – Kinia przestała się śmiać i nagle spoważniała. – Co zrobisz, jak odzyska pamięć?
– Ucieknę, nic innego mi nie pozostało. Do ciotki Geni na wieś, pod namiot. Lato jest, może do września mu przejdzie i zajmie się innym wrogiem?
– A pieniądze?
– Niepotrzebnie to zaczęłam – westchnęłam. – Teraz za późno. Mogę się tylko bawić przez trzy dni jego kosztem, a potem pakuję walizkę i znikam. Mama sobie poradzi, ubezpieczalnia w końcu wypłaciła nam kasę. Jak wrócę, to znów znajdę pracę, może nie tak dobrze płatną, ale wystarczy na życie i rachunki. Żałuję, tylko co z tego? Czasu nie cofnę.
– Więc wypada tylko dobrze się bawić. – Michał jakoś nie widział problemu, chociaż w sumie to nic dziwnego. Ja myślałam podobnie, a z niego był znacznie większy lekkoduch.
Wróciłam po godzinie. Szef nadal siedział w swoim gabinecie, a ja wolałam mu nie przeszkadzać. Zrobiłam sobie herbatkę i zaczęłam czytać książkę, którą przyniosłam, ale z miernym skutkiem, bo ciężko mi było skupić się na treści.
Emocje opadły, pojawił się strach. Co ja najlepszego zrobiłam? Najchętniej zebrałabym te wszystkie gadżety i po cichutku uciekła. Odłożyłam lekturę i padłam na wznak na kanapę. Później podparłam głowę łokciem i zapatrzyłam się na widok za oknem. Podziwianie panoramy miasta z tej wysokości to było coś cudownego. Nawet odrobinę poprawiło mi humor. Patrzyłam tak i patrzyłam, starając się odnaleźć w tym gąszczu znajome ulice i budynki, aż nie wiem kiedy, zmorzył mnie sen.
Odpowiedź
Anonim
Witam… ciężko mi to pisać, ale kompletnie nie umiem się tu ostatnio odnaleźć, nie wiem, czy to moja ignorancja ale opowiadania w jakimś chaosie, nie ma tych co były, dodam, że odwiedzam tę stronę od ładnych kilkunastu lat, kiedyś było przejrzyściej. Opowiadania świetne, tylko kompletny bałagan jak dla mnie. Przykro mi…