
***
Siedziałyśmy obie po jednej stronie biurka, Konrad po drugiej. Niejaka Kalina, wymuskana, dopieszczona, prawie że idealna, jak z okładki. I ja, potargana, w męskiej koszuli, bo moja bluzeczka aktualnie nie nadawała się do założenia. Szef miał cały tuzin w zapasie, więc pożyczyłam sobie jedną, nawet nie pytając, a on nie powiedział ani słowa.
– Czyli obie jesteście moimi narzeczonymi? – zapytał w końcu, przerywając kłopotliwe milczenie.
– Tak! – oświadczyłyśmy zgodnie, bo żadna nie zamierzała ustąpić.
Nie wiem, skąd wzięła się ta Kalina, ale cholercia, pasowała do niego. Tak samo wymuskana, tak samo idealna, normalnie jakby ich odlali z jednej formy. Podejrzewałam, że naprawdę była jego narzeczoną. Problem polegał na tym, że musiałam mieć trochę czasu na ucieczkę w te góry czy ostępy leśne, więc kłamałam dalej.
– Obie – powtórzył z ironią. – Akurat!
– Ona jest fałszywa! – Kalina wskazała na mnie malcem, wydymając już i tak wydatne wargi, a wtedy dostrzegłam, że Konrad niezauważalnie się otrząsnął. – Ja jestem prawdziwa!
– Masz na to jakiś dowód? Na przykład zdjęcia? – zapytałam.
– Mój Kondziu nie lubi pozować do fotografii.
– A mój lubi. – Sięgnęłam po telefon i po chwili podsunęłam jej przed nos sfabrykowane za pomocą photoshopa zdjęcie z fałszywych wakacji.
– To AI – oświadczyła lekceważąco. – Mój ukochany nigdy nie pojechałby nad polskie morze. Na zapełnione parawanami i chlejącymi piwsko polaczkami, plaże.
Za to ostatnie słowo, miałam ochotę zdrowo jej przyłożyć. Wstrętna kreatura!
– Sama jesteś AI! – warknęłam. – Cycki sztuczne, dupa sztuczna, wary sztuczne, rzęsy doklejane, paznokcie dorabiane, włosy doczepiane, reszta po operacjach plastycznych. aż strach dotknąć, bo jak klej puści, to się posypiesz. Robaki w grobie się potrują! Wokół będzie strefa skażona, jak w Czarnobylu.
– Krytyka od kogoś, kto ma włosy w nosie – odparła z pogardą. – I ubiera się w ciuchy z supermarketu. Powinnaś mieć etat stracha na wróble na polu z pszenicą, a nie sekretarki. Ta bluzka to bardziej przypominała szmatę do podłogi.
– Mój ukochany rozerwał ją w szale namiętności. – Nie żałowałam sobie, wbijając kolejną szpilę w nadmuchane ego tej wampirzycy. – Mieliśmy uprawiać szalony seks na biurku prezesa!
– Widocznie ta gumowa lalka, co mu kupiłam w zastępstwie, pękła i musiał się zadowolić byle czym. Chociaż i tak jakościowo była lepsza niż ty. Kondziu, wyrzuć ją! – zażądała z nadąsaną miną.
– Mnie? Wyrzuć ją! – wskazałam palcem na Kalinę i obie spojrzałyśmy na naszego wspólnego narzeczonego.
Dziwnie wyglądał. Czerwony na gębie, oczy mu się szkliły, widać też było jak z całej siły zaciska wargi. Nie, nie był zły. Raczej wyglądał, jakby z trudem powstrzymywał śmiech. I nic nie mówił, chociaż obie gapiłyśmy się na niego wyczekująco.
– Mam ważne spotkanie – odezwał się w końcu i wstał. – Jak odzyskam pamięć, to się dowiem, która z was kłamie, a która mówi prawdę. Za kłamstwo – jego twarz momentalnie stężała – odpowiednio się zemszczę. Coś jeszcze? – Wyraźnie patrzył w moją stronę wypowiadając te słowa. Nie ukrywam, zmiękły mi kolana, a żołądek zwinął się w supełek, lecz nic nie odpowiedziałam, pokręciłam tylko przecząco głową.
– Kondziu, zaczekaj! – Mimo tych słów, Kalina ruszyła za nim. W gabinecie zostałam tylko ja, usiłująca uspokoić rozszalałe serce.
– Czas na ewakuację – mruknęłam. Szybko spakowałam moje osobiste rzeczy z biurka sekretarki, ale nie wszystko, żeby zmiany nie rzucały się w oczy. Po namyśle postanowiłam nie dzwonić po Kinię czy Michała. Lepiej trzymać ich od tego z daleka, bo nie wiadomo, co wymyśli ten drań jak mu minie amnezja.
Wróciłam do apartamentu na ostatnim piętrze, zabierając po drodze walizkę z mojego mieszkania. Dekoracje i gadżety mogłam zostawić, ale moje ulubione ciuchy czy kosmetyki wolałam spakować, bo raczej nie będę miała kasy, aby kupić nowe. Zakradłam się na paluszkach do naszej wspólnej sypialni i w pośpiechu zaczęłam ściągać bluzki w wieszaków, gdy gdzieś w oddali otworzyły się drzwi. Nie musiałam pytać, kto wszedł, bo to mógł być tylko Konrad. W panice wepchnęłam walizkę pod łóżko i uciekłam do łazienki.
Siedziałam tam chyba z kwadrans. Potem wstałam i bezmyślnie zaczęłam myć ręce, gdy do środka wszedł szef.
– Tu jesteś – mruknął. – Coś się stało?
– Źle się czuję – przyznałam uczciwie, bo naprawdę kiepsko się czułam.
– Zadzwonić po lekarza? Może jesteś w ciąży?
– Nie jestem! – Z ust wyrwał mi się długi, przeciągły jęk.
– A chcesz być? – spojrzał na mnie przenikliwie.
– Nie teraz i nie… – O mało co nie powiedziałam „nie z tobą”. – Nie przed ślubem – dokończyłam na siłę. – Znasz moją mamę, najpierw wesele, potem wnuki.
– Pewnie znam – odparł, rozwiązując krawat i rzucając go na łóżko. Za krawatem powędrowała koszula, a ja postanowiłam szybko się ulotnić.
– Idę przygotować obiad.
– Nie musisz. – Zacisnął palce na moim ramieniu, a potem przyciągnął ku sobie. – Ochota na seks wcale mi nie przeszła – wymruczał.
– Właśnie przebrałam bieliznę, bo dostałam miesiączkę – zełgałam w natchnieniu, ale ten drań tylko się roześmiał.
– Nie szkodzi. Uwielbiam – delikatnie przygryzł płatek mojego ucha – jak bierzesz go do buzi, a później wszystko połykasz.
Cud, że nie zeszłam na zawał w tym momencie. Nigdy w życiu nie podejrzewałabym tego sztywniaka, że taki z niego seksualny maniak. Nawet na odzyskanie pamięci nie chciał czekać. Nawet na wyjaśnienie sprawy z drugą narzeczoną. Brał, co chciał i kiedy chciał, a moje niemrawe protesty traktował chyba jako zachętę.
– Nie! – wrzasnęłam poirytowana. – Powiedziałam, że źle się czuję i żadnego seksu nie będzie.
– Dobrze, załatwię to sam. Możesz patrzeć, jak zawsze. To mnie podnieca.
Usiadł na łóżku i rozpiął spodnie, a ja w podskokach umknęłam do kuchni. Na nic nie zamierzałam patrzeć, a zwłaszcza na onanizującego się szefa potwora, którego kosztem chciałam się jedynie zabawić.
Odetchnęłam po otworzeniu lodówki. Muszę wytrzymać jeszcze do końca dnia. Jak zaśnie, delikatnie wyjmę walizkę spod łóżka, wrzucę do niej tylko kosmetyki i wyjadę z miasta. W dupie mam, co pomyśli. Nakarmię bydlaka, do kolacji dodam butelkę wina, niech szybko zmorzy go sen, a potem ucieknę.
Nie wydziwiałam i wybrałam coś z włoskiej kuchni. Papardelle ze szpinakiem i kurczakiem, z dodatkiem gorgonzoli, moje popisowe danie. Do tego wybrałam możliwie jak najbardziej procentowe wino, elegancko nakryłam do stołu i czekałam na Konrada. Niezbyt długo, bo chyba zwabił go zapach.
– Bardzo dobre – pochwalił. – Możesz to robić częściej, na zmianę ze schabowym.
– Będę – skłamałam, sięgając po kieliszek. – Źle się czuję i chyba pójdę dziś wcześniej spać.
– Dobrze, będę w gabinecie, mam trochę pracy.
Wstał i tyle go widziałam. Posprzątałam, wzięłam prysznic i założyłam piżamę. Postanowiłam się nie przebierać, tylko narzucić płaszczyk na nocną kreację i z walizką uciec, jak tylko Konrad zaśnie. Oczywiście, mogłam spróbować i teraz, ale to byłoby zbyt ryzykowne. Jak się wytłumaczę, jeśli złapie mnie w korytarzu, spakowaną i dziwnie ubraną?
Skuliłam się na rogu łóżka i żeby nie odpłynąć, zaczęłam oglądać serial na telefonie.
Cholernik, jakby coś przeczuwał, bo przetrzymał mnie aż do pierwszej w nocy. Na dodatek kiedy położył się obok, to od razu do mnie przytulił. Niewiele satysfakcji miałam z tej zabawy, oj, niewiele, za to dużo więcej kłopotów. Leżałam sztywna jak deska, symulując głęboki sen i modląc, aby przypadkiem nie zaczął się do mnie dobierać. Na szczęście po prostu zasnął.
Z zaciśniętymi zębami odczekałam pół godziny i niezwykle ostrożnie wyplątałam się z męskich objęć. Centymetr po centymetrze wyjmowałam walizkę spod łóżka, a później na paluszkach udałam się do łazienki. Spakowałam co trzeba, odetchnęłam i już z lżejszym sercem, wyszłam na ciemny korytarz. Prawie byłam przy drzwiach, gdy nagle rozbłysło światło.
Zamarłam z ręką na klamce.
Jasna cholera, Konrad mnie nakrył. Co teraz? Jakie kłamstwo mam wymyślić? Może, że muszę jechać pilnie do chorej mamy, a nie chciałam go budzić? Może…
– Wybierasz się gdzieś, kochanie? – zapytał drwiąco.
Powoli się odwróciłam. Stał w przejściu do salonu, w samych spodniach od piżamy. Ramiona miał skrzyżowane, bokiem opierał się o ścianę i patrzył na mnie, lekko mrużąc oczy.
– Ja… To pilne – wydusiłam z siebie.
– Pilne? – Opuścił ramiona i do mnie podszedł. Cofnęłam się, uderzając plecami o drzwi, a walizka przewróciła się z hukiem. – Pilne? – powtórzył, opierając dłonie po obu stronach mojej głowy i lekko się pochylając.
– Masz amnezję i nie pamiętasz, że mamusia…
– Nie mam amnezji – wyszeptał mi do ucha. – Nigdy nie miałem. Udawałem. I wiesz co? Świetnie się przy tym bawiłem.
Leave a Reply