fbpx

Zakazana (IX)

with Brak komentarzy

I znowu porcyjka tyle, że na wieczór :-*


Rozdział dziesiąty

Udawałem przed samym sobą, ale nie wychodziło mi to ani na jotę. Po mało przyjemnej wizycie u chirurga i zaszyciu rany, pozwoliłem się zawieźć do biura. Tam sprawdziłem wypełnienie obowiązków przez pracowników, rozdysponowałem to, co najważniejsze i zaszyłem się w gabinecie. Zastanawiałem się nad własnymi uczuciami i tym, co od spotkania Jagody działo się ze mną. Faktem było, że to nagłe i intensywne nasycenie odczuciami rozbijało mój spokój, myślenie i poukładanie, ale z drugiej strony nie czułem się tak żywy od czasów nastoletnich! Właściwie od nagłego rozstania z Beatą, od jej zniknięcia.

Zbyszku, poproszę cię o przejęcie ode mnie biura – oznajmiłem mojej firmowej prawej ręce, wychodząc, mimo że nie było jeszcze południa. – Muszę zająć się pogrzebem, więc…

Zawiesiłem głos, by resztę dopowiedział sobie sam. Może właśnie przyszła pora na delegowanie kolejnej porcji obowiązków. Wyraźnie widziałem zachwyt w jego oczach i to nie mną tym razem się zachwycał, lecz zaufaniem. Bystry chłopak z niego był i zdolny. Miał dobre pióro i nie spoufalał się niepotrzebnie z innymi pracownikami. Może nadałby się na młodszego wspólnika?

Oczywiście. – Wyprostował się na fotelu, brodę dumnie uniósł do góry. – Zajmę się wszystkim. Będę miał ich na oku. – Mrugnął do mnie.

Tak, to zdecydowanie nie tylko pracownik, ale i MÓJ CZŁOWIEK.

Opuściłem firmę, spokojny o trwające projekty i pojechałem prosto do domu. Jechałem powoli, musiałem uważać na obolałą stopę.

Witam, pani Krysiu – zaskoczyłem gosposię, a przynajmniej tak mi się wydawało.

O, jak wcześnie dzisiaj. – Podała mi szklankę z zimną miętową wodą, w której wśród bąbelków pływał plasterek cytryny. – Wszystko mam pod kontrolą i, bez obaw, przyjęcie pogrzebowe będzie dopięte na ostatni guzik.

Ani przez chwilę w to nie wątpiłem. – Upiłem łyk wody. – Jagoda już wstała?

Starałem się zachować spokój, ale w bebechach rozszalało mi się stado wściekłych szerszeni. Miałem nadzieję, że gospodyni tego nie zauważy. Jeśli nawet, to że zrzuci to na karb zdenerwowania pogrzebem.

Jagódka pływa w basenie. – Pani Krysia stała do mnie tyłem i całe szczęście, bo, słysząc jej odpowiedź, zastrzygłem chyba uszami.

A, to dobrze – mruknąłem. – Jak skończy, to proszę jej powiedzieć, że mogę ją zabrać na zakupy. Oczywiście, jeśli nie ma odpowiedniej sukienki na pogrzeb matki.

Dobrze. – Gospodyni obróciła się do mnie ze smutną miną. – Nie wiem, co by jej tu dać do roboty. Widziałam, że dziewczyna chce pomóc, ale nie bardzo wiem…

Urwała zakłopotana, ja od razu poczułem się raźniej.

Wiem, że pani jest niezastąpiona i inni bardziej przeszkadzają niż pomagają w obowiązkach. – Połechtałem jej ego, aż pyzate policzki pokraśniały, oczy zabłysnęły dumną radością.

A co też opowiadasz, Mareczku. – Machnęła lekceważąco ręką, ale widać było, że komplement trafił do serca. – Gdyby nie ogrodnik, albo pan Wiesiu…

No pani Krysiu! – Teraz to ja przyoblekłem twarz w oburzoną minę, podparłem się pod boki. – Tego jeszcze brakowało, żeby pani z łopatą po ogrodzie biegała, albo naprawiała rynny!

No wiem, wiem.

Odwróciła się do mnie plecami, ale nie na tyle szybko, bym nie zauważył szklących się oczu. Wiedziałem, że straciła dwudziestoletniego syna w wypadku samochodowym i nigdy nie otrząsnęła się po jego stracie. Wyglądało na to, że z każdym kolejnym rokiem zastępowałem go jej coraz bardziej. Mnie też to pasowało, a w dodatku pani Krysia zżyła się ze starszym państwem, którzy przepisali mi ziemię i mieszkali opodal. I tak właściwie, jakby na to spojrzeć z boku, to ci ludzie od dawna byli mi bliżsi niż własny ojciec i matka. Ci ostatni wyprawili mnie w świat i cieszyli się chyba, że wreszcie nie mają kłopotów z synem. Po części ich rozumiałem i tylko zastanawiałem się, co powiedzą na wieść o tym, że mają wnuczkę.

Czy chciałem im o tym mówić? Chyba nie. Nie teraz. Jeszcze nie byłem na to gotowy.

Chciałeś mnie widzieć? – Po piętnastu minutach usłyszałem za sobą zdyszane pytanie.

Specjalnie nie zamykałem drzwi do pokoju, żeby widzieć, kiedy Jagoda będzie przechodziła obok. Ona tymczasem ubrana jedynie w spodenki i stanik stroju kąpielowego, z ociekającymi kosmykami włosów przyklejonymi do ramion weszła po prostu i z uśmiechem czekała na moją odpowiedź.

Tak – wydukałem, przyglądając się pięknemu i wręcz nierealnemu obrazkowi doskonałości, stojącemu przede mną.

Była perfekcyjna, świeża i taka… soczysta, pełna słońca i na wyciągnięcie ręki.

Czy masz sukienkę?

To znaczy? – Zmarszczyła brwi, czekając na wyjaśnienie.

No jasne! Głupek ze mnie! Co to w ogóle za pytanie?!

Odpowiednią na pogrzeb. – Odchrząknąłem i na szczęście udało mi się odwrócić wzrok. – Czarna, elegancka.

A! – Uśmiechnęła się, rozumiejąc mój mętny przekaz. – A, to nie mam. – Spochmurniała.

To wysusz, proszę, włosy i jedźmy do sklepu. – Cieszyłem się na z pozoru niezobowiązujące spędzenie czasu. – Będę na dole.

Super! – Znów uśmiech na pół twarzy, odwrót na pięcie i biegiem opuściła mój pokój.

Czułem się jak idiota. Stałem i, oddychając płytko, starałem się zapanować nad radością i paniką, że nie zachowam należytego spokoju i powagi.

Oto Monika Liga:

Ostatnio dodane przez

Napisz nam też coś :-)