Noel (I)

with Brak komentarzy

 

Prolog

Przyłącz się do nas, powtarzały głosy w jego głowie. Kusiły i wabiły, a on trzymał lufę broni przy skroni i walczył z pokusą, aby pociągnąć za cyngiel.

Przyłącz się do nas, domagały się natarczywie, wwiercając się jego głowę. Traciły cierpliwość, bo nie zamierzał tak łatwo, oddać swojego życia. Nie chciał, chociaż w sumie niewiele dla niego znaczyło.

Po prostu był, oddychał, zabijał. Sam siebie określał mianem drapieżnika, więc nie mógł palnąć sobie w łeb. Tak nie postępował żaden drapieżnik; to była domena ofiar, ludzi słabych, zagubionych, dla których świat był okrutnym miejscem, a oni żyli jedynie po to, aby przegrywać.

Zamknął oczy, próbując wyrównać oddech. W głowie pojawiło się wspomnienie zaśnieżonych gór, ich surowego piękna niedającego się opisać żadnymi słowami. I plam krwi, nieregularnych plam krwi odcinających się czystymi konturami od bieli śniegu. Na samym końcu widać było ludzkie ciała, zastygłe w groteskowych pozach.

Wiedział, kim byli ci ludzie, bo przecież każdego z nich własnoręcznie zabił.

You're stumbling in the dark, pomyślał po angielsku, chociaż to nie był jego ojczysty język. Pochodził ze Szwecji, z dalekiej północy, tam gdzie wiatr hulał po bezludnych pustkowiach, a cisza była przejmującym dźwiękiem. Wychował się w domu dziecka, bo nikt go nie chciał. Określano go jako dziwnego, mało komunikatywnego, a on nie robił nic, aby to zmienić.

Tak było mu dobrze. Był kimś kto nie chciał czuć, próbował zapomnieć i budził się w nocy, mokry i drżący, bo znów przyśnił mu się koszmar.

To nie czas na umieranie – mruknął, odkładając broń. Przeczesał palcami włosy, odgarniając je do tyłu, a później wstał. Był nagi, lecz to mu nie przeszkadzało, bo lubił swoją nagość. Miał wrażenie, że czuje wtedy mocniej, intensywnej, jakby nic nie oddzielało go od świata. Przeszedł do kuchni, przygotował sobie kawę i z kubkiem w ręku, podszedł do okna, za którym roztaczał się zimowy krajobraz.

Nawet teraz widział poskręcane, zakrwawione ludzkie ciała, chociaż już nie napawały go strachem, a satysfakcją. Dzieło jego życia, surrealistyczna rzeźba okrucieństwa jednego człowieka.

Ciszę przerwał dźwięk telefonu.

Noel spojrzał w kierunku leżącej na komodzie, komórki. Nie dostrzegł kto dzwoni, ale ani trochę nie spieszyło mu się, aby odebrać. Miał czas, więc jeśli mają do niego interes, to zaczekają. Dopił kawę, przeciągnął się i dopiero wtedy sięgnął po milczący już telefon. Odszukał ostatni numer i idąc do sypialni, zadzwonił.

Mam zlecenie – odezwał się po drugiej stronie kobiecy głos. Jego rozmówczyni słabo mówiła po angielsku i miała okropny akcent, ale nauczył się ją rozumieć.

Jestem już na emeryturze – powiedział obojętnie.

Nie pierdol. Masz trzydzieści pięć lat, więc jaka emerytura do cholery?

Więc po prostu nie chcę.

Zechcesz. Płacą…

Kiepski argument.

Czekaj, nie skończyłam. Płacą wymazaniem twojej tożsamości. Dla systemów przestaniesz istnieć. Warto, prawda?

Nie.

Po sprawie Casattiego masz przesrane. Spartoliłeś robotę i oboje dobrze o tym wiemy.

Niczego nie spartoliłem.

Mówią, że się starzejesz – roześmiała się Cassandra. – Nisse, wpadnij na dobry seks, stęskniłam się. Przy okazji omówimy nowe zlecenie i jestem pewna, że się go podejmiesz. Później możesz sobie odejść na emeryturę, zamieszkać na bezludnej wyspie i żyć z tego, co upolujesz.

Zastanowię się.

Nienawidził zdrobnienia Nisse. Cholerna krowa! Jeszcze do niej nie dotarło, że tak mogła mówić do niego tylko Ona?

Zlecenie? Coś grubego, skoro w ramach zapłaty ofiarowano mu wymazanie wszystkich grzechów. Chyba że była to pułapka?

Przyłącz się do nas, głosy w jego głowie znów się obudziły. Weź to zlecenie i przyłącz się do nas!

Nie wybuchnął gniewem. Chwycił leżący nieopodal nóż i wbił go w przedramię. Zaledwie na kilka milimetrów, ale ból pozwolił odzyskać kontrolę nad umysłem. Przesunął ostrzem w dół i do wielu starych blizn, dołączyła świeża rana. Kolejna i nie ostatnia, bo śmierć kusiła swą czułością coraz częściej. Wyciągała widmowe dłonie, rozkładała ramiona i zapraszała, obiecując zapomnienie.

To było takie proste i takie trudne zarazem. Upuścił nóż i znacząc podłogę kroplami krwi, wyszedł na zewnątrz. Na ganek i przed dom. Nie krępował się nagością, nie przejmował dwudziestostopniowym mrozem. Kochał zimno, chłód, mrok. Tak samo, jak kochał zabijanie.

Zamknął oczy i rozłożył ramiona. Uniósł głowę i czubkiem języka łowił wirujące płatki śniegu. Głosy w jego głowie zniknęły, w zamian za to pojawiła się melodia starej kołysanki. Wracała od czasu do czasu, jak stara znajoma wpadająca na kawę, później znikała tak skutecznie, że nie potrafił przypomnieć sobie ani jednej nuty, ani jednego akordu.

Wraz z nią zjawiało się wspomnienie ostatniej ofiary.

Pokroję cię i zrobię obiad – wyszeptał. – Dotrwałaś do końca, gratulacje, zwyciężyłaś. Czuję posmak twojej krwi, kocham słuchać jak oddychasz. Coraz słabiej i słabiej, i słabiej – powtarzał z coraz większym rozbawieniem. A później zaczął się śmiać. Zanosił się śmiechem jak opętany, patrząc na plamy krwi znaczące nieskazitelną biel śniegu i idąc w kierunku niewielkiego wzniesienia. Stanął przed nim i dopiero wtedy się odezwał.

Berek, kochanie. – Głos miał nadspodziewanie łagodny, prawie że czuły. – Czy ty mnie słyszysz, czy mówię sam do siebie?

Podniecił się, zresztą zawsze mu stawał, gdy odwiedzał jej grób. Położył się więc na przemarzniętej ziemi, na grubym kobiercu śniegu i zaczął poruszać się tak, jak przy normalnym stosunku. Przywołał z pamięci obraz nagiego kobiecego ciała, pusty wyraz oczu, sinych warg i przyspieszył ruchy bioder. Dyszał, palce wbijając w zmarznięty grunt. Czuł ból, ale to mu nie przeszkadzało, bo nadciągało spełnienie. Zatracił się w przyjemności i wszystko inne przestało się liczyć. Pojękiwał, wyobrażając sobie, że ma ją pod sobą, że to ona szepcze mu do ucha: zabij mnie, jak skończysz, zabij, mówię!

Tylko jak miał ją zabić, skoro i tak była od tak dawna martwa?

Skończył z przeciągłym stęknięciem. Spiął pośladki, naprężył mięśnie i poczuł ciepło własnej spermy. Leżał tak dłuższą chwilę, uspokajając oddech, a później wstał i z niesmakiem spojrzał w dół, na własne ciało. Kolejna chwila słabości, którą wykorzystały demony w jego głowie. Niepotrzebna, bo powinien był mocniej się im opierać. Kurwa! Te zadrapania chujowo się goiły. Cóż, trudno, było, minęło, chociaż pewnie kiedyś wróci. Na razie musiał się ogarnąć i odwiedzić Cassandrę. Niezbyt ją lubił, ale pieprzyła się jak profesjonalistka. Gdyby istniał Nobel w tej dziedzinie, to pewnie miałaby ich kilka w dorobku. Uśmiechnął się, wyobrażając sobie wręczenie nagrody Akademii w kategorii Najbardziej zajebisty seks, a potem pomyślał, że wielu gorszych od tej dziwki odbierało tam gratulacje. Wyglądali na wspaniałych ludzi, ale on za długo siedział w branży, aby nie znać ich drugiego oblicza.

Nisse, oni są źli. Zabijemy ich? – Zakrwawiona, widmowa dłoń spoczęła na jego barku, delikatny podmuch wiatru rozwiał wilgotne włosy. Nie odpowiedział, bo przecież nie rozmawia się z własnymi omamami. Wzruszył jedynie ramionami i zaczął iść w kierunku domu. Miał ochotę na długą kąpiel, gorącą kawę i na zabicie kogoś obcego. Nie dlatego, że ten ktoś zasłużył na śmierć.

Był ofiarą, a on, Noel, drapieżnikiem.

KLIKNIJ I KUP!

Leave a Reply