
Rozdział 2
– Kurwa, to jak scenariusz pojebanego filmu – warczała Sandra, podczas gdy reszta siedziała cicho, w duchu przyznając jej rację. – O szlachetnym mścicielu…
– Pamiętasz, w jakim stanie były zwłoki? – zwrócił jej uwagę Igor. – Nie nazwałbym go szlachetnym.
Nikt z nich by go tak nie nazwał. Pojebany sadysta, to było już bardziej odpowiednie określenie. Nadal nie odnaleźli psów, a mąż ofiary dostał prawdziwego szału. Z furią wykrzykiwał, że to zamach na praworządność i inne bzdety, a jego forma rozpaczy po śmierci żony wydawała się co najmniej dziwna. Nie żal, a wściekłość, to było dość nietypowe.
– Nikodem – komendant odwrócił się w stronę swojego najlepszego człowieka. – Zajmiesz się tym.
– Ja? – uniósł głowę, ale nadal wyglądał na znudzonego. – Dobrze, chociaż nie wróżę sobie sukcesu.
– Nie pierdol, tylko bierz się do roboty. Góra patrzy nam na ręce i może być gorąco.
– Była aż tak ważna?
– Była prokuratorem, jej ojciec to były poseł, firma męża sponsoruje kampanie wielu polityków, więc jak myślisz?
– Zwykła szmata – mruknął, ale na tyle cicho, aby te słowa nie dotarły do uszu przełożonego. I tyle, bo po co miał sobie strzępić język? W sumie powinien być zadowolony, że powierzono mu to śledztwo, będzie łatwiej manipulować faktami i niszczyć dowody. Banda kretynów! Może za wyjątkiem Igora, ten jeszcze miał co nieco w głowie. Od miesięcy dyskretnie się mu przyglądał, czasami nawet sprawdzał w tajemnicy, gdzie logowała się jego komórka. Prywatnie powiedział mu w oczy, że jest popierdolonym wariatem i pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wiele jest prawdy w jego słowach.
Zebranie się skończyło, a Nikodem wyszedł na zewnątrz. Patrząc na padający śnieg, zapalił papierosa, a później się zamyślił.
Cholerna Nadia zniknęła, układ z popaprańcami nie wyszedł i jego główny cel zniknął. Żeby się nie nudzić, musiał znaleźć sobie coś nowego. Na razie przyda się krótka przerwa. Wsiadł do zaparkowanego obok samochodu, wbił w nawigację adres i ruszył. Po drodze zatrzymał się w sklepie, aby kupić gigantyczną czekoladę. Wybrał jak najbardziej kolorową, taką jakie lubiły dzieci.
Sierociniec mieścił się w niskim budynku, o starych oknach i odrapanych drzwiach. Na podwórku bawiła się grupka dzieci, tylko jedna dziewczynka siedziała z boku, z pochyloną główką. Miała na sobie czerwoną kurteczkę i zieloną czapkę, w ramionach piastowała przybrudzonego misia.
Przy wejściu błysnął odznaką, dopełnił formalności i podszedł prosto do samotnego dziecka. Przykucnął i wyciągnął zza pazuchy czekoladę.
– Hej – powiedziała, a wtedy dziewczynka uniosła głowę. Oczy miała niezwykle smutne, na okrągłej buzi ślady łez. – Cześć, księżniczko.
Nie zareagowała. Patrzyła na niego, coraz mocniej ściskając maskotkę.
– Jestem Niko – przedstawił się, wyciągając dłoń, chociaż nie zdjął czarnych rękawiczek. – Znałem twoją mamusię.
Dolna warga nieznacznie zadrżała.
– Mam dla ciebie coś pysznego – kusił, podając jej czekoladę. Dziewczynka wbiła w nią wzrok, ale nadal nie odpowiadała. Za to z jej oczu popłynęły świeże łzy.
– No, już! Będzie dobrze – przygarnął ją, a wtedy dziecko zrobiło coś, czego się nie spodziewał. Zarzuciła chude ramionka na jego szyję, spazmatycznie przylgnęła i tak zamarła, nadal nie wypowiedziawszy nawet słowa.
W oczach Nikodema pokazała się furia, ale nie dlatego, że był na nią zły. Wściekły był na zupełnie kogoś innego, chociaż przecież zemścił się z nawiązką. Poklepywał dłonią chude plecki i milczał, chociaż tyle słów cisnęło mu się na usta.
Ocknął się, gdy ktoś do nich podszedł.
Wyglądała jak nastolatka, ale siateczka zmarszczek w kącikach oczu powiedziała mu, że z pewnością nastolatką nie była. Kruczo czarne włosy splotła w gruby warkocz, na bladej, wyrazistej twarzy dostrzegł dziesiątki piegów. Oczy miała ni to zielone, ni to brązowe, nos prosty, usta wąskie. Nie była piękna, ale zafascynowała go od pierwszego spojrzenia. Miała w sobie jakiś nieuchwytny czar, urok, dostępny niewielu kobietom, którego nie sposób ubrać było w słowa, bo pozostawał jedynie ulotnym wrażeniem.
– Jest pan rodziną Ali? – zapytała ostro.
– Nie. – Puścił dziewczynkę, która teraz przylgnęła do jego nogi. – Detektywem, który prowadził sprawę śmierci jej matki – skłamał, bo akurat tym się nie zajmował.
Uniosła brwi, ale nic nie powiedziała.
– Chodź, kochanie. Pora na obiad. – Przykucnęła obok dziecka i nagle jej surowa twarz zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Rozjaśniło ją ciepło, które wcześniej świetnie ukrywała. – Możesz zatrzymać czekoladę, zjesz ją po obiedzie, zgoda?
Wtedy Nikodem pochylił się i podniósł dziewczynkę.
– Zaniosę ją – powiedział ze spokojem. – Którędy?
Dziwne, dla mała najwyraźniej mu ufała. Znów się przytuliła, znów plotła ramionkami jego szyję. Kobieta westchnęła, sięgnęła po porzuconą na ziemi maskotkę i gestem wskazała drogę. Podążył w tym kierunku, aż znalazł się w ciepłym, przepełnionym zapachami pomieszczeniu.
Kwadrans później stał na korytarzu, przyglądając się przez szklaną ścianę jedzącym dzieciom.
– Po co pan przyszedł?
Momentalnie się ocknął.
– W odwiedziny – rzucił krótko. – Ma kogoś, kto się nią zajmie?
– Niezbyt. Ta suka zafundowała jej dzieciństwo w sierocińcu i zjebane życie już od samego początku. Na dodatek pewnie nie poniesie żadnych konsekwencji.
– To prawda – powiedział cicho. – Ale konsekwencje już poniosła. Nie żyje. Chcesz zobaczyć?
Nie zwróciła mu uwagi, że zwraca się do niej per ty. Zaskoczona, odruchowo skinęła głową, a wtedy Niko wyjął telefon, odnalazł w galerii odpowiednie zdjęcie i jej pokazał.
Wpatrywała się w nie długo, bez słowa, ale i bez większego przerażenia.
– Tak, to można nazwać sprawiedliwością. – Nie spodziewał się, że szeroki uśmiech rozjaśni jej twarz. – W końcu karma ją dopadła.
– Nie uważasz, że morderca przesadził? – zapytał z ciekawością, chcąc schować telefon. Błyskawicznie zacisnęła palce na jego nadgarstku.
– Wyślij mi to – zażądała.
– Trwa śledztwo.
– Mam w dupie wasze śledztwo. Chcę się temu przyglądać, za każdym razem, gdy ktoś taki umyka sprawiedliwości, sądząc, że stoi ponad prawem.
– Co mi za to dasz?
– A co mam dać?
– Będę mógł odwiedzać dziewczynkę
– Zgoda, chociaż jeśli zauważę coś podejrzanego, sama cię zabiję. – Rozbawiła go, bo kobiety nieczęsto tak się do niego zwracały.
Nie pytał, czy tutaj pracuje i kim jest. Nie obchodziło go to, ale podany numer telefonu od razu zapisał pod słowem Nemezis. Było z niej wyjątkowo mściwe babsko. To mu się spodobało. Nie przedstawiła się, on również. Przesłał zdjęcie, po czym bez słowa pożegnania opuścił budynek.
Nie wrócił do mieszkania usytuowanego w śródmieściu. Pojechał na obrzeża, tam, gdzie znajdował się ogromny plac pełen kontenerów. Zaparkował pół kilometra dalej, zostawił w samochodzie broń, telefon i dokumenty. Zabrał ze sobą jedynie pęk kluczy wyjęty ze schowka. Naciągnął na głowę kaptur, a potem wysiadł. Rozejrzał się, jednak okolica była na tyle bezludna, że rzadko ktoś tędy chodził czy przejeżdżał. Wbił ręce w kieszenie i zaczął iść szybkim krokiem. Kiedy dotarł do celu, otworzył jeden z pordzewiałych kontenerów, a następnie wszedł do środka. Zapaliwszy światło, uważnie przyglądał się każdemu szczegółowi, a kiedy nie dostrzegł nic podejrzanego, zaczął od zmiany odzieży.
Motor nie był najlepszym środkiem lokomocji na zimę, ale przywykł do ekstremalnych warunków. Ubrał kombinezon, do plecaka wrzucił jeden z leżących na półce telefonów, zgarnął jeszcze kilka innych drobiazgów, w tym broń, po czym wyprowadził motocykl na zewnątrz. Kilka minut później jechał doskonale znaną sobie drogą, wstępując jeszcze do sklepu po pizzę i piwo.
Jego prawdziwy dom skrywał się wśród drzew, w samym sercu lasu. Ogrodzony, zabezpieczony, dotąd dzielnie stawiał opór wszelkim włamaniom. Zresztą, ten, kto dostałby się do środka, szybko pożałowałby swojej decyzji.
Starannie zamknął za sobą bramę, motor schował w niewielkiej szopce. Później spojrzał w niebo i pomyślał, że to dobrze, iż zapowiadali obfite opady śniegu. Zasypią świeże ślady.
Z plecakiem przewieszonym przez ramię, stanął przed drzwiami i pociągnął nosem.
Zapach był nieprzyjemny, drażniący, przypominał smród rozkładającego się mięsa.
Nikodem szeroko się uśmiechnął, a później pchnął drzwi, które od wewnątrz zabezpieczono metalowymi płytami.
Wrócił do piekła.
Leave a Reply