Niko (III)

with Brak komentarzy

 

Rozdział 3

W twarz buchnął mu odór rozkładających się zwłok. Już nawet nie pamiętał, ile ich tutaj miał.

Pomieszczenie łączyło ze sobą funkcję salonu, jadalni oraz kuchni. Stała w nim ogromna sofa, kuchenny stół, na ścianie wisiał ogromny telewizor. Stał też niski regał, chociaż bynajmniej nie znalazłoby się na nim książek. Po prawej znajdowały się pierwsze drzwi, prowadzące do łazienki, dalej kolejne należące do pomieszczenia gospodarczego. Później były strome schody prowadzące na piętro, na którym znajdowała się kolejna łazienka oraz jego sypialnia.

Pod parapetem jednego okna leżały pierwsze zwłoki w stanie daleko posuniętego rozkładu. W powietrzu krążyło dziesiątki much, których bzyczenie zlało się w jednostajny, natrętny szum. Z pękniętego brzucha wylewały się kłębiące w jakimś szalonym tańcu tysiące larw, poczwarek i owadów. Żywa masa o nieokreślonym kształcie, konsumująca z apetytem cuchnącą, rozkładającą się tkankę.

Rozejrzał się z podziwem, w duchu gratulując sobie pomysłu na wystrój.

Nikodem przez chwilę przyglądał się temu z fascynacją, po czym rzucił na kanapę kask oraz plecak. Włączył ogrzewanie, otworzył na oścież okno, w nadziei, że część owadów wyfrunie. Pizzę podgrzał w piekarniku, zajrzał do stojącego na piecu garnka, w którym zanurzona została ludzka głowa. Z koszyka wziął przywiędłe jabłko i chrupiąc je z zapałem, udał się do łazienki, aby umyć ręce. Kolejne drzwi i kolejne uderzenie jeszcze większego smrodu. W wannie leżały ludzkie szczątki, pocięte kawałki ciał i wnętrzności. Jedne były w stanie zaawansowanego rozkładu, inne jeszcze w miarę świeże. Między nimi ruszały się tysiące larw. Pod umywalką leżała w całości stopa, której paznokcie pomalowano błękitnym lakierem i ozdobiono kwiatkami.

– A co ty tu robisz? – zapytał niemal frywolnym tonem, po czym podniósł ją i wrzucił do wanny. Znów umył ręce i wyszedł z łazienki.

Zabrał z kuchni gotową już pizzę, otworzył jedno piwo i wygodnie rozsiadł się na kanapie, nogi kładąc na stole. Ohydny smród, który każdego innego doprowadziłby do torsji, jemu absolutnie nie przeszkadzał. Szczerze mówiąc, przez ostatni tydzień nie mógł tutaj przyjechać i trochę mu brakowało tego miejsca. Jedząc pierwszy kawałek rzeźnickiej, z uznaniem spojrzał na regał.

Słoje różnych rozmiarów z różnymi częściami ludzkiego ciała. Wyczyszczone z resztek czaszki ofiar, które własnoręcznie zabił. Cała, jego ukochana, makabryczna kolekcja.

Włączył telewizor. Nie miał tutaj internetu, ale zapisał ich sporo na podłączonym dysku. Wybrał To właśnie miłość i nacisnął play. Szczerze mówiąc komedie romantyczne to był jego ulubiony gatunek zaraz po horrorach. Jadł pizzę, popijając ją piwem, podczas gdy na ekranie Huge Grant właśnie poznawał nową pracownicę swojego gabinetu. Nie przeszkadzał mu ani zapach, ani towarzystwo larw i much. Wcześniej robił to na piętrze, ale kiedy robactwo zaczęło się przemieszczać, czy spadać na stół lub talerze prosto z sufitu, zrobił generalny remont i swoją sypialnię przeniósł na piętro.

Zerknął na leżące pod parapetem zwłoki. Szkoda, że były tak nieświeże, bo chętnie by z nich skorzystał. Nie, nie był oszołomem, który osiągał orgazm dupcząc trupy, ale nie przeszkadzało mu, czy kochanka była żywa, czy też martwa.

Dokładnie pamiętał ten dzień, kiedy spróbował tego po raz pierwszy. Ofiara nie była przypadkowa, wybrał ją po długich poszukiwaniach. Związał nogi i ręce drutem, przywiózł tutaj, a kiedy w końcu oprzytomniała, zabawił się jak nigdy dotąd. Bił metalowym prętem, wpychał w jej pochwę różne przedmioty, gwałcił, a kiedy opadła z sił, raził prądem, bo miał nadzieję, że to ją pobudzi. Po wszystkim udusił i jeszcze kilka razy wykorzystał seksualnie.

Nie traktował tego jako zboczenia, tłumacząc sobie, że one są jak gumowe lalki – bezwładne, posłuszne i służące tylko do jednego.

Skończył ostatni kawałek pizzy. Odchylił głowę do tyłu, próbując się zrelaksować. Wciąż miał przed oczyma twarz tego dzieciaka, czuł jej drobne ramiona, które tak kurczowo objęły go za szyję. Biedactwo. Może powinien też zająć się tym sędzią? W sumie to był dobry pomysł, chociaż niezwykle ryzykowny. Obecnie wyglądało to na przypadkowe morderstwo jakiegoś maniaka, jeśli jednak dojdzie kolejna ofiara, szybko znajdą pomiędzy nimi powiązanie. Kurwa, w sumie to on będzie musiał je znaleźć.

Wybuchnął śmiechem. Tak, to było zabawne, cholernie zabawne. Tego nie było nawet w żadnym zwariowanym scenariuszu, w żadnej książce. Prowadził dochodzenie w sprawie, w której sam był winowajcą.

Później przypomniał sobie kobietę z sierocińca.

To wspomnienie go podnieciło, chociaż dotychczas bardziej gustował w blondynkach, młodszych, zgrabniejszych i bardziej gorących. Nadia była wyjątkiem przy pracy, a kiedy przypadkowo znalazła się w tamtej chacie, od razu postanowił dokończyć, co zaczął rok temu. Była też niezwykle ciężkim przeciwnikiem i to go kręciło.

W końcu wstał i podszedł do okna z puszką piwa w ręce. Popijał je małymi łykami, przyglądając się okolicy. W myślach układał plan na najbliższe dni. Nie może przecież zawieść szefa?

Jego spojrzenie przykuł dorodny, rudy kocur ostrożnie idący po grubym kobiercu śniegu.

– I chuj! – burknął Nikodem, po czym wyjął zza paska broń, wycelował i nacisnął spust. Rozległ się huk, a krew zabarwiła nieregularnymi plamami czystą biel. – Nie cierpię pchlarzy – dodał z satysfakcją.

Nie posprzątał truchła. Nie zamknął okna. Pomaszerował na górę, prosto pod prysznic. Pod ciepłym strumieniem zrobił sobie dobrze, mając pod zamkniętymi powiekami surową twarz o zielonych oczach, a później poszedł spać.

Zabijanie zawsze go wykańczało.

KLIKNIJ I KUP!

Leave a Reply