
***
To nie będzie kontynuacja Reborn, chociaż klimat całości będzie podobny. Wracam do początków. Do publikacji na stronie, nigdzie więcej, do tych dni, gdy pisanie było prawdziwą przyjemnością. Stęskniłam się za tymi czasami, za publikacjami minutę po północy, za czytaniem Waszych komentarzy. Już dziś mogę powiedzieć, że poszłam w złą stronę. Ruszyłam z przysłowiową motyką na słońce. I pewnie by się wszystko ułożyło, pewnie teraz wydawałbym kolejne tytuły, gdyby nie sytuacja z Azymutem. Mam teraz zna stanie kilka tysięcy książek i sprzedaż wyłącznie przez własny sklep. To nie pora na udawanie, że jest albo będzie dobrze, bo jest źle. Cała płatność za Naucz mnie od nowa i Tylko na papierze poszła się walić, a ja czasami patrzę na te kartony książek i na kominek, zastanawiając się, czy by tego wszystkiego z dymem nie puścić... Miałam swoje wzloty i upadki, ale będę szczera, tak poważnego kryzysu jeszcze nigdy nie miałam. Nie takiego, który trwałby już kilka tygodni i zamiast motywować do działania, całkowicie podcinał skrzydła. Naprawdę dobrze, że mogę pisać, bo pisanie jest jak potężna dawka środków przeciwbólowych. Nie spodziewajcie się tylko pełnej humoru, lekkiej historii, jednorożców i optymizmu. Piszę, jak mi w duszy gra, więc... dopiszcie resztę 🙂 Przed Wami Return, kolejna historia, gdzie ktoś dostaje szansę, aby naprawić swoje błędy. Cytat pochodzi z piosenki Hurt Johnnego Casha (pierwotnie Nine Inch Nails).
***
If I could start again a million miles away - Gdybym mógł zacząć od nowa milion mil stąd
I would keep myself - Zostałbym sobą
I would find a way - Znalazłbym na to sposób
Prolog
Wydawało się, że biel widoczna zza brudnawej szpitalnej szyby, jest kolorem tak intensywnym jak krwista czerwień czy nasycony róż. Od kilku dni padał śnieg. Nie pojedyncze płatki wirujące majestatycznie dookoła własnej osi i z melancholią osiadające na ciepłych ubraniach, przemykających ludzi, a całe ławice białego puchu, grube kurtyny i wartkie wodospady.
Nie wiem, dlaczego po tak wielu latach, przypomniały mi się słowa Klaudii, że śnieg w grudniu jest jak zapowiedź tajemnicy, coś nieskończenie doskonałego, lecz ten sam śnieg pod koniec lutego to już tylko agonia odchodzącej zimy, nieunikniony znak, że nadciągają zmiany i smutek zapisany w każdym płatku, w każdym podmuchu wiatru.
Klaudia. Delikatna kobieta, która była moją żoną, moim bladym cieniem, zawsze cicha, zawsze uległa, nigdy nieżądająca mojej atencji. Szczupła, wręcz chuda, nawet przed samym porodem, gdy jedyną zauważalną wypukłością był ogromny brzuch. Kobieta, której nie kochałem, którą poślubiłem pod przymusem, na żądanie ojca i która, czego byłem stuprocentowo pewny, kochała mnie aż do końca. Pomimo, że nigdy nie poświęciłem jej uwagi i pomimo faktu, że miałem kochanki. Nie interesowała mnie ani ona, ani nasza córka, lecz właśnie teraz, w tym momencie życia, nie mogłem przestać o niej myśleć.
Bo zostałem sam.
Bez domu, bez majątku, bez pozycji i bez rodziny. Z dnia na dzień opuścili mnie dosłownie wszyscy, ci, których uważałem za przyjaciół, ci, którym bezgranicznie ufałem, kobieta będąca moją aktualną żoną i dziecko, które uznałem za własne, dając mu pozycję i nazwisko.
Najbardziej bolała właśnie zdrada Klary. Jej okrutne słowa na pożegnanie, świadomość, że ona wraz ze swoim kochankiem żyją za moje pieniądze, a mnie pozostawili w nędzy i biedzie, ze zszarganą opinią oraz bratem gnijącym w więzieniu za zbrodnie, jakich nie popełnił.
Zamknąłem oczy, aby żaden z moich współlokatorów nie zauważył łez, które wymknęły się buntowniczo na wolność. Ciężko było nie płakać, nawet tak dojrzałemu mężczyźnie, jak ja, po tym wszystkim, co spotkało mnie przez ostatnie pół roku. Po miesiącach życia na ulicy, żebrania najpierw o pomoc wśród dawnych przyjaciół, potem już tylko o kromkę suchego chleba. Lecz to nie był jeszcze najgorszy cios.
Los przyjebał mi z bezlitosną precyzją, gdy pięć dni temu w więzieniu umarł Kamil.
Nie miałem go nawet za co pochować. Nie wiedziałem, co robić, do kogo zwrócić się o pomoc. Pojechałem do Klary i na kolanach błagałem chociaż o godny pochówek dla brata, a ona kazała ochroniarzom wyrzucić mnie za bramę i pobić. Tym samym, których zatrudniłem dla jej bezpieczeństwa dwa lata wcześniej.
Tak, to była prawdziwa ironia losu.
Przysnąłem. Nawet nie wiem kiedy myśli splatały się i uleciały, pozostawiając mnie w stanie błogiej nieświadomości. Kiedy znów otworzyłem oczy, na stoliku obok pierwszy raz od przybycia tutaj zauważyłem kwiaty. Niski wazon, wiązanka złocistych tulipanów, obok czekolada, dwa jabłka i butelka wody.
W pierwszej chwili pomyślałem, że komuś z obsługi zrobiło się żal skurwiela, który trafił tutaj dzięki własnym złym decyzjom i głupim wyborom, ale wtedy przy łóżku pojawiła się pielęgniarka.
- Odwiedziła pana córka – powiedziała tylko, nie mając pojęcia, jak zaskoczyły mnie te słowa. - Nie chciała budzić, więc przekazała, że wróci później.
- Córka? - Przypomniała mi się Sabina, jej złociste loki i olśniewający uśmiech. Dziecko, które wychowałem jak własne. A więc jednak! Nie porzuciła mnie, nie zapomniała, musiała tylko pewnie ukrywać się przed matką.
Drżącą dłonią sięgnąłem po jabłko i czekoladę, bo dawno nie jadłem takich rarytasów. Mało brakowało, a wybuchnąłbym śmiechem, bo nazwanie zwykłej czekolady rarytasem, to doprawdy kuriozalna sytuacja.
Jadłem powoli, delektując się każdym kęsem i zastanawiając się, w jaki sposób chce pomóc. Pewnie przekaże mi jedno z mieszkań, które kupiłem na jej nazwisko. Było ich pięć, każde w doskonałym punkcie, każde luksusowe. Zawsze miałem gest, jeśli chodziło o moją rodzinę.
Do mojego łóżka podeszła szczupła dziewczyna. Nie potrafiłem określić jej wieku, ale wyglądała młodo i bezbronnie. Ubrana była niezwykle skromnie, na głowie miała błękitną chustkę, całkowicie zasłaniającą włosy, pod oczyma głębokie cienie i blade usta, które teraz nieśmiało się uśmiechnęły. Przysunęła krzesło, zawiesiła na nim podniszczoną kurtkę i usiadła obok mojego łóżka.
- Cześć tato – powiedziała cicho, a ja znieruchomiałem.
Oliwia?
Tak, to naprawdę była Oliwia. W żadnym szczególe nie podobna do mnie, całkowicie wdała się w matkę. Po ojcu odziedziczyła tylko jedno. Intensywnie niebieskie oczy.
Czyli to nie Sabina…
Z trudem przełknąłem ślinę, bo miałem wrażenie, jakby nagle ścisnęła mnie za gardło ogromna dłoń. Nie widziałem Oliwi od czterech lat, od dnia, gdy osiągnęła pełnoletniość i z niewielką walizką opuściła mój dom. Niby szmat czasu, ale niewiele się zmieniła. Nie, stanowczo zmizerniała, była jeszcze szczuplejsza i jeszcze bledsza. A jednak przyszła tutaj, jakimś cudem mnie odnalazła i przyszła, gdy wszyscy inni udawali, że nie istnieję.
Dziecko, którego nigdy nie nazwałem córką, dziecko, którego nigdy nie przytuliłem, które było jak cień i pewnego dnia jak cień zniknęło. Nic ode mnie nie chciała, niczego nie żądała, chociaż nie raz widziałem w jej dużych oczach łzy.
- Słyszałam o wujku – dodała cicho. - Zajęłam się pogrzebem, chociaż niewiele mogłam zrobić. Nie mam… - przygryzła wargę, odwracając głowę. Tylko na chwilę, później znów na mnie spojrzała. - Nie mam wiele, ale zabiorę cię, w miejsce, gdzie będzie ciepło i gdzie nie będziesz głodował. Wiem, że jest ci ciężko, jednak zobaczysz, damy sobie radę.
Tak po prostu. Jakby nie istniała między nami żadna bariera, żadna obcość. Damy, nie dam.
Córka, której nigdy nie uznawałem. Dziecko, dla którego byłem namiastką ojca zaledwie przez kilka dni po śmierci jej matki i po tym, jak trafiła do mojego domu. Później traktowałem ją jak balast, jak niepotrzebny element wystroju wnętrza.
Tak, los był prawdziwym skurwielem. Patrzył teraz na mnie z jawną drwiną, kpiąc z mojej naiwności, z błędów, jakie popełniłem.
Nic dziwnego, że Oliwia pomyślała o pogrzebie Kamila. Jeśli ktoś w naszym domu był jej bliższy, to właśnie on i tylko on. On chodził na jej wywiadówki, czasami zabierał na lody, raz nawet na krótkie wakacje. Ja wydawałem tylko polecenia służbie.
- Tak, damy – odparłem z goryczą. Nie miałem odwagi spojrzeć jej w oczy, bo ciężar wstydu okazał się zbyt wielki.
- Tato…
Dawno, dawno temu mówiła do mnie tatusiu. Wkurwiało mnie to, więc zakazałem jej tego. Raz nawet uderzyłem, gdy ośmieliła się tak powiedzieć przy Klarze. I długo prześladował mnie ból spojrzenia Oliwi, gdy bez problemu pozwoliłem mówić Sabinie „tatusiu”.
- Jutro mają cię wypisać, przyjadę. Nie martw się, będzie dobrze.
Drobna dłoń ujęła moją poranioną rękę. Tak delikatnie, jakby miała do czynienia z czymś niezwykle kruchym, chociaż sama przypinała figurkę z porcelany.
Pierwsza pomocna dłoń po moim spektakularnym upadku.
Szczera, niczego nie żądająca, pełna wyrozumiałości i otuchy.
I wtedy się rozpłakałem. Łkałem jak dziecko, a Oliwia w milczeniu ocierała moje łzy. Bez słowa, z bólem w oczach i pełnym smutku uśmiechem.
Bo przecież to ona jak mało kto, wiedziała, jak to być porzuconym przez wszystkich.
Komentarze
Anonim
Tak mi przykro czytać co Panią spotkało. Proszę się nie martwić jak to mówią nie ma tego złego… i tak dalej. Trzymam kciuki. Uwielbiam wszystkie Pani historie i jestem przekonana że nie tylko ja.
Agnieszka
Przede wszystkim przepraszam za moderację. Niestety bez tego uczepiły się jakieś boty i miałam ponad 100 komentarzy reklamujących podejrzane strony, więc musiałam wprowadzić moderację i nie każdy komentarz przechodzi od razu. Bardzo dziękuję za słowa otuchy, przydadzą się 🙂 Byle pisać, reszta się ułoży.
Ewelina
Cieszę się ,że wróciłaś do takiego pisania . Wiadomo skrzydła zostały podcięte ,ale nie poddawaj się . Jeszcze będzie dobrze … Dla ciebie pisanie to oddech , a dla nas przyjemność … Super że jesteś 🫂
Agnieszka
Dziękuję 🙂 No jakoś też się lepiej czuję w tym wydaniu 🙂
Beata P
Może trzeba przygarnąć jakąś świnkę albo dwie i życie stanie się piękniejsze 🤔🤭
Agnieszka
Mam na stanie tysiące książek i sześcioletni dobytek z restauracji, świnka wpisałaby się w klimat :-)))