
***
Iwo
Dałem nam tydzień przerwy. Niech myśli, że straciłem nią zainteresowanie. Nie ukrywam, że trochę wkurzał mnie opór, jaki okazywała. Może nawet powinienem przeciągnąć to do miesiąca? Po krótkim zastanowieniu padło na dwadzieścia jeden dni. Dwadzieścia jeden dni całkowitego ignorowania, braku kontaktu, przypadkowych lub nie przypadkowych spotkań. Zresztą miałem sporo pracy, więc akurat przyda się skupienie na innych sprawach niż to uparte babsko.
Pierwszy tydzień minął błyskawicznie. Oczywiście dotrzymałem też słowa danego samemu sobie, chociaż zakaz seksu był nieco uciążliwy. Własna ręka oraz wyobraźnia załatwiły problem, a na duchu podtrzymywała mnie wizja tego, co zrobię, jak już zdobędę Darię. Kolejny tydzień spędziłem na francuskiej riverze w towarzystwie znajomych. Było zabawnie, bo grałem niedostępnego, co wzbudziło powszechne zdumienie. Jeszcze bardziej ich zaskoczyłem informacją o rychłym małżeństwie. Nie mam pojęcia, dlaczego, bo przecież zamierzałem ją tylko przelecieć, a nawet gdyby doszło do ślubu, to i tak byłby farsą. No ale jakoś musiałem wytłumaczyć absencję seksualną, a narzeczona była znakomitym argumentem.
Po powrocie do kraju znów zająłem się pracą, wyskoczyło coś bardzo pilnego i odetchnąłem dopiero w sobotę, dokładnie dwudziestego dnia.
– Godzina zero – mruknąłem, przygotowując sobie drinka. Formalności związane ze ślubem cywilnym miałem już załatwione, kościelnego nie było w planach, na tyle nie sfiksowałem, poza tym nie byłem wierzący. Kupiłem obrączki, przygotowałem dokumenty, zapłaciłem sporo za ten ekspres i kolejnego dnia zamierzałem pojechać do Darii. Bidulka, pewnie zastanawiała się, co się stało i z jakiego powodu ją porzuciłem.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
Dojrzałe jabłuszko, które spadnie z drzewa prosto w moje ręce. Oczywiście dla zasady pewnie będzie protestować, ale tylko dla zasady. A potem…
Te cudowne rozmyślania przerwało głośne pukanie. Ponieważ nikogo się nie spodziewałem, przyszło mi do głowy, że to Daria. Jednak nie wytrzymała i zjawiła się wcześniej! Świetnie, w takim razie nawet ślub nie będzie konieczny. Poprawiłem twardniejącego penisa, który już wyczuwał dobrą zabawę i ruszyłem w kierunku drzwi.
Niestety, to był tylko Przemek.
– Czego chcesz? – zapytałem na powitanie, wpuszczając go do środka.
– Przywiozłem zaproszenie – oznajmił z szerokim uśmiechem. – Jutro, dom moich rodziców.
– Zaproszenie? – spojrzałem na niego z powątpiewaniem. – Żenisz się, czy co?
– Już się ożeniłem. Jutro przedstawię moją żonę.
– Jakaś cię chce? – ironizowałem, przygotowując mu whisky z lodem.
– Jest piękna, mądra i niewyżyta w łóżku. Ideał – zachwycał się, podczas gdy mnie przyszło do głowy, że ten palant znów mnie wyprzedził. – Żebyś wiedział, co ona potrafi! Zgodziła się nawet na trójkącik.
– Z pewnością jest piękna i napalona, ale skoro wybrała ciebie, to raczej nie jest mądra. Znam ją?
– Raczej tak, ale głowy nie dam. Chyba spotkaliście się kiedyś na przyjęciu.
– Pewnie nawet ją zaliczyłem.
– Była dziewicą, gdy pierwszy raz to robiliśmy.
– Ta, dziewicą – roześmiałem się. Kretyn! Albo poderwał małolatę, albo jakaś cwaniara zręcznie go wkręciła. Zresztą, to nie moja sprawa. Dam głowę, że skoro już się spotkaliśmy i była piękna, a tutaj gust Przemka akurat pokrywał się z moim, to już ją zaliczyłem.
– Nie obrażaj mojej żony.
– Nie obrażam, nie zależy mi – wzruszyłem ramionami. Trzeba będzie namówić Darię, aby pojechała jutro ze mną. Przedstawię ją jako narzeczoną. Ten pomysł od razu polepszył mi humor. – Ja też mam dla wszystkich małą niespodziankę.
– Postanowiłeś wstąpić do zakonu?
– Idiota – skwitowałem krótko.
– Tylko to może nas z twojej strony zaskoczyć.
– A nie ożenek?
– Daj spokój! – Tym razem to Przemek się śmiał. – Prędzej piekło zamarznie. No dobrze, napatrzyłem się na twoją skrzywioną minę, a teraz znikam. Zorganizowaliśmy sobie upojną nockę na jachcie.
– A idź i się utop – życzyłem mu z serca. Znów popsuł mój humor.
Po wyjściu Przemka przez chwilę siedziałem w fotelu, zastanawiając się, co mam zrobić. W końcu wstałem i po szybkim prysznicu, zadzwoniłem po taksówkę. Trudno, dwadzieścia czy dwadzieścia jeden dni, to już nie miało znaczenia. Musiałem jutro zabrać ze sobą Darię. Raz, aby utrzeć nosa temu głupkowi, dwa może będzie okazja ją zaliczyć?
Okolica, w jakiej mieszkała należała do cichych i spokojnych. Kamienica, piękny, odrestaurowany budynek, nawet mnie się spodobała. Miałem farta i udało mi się wejść do środka pomimo domofonu. Niestety dalej już nie, bo drzwi uchyliły się jedynie na szerokość, na jaką pozwalał solidny łańcuch.
– To ty – powiedziała z niechęcią. – Czego chcesz?
– Dzień dobry – odparłem, starając się ukryć irytację, która pojawiła się po tym powitaniu. – Nie będziemy chyba tak rozmawiać?
– Dlaczego nie? Mnie nie przeszkadza.
– Wpuść mnie! – zażądałem twardym tonem, ale ona tylko się roześmiała.
– Zejdź na dół i poczekaj przed wejściem. Przejdziemy się po parku i porozmawiamy.
Miała przewagę i jakoś nie wyglądała na stęsknioną. Może przesadziłem? Trzeba było krócej trzymać ją w niepewności, a nie te trzy tygodnie?
– Dobrze – odparłem krótko i odwróciłem się na pięcie.
Nie czekałem długo, zaledwie pięć minut. Daria pojawiła się odrobinę rozczochrana, ubrania w dresowe spodnie i rozwleczoną bluzę. Na dodatek szeroko ziewnęła na mój widok. Lecz nie to było najgorsze, a worek ze śmieciami, który trzymała w prawej ręce.
– Najpierw wyrzucę – powiedziała. – Już mi się dziś nie chciało, ale skoro i tak musiałam wyjść, to przy okazji załatwię sprawę śmieci.
– Ciebie to bawi? – zapytałem uszczypliwie.
– Bawi? Nie, raczej nie. – Znów ziewnęła. – Przepraszam, ostatnie noce były dla mnie wyczerpujące. Już prawie zasypiałam, gdy zapukałeś.
– Dowiesz się, czym są wyczerpujące noce, jak za mnie wyjdziesz.
– Przewidujesz, że sprzedasz mnie na ciężkie roboty do kamieniołomu? – zainteresowała się niemrawo, ruszając w kierunku śmietnika.
– Wywalę to i idziemy na spacer – zarządziłem, odbierając jej bagaż.
– Dobrze, ale krótki. Nie mam siły na pokonywanie dłuższych dystansów.
Była jak zawsze, wkurwiająca, irytująca i piękna w sposób całkowicie naturalny i niewymuszony. Zero makijażu, potargane włosy, ciuchy jak wyjęte psy z gardła, ale i tak miałem na nią ochotę. Oczywiście powodem był ten pseudo opór, którego nie brałem na serio, ale który doprowadzał mnie do białej gorączki.
Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i podążyliśmy wąską alejką, w której zapaliły się właśnie latarnie. Daria objęła się ramionami i wyglądała na zamyśloną, ja ponuro rozmyślałem o małżeństwie, które sam zaaranżowałem. Nie lepiej było dać zlecenie, porwać babę, nafaszerować prochami i wykorzystać? Niestety, tutaj wkraczała moja duma.
Ja miałbym siłą zmusić kobietę do seksu? Ja?!
Niedoczekanie!
– O czym chciałeś rozmawiać? – zagaiła.
– Nie tęskniłaś?
– Nie – roześmiała się. – Za to znalazłam resztę podsłuchów.
– Wiem. Przejdę do rzeczy. Chciałem cię zaprosić na jutrzejszą rodzinną imprezę i przedstawić jako przyszłą żonę.
– Uparty osioł.
– Zgadzam się, że uparty, ale nigdy osioł.
– To wszystko czasami jest zabawne – zamyśliła się – a czasami nużące.
– Możemy to w prosty sposób zakończyć.
– Nie możemy – przystanęła i spojrzała w górę, prosto w moje oczy. – Nie możemy, bo wyrządziłeś mi krzywdę, o której nie zapomnę. Bardzo żałuję, że spotkaliśmy się na tamtym przyjęciu, bo jesteś jak natrętna mucha. Za nic nie mogę się ciebie pozbyć.
– Mucha?
– Iwo – oparła dłoń na moim torsie. – Odpuść, proszę. Ja się nie ugnę, nic mnie nie przekona. Jeśli będę musiała, to wyjadę, porzucę i karierę, i dom, ale się nie ugnę.
Położyłem rękę na jej drobnej dłoni i lekko się pochyliłem.
– Jutro, przyjęcie rodzinne. Ubierz się elegancko, a o siedemnastej przyjedzie po ciebie limuzyna.
– Nie trzeba, zostaw adres, sama przyjadę – odparła z rezygnacją. A może tylko tak mi się wydawało? Było coś w jej głosie, co mnie zaniepokoiło.
– Czyli będziesz?
– Tak, będę. Ostatni raz, a potem dasz mi spokój.
Dziwne, bo to nie było pytanie. Dobrze, niech myśli, co chce, najważniejsze że przyjdzie. Czyli jednak jej zależy i tylko udaje trudną do zdobycia! Miałem rację!
Bez namysłu pochyliłem się jeszcze bardziej i ją pocałowałem. Smakowała truskawkami, czystą przyjemnością, czymś zakazanym i czymś nieznanym. Nie potrafiłem opisać tego słowami, nie potrafiłem nawet nazwać uczucia, jakie się pojawiło. Było nowe, obce, ekscytujące. W ciszy zakłócanej odgłosami wielkiego miasta, w ciepłym powiewie wieczornego wiatru i w półmroku rozproszonym nikłym blaskiem latarni, miałem wrażenie, jakbym nagle stał się kimś innym. Zwłaszcza, że Daria wcale mnie nie odepchnęła. Poczułem jedynie jak się uśmiechnęła i to wszystko.
– Będę jutro – obiecała, odrywając się od moich ust. Mruknąłem coś gniewnie, bo najchętniej kontynuowałbym pocałunek. Nawet gdyby miał pozostać tylko pocałunkiem.
– Będę jutro, a potem to zakończymy.
Uparta równie mocno, jak ja. Jakbyśmy nadawali na tej samej częstotliwości, ale każdy w innym języku. Nawet się nie pożegnaliśmy. Tylko odwróciła się i odeszła, zostawiając mnie samego, ze smakiem jej warg i zapachem skóry, który wciąż czułem w nozdrzach.
Dobrze, niech jej będzie, ożenię się nią. Kto wie, może nawet zabawimy się dłużej? Powiedzmy, że skoro ona ogłosiła kapitulację, ja też mogę pójść na ustępstwa.
A później będzie koniec.
Leave a Reply