
***
Iwo
Jeden zero dla mnie, pomyślałem, przypominając sobie przedwczorajsze zajście na przyjęciu. Piłem kawę, przeglądając dokumenty dotyczące bieżących spraw, ale moje myśli błądziły gdzieś indziej. Oczywiście wokół Darii. Cwaniara, zlikwidowała wszystkie pluskwy, chociaż wiedziałem, że były bardzo dobrze schowane. Ani trochę nie przejmowałem się złamaniem prawa, bo prawo miałem po swojej stronie. Głównie dzięki znajomościom i pozycji, ale co za różnica? Moi rodzice należeli do tak zwanej nietykalnej kasty i pewnie nawet morderstwo uszłoby mi na sucho. Jeśli chodzi o te sprawy, Daria była całkowicie bezbronna, pomimo protekcji kilku marnych naukowców. Szkoda, że nie potrafiła tego zrozumieć.
– Mój mały don Kichot – wymruczałem z uśmiechem. – Twoja walka ze mną, jest skazana na porażkę. Chociaż – zamyśliłem się – całkiem nieźle się bawię.
Plan był prosty. Zdobyć, wykorzystać i porzucić. Pierwszy punkt sprawiał trochę problemów, ale nie wierzyłem w przegraną. Drugi będzie przyjemny, a trzeci jeszcze lepszy.
Rozmarzyłem się. Oczywiście jednorazowy seks, żeby przypadkiem nie pomyślała, że zdobyłem ją, bo mnie pociąga. Szybki numerek, bez pieszczot i gry wstępnej, jak z pospolitą dziwką. Odwrócę ją, pchnę i wezmę od tyłu. A na końcu, jak już się spuszczę, odejdę bez słowa. Nie! Może lepiej rzucę jej stówkę, za fatygę? Albo jeszcze lepiej. Ogłoszę zaręczyny z… Cholera, tylko z kim? Dobra, coś się znajdzie, przecież to i tak będzie na niby. Żeby zrozumiała, że ją przeleciałem jedynie dla zasady, która brzmiała „zawsze dostaję to, na co mam ochotę”.
Oczyma wyobraźni widziałem przyjęcie pełne ważnych gości, siebie samego z szałową blondynką u boku, którą dumnie zaprezentowałem światu jako narzeczoną i Darię, z miną zbitego psa, bladą, drżącą. Stoi z boku, zaciskając pięści i starając się zwrócić moją uwagę. Na próżno, bo byłbym zajęty moją partnerką. Zaczyna więc pić, kieliszek szampana, kieliszek wina, kilka drinków i na końcu traci opanowanie, rzucając się do moich stóp i z łkaniem żebrząc, aby mogła do mnie wrócić, bo jeszcze nikt jej tak nie zaspokoił jak ja.
Ech, cudna wizja! Niestety, na razie musiałem jechać do pracy, bo czekała mnie ważna rozprawa. Założyłem marynarkę, otworzyłem szufladę i po chwili wahania, zdecydowałem się dziś na moją perełkę, czerwone maserati. Rzadko jeździłem nią na miasto, zwłaszcza w dni robocze, ale czasami miałem ochotę umilić sobie dzień. Pogwizdując, zjechałem windą na podziemny parking i ruszyłem w kierunku, gdzie parkowałem moje samochody. Apartamenty należały do luksusowych i byle kto, nie miał tutaj wstępu, więc moje maleństwa zawsze były bezpieczne.
Przynajmniej do dzisiaj tak myślałem.
– Co tu się… – wyjęczałem, puszczając teczkę i łapiąc się za głowę.
Na idealnie lśniącej masce, na tym gładkim lakierze, napisano jedno słowo.
Fiut.
Daria! Tylko ta jedna myśl przemknęła mi przez głowę. Ta cholerna suka jakimś cudem dostała się na podziemny parking i uszkodziła moją dziecinę!
Latałem dookoła, tylko pojękując, więc nie od razu zauważyłem też przedziurawionych opon. Kurwa! Przecież takie rzeczy kosztowały majątek! Już ja dopilnuję, żeby ta idiotka za wszystko zapłaciła. I to tyle, że pójdzie z torbami!
Pół godziny później jakiś niemrawy policjant spisywał moje zeznania, stróż blady jak ściana, siedział w kącie i pojękiwał, a ja paliłem papierosa za papierosem, zastanawiając się, jak u diabła się tutaj dostała? Nagrania z kamery nic nie pokazały, chociaż drobne zakłócenia nasuwały podejrzenia, że ktoś przy nich majstrował. Świadków nie było, a ochroniarz nie mógł niczego zobaczyć ze swojego stanowiska, bo znajdowało się za rogiem.
– Damy panu znać…
– Stul pysk! – rzuciłem do funkcjonariusza, który z zaskoczenia aż rozdziawił gębę. – Doskonale wiem, kto to zrobił, a ty musisz tylko znaleźć dowód. Masz tydzień, bo inaczej dopilnuję, żebyś w przyszłości zbierał śmieci w parku, zrozumiałeś?
Poczerwieniał, ale nic nie powiedział. Pewnie kojarzył moje nazwisko i zdawał sobie sprawę, że nic nie wskóra. Nawet wsparcie przybędzie po to, aby mnie chronić.
– Cholerna kasta – wymamrotał, a ja udałem, że nie słyszałem. Nie miałem czasu na głupstwa. Rzuciłem niedopałek na ziemię, wsiadłem w drugie auto i pięknym zrywem ruszyłem przed siebie. Wbiłem jeszcze w nawigacji nazwę uniwersytetu, w którym pracowała Daria i kwadrans później pokonywałem schody z zaciętą miną, przysięgając w duchu, że tym razem na utarczkach słownych się nie skończy.
Nie było tak łatwo przebić się przez ochronę, ale w tej chwili nie istniała taka przeszkoda, której nie mógłbym pokonać. Jeden telefon i zostałem wpuszczony na teren zakładu genetyki, a nawet przytrzymano mi drzwi. Miałem to gdzieś, bo buzowało we mnie tyle emocji…
Po pierwsze jak ona śmiała? Jak ta kurwa śmiała zrobić coś takiego? Zdecydowanie posunęła się za daleko, bo to było zniszczenie mienia. Po drugie, jak do cholery to zrobiła? Wynajęła kogoś? Zresztą, nieważne. Zemsta będzie okrutna, obiecałem sobie w duchu, otwierając drzwi do wskazanego gabinetu i nie siląc się na kurtuazję, jaką byłoby pukanie.
Stała przy oknie, trzymając w dłoniach książkę. Zamkniętą, więc nie czytała. Wyglądała na zamyśloną i zaskoczoną, ale nie dałem się nabrać.
– Ty! – wrzasnąłem rozjuszony, z miejsca tracąc resztki opanowania. Ta kobieta często działała na mnie właśnie w ten sposób. Wyprowadzała z równowagi do tego stopnia, że zamieniałem się w dziką bestię.
– Ja – odparła ze spokojem, odkładając książkę. – O co chodzi? Wyglądasz jakby cię podłączyli do prądu i to jeszcze na dwóch fazach.
– Kojarzysz czerwone maserati? – Nie bawiłem się w podchody, od razu przechodząc do rzeczy. – Moje czerwone maserati.
– A, to! – Od razu poweselała, a ja zyskałem stuprocentową pewność, że miała swój udział w oszpeceniu mojego ukochanego samochodu. – Pewnie, że kojarzę. Zamierzam ci wydrapać na masce słowo dupek. I przebić opony – dodała ze śmiechem. – Czyżby ktoś mnie ubiegł?
– Nie wiem jak i z czyją pomocą, ale zapłacisz mi za to – warknąłem, zbliżając się do Darii. – Nie tylko pokryjesz koszta…
– Dlaczego ja? Przecież powiedziałam, że zamierzałam ci wydrapać, a nie, że wydrapałam.
– To mogłaś być tylko ty.
– Masz wielu wrogów – wzruszyła ramionami. Była zaskakująco spokojna i to upewniło mnie, że maczała palce w dewastacji mojego samochodu. Powinna być przecież wściekła o przedwczoraj. – Więc łaskawie odczep się ode mnie i wyjdź. Nie mam czasu na głupoty.
– Głupoty?
– Dorosły facet i jego zabaweczka. Mniemam, że ukochana? Zastępuje ci żonę? Dymasz ją w rurę wydechową?
– Nie bądź wulgarna.
– Dostosowuję się do rozmówcy.
– Dostosowujesz się? – zmrużyłem oczy, szykując się do ataku. Ona za to przygotowywała obronę. Tylko że ja byłem większy, silniejszy i bardziej zdeterminowany.
Ja jej kurwa dam, głupoty!
– Iwo, daj spokój. To nie byłam ja, chociaż przyznaję, wpadł mi do głowy ten pomysł. Z pewnością masz wielu wrogów, nie tylko ja życzę ci jak najgorzej, prawda?
– Na taki pomysł mogłaś wpaść tylko ty. – Byłem coraz bliżej, a ona zaczęła się cofać. W jej oczach dostrzegłem niepewność, jakby nie bardzo wiedziała, w jaki sposób ma się bronić.
– Nie chcę kłopotów, zwłaszcza tutaj – zastrzegła.
– To trzeba było zostawić mój samochód w spokoju.
– Mówiłam już… – Syknęła, gdy uderzyła plecami o kant parapetu. Za to ja pochyliłem się lekko i oparłem dłońmi, w taki sposób, że znalazła się w pułapce moich ramion. Dziwne, bo nagle gniew zniknął, a pojawiło się podekscytowanie. W duchu przyznałem, że uwielbiam ją zapędzać w kozi ruch, gdy nie ma pojęcia, czego się może po mnie spodziewać.
– Iwo! – skarciła mnie wzrokiem, a wtedy się roześmiałem. Zemsta nie wywietrzała mi z głowy, ale zdecydowanie trafiła na drugi plan.
Powinienem był sprowokować ją, podrażnić i zostawić tak jak przedwczoraj, wściekłą i jednocześnie pobudzoną, bo moje pocałunki zawsze pobudzały. Nie chwaląc się, wiedziałem, że były doskonałe. Tymczasem w głowie pojawił się obraz, jak kochamy się na tutaj, na biurku i to wytrąciło mnie z równowagi. Już nie miałem ochoty na czcze rozmowy, za to zapatrzyłem się na jej usta. Lekko rozchylone, wyraziste i kuszące.
– Nawet o tym nie myśl! – zmarszczyła brwi. Obie dłonie położyła na moim torsie i próbowała mnie odepchnąć, ale nadaremnie. Ani drgnąłem.
– Jeśli jeszcze raz spróbujesz…
Oczywiście, że spróbowałem. Wykręciła głowę, ale wtedy uniosłem ramię i chwyciłem ją za kark. Próbowała wydrapać mi oczy, ale i z tym sobie poradziłem. Unieruchomiłem ruchliwe dłonie i już z triumfem miałem pocałować, gdy poczułem uderzenie bólu.
Ta suka kopnęła mnie w jaja!
Leave a Reply