
***
Daria
I wtedy nie wytrzymałam. Przywaliłam mu, aż się zachwiał. Dziwne było tylko, że wcale nie wyglądał na rozgniewanego. Przeciwnie, wyglądał jak kot, który właśnie upolował tłustą mysz.
– Jeszcze jeden taki numer, a przestanę z tobą rozmawiać – wycedziłam, próbując palcami wybadać, jaki duże szkody poczyniła jego zuchwałość.
– Nie o rozmowę mi chodzi – wzruszył ramionami. W końcu sięgnął po ręcznik, aby zakryć nagość.
Szkoda, pomyślałam, a zaraz potem pojawił się gniew. Jakie szkoda? Oszalałam? Odbiło mi? Z drugiej strony oceniałam wyłącznie walory zewnętrzne, a te były najlepszego sortu. Musiał naprawdę sporo ćwiczyć, ta drabinka na brzuchu nie powstała z niczego. Niestety w tym przypadku opakowanie było luksusowe, a wnętrze zepsute i zgniłe. Każdy z nas kupował oczyma, jednak ja wiedziałam, co się kryje w środku. Tego towaru nie wezmę, nawet jakby mi ktoś dopłacił. Więcej, im bardziej Iwo upierał się, że mnie zdobędzie, tym bardziej chciałam mu udowodnić, że się myli.
Wyszłam, z hukiem zatrzaskując drzwi. Aż zadrżały pobliskie okna. Mało mnie to przejęło, bo popędziłam do łazienki.
Bydlak miał szczęście, że dopiero teraz mogłam obejrzeć efekt wybryków jego wybujałego ego. Wyglądałam okropnie, jak ofiara nienasyconego wampira. Klnąc, na czym świat stoi, znalazłam kogoś z obsługi i poprosiłam o plastry. Udało mi się ukryć ugryzienie, chociaż z opatrunkiem wyglądałam nieco dziwnie. Na szczęście na sukience nie znalazłam śladów krwi. Mimo to postanowiłam, że czas wracać do domu i zadzwoniłam po taksówkę.
Potem wróciłam na przyjęcie i pierwsze co zobaczyłam, to Iwo obściskujący jakąś blondynkę. Wyglądał przy tym tak, że aż coś mnie skręciło z zazdrości. W końcu to mnie powinien…
– Oszalałam – mruknęłam.
Tym razem ubrany był mniej oficjalnie. Czarne spodnie, czarna koszula. Rękawy podwinął, górne guziki pozostawił niezapięte. Włosy zaczesał do tyłu, pewnie jeszcze nie wyschły. Z tą śniadą cerą, z lekkim zarostem, z kpiącym uśmiechem w zielonych oczach i idealną figurą, wyglądał zjawiskowo. Nawet gdyby któraś z obecnych tutaj pań nie gustowała w tym typie urody, to i tak nie byłaby w stanie ominąć go wzrokiem.
Jak ja, pomyślałam ponuro.
Iwo mnie zauważył. Lekko się uśmiechnął, puścił łobuzersko oczko i pocałował blondynę. Zgrzytnęłam zębami, nie wiem czym bardziej rozwścieczona, jego zachowaniem, czy własnymi uczuciami.
Ach, tak chciał się bawić? Nie ma sprawy, załatwię mu dodatkową porcję rozrywki, chociaż to, co zaplanowałam, kompletnie nie było w moim stylu. Jednak każda sprawa wymaga poświęcenia.
Odetchnęłam, rozejrzałam się i namierzyłam Tobiasza. Rozmawiał z jakąś parą, ale to wcale mi nie przeszkadzało. Ruszyłam w jego kierunku, a on dostrzegł mnie dopiero, gdy prawie zawisłam na jego szyi.
– Co…
Zlekceważyłam jego zaskoczenie, warunki umowy, wszystko. Wspięłam się na palce i przylgnęłam ustami do jego suchych warg. Wściekłość i chęć pokazania temu dupkowi były silniejsze od obrzydzenia, od wszystkiego.
– Chciałam się tylko pożegnać – powiedziałam słodko, gdy już uznałam, że dosyć tego dobrego. Zwłaszcza, że szybko otrzeźwiał i chyba zamierzał wykorzystać sytuację. – Do zobaczenia, kochanie!
– Odprowadzę cię – zaoferował ochoczo. Złapałam spojrzenie jego oczu i już wiedziałam, że moje wrażenia były słuszne. Układ to jedno, ale facet najwyraźniej zamierzał skorzystać z naszej umowy w nieco inny sposób. Już chciałam zaprzeczyć, gdy dostrzegłam minę Iwo.
Nie wiem, ale on miał chyba jakieś skoki ciśnienia. To mogło być szkodliwe. Przed chwilą wyglądał luzacko i beztrosko, a teraz o mało co, para nie buchała mu z nozdrzy. W dodatku ta poza byka przygotowującego się do szarży…
– Bardzo chętnie, bo już zamówiłam taksówkę i pewnie na mnie czeka.
Pozwoliłam się objąć i odprowadzić. Mijając Iwo, puściłam mu oczko, a wtedy przysięgam, zrobił się czerwony jak burak. Pewnie właśnie osiągnął temperaturę wrzenia. Co on sobie myślał? Że jak zobaczę go całującego obcą babę, to padnę na kolana i będę błagać o seks? Idiota! To właśnie była wina jego wybujałego ego.
Gorzej, że podobny dupek właśnie próbował obmacywać moją pupę.
– Genów trudno się wyrzec – powiedziałam filozoficznym tonem, gdy już znaleźliśmy się przy taksówce.
– To on ma moje geny, nie na odwrót.
– Zauważyłam. – Zręcznie wyślizgnęłam się z uścisku męskich ramion. – Pożegnaj ode mnie Iwo. I sprawdź, czy nie dostał jakiegoś napadu apopleksji.
– Jest uparty, same słowa nie wystarczą. – Tobiasz też nie wyglądał na zadowolonego. Ciekawe na co ten liczył? Że dam się wyobracać podczas przyjęcia w pobliskich krzakach?
– Wystarczą. – Pomachałam mu na pożegnanie i taksówka ruszyła.
Po drodze kazałam się zawieźć do KFC bo miałam straszną ochotę na pikantne skrzydełka. Byłam tak głodna, że zjadłam na miejscu, oblizałam ze smakiem palce, zapiłam wszystko Spritem i uznałam, że teraz świat jest piękny. Trochę przeszkadzały mi ciekawskie spojrzenia, bo jednak ubrana byłam jak na knajpę Michelina, a nie zwykły fast food, ale z drugiej strony, niech się patrzą. Co mnie to obchodzi, patrzenie nie gryzie.
Cierpliwy pan taksówkarz zostawił mnie w końcu pod moja kamienicą. Ziewając, weszłam na górę, potem do mieszkania. Starannie zamknęłam za sobą drzwi, pstryknęłam włącznikiem światła i zamarłam w pół kroku.
Na kanapie siedział Iwo.
Leave a Reply