
***
Iwo
Nigdy w życiu tak mi się nie dłużyło, jak przez te trzy dni na wyjeździe. Inni bawili się do upadłego, ja siedziałem z boku i piłem drinki bezalkoholowe, ponuro rozmyślając nad własnymi wyborami. Będę szczery, bałem się upić, bo wtedy mógłbym wylądować na orgii grupowej. Motywacja zdechnie, wizja zdobycia Darii rozwieje i musiałbym się przyznać do porażki.
Polska powitała mnie takimi upałami, jakich nie pamiętano od dawna. Ciężkie, duszne powietrze, całkowicie bezchmurne niebo, temperatura w cieniu dochodząca do czterdziestu stopni i suchy, gorący wiatr. Gorzej niż na Malediwach, z których wróciłem. W samochodzie czy pomieszczeniu klimatyzowanym dało się wytrzymać, ale na zewnątrz prawie nie było czym oddychać. Mój humor diametralnie się pogorszył, bo nie znosiłem upałów. Na dodatek w biurze czekała na mnie nowa sprawa, taka z rodzaju tych cięższych, bo chodziło o błąd lekarski i śmierć dziecka. W takich wypadkach bywało wiele niepotrzebnych emocji, które mogła wykorzystać strona poszkodowana. Oskarżony był dobrym znajomym mojego ojca i po zapoznaniu się z dokumentami, od razu wybrałem linię obrony. Co prawda dowody świadczyły o jego ewidentnej winie oraz rażącym zaniedbaniu, ale zatrudniono mnie w innym celu. Miałem go wybronić, oczyścić z zarzutów i sprawić, aby prokuratorowi odechciało się dalszej walki. Gwizdnąłem, kiedy dostrzegłem, z kim stanę w szranki.
Cudownie, nie mogło być lepiej. Już dawno chciałem utrzeć nosa Bruno Pawłowskiemu. Słyszałem że jest młody, zdolny, twardy i nieprzekupny. Na dodatek zawsze schodził z pola bitwy jako zwycięzca. Wcześniej nie miałem przyjemności, ale teraz na samą myśl o naszym starciu, czułem dreszcze ekscytacji. Nawet myśli o Darii przestały być takie wyraziste.
Potraktowałem tę sprawę jako pretekst, aby od razu do niej nie jechać. Niech zaczeka z kilka dni, poczuje smak samotności i zatęskni.
Rzuciłem się w wir pracy. Przygotowanie obrony nie było łatwe, bo ewidentnie zawinił ten kretyn, a właściwie jego pazerność. Zamiast od razu podjąć decyzję o cesarce, czekał na łapówkę. Nie doczekał się, za to pacjentka, która w żadnym wypadku nie powinna rodzić siłami natury, znalazła się na krawędzi życia i śmierci. Z trudem ją uratowali, niestety dziecka już nie. Miałem więc pełne ręce roboty, zwłaszcza, że ojciec osobiście poprosił mnie, abym się postarał i w najgorszym wypadku wynegocjował ugodę.
– Ugodę? – powiedziałem z ironią. – Wygram tę sprawę, o to nie musisz się martwić.
O Darii rozmyślałem jedynie wieczorami, gdy już leżałem w łóżku, balansując na krawędzi snu. Dobrze, przyznam szczerze, że również na rano, kiedy budziłem się z potężnym wzwodem.
Minął tydzień. Zostałem zaproszony na golfa przez mojego klienta i chętnie skorzystałem, bo już dawno nie grałem. Upał nie zelżał, ale za to niebo zasnuło się chmurami. Podjechałem pod niski, elegancki budynek i rzuciłem kluczyki obsłudze. W środku klimatyzacja działała bez zarzutu i w końcu mogłem odetchnąć.
Ireneusz Norek był mężczyzną przed pięćdziesiątką, wysokim, zadbanym i wysportowanym. Powitał mnie z ponętną blondynka u boku, która bynajmniej nie była jego żoną.
– Iwo, prawda? – zapytał z szerokim uśmiechem. – Jesteś podobny do ojca.
– To przez nos – odpowiedziałem ze spokojem.
– Możliwe. Jestem Irek, a to Sara, moja przyjaciółka.
Była niezła. Wymiary idealne, twarz dopracowana w każdym szczególe. Pewnie sporo kosztowała, pomyślałem drwiąco. Kusiła mnie spojrzeniem, ale ja nie musiałem płacić za takie rzeczy, więc ani trochę nie byłem zainteresowany. Da za darmo, wezmę, chociaż nie teraz, bo po pierwsze praca, a po drugie Daria.
– Siadaj – Irek wskazał na miejsce przy stoliku. – Zjemy, napijemy się, zagramy, a po wszystkim porozmawiamy o tamtej kretynce, która naraziła mnie na kłopoty.
– Całkiem poważne kłopoty. – Zająłem jedno z czterech miejsc i od razu wręczono mi menu.
– Tobiasz mówił, że dla ciebie to błahostka.
– Powiedzmy.
– W ramach owocnej współpracy, mam dla ciebie niespodziankę – uśmiechnął się chytrze. Obślizgły gad, pomyślałem z uznaniem. Umiał się urządzić.
Czwarte miejsce przy stole zajęła kobieta, ale jaka kobieta! Miss świata nie dorastała jej do pięt, a na drugie miała perfekcja. Przyznam, że poczułem znajome mrowienie i nawet zachowanie celibatu przestało być nagle takie ważne.
– Debora – przedstawiła się, dotykając smukłą dłonią mojego ramienia. To było muśnięcie, ale bardzo wieloznaczne. – Nie spodziewałam się, że…
– Tak, jestem idealny – odpowiedziałem ze śmiechem. Rewelacja. Mój umoczony po pachy klient zatrudnił dla mnie zawodową prostytutkę i to nie taką zwykłą. Zarówno Sara, jak i Debora, to była najwyższa półka. Także usług jakie oferowały. Trzeba przyznać, że Irek się postarał.
Rozmowa, z początku nieco niemrawa, nabrała rumieńców. Najpierw dotyczyła spraw błahych, potem zeszła na podróże. Jedzenie było całkiem niezłe, wino wyśmienite, a Debora okazywała mi zainteresowanie w taki sposób, że powoli zaczynało brakować mi miejsca w spodniach. Pomyślałem, że po zakończeniu spotkania, zabiorę ją do siebie i zaszaleję. To będzie przystawka, a Darię zachowam sobie na danie główne.
Przyniesiono deser. Debora pochyliła się w moją stronę, a ja poczułem delikatny zapach jej zmysłowych perfum. Irek i Sara wstali.
– Pójdziemy przodem – powiedział, mrugając porozumiewawczo okiem. Olałem to, bo co innego było mi w głowie. W sumie dlaczego czekać aż do wieczora? Szybki numerek w toalecie? Całkiem niezły pomysł.
Chyba się domyśliła, co chodzi mi po głowie. Roześmiała się, a później wyszeptała na ucho:
– Możemy wcześniej…
Niestety, nie dane było jej dokończyć. Za moimi plecami wybuchła awantura, a jej ofiarą był Irek. Zdążyłem jeszcze pomyśleć, że pewnie przyłapała go żona, potem odwróciłem się i zamarłem.
Spodziewałem się wszystkiego, ale nie Darii, która właśnie wyprowadzała prawego sierpowego w kierunku twarzy mojego klienta. Wycelowała bezbłędnie, a Irek upadł na kolana, łapiąc się za poszkodowane oblicze.
– Morderca! – wrzasnęła Daria. – Podły drań, który zrujnował ludziom życie, a teraz jeszcze nie potrafi się do tego przyznać.
Jasna cholera! Co ONA tutaj robi?
Nadbiegła ochrona, ale Daria nie miała zamiaru tak szybko się poddać. Wymierzyła pierwszego kopniaka, potem kolejny cios, a na samym końcu spojrzała prosto na mnie i zamarła.
– Iwo? – zapytała z niedowierzaniem, a wtedy ją dopadli. Lecz kiedy zobaczyłem, jak jeden z nich zamierza ją uderzyć, poderwało mnie z miejsca.
Ja temu skurwielowi dam dotykać moją kobietę! Łapy mu poucinam!
Dziesięć minut później było po wszystkim. Zabrałem Darię na zewnątrz, posadziłem na ławce i delikatnie ująłem prawą rękę.
– Mogłaś użyć mniej siły – powiedziałem z wyrzutem.
– Najchętniej bym tego gada zabiła – odparła z zaciętością. – Taki z niego lekarz, jak ze mnie marynarz. Ha ha, ładny mi doktor!
Zagapiłem się. W oczach miała wolę walk, policzki zarumienione z gniewu. Cholera, zapomniałem jaka była śliczna. Szczerze mówiąc, nawet Debora i seks momentalnie wywietrzały mi z głowy.
– Skąd znasz Ireneusza Norka? – zapytałem ostrożnie.
Posmutniała.
– Byłam na pogrzebie – odparła. – Kuzynka straciła dziecko i o mało co, sama nie umarła. A ten bydlak nie dosyć, że nie chce się przyznać, to jeszcze żąda od jej męża przeprosin, bo publicznie nazwał go mordercą. Podobno zatrudnił adwokata, podobną sobie gadzinę, bo tylko taki może go bronić i… – Raptownie umilkła.
– Iwo? Ciebie zatrudnił? – Głos miała surowy, pełen gniewu.
Z trudem przełknąłem ślinę.
– Dlaczego mnie?
– Jesteś adwokatem, jesteś tutaj i chyba siedzieliście przy jednym stoliku, prawda?
– Myślałem, że nie masz rodziny?
– Bliskiej, ale totalną sierotą nie jestem. Monika to córka mojej matki chrzestnej. Nie odpowiedziałeś!
Czy ja musiałem mieć tak kurewskiego pecha? Przecież Daria mnie zabije, jak się przyznam. Nie tylko cofnę się do punktu wyjścia, ale przekroczę go ostrym sprintem. Z drugiej strony kłamstwo było jeszcze gorsze.
– To znajomy ojca – przyznałem niechętnie. – Poprosili mnie, abym go bronił.
Myślałem że się wścieknie, że mnie uderzy, ale ona tylko patrzyła i patrzyła. Zbyt długo na mój gust, bo zacząłem czuć się nieswojo.
– No tak – powiedziała w końcu. Cicho, jakby z rezygnacją. – Czego mogłam się po tobie spodziewać.
To nie było pytanie, a stwierdzenie. Zresztą, słowa mnie nie wzruszyły. Dwie łzy spływające po gładkich policzkach były o wiele gorsze. Poczułem się jak totalny śmieć, jak nic nie warty bydlak.
– Ej! – Uniosłem dłoń i otarłem jedną. – Na razie zapoznaję się ze sprawą. Gdyby nie ojciec, odrzuciłbym ją na samym początku.
– Ale Bruno powiedział…
W mojej głowie zawył alarm. Czyli była z panem prokuratorem na ty? A może znała go wcześniej? Obślizgły robal zazdrości od razu zaczął drążyć tunel w mojej duszy. Wykręcił trzewia, a emocje wywindował na najwyższy poziom.
– Nie borę z góry przegranych spraw – zełgałem gładko. – Jaki Bruno?
– Prokurator – odpowiedziała w roztargnieniu, potwierdzając moje najgorsze obawy. – Iwo, pracowałeś kiedyś pro bono? A może chciałbyś dla mnie? Oskubiemy tego bydlaka, aż do ostatniego piórka. No, zgódź się, proszę! – zarzuciła mi ramiona na szyję, a ja już wiedziałem, nie, byłem pewien, że właśnie trafiłem na z góry przegraną pozycję.
– Mógłbym przemyśleć w zamian za seks.
– Iwo! – Patrzyła na mnie wyrzutem, chociaż dostrzegłem też radość. – Zgodzisz się, prawda? Pomożesz mi?
Wpadłem w pułapkę. W pułapkę niewinnego spojrzenia, przejrzystych oczu i uśmiechu przeznaczonego tylko dla mnie. Już nie byliśmy wrogami. Prosiła mnie jak moja kobieta, jak kochanka, jak ktoś, na kim mi zależało. Debora byłaby gigantyczną pomyłką, bo nie zastępuje się oryginału falsyfikatem.
Wpadłem w pułapkę nie tylko ze względu na sytuację. Wpadłem, bo ten jej uśmiech był wart tego, aby podpalić cały świat.
Jak ostatni kretyn po prostu się zakochałem.
Leave a Reply