Hate & love (XXIII)

with Brak komentarzy

***

Daria

Nie byłam ślepa. Przy stole siedziało dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Jednym z nich był ten bydlak, drugim Iwo. Z pewnością nie umówili się na obiad z czystej sympatii.

Mogłam oczywiście zrobić kolejną awanturę, spoliczkować go i powiedzieć, że jest takim samym śmieciem, jak lekarz, którego będzie bronił, ale tego nie zrobiłam.

W zamian za to zarzuciłam mu ramiona na szyję i poprosiłam o pomoc.

Boże, jaką on miał minę! Wił się jak robak na haczyku, nie chcąc wyznać prawdy, a jednocześnie nie skłamać.

Iwo! – Spojrzałam na niego. – Zgodzisz się, prawda? Pomożesz mi?

Byłam pewna, że odmówi. Może nie bezpośrednio, ale odmówi. Wtedy załatwiłabym przynajmniej sprawę naszych pseudo zaręczyn i fałszywego ślubu.

Z dalszą rodziną miałam słaby kontakt. Kiedy zostaliśmy z ojcem bez dachu nad głową i bez pieniędzy, jedynie ciotka Zosia nam pomogła. Wsunęła w rękę kopertę z własnymi oszczędnościami, dała torbę z zapasami jedzenia, wyściskała na pożegnanie i na sam koniec się popłakała. Gdybym miała powiedzieć, że mam wobec kogoś dług wdzięczności, to byłaby ona. Sama obarczona piątką pociech, z chorym mężem, przez krótki czas zastępowała mi matkę. Ona jedna potrafiła zadzwonić, zapytać, czy czegoś nam nie brakuje, wspomóc zaprawami na zimę, które przywoziła na rowerze właśnie Monika z młodszym Frankiem. Zaprosić na święta, na kolację wigilijną, gdzie gwar przy stole pozwalał nam chociaż na chwilę zapomnieć o własnej stracie.

Po moim powrocie do miasta nie widywałyśmy się często, ale zawsze wpadałam na imieniny i czasami po prostu na kawę. Wiadomość, że Monika leży w szpitalu, walcząc ze śmiercią, a jej upragnione dziecko odeszło, wywołała u mnie szok. Kiedy poznałam szczegóły, pojawiła się wściekłość.

Monika odziedziczyła po matce urodę, dobre serce, ale nie umiejętności łatwego porodu. Nie dosyć, że ginekolog już na wstępie zaznaczył, że zajść w ciążę będzie jej niezwykle trudno, to od razu powiedział, że naturalny odpada ze względu na nietypową budowę miednicy. Zalecił cięcie cesarskie i pewnie wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie pan ordynator oddziału, do którego trafiła.

Doktor habilitowany Ireneusz Norek może i był dobrym specjalistą, miał też setki wystawionych pozytywnych opinii, ale mało kto wiedział, że te komentarze pochodzą od pacjentek przyjmowanych prywatnie. Krążyły plotki, że jest łasy na kasę, zwłaszcza teraz, gdy żona zażądała rozwodu oraz podziału majątku.

Monika trafiła w najgorszej chwili, bo godzinę przed jej przyjęciem zza drzwi biura ordynatora słychać było kłótnię małżonków, walczących o pieniądze oraz nieruchomości. Swoją złość i frustrację wyładował na bogu ducha winnej pacjentce, zakazując cesarki i oznajmiając, że najpierw niech spróbuje rodzić naturalnie. Pewnie też w jego głowie pokazał się obraz tych paru tysiączków łapówki, za które mógłby zaprosić kochankę na wystawną kolację. Otrzeźwiał dopiero, gdy do gabinetu wpadła przerażona pielęgniarka. Niestety, dla dziecka było już za późno.

Płakałam razem z ciotką, gdy to opowiadała. Płakałam nad maleńką trumienką, w głowie mając tylko obraz nieprzytomnej Moniki, która nawet nie mogła pochować swojego upragnionego dziecka. A później pojawiła się wściekłość.

Poruszyłam niebo i ziemię, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w szpitalu. Wzięte na spytki pielęgniarki nabierały wody w usta, ale pomogła mi młoda lekarka, wstrząśnięta zachowaniem ordynatora i skutkami jego decyzji. A później spotkałam się z panem prokuratorem.

Bruno Pawłowski był młody, pełen zapału i cholernie przystojny, chociaż raczej w taki bardziej subtelny sposób. Wysoki, szczupły, z nienaganną fryzurą, ciemnymi, prawie czarnymi oczyma oraz surową twarzą, wzbudzał szacunek i odrobinę strachu. Do czasu, aż się uśmiechnął.

Na początku nawet nie chciał ze mną rozmawiać. Prawie siłą wbiłam się do jego gabinetu i o dziwo, nie zostałam wyrzucona, a poczęstowana kawą. Nie chciał zdradzić żadnych szczegółów, bo nie byłam stroną, ale wtedy zadzwoniłam po ciotkę. Mając przeciwko sobie dwie rozjuszone, żądne krwi harpie, skapitulował.

Będzie ciężko, bo doktor Norek ma wiele znajomości wśród polityków oraz mundurowych – oznajmił ponuro. – Zatrudnił najlepszego adwokata w kraju, chociaż jeszcze nie postawiono mu oficjalnych zarzutów. Ojciec tego adwokata jest politykiem…

Iwo? – Od razu mnie olśniło.

Kancelaria Rykło i Partnerzy.

To on – potwierdziłam. – Już wiem, dlaczego będzie ciężko.

Zna go pani?

Ciotka spojrzała na mnie przenikliwie, ale ja nie widziałam przeciwwskazań, aby powiedzieć prawdę.

Tak, prześladował mnie w liceum. To zimnokrwiste bydlę, które bez skrupułów podejmie się obrony nawet największego zbrodniarza. Przekupi świadków, z Moniki zrobi nic nie wartego śmiecia i jeszcze na koniec uzyska oficjalne przeprosiny.

Też nie jestem łatwym przeciwnikiem. – Panu prokuratorowi wyraźnie nie w smak były moje słowa.

Szczęściu należy dopomóc – powiedziałam, wstając.

Niech pani nie robi nic głupiego – ostrzegł mnie, marszcząc brwi.

Głupiego? Nie zamierzam, ale mogę porozmawiać z Iwo.

Po co? – zapytał ostro.

Bo niedawno mi się oświadczył – oznajmiłam z szerokim uśmiechem, sprawiając, że zarówno panu prokuratorowi jaki i mojej ciotce, opadły szczęki. – Więc niech wybiera, albo ja, albo wygrana.

Osobiście byłam pewna, że Iwo wybierze sprawę, ale miałam to w nosie. Skoro tak, sam zamknie sobie drogę i może w końcu się ode mnie odczepi?

Iwo okazał się nieuchwytny. Ten pożal się boże lekarz, zażądał oficjalnych przeprosin od Arka, męża Moniki, za nazwanie go mordercą. Ona nadal nie odzyskała nieprzytomności, a ja kupiłam wiązankę białych róż i poszłam na pogrzeb.

Aż się serce ściskało, gdy patrzyłam na malutką trumienkę. Za to po wyjściu z cmentarza, eksplodowała we mnie złość. Bez namysłu podjechałam pod szpital, ale tam udzielono mi informacji, że pan ordynator właśnie skończył pracę. Wyszłam przed budynek, postanawiając dorwać dziś Iwo, gdy dostrzegłam fizjonomię tego gada. Przeżywał chyba kryzys wieku średniego, bo siedział w czerwonym cabrio jakiegoś luksusowego auta. Zanim zdążył wyjechać przez bramę, dopadłam wynajętego na dziś traffi cara i po prostu pojechałam za nim.

Zatrzymałam się po prawie godzinie przed bramą prowadzącą na pole golfowe. On wjechał, ja zostałam i zaczęłam kombinować, co teraz. Oczywiście, mogłam wejść do środka, to nie była posiadłość strzeżona przez psy oraz karków z karabinami, ale musiałam przemyśleć, co później. Niezbyt długo, bo zauważyłam też nadjeżdżającego Iwo.

Plan ułożył się sam.

Przed akcją poprawiłam jeszcze makijaż w toalecie, rozpuściłam włosy, przeczesałam je palcami i poprawiłam ubranie. Wyjątkowo założyłam dziś lekką sukienkę w błękitnym kolorze, wyjątkowo twarzową i dziewczęcą. Napiłam się lemoniady i ruszyłam na wojnę.

Siedzieli w towarzystwie dwóch kobiet przy okrągłym stole w restauracji. Obie panie były piękne, ale złośliwie pomyślałam, że jak zdarzy im się puknąć w głowę, to ciekawe co zostanie, gdy makijaż odpadnie. Iwo wydawał się być zachwycony swoją partnerką, a ja obiecałam sobie w duchu, że dam mu jeszcze popalić. Lecz nie teraz. Teraz musiałam zachować się zupełnie inaczej. Poprosić o pomoc. Pewnie się nie zgodzi, ale to i lepiej, będę mogła z nim skończyć. Gdzieś tam pojawiła się malutka iskierka nadziei, ale zdusiłam skubaną w zarodku, żeby mi nie bruździła w planach.

Irek z partnerką wstali, więc ruszyłam do akcji. Nie zamierzałam go uderzyć, samo wyszło, gdy odpowiedział z drwiną na moje słowa. Może i facet, ale totalny pizdokleszcz, jak mawiała Aśka, moja przyjaciółka. Dalej poszło samo…

Siedziałam teraz obejmując Iwo za szyję i prosząc go o pomoc. Tak zupełnie normalnie, jakbym prosiła kogoś mi bliskiego. Dostrzegłam, że gdy powiedziałam mu o panu prokuratorze, w dodatku używając jego imienia, a nie tytułu, w oczach Iwo od razu pojawił się gniew. Za to teraz wyglądał na zakłopotanego.

Ale nie odmówił.

Cholera – mruknął tylko, wyplątując się z moich ramion i wstając. – Będzie ciężko przekonać ojca. Wścieknie się. Norek ma na niego jakiegoś haka, chyba nielegalną aborcję jednej z kochanek.

Raz kozie śmierć, pomyślałam. Wstałam, znów się do niego przytuliłam, znów objęłam go za szyję i podnosząc głowę, spojrzałam prosto w oczy.

Proszę! Nie znam szczegółów, ale Bruno powiedział, że na dzisiejszej kolacji…

Kolacji?

Jedno słowo wszystko załatwiło.

Nie wezmę tej sprawy – powiedział stanowczo Iwo, obejmując mnie. – Trochę szkoda, bo miało to być moje pierwsze starcie ze znanym prokuratorem Pawłowskim, ale trudno. Ojcu powiem, że mam konflikt interesów, bo ofiara jest kuzynką mojej przyszłej żony. Zadowolona?

Piorun z bezchmurnego nieba nie zrobiłby na mnie większego wrażenia niż jego słowa. Spodziewałam się raczej kręcenia, lawirowania, pustych obietnic, a tymczasem Iwo był stanowczy i bezpośredni.

Aż tak bardzo mu na mnie zależało?

Naprawdę? – wyszeptałam. Na nic więcej nie miałam siły, bo nagle kolana zrobiły się dziwnie miękkie, a serce ruszyło do szaleńczego galopu.

Miałaś nadzieję, że odmówię i będziesz się mogła mnie pozbyć?

Coś w tym rodzaju – przyznałam uczciwie.

Nie ma mowy. – Pochylił się i delikatnie mnie pocałował. – Nie żądaj tylko ode mnie oskubania bydlaka, do tego znajdziemy kogoś innego. Nie musi być tak dobry jak ja, dowody są miażdżące, a jeszcze pogadam z sędzią, którego wyznaczą do poprowadzenia sprawy i wygrana jak w banku.

No tak, przecież jego matka pracowała w tej branży i to chyba gdzieś na samej górze?

Na kolację zabiorę cię ja. Poza tym pamiętaj, nie masz prawa umawiać się z innymi facetami, zrozumiano?

Taaak – wyjąkałam.

On mówił serio? I miał zamiar dotrzymać słowa? Dla mnie? Przed chwilą widziałam go jedzącego z wrogiem i obściskującego się z obcą babą, a teraz nagle oświadczał, że dla mnie zrezygnuje z pieniędzy, chwały i narazi się ojcu. Życie płatało mi różne figle, ale nigdy nie było tak popieprzone.

Świat stanął na głowie! Kompletnie zwariował, a razem z nim w szaleństwie pogrążyłam się i ja.

Leave a Reply