Hate & love (VII)

with Brak komentarzy

***

Daria

Zbliżała się ważna dla mnie konferencja naukowa, więc miałam ręce pełne roboty. Zapominałam nawet o Iwo, prawie nie spałam i po kilku dniach wyglądałam jak zombie. W końcu starsza koleżanka nie wytrzymała i wygoniła mnie na przymusowy dzień wolny do domu. Odespałam, wypoczęłam i gdy nadeszła godzina zero, byłam gotowa, aby pokazać siebie i nasz wydział z jak najlepszej strony.

Cześć z wykładami przebiegła gładko, po niej była część nieoficjalna, czyli tańce, hulanki, swawole. Założyłam suknię wieczorową, przypudrowałam nosek i zeszłam na dół, gdzie czekała taksówka. Byłam jedną z pierwszych osób i po zmianie obuwia, podeszłam do stołu zastawionego smakołykami. Pomyślałam, że zjem, zanim zjawi się większość gości, bo trochę zaczynało mnie mdlić. Jak zawsze, gdy czułam głód.

Kawałek krewetki utknął mi w gardle, gdy zobaczyłam Iwo.

Stał nieopodal, z tą swoją miną zdobywcy światów i szerokim uśmiechem na ohydnej gębie. Stał i patrzył prosto na mnie, trzymając w lewej dłoni kieliszek z szampanem. Wyglądał obłędnie w eleganckim garniturze, białej koszuli i pod muchą. Na tyle obłędnie, że krążące dookoła kobiety nie potrafiły oderwać od niego wzroku.

Przełknęłam i sięgnęłam po sałatkę. Byłam głodna i nic, nawet ten palant, nie zepsuje mojego apetytu. Ciekawe co tutaj robił? Został zaproszony czy się wprosił? Zresztą, czy to ważne? Niestety mogłam spodziewać się najgorszego, bo z pewnością postara się zepsuć ten wieczór.

Piękna uciekinierko…

Obejrzałam się przez ramię i od razu poprawił mi się humor. Za moimi plecami stał Przemek. Jak na zamówienie, bo przecież miałam go szukać. Z powodu pracy odłożyłam na później, a teraz spadł mi jak z nieba. Pewnie dlatego stałam się bardziej wylewna niż zazwyczaj.

Nie uciekłam, to był nagły telefon. Przyjaciółka potrzebowała pomocy – zełgałam. – I bardzo żałowałam, że nie zdążyłam dać ci mojego numeru.

Nawet jeśli to kłamstwo, to wybaczam – oznajmił wspaniałomyślnie. Po czym pochylił się i pocałował mnie w policzek. Wolałam nie patrzeć w kierunku Iwo, który pewnie osiągał właśnie temperaturę wrzenia. A może i nie? Może patrzył z politowaniem na moją nędzną linię obrony?

Co tutaj robisz? – zapytał Przemek.

Jestem adiunktem na Katedrze Genetyki.

Adiunktem? – Jego mina świadczyła, że nie bardzo wie, o co chodzi.

Pracownikiem naukowym – wyjaśniłam cierpliwie.

To wiem, ale myślałem, że potrzeba do tego stopnia doktora.

Obroniłam w zeszłym roku.

Nieźle – powiedział z uznaniem. – Skąd znasz mojego kuzyna?

Z bardzo niechętnie wspominanej przeszłości.

Chodziłaś z nim?

Nie, usiłował mnie zgwałcić.

Biedak, akurat popijał szampana i o mało co się nim nie udusił. Pokasływał chwilę, ja uprzejmie puknęłam go w plecy, a potem głęboko odetchnął.

Akurat to jest coś, czego się nie spodziewałem – uśmiechnął się szeroko. – Biedny Iwo, rozumiem skąd ta determinacja. Wymknęłaś się mu z rąk.

Można tak powiedzieć, chociaż nigdy mnie w nich nie miał.

Teraz zamierza mieć.

Po moim trupie – oświadczyłam z zaciętością. – Jeśli jest na tym świecie ktoś, kogo szczerze nienawidzę, kim się brzydzę i pogardzam, to jest nim właśnie on.

Czyli mam całkiem spore szanse – podał mi kieliszek z szampanem. – Mogę zapytać, dlaczego go nie chciałaś?

To jest zły człowiek – odpowiedziałam i w końcu odważyłam się spojrzeć tam, gdzie stał Iwo. Niestety, już go nie było. Rozejrzałam się uważniej, ale wyglądało na to, że zniknął.

Słyszałem wiele różnych argumentów, ale takiego jeszcze nie – zadumał się Przemek. Uśmiechnęłam się ze smutkiem, ale nie zamierzałam tłumaczyć.

Napłynęły wspomnienia. Tata leżał nieprzytomny i zakrwawiony na ziemi, z głową na moich kolanach. Ja miałam spuchniętą wargę i krwawe wybroczyny pod nosem. Płakałam, ale stojących tuż obok ludzi ani trochę to nie wzruszyło. Jego tym bardziej. Na twarzy miał opatrunek, bo poważnie go zraniłam, a w oczach okrucieństwo. Jak przez mgłę docierały do mnie szydercze słowa, poczułam też, jak jeden z nich na nas splunął.

Iwo i jego kumple, tak zwana elita naszej szkoły. Bogate, rozpieszczone bachory, które czas spędzały na ćpaniu, imprezach i podrywach. Nieraz później pojawiali się w moich koszmarach.

Tak, to zły człowiek – powtórzyłam tak cicho, że nie dosłyszał.

Przyjęcie rozkręcało się na dobre. Jedzono, rozmawiano, wznoszono toasty. Kilka par ruszyło na parkiet, który szybko zapełnił się tańczącymi. Przemek też mnie poprosił, ale wymówiłam się niewygodnymi butami. Później trochę o nim zapomniałam, bo zjawiło się kilka osób, z którymi koniecznie chciałam porozmawiać. Dopiero kiedy dojrzałam go siedzącego z boku w towarzystwie oszałamiającej jasnowłosej piękności, coś z żalem piknęło w mojej duszy.

To nie był odpowiedni mężczyzna. Iwo nim nie był, ale Przemek również. Powinnam odpuścić sobie taką linię obrony, bo przysłowiowo wpadnę z deszczu pod rynnę. Westchnęłam i postanowiłam, że jeszcze coś zjem, a potem ulotnię się w stylu angielskim.

Przechodziłam obok parkietu, gdy nagle ktoś chwycił mój przegub dłoni i wciągnął mnie pomiędzy wirujące pary.

No tak, zapomniałam o Iwo.

Puść mnie! – warknęłam, szamocząc się w silnym uścisku.

Zachowuj się, to miejsce publiczne.

Jestem gotowa przyłożyć ci nawet w takim miejscu.

Czego się boisz? To przecież tylko taniec.

Górował nade mną i wzrostem, i posturą. Miał też trochę racji, nie mogłam iskać się niczym pchła na koszuli. Jeszcze pomyślą, że byliśmy w związku, z naciskiem na byliśmy, bo na zakochaną z pewnością nie wyglądałam.

Zachowaj dystans! – warknęłam ostrzegawczo, ale ten padalec oczywiście postąpił odwrotnie. Przyciągnął ku sobie, objął ramieniem i narzucił leniwy, hipnotyzujący rytm. Patrzył w dół, próbując nawiązać kontakt wzrokowy, ale ja byłam zbyt wściekła. Zasznurowałam usta, głowę odwróciłam w bok, za wszelką siłę próbując pokazać mu, jak bardzo nie cierpię jego towarzystwa.

Uparciuch – mruknął. – Daria, co ci zależy. Jedna noc i jesteś wolna.

Jeden pogrzeb i ty także. Od wszelkich przyziemnych spraw.

Za wszelką cenę próbujesz grać niedostępną i groźną, ale słabo to wychodzi.

Czy jak rozbiję ci coś na głowie, to zmienisz zdanie? – zainteresowałam się gwałtownie, tym razem patrząc mu prosto w oczy.

Powiedziałem rodzicom i znajomym, że się żenię.

A co mnie to obchodzi?

Powinno, bo z tobą. – Znów ten uśmiech, którego tak nienawidziłam. Mogłam… Zaraz, co on powiedział?

Zwariowałeś? – jęknęłam, po raz kolejny próbując dyskretnie wydostać się jego uścisku. Nic z tego, te muskuły skurczybyk miał nie tylko na pokaz. – Nawet gdybyś był ostatnim mężczyzną na ziemi, to wybrałabym zagładę ludzkości.

A mówią, że naukowcy są zdolni do wielu poświęceń. Przestań się szamotać, nie puszczę, a zaczynają się nam przyglądać.

Zabiję cię, draniu! Zabiję, poćwiartuję i rzucę rybom na pożarcie.

Nie zabijesz – odpowiedział lekceważąco. – Chociaż wtedy byłaś całkiem blisko.

Teraz lepiej wyceluję. Po cholerę opowiadasz głupoty? Jakie ożenię? Jaki ślub? – wyrzucałam z siebie ze złością. – Co to ma być?

Znaczę teren. Mają wiedzieć, że jesteś moją kobietą.

Nie jestem. I zabierz tę rękę z mojej pupy, bo miejsce publiczne czy nie, przyłożę ci!

O dziwo, posłuchał.

Zamilkliśmy. Z niecierpliwością czekałam na okazję, aby wyrwać się z jego objęć, chociaż niechętnie przyznałam, że świetnie prowadził. Umiał tańczyć, to nie ulegało wątpliwości. Szkoda, że nie był moim wymarzonym księciem z bajki, a jedynie arcy wrogiem numer jeden. Zresztą, jakim księciem? Kariera na mnie czekała, dzisiejszy dzień otworzył kolejne drzwi, stworzył wspaniałe perspektywy. Nie mogłam tego zmarnować dla jakiś miłostek. Nie miałam czasu na tego palanta i jego gierki.

Posłuchaj – podniosłam głowę z zamiarem wyjaśnienia tej niezręcznej sytuacji między nami, ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć.

Ten gnojek pochylił się i mnie pocałował.

Leave a Reply